RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Teatr’

Cywińskiej wiśniowy sad ci on

15 gru

zdjęcie: https://www.google.pl/search?q=wi%C5%9Bniowy+sad+pozna%C5%84&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ei=IZStUvSqCIexhAeI9oGoBQ&ved=0CAkQ_AUoAQ&biw=1254&bih=633#q=wi%C5%9Bniowy+sad+teatr+nowy+poznan&tbm=isch&facrc=_&imgdii=_&imgrc=OnHoONckGEccKM%3A%3ButA0r1yhOL3rYM%3Bhttp%253A%252F%252Fkultura.poznan.pl%252Fmim%252Fkultura%252Fpictures%252Fa%252Cpic1%252C1200%252C66297%252C88727%252Cshow2.jpg%3Bhttp%253A%252F%252Fkultura.poznan.pl%252Fmim%252Fkultura%252Fnews%252Fspektakle%252Cc%252C4%252Fsad-ktory-warto-ocalic%252C66297.html%3B493%3B329

 

Julia Rybicka

Jak świat światem długi inscenizacji „Wiśniowego sadu”, wspaniałej sztuki Czechowa było już sporo w historii teatru. Jednakże tak pięknego tekstu, wzruszającego i trafiającego do wielkiego grona odbiorców „wszelkiej maści i jakości” nie można pomijać na scenie. Zwłaszcza, gdy oddaje się go w klasycznej wersji pod rozwagę i zadumę widzów.

Teatr Nowy w Poznaniu obchodzi jubileusz. Do tego 12 premiera w tym roku, odznaczenia dla aktorów, dla teatru …tylko gratulować. Ze swojej strony jednak dziękuję Panu dyrektorowi Kruszczyńskiemu, który zaprosił Izabelę Cywińską, divę polskiego teatru, ikonę, legendę wręcz tak ważną dla Poznania. I ta oto Pani dyrektor wyreżyserowała „Wiśniowy sad”… , który czaruje, wzrusza i daje nadzieje, że ktoś jeszcze pamięta o tym czym jest teatr…w teatrze.

Podczas gdy golasy biegają po scenie, a narządy płciowy, przekleństwa etc stały się normą, na scenie w Poznaniu powraca klasyka. W pełnym tego słowa znaczeniu. Dumna jestem z twórców i aktorów tego dzieła. ARCYdzieła moim zdaniem. Zarzucono mi zaraz po krótkiej notce na facebooku, że spektakl był poprawny, ale nie aż tak emocjonalny. Czyżby? Drogi czytelniku, zapewniam cię, że emocjonalność w teatrze (takim teatrze) to przeżytek. Moje teksty są emocjonalne tak samo jak to co widzę ostatnio na scenie. A przyznać należy( z szacunkiem dla twórców ), iż w naszym prowincjonalnym „teatrzyku” dobrze się dzieje. Ludzie nie lubią złych wiadomości, to raz, a dwa mam napisać, że było słabo, kiedy to nie było? Zaprzestanę jednak swoim rozważaniom wracając do sedna sprawy i oddając należyty szacunek spektaklowi.

Dramat Czechowa powstały w 1904 roku uważam za wybitny. Wdowa Lubow Raniewska (Antonina Choroszy ), jej brat Leonid Gajew (Tadeusz Drzewiecki) to trzonowe postaci dramatu. Otóż wokół nich rozgrywać będzie się sprawa. Wdowa po śmierci syna wyjeżdża z kraju do Paryża z kochankiem oszustem jak się okazuje. Wraca ze swoją córką Anią (Anna Mierzwa). W wiśniowym sadzie przylegającym do domu rezyduje i zarządza brat Leonid. Niestety majątek jest zadłużony i jedynym wyjściem jest jego sprzedaż. Nie podoba się to Raniewskiej, ale to nie ona ma tutaj coś do powiedzenia. Summa summarum majątek zostaje wystawiony na licytację i wszyscy muszą opuścić niegdyś zamieszkiwane salony.

Czechow ostrzega cywilizację (pozornie tylko Rosjan) przed upadkiem, przed tym co nie uniknione- zatraceniem. Trudno określić gatunek samego tekstu. Ktoś kiedyś słusznie określił „Wiśniowy sad”: „”Śmiech i łzy, satyra i rzeczywistość — zdawałoby się czyż można wyobrazić sobie gorszą kombinację?“ Bo przyznaje uśmiechnęłam się z kilku (jak dla mnie) paradoksów, ale czy sama historia jest tak naprawdę zabawna?

To  ostatni przecież tekst Czechowa przed jego śmiercią. Można by powiedzieć, że podtytuł „komedia“ to zabawa autora z czytelnikiem, skłaniająca do myślenia (tego ponad intelektualnego, wyższego). To właśnie Czechow, składnia do refleksji i wynurza z nas rzeczy, o których nie mieliśmy pojęcia. Już na studiach czułam, że będę jeszcze mieć z nim do czynienia. I dzięki pani Izabeli Cywińskiej udało się.

Trudno dziś o dobry teatr…ten klasyczny, z kostiumami, z dobrze „zrobionymi“, przemyślanymi rolami. A jednak nie aż tak trudno jak się okazuje…

Wspaniałe role, które zasługują na wyróżnienie to Lubow Raniewskiej – pani Antonina Choroszy, która od samego początku do samego końca tak owinęła mnie wokół palca, że nie spuściłam wzroku z niej ani na chwilę. Gajew – brat Raniewskiej- pan Tadeusz Drzewiecki niczym Napoleon w jednej ze scen uwodzi, czaruje i sprawia, że chce się go słuchać, oglądać. Postać, która jednak ujęła moje serce i absolutnie mnie kupiła to postać Firsa- lokaja, przyjaciela domu. W tej roli niezastąpiony, nieoceniony pan Michał Grudziński, któremu z całego serca dziękuję za rolę. Tak zwana „stara gwardia“ jak zwykle nie zawiodła, dodała wręcz przedstawieniu świeżości i polotu. Z młodych wymienię Michała Kocurka jako Jaszę, którego (przyznać się muszę ) nie wyobrażałam sobie w tej roli, a który bardzo sprytnie, bardzo subtelnie, w małych gestach i mimice przekonał mnie (i mam wrażenie, że publiczność),  że wybór pani Cywińskiej jego jako Jaszy był trafionym w dziesiątkę. I mimo, iż zarzucać mi będziecie państwo sympatyzowanie z aktorem, to zanim mnie ocenicie, zobaczcie co robi młody aktor na scenie. Zabawna Agnieszka Różańska (Duniasza) wzruszona na oklaskach, (Anna, córka wdowy) Anna Mierzwa jako dzierlatka, Gabriela Frycz niezwykle poważna druga córka Raniewskiej, siostra Anny, Filip Frątczak, Grzegorz Gołaszewski, Sebastian Grek, Bożena Borowska- Kropielnicka, Janusz Andrzejewski stanowicie już historię, której nie da się cofnąć ani odwrócić, a która w pamięci widzów zostanie na zawsze.

Niezwykle cieszę się, że będziecie to mogli państwo zobaczyć w telewizji, bo spektakl Izabeli Cywińskiej to po prostu miód dla uszu, oczu i wszystkich zmysłów. I może zrobiło się słodko i zbiera się co poniektórym na wymioty, ale życzyłabym wszystkim studentom szkół teatralnych, żeby uczono takiego teatru i takiej wrażliwości, która w czasach ipadów i hipsteriady zanika gdzieś za kulisami i przemyka po foyer. Na koniec dodam, że aktorzy i reżyser to jedno, a scenografia Katarzyny Adamczyk, a zwłaszcza reżyseria świateł  Prota Jarnuszkiewicza zasługują na oddzielne brawa.

Zdaje sobie sprawę, że to nie bajka dla każdego. Zwłaszcza, kiedy odchodzi się od tak zwanego tradycyjnego teatru. Każdemu jednak życzę i polecam zobaczenie Cywińskiego sadu, bo to taki teatr, który bez względu na gusta i guściki zobaczyć się powinno.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Nie takie kwaśne to mleko

13 lis

fot by Joanna Siercha

 

Julia Rybicka

„Czy ktoś z Państwa zastanawiał się kiedyś nad początkiem świata? Tak? Naprawdę?! Och, to miło, to bardzo miło“ tymi słowami Teresa Kwiatkowska rozpoczyna spektakl „Kwaśne mleko“, a mnie porywa w fenomenalną podróż.

Incydent, który parę dni temu miał miejsce w Warszawie opisywany jest we wszystkich możliwych portalach, pokazywany w wiadomościach, roztrząsany etc. Mowa oczywiście o płonącej tęczy. W żadnym wypadku nie mam zamiaru porównywać tego wandalizmu do pewnej historii, którą zna cała Polska. Mam na myśli historię małej Madzi z Sosnowca. Świat zwariował do tego stopnia, że co chwilę powstające kwejki są z każdym dniem coraz bardziej żenujące. Temat dość poważny, zabójstwo małego dziecka. Niestety przez nas- zwykłych ludzi zbagatelizowany, wyśmiany i po prostu słaby. Niemniej jednak absolutnie utalentowana Malina Prześluga (mistrzyni słowa) postanowiła przedstawić nam swój punkt widzenia całej tej przykrej sytuacji.

I punkt jest bardzo prosty i przejrzysty. Jesteśmy nietolerancyjnym społeczeństwem. Jedyne co potrafimy to się awanturować, oceniać, wykrzykiwać obrażające hasła. Czy chociaż przez chwilę ktoś się zastanowił co kieruje kobietą, która dopuszcza do zabicia własnego dziecka? Nie? No to przykre.

Oczywiście to przede wszystkim historia kobiety, która nie chciała mieć dziecka, a musiała. Inspirowana tamtym wydarzeniem, pokazana jest też z perspektywy mamy mamy dziecka i jej mamy czyli potencjalnie rzecz ujmując babci dziecka.

Jakimi matkami my kobiety jesteśmy? Jaki dramat odbywa się w głowach kobiet, które zachodzą w niechciane ciąże? To i wiele innych pytań stawia autorka spektaklu.

W tej opowieści przeplatają się także ważne postaci jak : Pierwsza komórka, postać kluczowa, która staje się narratorem opowieści snutej w poznańskiej malarnii. Genialna Teresa Kwiatkowska bawi do łez. Mama Aliny to mistrzowska rola Ewy Szumskiej, która wbiła mnie w fotel swoim talentem. Na wyróżnienie zasługuje także Andrzej Szubski jako Podstawowa Komórka Społeczna, przy którym uśmiechnęłam się kilkakrotnie. Światłość, które zagrał Mariusz Adamski rysuje się bardzo wyraźnie od początku do końca. Mama mamy Małgorzata Peczyńska sprawdziła się, zaś rolę Matki Boskiej Marceli Stańko uważam za kompletnie nietrafną wręcz fatalną. I w końcu świetna rola Aliny  (Doroty Kuduk). A wszystko to za sprawą Uli Kijak reżyserki, która w innowacyjny sposób, bawiąc się słowem, światłem, kostiumem, muzyką (piorunująca, mocna, groźna) wprowadziła mnie w magiczną podróż, gdzie można się uśmiechnąć, ale także zadumać. Nie mam co tu dumać dalej, zachęcam do teatru. A hejterów tej sztuki widać gołym okiem, oraz moim nadwrażliwym uchem „długo tego nie pograją“, „ jak można taki temat pokazywać w teatrze, w świątyni?“. Sprawę należy zbadać osobście, do czego państwa mocno namawiam. „”Wystarczy dać człowiekowi pistolet. Ryzyko, że zabije, wzrasta sześciokrotnie. Wystarczy zabrać człowiekowi miłość. Wystarczy dać mu strach. Albo odebrać mu strach. Wystarczy, że na chwilę zasłabnie. Wystarczy, że poczuje siłę. Starczy zostawić go samego. Albo wpuścić go w tłum“.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Pan tu nie stał- rzecz o Barańczaku

26 paź

 

foto źródło: http://www.teatrnowy.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=202:mister-baranczak&catid=17:spektakle-aktualne&Itemid=221&lang=pl

 

Julia Rybicka

Mister Barańczak to kolejna premiera Teatru Nowego w Poznaniu. Zabawna, przewrotna historia, która ubawiła poznańską publiczność w piątkowy wieczór. Nie wiem co ja mam państwu napisać, że mi się podobało? Że takiego teatru w tym mieście potrzeba? To słowa, które padały z ust widzów po spektaklu. Jeśli chodzi o moje odczucia, to trochę są one inne.  Rzecz się ma o Barańczaku. Wielkim pisarzu, tłumaczu, krytyku literackim no i przede wszystkim POZNANIAKU.  Och jak my lubimy kiedy możemy się w świecie kimś pochwalić.

Jerzy Satanowski postanowił w ten sposób oddać hołd autorowi. „Muzyczno-liryczne” opowieści przykładowego dnia  z życia artysty, zamieniły scenę w mini kabaret. Jeżeli ktoś lubi takie formy to powinien w tym momencie rezerwować sobie bilet i biec do teatru. Pomijam fakt, że panu reżyserowi słoń nadepnął na ucho i pojawiają się przypadki, gdy aktorka nie trafia w dźwięki i spłaszcza samogłoski, ale te kwestię zostawiam już muzykologom.

Ania Mierzwa po raz kolejny daje świetny popis wokalny przez co zjada swoich kolegów i koleżanki. Odkryciem był dla mnie Mateusz Ławrynowicz, który nie tylko potrafi  świetnie zbudować postać, ale także „po męsku”, z charyzmą, ikrą jakąś zaśpiewać. Tytułowa rola przypadła Mariuszowi Puchalskiemu, który poradził sobie z zadaniem chociaż czasem niestety nie był słyszalny. Żonę zagrała Marysia Rybarczyk.  Perła, która przytrafiła się Oksanie Hamerskiej na koniec spektaklu zasługuje na ogromne brawa. Tak wrócić na scenę (po małej przerwie) można sobie tylko wymarzyć. Jednak to Ania Mierzwa i  Mariusz Puchalski (jak dla mnie) mają najpiękniejszą scenę spektaklu. Mierzwa, która wbija publiczność w krzesła tembrem swojego głosu, tutaj półszeptem prawie, ubrana w białą sukienkę przysiada obok Puchalskiego i jakby do ucha śpiewa mu kołysankę. Ogromną siłę ma ta scena. Do tego stopnia, że zapomniałam już że mnie wkurzał czasem ten kabaret. Zbyt dużo dosłowności, teatralności w teatrze (lustra, przesuwana scena, nie wiedzieć po co komu ten dym na początku sztuki itd.). Kilka świetnych pomysłów reżysera jak przedstawienie różnych narodowości (w tym Niemki odegranej 1:1 przez Mierzwę)  i zabawa językiem poety. „Klub alkoholików” odśpiewany przez Łukaszewską, Mierzwę, Rybakowską, Hamerską z pomocą Ławrynowicza i Elisa mnie osobiście bardzo rozbawił. Prawie niezauważalną postać zagrana przez Waldemara Szczepaniaka zostawiam do przemyślenia reżyserowi.

Poezja Barańczaka sprytnie przemycona. Aktorzy nawet jakby się pomylili, to my tego nie zauważymy. Język Barańczaka jest dość hmm… specyficzny. Można go sobie połamać. Niezła lekcja dykcji dla występujących.

Wielkie brawa dla muzyków, którzy grali na żywo podczas spektaklu. Są nieodłącznym elementem tego żywego wydarzenia i na pewno zasługują na wyróżnienie.

To nie jest mój teatr, ale uśmiechnęłam się kilkakrotnie. Nie należy się jednak nastawiać tylko na zabawę. Tak zwany mądry widz wyjdzie z refleksją na ustach, a nie uśmiechem.

Poznaniacy (i nie tylko) zweryfikujcie to sami idąc do teatru. I nie przynoście cukierków do teatru, bo zęby od nich bolą, a po 18 –stej niezdrowo jeść. Pozdrawiam panie, które siedziały za mną.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Iłła- ałła!

19 paź

foto źródło: internet

Julia Rybicka

Kiedy Barak kultury zaprosił mnie na spektakl „Ćma” czułam się wyróżniona. Zupełnie niepotrzebnie. Dawno się tak w teatrze nie wynudziłam. Na szczęście zabrano mi tylko godzinę z życia.

Już tylko czekam na ataki z różnych stron na powyższe zdania. Nieczuła, gówniara, nie zrozumiała etc. Zatem odpowiadam: czuła, przed trzydziestką, no nie zrozumiałam kompletnie idei.

Teatr Bara-ku, który powstał w 2009 roku cytuję: „z potrzeby poszerzenia działalności Fundacji Barak Kultury o aktywności z dziedziny sztuk performatywnych” z pomocą miasta i dobrych ludzi, jakoś na poznańskim podwórku teatralnym funkcjonuje. Niestety nie mogę się wypowiadać o ich twórczości, poza spektaklem “Ćma”, którego świadkiem byłam w minion czwartek. Barak Kultury, który bardzo bądź co bądź szanuję za wszelkiego rodzaju, ‘perdormatywne’ działalności w naszym (smutnym kulturalnie mieście)  wymyślił mini festiwal na cześć Kazimiery Iłłakowiczówny. Pomysł świetny! Polska poetka, dramaturg, tłumaczka, która do ostatnich chwil zamieszkiwała w legendarnym już 36metrowym mieszkaniu na ulicy Gajowej w Poznaniu. Ach jak  my Poznaniacy kochamy takie historie! Lubimy słuchać o naszych wieszczach, artystach cierpiących w tym samym mieście, w którym poruszamy się do dziś. Gdzie w kamienicach starych ulic drzemie jeszcze duch poetów… Istna poezja!

Spektakl zrealizowany przez Przemysława Prasnowskiego (głównego założyciela teatru Bara-ku) powstał przy pomocy scenariusza Moniki Chudy, Doroty Słomczyńskiej i jego samego. No i teraz tak. Nie wiem czy problem polega na zaangażowaniu kiepskich aktorek i nijakiej reżyserii, czy może jednak w tekście czegoś zabrakło?

W sumie jeśli ktoś przyszedł na spektakl i nie miał pojęcia kim była Kazimiera Iłlakowiczówna, to się sporo o niej dowiedział. Mianowicie: że pisarka, nieślubna córka Barbary Iłłakowiczównej i Klemensa Zana, studowała w Oksfordzie, na Uniwerystecie Jagielońskim, sanitariuszka armii rosyjskiej, sekretarka Piłsudskiego, ale przede wszystkim wielka, podkreślam WIELKA poetka i artystka. Ale sama historia niestety to za mało.

Prosta, skromna scenografia, która skrupulatnie dobrana została do tamtej epoki. Telefon, stare biurko,szafa, łóżko, maszyna do pisania… aż zamarzyłam o maszynie do pisania i przeniosłam się wstecz…aż tu nagle Kazimiera Iłłakowiczówna (Małgorzata Walas-Antoniello) mówi “wyłączyć telefony. Nie dotykać, nie przestawiać, zachowywać się jakby was tu w ogóle nie było”. Tego niestety nie mogła wymagać od TEJ publiczności poznańskiej, gdyż telefony dzwoniły od początku aż do końca spektaklu co jakiś czas. To przecież tylko teatr…

Dziewczyna (Aleksandra Marzec-Hubka ) odczytuje nam regulamin korzystania z toalety gwarantując, że na pewno nam się przyda. Ten sam regulamin każdy z widzów miał na swoim krześle. Zrozumiałam dlaczego może mi się przydać. Chciałam ucieć do toalety przeczekać resztę spektaklu, ale usadzono mnie tak, że wyjścia nie miałam. To przykre, ale czułam się jak w pułapce.

Ale wracając do …Pisarka z wiekiem traci wzrok. Wiadomym jest, że będzie skazana na pomoc. Stąd wieczna obecność dziewczyny. Czasy poszły na przód, a ona nadal stoi w swoim pokoju, gdzie świat się zatrzymał. Dziewczyna przybrana we współczesne gadżety: słuchawki, telefon kommórkowy.

Mamy retrospekcję i piękny motyw bardzo teatralny, chociaż mnie kojarzy się z pewnym filmem Bugajewskiego. Przesłuchiwanie Iłły. Te scene mogę wymienić jako wielki I chyba jedyny atut tej sztuki. A już całkowitą paranoją I obrazą widza jest oślepianie widowni reflektorem. Ani to było madre, ani plastyczne. Tandeta!

Co mnie jednak wzruszyło to fakt, że na widowni zasiadało starsze małżeństwo. Mężczyzna był niewidomy (jak nasza pisarka), a żona tłumaczyła mu na ucho to czego nie dało się usłyszeć…

Na koniec pan reżyser stwierdził, że osoby, którym zadzwonił telefon podczas sztuki przeproszą aktorki…Szkoda, że mi nic nie zadzwoniło i nie mogłam wyjść,przepraszając siebie i wszystkich dookoła za te ciosy na duszy, które dane mi było przyjąć tamtego jesiennego wieczoru…

Jak pisała Kazimiera Iłłakowiczówna:

Niech się wszystko odnowi, odmieni…
O jesieni, jesieni, jesieni…
Niech się nocą do głębi przezroczą
 nowe gwiazdy urodzą czy stoczą,
niech się spełni, co się nieodstanie,
choćby krzywda, choćby ból bez miary,
niesłychane dla serca ofiary,
gniew czy miłość, życie czy skonanie,
niech się tylko coś prędko odmieni.
O jesieni!… jesieni!… jesieni…

Ja chcę burzy, żeby we mnie z siłą 
znowu serce gorzało i biło,
żeby życie uniosło mnie całą
 i jak trzcinę w objęciu łamało!
 Nie trzymajcie, nie wchodźcie mi w drogę,
już się tyle rozprysło wędzideł…
Ja chcę szczęścia i bólu, i skrzydeł
i tak dłużej nie mogę, nie mogę! 
Niech się wszystko odnowi, odmieni!…
O jesieni!… jesieni!… jesieni!

 

 

 

 

 

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Recenzje zabijają prawdziwego ducha teatru

09 paź

zdjęcie: www.teatrkwadrat.pl

Julia Rybicka

„Recenzje zabijają prawdziwego ducha teatru” pada zdanie w spektaklu „To tylko sztuka” . Jak tu pisząc mam się do tego odnieść?

Zaproszona przez jednego z aktorów Teatru Kwadrat przyjechałam do Warszawy na spektakl, który miał premierę w czerwcu. Pomyślałam, że to dobrze, bo już trochę czasu minęło i aktorzy czują się zapewne swobodniej i pewnie.  Przemiło przywitana przez ekipę techniczną i całą obsługę teatru zasiadłam wygodnie w pierwszych rzędach. I powinno być tak jak na Broadwayu- po południu premiera, wieczorem recenzja…

Sztuka opowiada o sztuce, najprościej rzecz ujmując. Producentka Julia Budder (Ewa Wencel) wyprodukowała sztukę „Złote jaja” , która nie odniosła sukcesu. Napisana przez zapomnianego już dramaturga Petera Austin’a (Grzegorz Wons), wyreżyserowana przez prawdziwego artystę Fanka Finger’a (Andrzej Andrzejewski)  czeka na recenzję. Kiedy w końcu się pojawiają chciałoby się powiedzieć, że lepiej byłoby sprawę przemilczeć.

Wszystko dzieje się w realiach Stanów Zjednoczonych czyli piękni i bogaci obywatele świata w szołbiznesie. Tekst odczytywany może być dość uniwersalnie, ale w polskich realiach bałabym się to umieszczać. Reżyser Bartłomiej Wyszomirski dzięki opatrzności tego nie zrobił. Niestety dla Polaków ten tekst jest nie tyle co nie zrozumiały, co pewne schematy i „teksty” same w sobie nie wybrzmiewają jak powinny. Dlatego śmiałam się w innych momentach niż publiczność. Zapewne dla ludzi z branży, albo pasjonatów teatru gra słów, która ma miejsce w tekście i odnoszenia do typowego słownika, żargonu wręcz teatralnego są wychwytywane. Po publiczności, która zjawiła się w teatrze, nie do końca. Standardowy już zabieg, o którym pisałam wielokrotnie, który bawi naszą widownię to przekleństwa. A Andrzej Nejman przetłumaczył sztukę tak, że dość często padają słowa „Kurwa, spierdalaj, ja pierdole”. No i ok, jest to wytłumaczalne, ale żeby od razu pękać ze śmiechu?

Nie jestem fanką tak zwanego „tekturowego” teatru, gdzie (jeśli chodzi o Teatr Kwadrat to świetnie zazwyczaj zbudowana scenografia).

Ścianka, kanapa, drzwi, lampa wio to jest tekturowy teatr.  I teraz na tej przestrzeni kilku aktorów przyjdzie i będzie odgrywało role. Jednakże nie mówię, że ten teatr potępiam, bo miejsce w teatrze znajdzie się dla każdego rodzaju publiczności. Po ciężkiej podróży chętnie zasiadłam na komedyjkę w warszawskim teatrze. Niestety śmieszyło mnie co innego niż pozostałą część widowni.

Już nawet pomijając to, że mieszkałam w Stanach, z literatury i filmów wiem dokładnie jak funkcjonuje świat teatru w Nowym Yorku i jak wielką moc mają słowa recenzenta. Jeżeli pan piszący po odbiorze sztuki napisze, że sztuka była zła, to tytuł jeszcze tego samego dnia schodzi z afisza. Trudno więc dziwić się producentom teatralnym, że tak wielką wagę przywiązują do recenzji np. Z New York Timesa. W Polsce recenzja znaczy tyle co nic. Ja to dziś napiszę, kilka godzin popełza to po sieci, a później zginie gdzieś wśród miliona innych recenzji. Pisanie dla pisania, l’arte per l’arte. Dla mnie była to niesamowita lekcja. Po raz kolejny utwierdziłam się w tym, że zawód krytyka literackiego w Polsce znaczy tyle co nic, zaś na Zachodzie to krytyk jest najważniejszy.

W spektaklu padają słowa „krytycy do piwnicy” albo teoria, że  „ teatr to eleganckie miejsce, gdzie eleganccy ludzie mówią elegancko”, „w teatrze wszyscy są ważni, wszyscy są równi”. Kiedy się tego słucha to ma się wrażenie, że to jakaś modlitwa albo życzenia składane do Św. Mikołaja, bo tak NIE jest. Na całym świecie nie ma równości w teatrze, a co do elegancji to ostatnio daleko nam do niej…

Nie chcę, żebyście się państwo zniechęcali, bo sztuka momentami bawi do łez. Przekomiczna postać aktorki Virgini Noyes (genialna Ewa Kasprzyk) przeklina, ćpa i rzuca hasła w stylu “Słodzik to gówno, może człowieka zabić” naprawdę mnie rozbawiły. Nie wspomnę, że pani Ewa uroczo myląc się w tekście ( “za młoda na kochankę, za stara na matkę”) rozbawiła siebie i cała widownię.

Mała rola, ale naprawdę bardzo zabawna przypadła Marcinowi Kwaśnemu, który zagrał aktora poszukującego roli na wielkiej scenie. Kwaśny mimo, iż zjawiał się na chwilę na scenie,  powodował uśmiechy nie tylko wśród kobiet. Na pewno miał „perełki” w tekście, które gdzieś ubiły mi się z tyłu głowy. Z małych ról warto docenić panią taksówkarkę, w tej roli równie zabawna Lucyna Malec. Paweł Wawrzecki czyli James Wicker, który zrezygnował ze spektaklu “brodłejowskiego”, żeby zagrać w serialu, to postać która pojawia się od początku i zostaje z nami do końca. I mimo, iż cenię pana Pawła za niezwykły talent aktorski i zwalał niekiedy z nóg, to jego rola przerodziła się w istną groteskę, co spowodowało, że przeginał momentami. Zabawni oczywiście bywali (nie byli, bywali )Grzegorz Wons i Andrzej Szopa, ale bywanie to za mało.

Ewa Wencel to moja faworytka. Jako pani producent stworzyła rolę na miarę Amerykanów.

Ogromny talent i warsztat świetnych polskich aktorów to niestety za mało. Mimo ogromnej pracy, ilości tekstów etc znowu czegoś mi w teatrze zabrakło. I nie chodzi o to, że spodziewałam się “Szalonych nożyczek” czy “Mayday’a” , bo ten rodzaj humoru różni się od tak zwanych popularnych sztuk komediowych. Być może jest to kwestia tego, że cały “bajer” polegał w samym tekście, a tutaj został on momentami przegadany i przegrany.Tłumaczenie tekstu też nie jest 1:1, bo to byłoby niemożliwe i dla polskiej publiczności niezrozumiałe. Może jakbym zobaczyła te sztukę na Broadwayu to wyszłabym pełna podziwu. Tymczasem wyszłam uśmiechnięta, ale nie rozbawiona i trochę zawiedziona, bo chyba nie tego się spodziewałam.

No,ale dziś jest nowy dzień. W końcu to była “tylko sztuka”… Sami sprawdźcie czy zabawna.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Kobiety niestałe, a kino drogie czyli Szczaw i frytki

06 paź

zdjęcie pochodzi ze strony: https://www.facebook.com/SzczawFrytkiTeatr?fref=ts

Julia Rybicka

Jeszcze przed pójściem do Teatru Polskiego w Poznaniu na premierę „Szczawiu, frytek”  zastanawiałam się czy będę o tym pisać. Podejrzewana o konszachty z aktorami postanowiłam oddać panom należyty im szacunek i napisać. Jeśli napiszę dobrze- będzie, że ci „oni” mieli rację, jeśli źle oznaczać będzie, że robię komuś na złość, a jak nic nie napiszę to nazwą mnie tchórzem. Tego mi akurat zarzucić nie można.

To pierwsza premiera w Teatrze Polskim i cieszę się, że tak udana. Węgierska sztuka Zoltána Egressyego w naszym teatrze wybrzmiała bardzo świeżo. Nie ważne jest w jakim kraju dzieje się akcja, temat jest uniwersalny i aktualny. Piłka nożna to wciąż ulubiony sport Polaków. Nie wiedzieć dlaczego. Nie jesteśmy w nim ani wybitnie dobrzy, ani znani na świecie. Tak czy siak jest to narodowy sport i od tego odciąć się nie można. A szkoda. Jako szanująca się kobieta nie mam pojęcia (mimo wielu starań kolegów) czym jest spalony.Mimo tego wybrałam się na premierowy pokaz spektaklu.

Reżyserii podjął się jeden z aktorów teatru- Piotr Kaźmierczak, który w spektaklu gra jedną z ról. Pełna obaw, nauczona doświadczeniem czułam się niepewnie. Niewielu, naprawdę niewielu zdarza się godnie spełnić i udźwignąć  funkcję zarówno aktora jak i reżysera. Kaźmierczak podołał zadaniu. Za co wielki ukłon w jego stronę.

Sztuka opowiada o trzech sędziach: głównym (Mariusz Adamski) i dwóch liniowych (Piotr Kaźmierczak, Jakub Papuga). Trzech (wydawać by się mogło ) zwykłych facetów ma zaraz mecz do rozegrania. Zanim to się jednak stanie dowiemy się czegoś o nich samych. Wśród nich Sędzia liniowy numer dwa przydomek Artysta, romantyk piszący limeryki, alkoholik ubolewa nad utraconą miłością Marianną, która jedyna potrafiła tak dobrze przyrządzić szczaw z frytkami. W tej roli nieoceniony i genialny wręcz Jakub Papuga, który bawi do łez, ale momentami także chwyta za serce  wzruszając. Z jego usta pada tekst, który na sali wywołuje salwy śmiechu: “Andrzej jak nie wiesz co było na boisku, to gwiżdżesz dla gospodarzy (…) po co cie mają jebać jak mogą ci bić brawo”. Sędzia liniowy numer jeden (Piotr Kaźmierczak)  pseudonim Mydło, śliski, lizus, bez swojego zdania, zakompleksiony, narzekający na brak dobrej pozycji i kasy, którego nie stać nawet na zaplombowanie zęba. I trzeci Sędzia główny (Mariusz Adamski) Andrzej zwany Smutnym. Młody, pełen werwy, marzy mu się bycie artystą gwizdka no i UEFA.

To nie tylko zwykła rozmowa trzech sędziów w szatni przed meczem. Z ich opowieści nie tylko dowiadujemy się czym ten piłkarski świat pachnie ( a raczej śmierdzi), ale to ogólnie rzec ujmując to sztuka o życiu. Banalne, ale prawdziwe. Panowie wygłaszają mowy, w których padają hasła, że kobieta jest niestała i nie jest to jej winą. Że kino podrożało, a jedyną rzeczą w życiu wieczną i stałą są mosty…

Aktorstwo pierwszoligowe. Nie ma tutaj gwiazdy, cała trójka panów gra równo. Każdy po swojemu, od początku konsekwentnie trzyma swoją postać w garści.

Świetna choreografia, która imituje bieganie po boisku, rozgrzewki sędziów i piłkarzy, a także samo wejście i wyjście z boiska. Toszto jest istny spektakl taki tam mecz piłkarski. Precyzyzjnie pokazanie jak wyciągnąć kartę z kieszeni, jak pokazać spalonego, wszystko to w najdrobniejszych szczegółach opracowane do perfekcji. Odnośniki do współczesnej POLSKIEJ piłki nożnej (bo warto powiedzieć, że sztuka węgierska, ale także z 98 roku). Okazuje się, że niewiele się zmieniło w tej kwestii. To co poznaniaków mogło ucieszyć to odniesienie (minimalne, bo muzyczne głównie) do poznańskiego KOLEJORZA (drużyny Lech Poznań).

Z klasą, bez tandety, bez przesady, umiarkowane, śmieszne, życiowe, prawdziwe po prostu przedstawienie, które odczytywać można na wielu płaszczyznach. Cieszę się, że Teatr Polski zafundował mi w ten niedzielny wieczór na kolację szczaw i frytki. Jak skomentowała to starsza pani wychodząc z widowni “to trzeba dużo talentu”… I tego tutaj na pewno nie zabrakło.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Istne szaleństwo

25 wrz


zdjęcie znalezione w internecie

Julia Rybicka

Otworzyli salę teatralną przy Szkole Łejerów. Świetnie- pomyślałam i wybrałam się na monodram Andrzeja Pieczyńskiego „Pamiętniki wariata”, na podstawie Gogola (nie mylić z google). I co? I dramat! Klęska! Upadek! Morale leżą pod moim łóżkiem. Wszelkie emocje ze mnie uleciały, jak ta dusza z ciała.

Sala wspaniała, przestrzenna, profesjonalnie przygotowana do dzieł wielkich i małych. Tyle dobrego mam do powiedzenia. A i podziękowania dla Wojtka, który mnie zaprosił.

Od 2 dni zastanawiam się jak to państwu opowiedzieć, jak opisać. Spróbujmy zatem. „ Andrzej Pieczyński wybitny aktor teatralny, filmowy, dramaturg, reżyser i teatrolog w jednym” pada zdanie poprzedzające szow. Aha- czyli człowiek orkiestra, sam sobie napisze, zagra i jeszcze wyreżyseruje. Należy pamiętać, że (jeśli chodzi o polski rynek) nie każdy może być Jerzym Stuhrem…
Mierzmy siły na zamiary. Nie ma powodu do wstydu, jeśli wyciągamy rękę o pomoc. Wstydem jest jej nie wyciągać.

Zaczęło się. Wszystko z początku wygląda bardzo sympatycznie. Elementy teatru, tańca, pantomimy. Temat dość współczesny, bo odkrywający nasze lęki jak np. strach przed utratą pracy, czy problemy nisko ceniących się mężczyzn z kobietami. I tak dalej i tak dalej. Rekcje publiczności różnorakie. Andrzej Pieczyński część publiczności uwodzi, inna część wzrusza, a jeszcze inną bawi. Mnie rozczarowuje na przykład. Świetnie techniczny aktor. Wielki szacunek mam do tego pana, ale w tym monodramie po prostu jestem na nie.
Chociaż jeżeli chodzi o szaleństwo to jest niezwykle przekonujący. Gesty ma dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Ja mam zarzut do ogółu, nie do jego aktorstwa proszę państwa.

Dwie ostatnie sceny to istny kabotynizm, efekciarstwo, tandeta! Nie kupuję takiego teatru. Nie rozumiem po co wprowadzono Zespół Pieśni i Tańca, który na samym końcu śpiewa pieśń pogrzebową. I nie ma to nic wspólnego z obrazą, czy wyśmiewaniem uczuć religijnych. Po prostu czułam się jak na jarmarku. Takiego teatru nie chcę, nie kupuję go. Szacunek jednak dla Pieczyńskiego za talent i odwagę. Reszta to tylko słowa jakiegoś tam widza… Nigdy nie wiesz komu się spodoba to co robisz czy piszesz…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Lekcja pokory dla recenzentów

16 wrz

Zdjęcie pochodzi ze strony: http://www.teatrnowy.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=199:lekcja&catid=17:spektakle-aktualne&Itemid=221&lang=pl

 

Julia Rybicka

To wielkie szczęście, że wakacje dobiegły końca, bo w końcu ruszył repertuar w teatrach. Podekscytowana jak dziecko, które idzie do pierwszej klasy szkoły podstawowej doczekałam się. Teatr Nowy mieszczący się na poznańskich Jeżycach jako pierwszą premierę „wypuszcza”  „Lekcję” Ionesco. Moje szczęście rośnie tym bardziej, bo bardzo lubię ten tekst. Pamiętam jak ponad dziesięć lat temu w Studiu Teatralnym Próby w poznańskim Centrum Kultury Zamek Bogdan Żyłkowski wraz ze swoimi studentami podjął się inscenizacji i wyszło to niezwykle sprawnie. Mimo iż nie byli to zawodowi aktorzy bardzo spodobało mi się to, że było w nim tyle niedomówień i erotyzmu, który kipi momentami kiedy trzymam w ręku książkę.

Młoda dziewczyna przybywa do domu Profesora, żeby ten pomógł jej zdobyć doktorat… najlepiej na „wczoraj”. Czas bowiem jest dla niej niezwykle cenny. Dodać należy iż niewiasta dopiero co wyfrunęła z gniazda szkolnictwa średniego, a  marzy jej się już tytuł naukowy. Pochodząc z bogatego domu niczego sobie nie żałuje, a tatuś chętnie spełnia jej zachcianki. Młoda, atrakcyjna może mieć wszystko i wszystkich. Z Profesorem bowiem nie pójdzie jej tak łatwo. Straszy nauczyciel nie mieszka sam. W domu znajduje się jego gosposia, która dba o każdy szczegół jego zarówno wizerunku jak i życia w ogóle. Profesor zaczyna lekcję od arytmetyki. Szybko orientuje się, że dziewczyna potrafi dodawać, problemy ma niestety z odejmowaniem. Początkowo opanowany, wpada w furię co przyniesie nieodwracalne konsekwencję…

Reżyserii spektaklu podjął się Waldemar Szczepaniak, aktor  Teatru Nowego. Do swojego zespołu zaprosił Martynę Zarembę oraz Marysię Rybarczyk. Na tym powinnam skończyć swoją recenzję. Ale tak nie wypada, nie wolno. Z jednej strony chciałam to przemilczeć ( i nie robić przykrości aktorom) i dawać satysfakcji nieprzyjaciołom, ale tak również nie wolno. Jak nie napisze, to znaczy, że daję przyzwolenie, a nie daję.

Czegoś zabrakło w tej jakże zabawnej i absurdalnej sztuce w poznańskim teatrze. I najgorsze jest to, że to nie był zły spektakl, był nijaki po prostu. Bardzo szybko (mimo tego, że niezwykle sprawnie) mówił Szczepaniak. Przegadane. Pojawiająca się tylko „na chwilę” Rybarczyk nie miała szansy pokazać swojego talentu. Zaś piękna i uzdolniona Zaremba w pierwszej części wyglądała na bardzo zdenerwowaną, zaś w drugiej sprawiła, że moja uwaga skupiała się już tylko na niej ( co ma być komplementem).Mam wrażenie, że Zaremba ma repertuarowego pecha.

Autorzy trzymają się oczywiście fabuły. Są jednak elementy nie spójne z tekstem jak np. wiek studentki i bardzo współczesny strój. Dodano także taniec a la flamenco, który jest nie do końca dla mnie zrozumiały, ale można bez wątpienia nazwać go zaskakującym w całej sztuce.

Jak zauważyła publiczność ( z którą później rozmawiałam),  są momenty kiedy człowiek chce się zaśmiać, ale nie może, coś go blokuje, bo to miało być śmieszne, ale nie wyszło. Bardzo szanuję aktorów i reżysera za pracę, którą włożyli i w takich chwilach żal mi „kolegów”, że mają taki niewdzięczny zawód.

Nie wiem czy Waldemar Szczepaniak nie wziął na siebie za dużo. Zagrać główną rolę i wyreżyserować wymaga to wiele odwagi. A jak mawia klasyk: „Nie można być jednocześnie twórcą i tworzywem”.

Coś nie zagrało, coś nie zaiskrzyło, coś było nie tak… Zwalam to na premierę i kiepską aurę, która towarzyszyła tego dnia :) Sezon uważam za otwarty …

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Alicja w Krainie Czarów na speedzie

15 lip

zdjęcia pochodzą ze strony  :https://www.facebook.com/photo.php?fbid=599962856715612&set=a.599962420048989.1073741841.240397712672130&type=1&theater

 

Julia Rybicka

Festiwal Malta  kończy się  w prawdzie  20 lipca koncertem ATOMS FOR PEACE na poznańskich Targach, ale dla mnie jako FiT-sterii zakończył się 10 lipca ulicznym spektaklem „Alicja” tutejszego Teatru Fuzja.

Teatr awangardowy, offowy, alternatywny, działający od 2006 roku zaproponował widzom festiwalowej publiczności bardzo uwspółcześnioną wersję znanej wszystkim „Alicji w Krainie Czarów” Lewissa Karolla.

Na Placu WOLNO, gdzie od początku Festiwalu znajduję się GENERATOR, nad którym pieczęć sprawuje Katarzyna Mazurkiewicz gromadzi się publiczność. Na schodach przy Empiku, z tyłu konstrukcji, postawionej miesiąc temu sceny -człowiek za człowiekiem. Jak takie mrówki poznaniacy zjawili się, żeby dotknąć sztuki. Teatralnych przygód na Festiwalu przecież już nie zaznają, zatem to ostatni dzwonek. Proszę panów ochroniarzy o dobre miejsce, żeby fragmenty spektaklu nagrać dla was. Filmik dostępny na:

 
https://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

Publiczność różnorodna. Na leżaczkach, które ostatnio zaatakowały nasze miasto i stały się „posh” <trendy> zasiadają starsze panie. Na schodach wraz z rodzicami nawet jeśli da się nie zauważyć, to nie można ich nie usłyszeć: najmłodsi widzowie. Nie obeszło się także bez poznańskich meneli i patologii, ale dzięki szybkim reakcjom ochrony nie stali się oni numerem jeden.

Na „scenie” czyli bruku Placu Wolności pojawia się Alicja na rolkach, która zaczytana w książkę wejdzie w jej fantastyczny świat, a wraz z nią my-  widzowie. Alicji wbrew pozorom nie towarzyszy  królik (jak w oryginale), a banda szalonych stworów, dodatkowo zmotoryzowanych (rowery). Mała Alicja będzie próbowała zmierzyć się ze światem, jego przeciwnościami, pozna czym jest zło i oczywiście nie obędzie się bez walki z psychodeliczną królową Kier i jej świtą.

Dodatkowe atrakcje, jakie zafundował nam Teatr Fuzja to latarnicy na szczudłach, akrobatyczne popisy artystów, olbrzymie niczym „znarkotyzowane”, podświetlane grzyby, które stoją na drodze małej Alicji. Wszystko to plus świetne kostiumy i niezwykle precyzyjną grę aktorską czaruje.

Absolutna sprawność aktorów sprawia, że spektaklowi nadaje to lekkości. A przecież widać, że figury i układy, które muszą oni wykonać do najprostszych nie należą. Dla mnie jednak muzyka, która dodawała animuszu, monumentu, momentami grozy przyprawiała widzów o dreszcze.

Spektakl naprawdę godnie zakończył dla mnie Festiwal Malta, a  Teatr Fuzja dopisuje do list teatrów, które chętnie poobserwuję i pokibicuję.

 

 

 
 

Miasto pełne kocic

30 cze

 

Julia Rybicka

Kolejny odcinek serialu Jeżyce Story, który wywołuje niesamowite emocje, za mną. Kolejna udana premiera Teatru Nowego kończąca ten jakże obfity teatralnie sezon. Ja już się nie boję kiedy idę na klimatyczną Trzecią Scenę poznańskiego teatru, bo wiem, że to będzie dobrze wykonana robota. I tak było tym razem.

„Miasto kobiet” (bo tak nazywa się najnowszy odcinek jeżycjady) wzrusza i bawi. Jak zawsze minimalistyczna scenografia Matyldy Kotlińskiej,  świetna muzyka Michała Litwińca no i przede wszystkim zasługa dwóch panów Marcina Wierzchowskiego reżysera oraz Romana Pawłowskiego scenarzysty. Ci dwaj stworzyli cztery odrębne odcinki niesamowitych opowieści zwyczajnych-niezwyczajnych poznaniaków.  W najnowszym odcinku dowiemy się więcej o Jeżycach z perspektywy kobiet.

Trzy silne i cudowne kobiety wchodzą na scenę: Agnieszka Różańska, Edyta Łukaszewska, Dorota Abbe. Zapraszają nas w niezwykłą podróż. Jako pierwsza startuje Różańska. Wcieliła się w postać jeżyckiej pani ginekolog Ewy Cieślak. Kobieta, która 2/3 jeżyckich dzieci „urodziła”. Przeurocza historia doktorki, jej miłości do Marilyn Monroe, do swojego zawodu, do swoich uroczych córek. Zagrana przez (moim zdaniem )bardzo utalentowana aktorsko Agnieszkę Różańską bawi do łez. Dawno tak nie chichotałam w teatrze na monologu!

Kolejna bohaterka to Joanna Słowik. Mieszkanka Jeżyc, samotna matka z piątką dzieciaczków, która ponad życie kocha macierzyństwo i to ono jest jej największą pasją. Asia to przede wszystkim cudowna mama i ciepła kobieta. Pośród historii, które mogłam wysłuchać ta chwyta niesamowicie za serce. Z jednej strony pani doktor, majętna i fantastyczna, z drugiej matka polka, która groszem nie śmierdzi, a robi wszystko żeby dzieci miały dom pełen miłości. Postać odtworzona została przez wciąż zaskakującą mnie Dorotę Abbe. To kolejny odcinek Jeżyc, kolejna postać grana przez aktorkę, która przyprawiła mnie o dreszcze i łzy w oczach. Bezapelacyjnie stałam się fanką aktorstwa Abbe.

Przyszła kolej na Lucynę Marzec. Młodą panią doktor nauk z poznańskiego Uniwersytetu Adama Mickiewicza interesuje głównie jej pasja. Zajmuje się ona bowiem właśnie feminizmem i wraz z koleżankami z instytutu wydała książkę. Trochę roztrzepana, niezwykle zabawna, urocza i inteligentna młoda kobieta sprawiła, że na chwilę świat zaczął się dla mnie na nowo. Zagrana przez Edytę Łukaszewską, która po raz kolejny pokazała że jest jednak świetną aktorką (mimo moich uprzedzeń po Domu lalki) i wywoływała w publiczności radość.

Na gościnne występy zaproszono Irenę Dudzińską, aktorkę z klasą, z tak zwanej starej szkoły, która przedstawiła niezwykle interesujący i chwytający za serce monolog autorstwa Macieja Rembarza, nieżyjącej od 2007 roku jeżycjanki Diany. Ta puentująca ostatni niestety odcinek poznańskich Jeżyc historia wbija widza w fotel.

Wszystko to przerywane jest małymi historyjkami perełkami, które nadają przedstawieniu rytmu i spójności. Mamy małe trzy dziewczynki z jeżyckiego przedszkola, których jedynym marzeniem i odpowiedzią na wszystko jest Michał (kolega, który rzuca je piaskiem). Z drugiej strony pokazana są trzy kociary Alina, Teresa i Danuta. Kobitki, które dokarmiają koty na podwórzu i których całym światem są te małe indywidualności. Aktorki dały popis aktorski w tej scenie, że chylę czoła.

W tym spektaklu dowiemy się także to co my, kobiety wiemy od dawna. To co cytując postaci „wkurwia” nas baby. Czyli codzienne golenie nóg, masturbacje naszych i nie naszych mężczyzn, ciągłe awantury o nic, bycie matką polką ubezwłasnowolnioną przy garach etc. Poznamy także po raz kolejny ciekawe, zabawne, wzruszające historie i nawet nie będąc mieszkańcem poznańskich Jeżyc na chwilę się nimi staniemy.

Dodatkowo niezwykle wzruszyłam się kiedy na scenę podczas oklasków autentyczne postaci zawitały, a na sam koniec pan dyrektor Kruszczyński powiedział, że ma nadzieje, że od środka każdy z nas właśnie coś zmienił i zbudował, naprawił świat. Tymi łapiącymi za serce chwycikami zakończyła się premiera w Teatrze Nowym i powoli kończy się sezon…

Życzę sobie i twórcom, żeby nadchodzący nie był gorszy i utrzymał tak wysoko poziom jak mieliśmy okazję podglądać w tym roku. Tymczasem Festiwal Malta trwa, zatem hey przygodo !