RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Jest wiele zawodów na „A”’

Papuga-Papaj

16 lip

 

 Julia Rybicka

Kuba Papuga zwany Papajem. Spotkaliśmy się pod koniec kwietnia. Dlaczego zwlekałam z tym wywiadem tak długo? Bo to była najdłuższa rozmowa z aktorem jaką zdarzyło mi się prowadzić. Bardzo miła, zabawna, ale chaotyczna i czasem zbyt prywatna, żeby się nią dzielić. Kuba jest związany z teatrem Polskim w Poznaniu od 2000 roku. Jego słynne role to spektakle: „Córki King Konga”, „Zwał”, „Śmierć Pracownika”, „Mistrz i Małgorzata”. Osobiście kojarzy mi się zawsze z anegdotkami, które opowiada przy papierosie podczas przerw w spektaklach. Po wywiadzie powiedział: tak jechałem do ciebie i zastanawiałem się, co ja ci powiem? I jakoś to poszło…

 

FiT-steria:

Przeczytałam taki wywiad, że kochasz swoją pracę i pytano Cię jaki masz patent na swoje aktorstwo, jak się przygotowujesz do roli…No to ja o to nie zapytam.

Jakub Papuga:

Widzisz to się zmienia. Jak powiedziałaś, że „kocham” to sformułowanie zabrzmiało dziwnie. To jest takie małżeństwo po latach. Mówi się, że aktorstwo jest pasją, bo inaczej bym przecież tego nie wykonywał. No tak, to prawda. Dla pieniędzy? Teatr? Zapomnij! Tylko z pasji. Ale to takie małżeństwo. W tej chwili jest bardzo burzliwe i chemiczne. To jest tak, że czasem się nienawidzimy, a czasem nie potrafimy bez siebie żyć. Nie wyobrażam sobie, żeby się rozstać.

Czasem nienawidzę.

FiT:

Ale kiedy czasem?

J.P:

Z wiekiem człowiek zaczyna mieć dystans i zaczyna trochę z innej perspektywy na pewne rzeczy patrzeć. Pewne rzeczy zaczynają uwierać. Wtedy trzeba je przetrwać, zacząć je tolerować. Trzymać te ścieżkę, którą sobie wymyśliłem i nie zboczyć z tego kursu. Kiedyś było łatwiej. Z roli na rolę się przechodziło i się nie zastanawiało. Rzucałem się w wir roboty, czasy były inne. W tej chwili jest inaczej, jest kwestia wyboru czy robisz rzeczy poza teatrem, które przynoszą pieniążki czy robić w teatrze. Najlepiej byłoby to połączyć, ale to jest niemożliwe. Ideały…Jak człowiek patrzy na te ideały, które były kiedyś…

Z aktorstwem jest tak jak w życiu. Nie wszystko jest piękne. Dlatego przyrównuję ten zawód do małżeństwa. Poznajemy się i widzimy też swoje wady. I teraz jest pytanie czy tolerujemy je czy potrafimy żyć z nimi dalej? Myślę, że póki co ja toleruję. Dla mnie ideały się nie zmieniły, tylko rzeczywistość się zmieniła. To jest coś czego już nie tłumaczę studentom, bo to jak rozmawianie ze ślepym o kolorach. Ciężko jest uczyć młodych ludzi. I nie mówię tylko o wsadzaniu do głowy pewnych ideałów, które mi moi profesorowie wkładali ( o co ich nie obwiniam). Ten kult teatru się trochę zmienił. Dlatego ja nie widzę siebie wkładającego w głowę tym młodym ludziom, że to jest piękny i cudowny zawód, bo w zderzeniu z rzeczywistością spotka ich niemiła niespodzianka. Kiedy student mówi, że ma do wyboru prawo, ale aktorstwo go kusi to mówię: zastanów się. Wszyscy widzą tylko to, jak wychodzimy na scenę, a tego wszystkiego poza już nie. I nikt nie jest w stanie wejść w nasze buty. Dlatego czasem staram się im to uświadomić i wtedy mam sumienie czyste.

FiT:

Ale nie odciągasz ich od zawodu. Jeżeli ktoś chce iść tą drogą?

J.P:

Prowadzę jedne zajęcia na tak zwaną „czarną chmurę” to znaczy w jednych zajęciach wywalam wszystkie negatywy jakie mogą ich spotkać. Po to, żeby przez te jedne zajęcia, na moment nimi wstrząsnąć, by mieli czas na przemyślenie sobie pewnych rzeczy. Oczywiście mija tydzień i oni zapominają. Uważam niemniej, że powinienem coś takiego zrobić, żeby gdzieś tam w środku to było. I to jest dla nich. Wiesz, uczysz się przez 4 lata katujesz głowę, ciało. Rezygnujesz z wielu rzeczy, które dla innych studentów są dostępne jak np. życie towarzyskie. Tutaj jesteś zamknięta, życie teatralne kończy się na szkole teatralnej. Nie masz czasu na żadne inne rzeczy. Jeżeli po 4 latach ciężkiej pracy człowiek uczy się, a  później prowadzi grupę teatralną w przedszkolu, to pytanie po co było tyle wiedzy i wysiłku?

FiT:

To jeszcze jest okej

J.P:

Tak to jeszcze jest ok. Gorzej jak np. prowadzi bankiety dla korporacji. Wiele osób też rzuca ten zawód i robi coś zupełnie innego. Takich przykładów jest na pęczki. To wcale nie jest tak, że jak się dostajesz do szkoły teatralnej to się chwyciło Pana Boga za nogi, bo tak nie jest. Tego czerwonego dywanu nie będzie na koniec, to o niczym nie świadczy. Widziałem to po swoich kolegach jak kończyli szkołę, a później sam to przeszedłem. To, że trafiłem tutaj razem z Michałem Kaletą i Ewą Szumską to też był jakby przypadek.

FiT:

Ktoś Cię wypatrzył?

J.P:

To jest taka historia …dziwna. Jeden wielki zbieg okoliczności. Dowiedziałem się będąc na studiach na 3 roku, że Przemek Wojcieszek (ro było nazwisko no-name), studiował dziennikarstwo, zapatrzony w historię Tarantino wymyślił, że nakręci film. Zaangażował wszystkie swoje oszczędności, zdobył też od Canal Plus. Za mega śmieszne pieniądze robił ten film. Produkcja wyglądała tak:  6 nocy i wszyscy pracowali za free. Sprzęt był zapłacony i obiekt. „Zabij ich wszystkich”. To, że to się udało to naprawdę szok. Tam wszystko szło na przekór. Łącznie z tym, że główna bohaterka się struła. Była taka tablica, gdzie było napisane jakie jeszcze są ujęcia do nakręcenia. I nagle się okazało, że ta tablica zaroiła się „spadami” z poprzedniego dnia i tego było coraz więcej i coraz więcej. I nagle robimy scenę palenia marihuany i Sylwia (główna bohaterka) wzięła duży mach jakiegoś tam tytoniu (  a że była krótko po zatruciu gazem) i wylądowała w szpitalu. Przemek (reżyser) stwierdził, że to już jest koniec. Nie zrobimy tego filmu. Ja mu powiedziałem, że mu „wpierd***” i skończy ten film. No i mu „wpier***” i skończył. Ostatni dzień zdjęciowy trwał 21 godzin. Wychodziłem jak wampir stamtąd. Ale z Przemkiem mieliśmy nadal kontakt, bo się zakumplowaliśmy. I tak na 4 roku ja już wiedziałem, że nikt po nas nie przyjdzie. Wrocławską szkołą aktorską się nikt nie zainteresuje. Wiedzieliśmy, że będzie Festiwal Szkół Teatralnych, nie wiedzieliśmy że w tamtym okresie mało który dyrektor w ogóle przyjeżdża. Jedyne co mieliśmy zagwarantowane to takie Teatry jak Wola Zaradzyńska, Chechło, Okup Mały.No, ale wiadomo że nikt się tam nie widział. Blady strach padł na cały rok. JA miałem takie 3 nieprzespane noce myśląc co ja będę potem robił. Wymyśliłem sobie, że dam sobie takie 3 lata. Nie ważne, czy się teraz coś zdarzy czy nie. Pojadę do Warszawy, popróbuję jeżeli nie, to coś zmienię. I akurat rozmawiałem tego  dnia z Przemkiem. Opowiedziałem o obawach, a on powiedział, że jest takich dwóch facetów Paweł Łysak i Paweł Wodziński, którzy zajmują się teraz Teatrem w Poznaniu. I oni chcą ode mnie ten scenariusz filmu „Zabij ich wszystkich” kupić, żeby go zrealizować na deskach. Zbierają taką młodą ekipę i chcą współczesny teatr robić weź zadzwoń do nich. Może przyjadą na Twój dyplom. Przyjechali. Wówczas wybrali naszą trójkę: mnie, Kaletę i Szumską. My oczywiście się zgodziliśmy. I tak tu trafiłem…przypadkiem.

FiT:

Nie powiesz mi, żeby nie spróbować gdzie indziej? Jak już byłeś w Polskim?

J.P:

Nie, bo się okazało że jak ja trafiłem tutaj nie miałem bladego pojęcia z tym teatrem współczesnym. Jak to ma wyglądać. Po czym okazało się, że jak chłopaki mnie wciągnęli w wir roboty, że przeskakiwałem z premiery w premierę. Niedawno zmarła Sidonia Błasińska, którą bardzo serdecznie wspominam ze spektaklu „Córki Kin Konga i pamiętam, że siedziałem przed którymś spektaklem i Sidonia mnie pyta „co ty synek taki zmarnowany jesteś?” „no wiesz Doniu, rano mam próbę jedną do spektaklu, potem próba, potem gramy „Księcia niezłomnego” i wrócę na koniec jakieś tam próby. Ważyłem wtedy 65 kilo, nie było kiedy jeść. Ona wtedy tak patrzy na mnie i mówi: kurdę jak Ty przejdziesz 3 zawały serca, operacje na otwartym sercu, ciężki alkoholizm, raka to wtedy będziesz się cieszył dniem. I ja to bardzo zapamiętałem, bo miała rację. Odpowiadając na twoje pytanie- nie było czasu o tym myśleć. Była taka sytuacja, że pojechałem do Warszawy na casting i doszedłem do jego finału. To był pewien znany wtedy serial i pewna znana pani wyszła z pokoju castingowego i powiedziała; no to jesteśmy. A ja mówię jak jesteśmy? Wie pani ja za bardzo nie wiem kiedy są zdjęcia, a ja mam tu premierę. A ona to na: no to proste, zrezygnujesz z premiery. Powiedziałem, że niestety nie, bo mam jedną, drugą, trzecią premierę. Nie miałem potrzeby, żeby zmieniać teatr. Dużo fajnej roboty, ról, które mi odpowiadały. Wiedziałem też, że w tym teatrze dzieje się jakaś rewolucja. Nagle wszyscy w Polsce mówią, czy dobrze czy źle, ale mówią. Nie widziałem powodu, żeby zmieniać okręt.

FiT:

No dobrze Kuba, ale tutaj później się różnie działo i nadal dzieje. Jest dość klasyczny repertuar, a raczej był, bo to się też zmienia. Publiczność jest specyficzna i jeszcze macie lidera w zespole. Ale są nowi, młodzi reżyserzy, macie Metafory Rzeczywistości…

J.P:

To jest bardziej pytanie dla Pawła. Mnie pozostaje ustosunkować się do roli. Nad efektem finalnym pracują wszyscy. Ja jedynie co mogę to wziąć odpowiedzialność nad wpływem mojej roli, ale to reżyser bierze odpowiedzialność za całość. To jest chyba dla aktora najbardziej niewdzięczna, ale jednocześnie wygodna rola, bo to nie ty bierzesz za całość odpowiedzialność. Niewdzięczna dlatego, że nikt cię nie pyta czy ty chcesz, czy nie chcesz.

FiT:

Masz prawo odmówić w sezonie jedną rolę

J.P:

Tak mam, ale ja nie jestem zwolennikiem. Zdarzyło mi się tylko raz, z powodów życiowych, a nie merytorycznych. Kiedyś nawet dostałem rolę w spadku, mimo iż przez cały tok prób nie byłem akceptowany przez reżysera. Nie wiem może myślał cały czas jakby to tamta osoba zrobiła, nie wiem. Ale była to dla mnie męka potworna, ale się nie poddałem. Dotarłem do samego końca. Tak mam. Bez względu na to jaki by to był reżyser staram się złapać jego sposób myślenia i podążyć za nim, nawet jeśli mam jakieś swoje pomysły, to starać się je przemycić, ale nie na tyle, żeby całemu przedsięwzięciu powiedzieć NIE.

Jeżeli wewnętrznie powiem sobie nie, to źle wpłynie na zespół i cały spektakl. To jak aktorzy mają wizje na spektakle to tego jest mnóstwo, nawet legendy o tym chodzą. Jest taki dowcip jak aktorzy się spotykają i jeden mówi do drugiego- a po pół litrze wódki byś zagrał? Jasne, żebym zagrał. A po 0,7? Jasne. A po litrze ? Nie, nie. Po litrze to bym coś wyreżyserował. Stare dowcipy, ale korzenie gdzieś tam mają… My możemy sobie popsioczyć, ale i tak staramy się być lojalni, bo takie jest nasze zadanie. Chociaż i tak aktorzy mówią, że i tak na końcu to my z tym zostaniemy i będziemy świecić tzw. ryjem.

FiT:

 Wybierając ten zawód wiesz na co się piszesz, że jesteś na świeczniku

 J.P:

No tak, ale to zależy też od reżysera. Jeżeli pracujemy z takim, gdzie na próbie są dyskusje ( a zdarzają się tacy, którzy mówią tak tak tak , a nie słuchają), ale niektórzy bardzo zbierają z aktorów i liczą się z ich zdaniem.

FiT:

 Kuba, a Ty z jakich jesteś aktorów? Posłusznych, tych co proponują coś sami?

 J.P:

Staram się poznać reżysera i jego tok myślenia. Są tacy reżyserzy, którzy mnie zaskakują. Są tacy, których znam i idę z nimi w ciemno, ale też są tacy, których nie zrozumiem. Ale co wole? Nie wiem. Są aktorzy, którzy wolą żeby im zostawić i robią po swojemu. Nie uważam, żeby to też było dobre. To co jest najgorsze w tym zawodzie? To, że nie jesteśmy sami obiektywni wobec siebie. Nie potrafimy stanąć na zewnątrz i kontrolować tego co robimy. Do tego jest nam potrzebny reżyser. Ale np. reżyser, który stoi i nic nie mówi to jest też przekleństwo.

FiT:

 Zapewne pracowałeś/pracujesz z takimi, gdzie niestety ale musisz się sam reżyserować. To jest chyba najgorsze

J.P:

Najgorsze kiedy wychodzisz na scenę i czegokolwiek nie zrobisz słyszysz: to jest super. Kiedy słyszysz „nie” , to już jest najgorzej. Jak to Piotr Kaźmierczak <przyp.red aktor tego samego teatru> nazwał : to już jest negatywna reżyseria. To jest klęska. Wtedy pytasz: no to, ale co? Nie wiem, pan zaproponuje. I ty proponujesz i słyszysz: nie. Blokujesz się wtedy. A z drugiej strony jak cały czas słyszysz tak, to starasz się przegiąć te pałkę i widzisz, że to taki pan reżyser kupuje. I tak ze skrajności w skrajność. Musisz znać tor, a nie że możesz nagle wszystko.

FiT:

A manipulujesz reżyserem? Przemycasz swoje?

J.P:

Każdy tak ma. Pamiętam jak tutaj przyszedłem i przy „Córkach King Konga” chciałem swoje pierwsze fotografie zobaczyć i nagle się okazało, że jestem tylko na dwóch zdjęciach. I poszedłem taki smutny i przybity do fotografa. Usłyszałem, że mnie bardzo przeprasza, ale przemieszczam się po scenie z prędkościami światła, jest ciemno i on nie może mnie uchwycić. Miałem taki patent, że we wszystko pakowałem energię, a miałem problem z tymi rolami spokojnymi. W tej chwili coraz więcej rzeczy mi pasuje. Wiadomo, że każdy aktor będzie na próbach chciał przemycić to co jemu leży. To zależy od reżysera, od roli jak jest wpisana, czasem jak do skóry. Tak poczułem po pierwszym czytaniu „Śmierci pracownika” , ja to „pykam”, biorę, gryzę, wiem, rozumiem. Koledzy siedzieli, analizowali, a ja myślę co analizować nic tylko żreć to! Ale inne rzeczy są dla nich bliższe, a dla mnie to. Najfajniejsze role to takie kiedy koledzy przy pierwszym czytaniu mówią „ale ten ma dobrze”, a najgorsze kiedy jesteś wpisany w dramat tylko po to, żeby uruchomić inne. I wtedy jest problem jak tu teraz zrobić, żeby z tej postaci uszyć coś co będzie równie widoczne i nie zniknie w tym kolorycie innych postaci. Jednak uszycie i zrobienie takiej postaci, mimo iż nie jest także łatwe jest wyzwaniem.

FiT:

 Często te malusie rzeczy są fajniejsze

 J.P:

Tak, są role małe. Ale nie ma na tyle  małych, żeby się nie dało uszyć perełki, którą wszyscy zauważą i można się wybić przez moment. Tylko, że czasem się nie da i przyznać się do tego, ze no dobrze muszę ponosić tę halabardę i to też jest ok.

FiT:

 W „Śmierci pracownika” zauważyłam cię od razu, to był pierwszy spektakl który z tobą widziałam i go kupiłam. W „Samobójcy” was jest tam tylu, że mi umknąłeś…

J.P:

Z „Samobójcą” jest troszeczkę inaczej. Wiem, że to nie jest wytłumaczenie, ale ja sobie to tak tłumaczę, że mieliśmy bardzo mało czasu, tylko 4 tygodnie. Reżyser wiedząc o tym jaką kobyłę tutaj mamy i problemy techniczne, w pewnym momencie nie mógł nam poświęcić czasu aktorsko. Co sobie każdy uszył to już było jego

FiT:

To nie miał być zarzut

J.P:

Wiem, wiem. Gdyby Gregorji (przyp. red. Reżyser) miał więcej czasu z gotowymi postaciami jak tylko w to wejść i zaakceptować to nie było by tematu. To jest przykład na to, że ja nie do końca się zgadzałem z propozycją reżysera jak on widzi postać, ale nie pozostaje ci nic innego tylko jak najlepiej wykonać to ze swoim kunsztem. Być może gdyby było więcej czasu… tak było w „Mistrzu i

Małgorzacie” dał nam więcej wolności. Grupa Wolanda była na próbach cały czas. Miałem pozwolenie, że mogę być cały czas kotem i jeśli wejdę na scenę kiedy ktoś coś innego będzie robić (i tak było, zaczynałem coraz więcej folgować i pozwalać). Kiedy wszyscy pytali co on tu robi? No jak to co? Przecież to jest kot. No każcie kotu zostać w jednym miejscu… Inny komfort pracy. A tu  <przyp. Red „Samobójca” )trzeba było szybko, żeby to powstało. Wiem, to nie jest żadne usprawiedliwienie, ale nie uważam żebym dał ciała.

FiT:

A jest taka rola, że jesteś z niej zadowolony w 100%, że tak ze skórą się zlepiła?

J.P:

Lubię grać „Śmierć pracownika”, lubię kota w „Mistrzu i Małgorzacie”, chociaż od jednej koleżanki dostałem ostre słowa krytyki. Jeżeli ktoś nie kupuje stylistyki tego spektaklu od A do Z to nie ma prawa kupić mnie. Nie mogę wyskakiwać z inną stylistyką. Wtedy mówię, że ok. Jeśli to jest konstruktywne. Dobrze mi się grało, ale trudny spektakl dla mnie to był „Zwał”, bo może z minutę byłem poza sceną. I nawet kiedy nie grałem, przyglądałem się innym scenom. Przeżywałem je, a to trudne było i męczące.

FiT:

No, ale takie przyglądanie się jest też ważne dla budowania postaci, prawda?

J.P:

Tak, tak tylko aktor przyglądając się nie jest aktywny, ale wewnętrznie musi mu się tam gotować na maxa! Przyglądanie, filtrowanie bywa potwornie męczące. Jak grałem dwa „Zwały” pod rząd przychodziłem do domu, piłem 3 litry wody i kładłem się spać. „Córki King Konga” to też lubiłem grać, jakby uszyto to dla mnie. Praca przy „Zaniku mięśni”, trudny temat, ale jak się wkręciłem na czym ta choroba polega to koniec. Duża lekcja pokory.

<Kuba opowiada mi na czym choroba polega, jakie niesamowite historie przeczytał w internecie, jak przygotowywał się do roli>

FiT:

Jak ty się do takich ról przygotowujesz? To chyba trzeba jednak poczuć, a jesteś zdrowy. No, ale z drugiej strony na tym ten zawód polega

J.P:

Grigorij Lifanow zapytał mnie a Ty Papaj chciałbyś zagrać taką rolę bardziej psychologiczną, czy formą? No i dlatego dostałem Kota. Weźmy np. “Zanik mięśni” i “Krawca”( gdzie jest czysta forma).

I wtedy pracujesz z dwóch stron. Przy “Krawcu” musiałem nauczyć chodzić się na szpilkach, ale uważam, że nie nauczysz się chodzić dobrze na szpilkach (to będzie teraz największe świetokradztwo jakie powiem) dopóki nie spróbujesz poznać kobietę. Próbować poznać kobietę to jak próbować poznać kosmos. Poznając układ słoneczny poznam całość. Nie ma takiej opcji. Skupiłem się zatem na obserwowaniu : gestów, dotyku, wrażliwości, emocjonalności kobiet. Nie wolno się jakąkolwiek logiką kierować. Dlatego musisz poznać też to, próbować się do tego zbliżyć. Jeśli chcesz dobrze chodzić na szpilkach. I nagle dowiaduje się, że 70% kobiet nie potrafi chodzić na szpilkach. Fajne zboczenie. A drugi biegun  (”Zanik mięśni”)to masz wkręcanie się od strony myślenia, o poczuciu bólu. Co ból z tobą robi? Jak potrafi zmienić życie?

FiT:

Wiem, że nie ma szans na to, żeby nie przenosić roboty do domu. Zawsze ją przenosicie.

J.P:

No tak. To tak jak siedzisz w miejscu, gdzie się pali I chociaż Ty nie palisz wrócisz przesiąknięty dymem.

FiT:

No, ale myślisz o swojej postaci 24h?

J.P:

Zależy od ciężaru postaci,ale  czasami nie muszę nią żyć cały czas. Czasami tak.

FiT:

 Widać po tobie, że się wyłączasz i myślisz o roli? Mijam często Andrzeja Szubskiego, <przyp.red. aktor Teatru Polskiego>który zbliża się na spektakl i już jest w roli, nawet mnie nie zauważa.

J.P:

Tak już jest. Bardzo często jest się w innym świecie. Jeszcze jeżdżąc środkami komunikacji miejskiej człowiek się tak wkręca, że łapie się, że ludzie się na niego patrzą. Zaczynam coś mimowolnie podgrywać coś tam I próbować, gadać do siebie. Obserwowanie ludzi to jest skarbnica. To są takie rzeczy, których się nie wymyśli. Życie jest niesamowitym podkładaczem. Każda osoba musi mieć swoją zagadkę. Nawet jeśli zjawia się szara osoba, należy zastanowić się dlaczego jest taka szara?

FiT:

A lubisz grać Szekspira?

 J.P:

Jasne, kto by nie lubił?

FiT:

 Tak współczesnego jak miałam okazję oglądać?

J.P:

To nie ma znaczenia. Co to znaczy współczesnego? To co w samym dramacie jest napisane jest najważniejsze. Czy mnie ubiorą sukienkę czy nie to mi nie robi różnicy. Ludzie nie zmieniają się od lat. Samochody, komórki się zmieniają. Ludzie zabijają się nawzajem, oszukują, dążą do władzy. Różnią się szczegółami, schemat pozostaje taki sam. Szekspir nic nowego nie wymyślił. Trochę napisał tych sztuk. Czasem mnie boli, że upieramy się tylko na kilka z nich. Można by też inne uruchomić. JA lubię najbardziej tłumaczenia Barańczaka, bo są krwiste. Słomczyński ma kwieciste opisy, a Barańczak jest bardziej dosadny. Tam się hektolitry krwi leją. To są kryminały jeden za drugim.

FiT:

Lubisz pracować wierszem, nie masz z tym problemu?

 J.P:

Tak lubię, nie przeszkadza mi to. Praca wierszem jest tylko narzędziem. Jest o tyle inaczej zbudowany, że pewne zasady musisz jak w muzyce szanować. To takim telegraficznym skrótem.

FiT:

 Ale od dziecka, w szkołach tłuczemy te wiersze i przez to ich nie lubimy.

J.P:

Bo nam je źle tłuką. Nie uczą tego, co jest pod tym. Nie uczy się myślenia kreatywnego, tylko tego co im się wydaje, że powinno być. Ja się prawie pobiłem ze swoim profesorem na studiach, udowadniając mu, że Schiller dla mnie to jest gówno. On dostał czerwonej gorączki. Po dyskusji dostałem dobry. Wykonaliśmy kawał tytanicznej pracy: on, żeby mnie przekonać do swoich racji, a ja jego do swoich. To jest kreatywne myślenie, tak powinno być w szkołach. A wracając do Szekspira, to ja nie wiem czy chciałbym takiego “Hamleta” ze szpadami zrobić. To już tylko w filmach dobrze wygląda.

FiT:

 Teatr teatrem, ale co z tym filmem?

J.P:

Z filmem to jest troszkę bieda, myślę że koledzy się zgadzają. W Poznaniu mało się kręci, o ile się kręci. Tego brakuje, na pewno. Jeżeli koledzy charytatywnie, bądź pól charytatywnie mają potrzebę zrobienia filmu to nie widzę problemu. Jeżli mam wolny dzień i mnie to nie obciąży to tak.

FiT:

Pracowałeś przy “De facto” Mathiasa Mezlera

J.P

Tak, bardzo się lubimy z Mathiasem i szanujemy. Czy to jest film dobry czy nie dobry? Chryste Panie za takie pieniądze i w takim czasie? To jest etiuda filmowa. Gdyby ludzie dysponując 15 milionami patrz “Bitwę Wiedeńską” robili, to ja bym wolał dać takiemu chłopakowi te pieniądze i zobaczyć co z nimi zrobi.

FiT:

 Jako mentora podajesz Janusza Gajosa

J.P:

Oczywiście, że tak. To jest taki człowiek, aktor który czego się nie dotknie zamienia w złoto.

FiT:

 A pracowałeś z nim?

J.P:

Z Gajosem nie. Z Zapasiewiczem bardzo króciutko, ale dał mi potężną lekcję popisu czego się powinno wymagać od zawodu i od siebie. Ciekawe spotkanie też miałem z Agnieszką Holland. Koleżanka zaprosiła mnie na warsztaty filmowe, które ona reżyserowała. Agnieszka Hollnad miała zobaczyć jak ona reżyseruje. Na planie się pokazała niepokorna aktorka, dała popis gwiazdorskiego grania w najgorszym wydaniu. Co ja mam tu robić, ja nic nie rozumiem. Aż w końcu ta koleżanka, która reżyserowała zamknęła się, bo ciągle słyszała nie. Agnieszka Holland zapytał: czy pani jest aktorka? Tak. Aha, to możemy rozmawiać pewnymi skrótami, które pani powinna już rozumieć. Czego pani nie rozumie w takim razie? Mam pani wytłumaczyć? Pach pach pach- do pionu czego pani nie rozumie? Wszystko jest jasne i proste. Fajnie mnie skomplementowała, że jestem niezłym skurwysynem, ale kobiety takich kochają. A tak z innej beczki, to dla mnie Colin Firth jest takim świetnym brytyjskim aktorem, który rozgrywa się w niuansach.

FiT:

 Uważasz, że umiesz uczyć?

J.P:

Ja mam do tego dużą pokorę. Przy uczeniu największym problemem było, że tłumaczysz ludziom to,to i to. Po to po to po to. Oni za cholerę nie rozumieją I pod koniec roku ci mówią: a to było po to. Czasem nie należy im tłumaczyć. Mają to zrobić i już. Jestem na początku pracy pedagogicznej I uczę się razem z nimi.

FiT:

 Jako student chyba też tak miałeś?

J.P:

Tak oczywiście.

FiT:

Wrocław jednak słynie z piosenki aktorskiej, jesteś śpiewającym aktorem, startowałeś w przeglądzie ?

J.P:

Jestem, ale nie startowałem. Piosenka nie była moją pasją. Nie miałem parcia, żeby od tej strony zaistnieć. Lubiłem to oglądać.

FiT:

Grywasz w serialach i nie masz z tym problemu?

J.P:

Dlaczego mam mieć z tym problem?

FiT:

Że wiocha?

J.P:

To straszne jest. Mogę ci podać taka historię, której nie zapomnę. Taka nauka, którą się zapamiętuję. Byłem na 2 roku i nagle kolega z 3 roku, bardzo szanowany, świetny aktor wróżyli mu wielką karierę, życie pokazało inaczej. Kolega dostaje telefon z agencji, czy nie zagrałby w reklamie za genialne pieniądze. Proszę do mnie nie dzwonić z takimi ofertami. Nawet na casting nie musiał przyjeżdżać, już to miał. Po czym 4, czy 5 lat później jak już byłem tutaj w teatrze włączam tv, a on reklamuje podpaski. I tak sobie pomyślałem: aha, życie weryfikuje. Trzeba mieć dużą pokorę wobec tego zawodu.

FiT:

 Widziałam Cię w takiej jednej reklamie…

J.P:

Tak wiem. Wiesz co mnie spotkało na facebooku? Nawet nie pamiętam skąd się z tym człowiekiem znam. Dostałem taką wiadomość apropo tego, że on się cieszy, że w końcu coś się w mojej karierze posunęło. Siedzę 12 lat w tym zawodzie…

FiT:

 Ale chodzą za tobą, o to ten pan z reklamy?

J.P:

Tak. Tylko, że to jest takie niewygodne, bo taki człowiek nie widzi, że zrobiłaś mnóstwo rzeczy obok, tylko ooo to ten facet z reklamy. To jest inne medium- telewizja. Jak się zaczynasz w to bawić inaczej cię ludzie postrzegają. Najlepsza rzecz jaką ci powiem. Grałem w takim filmie “Reqiuem” pod Piotrkowem z Pieczką mn. Spaliśmy w domu wczasowym i tam były dzieci z domu dziecka. I one na początku nie kojarzyły kim jesteśmy. Zobaczyły Pieczkę i się zaczęło polowanie pod stołówką po autografy. Dopada mnie 13/14 latka, a do mojego kolegi ( drugiego reżysera) 5 latka. I ta 14 latka patrzy na niego i mówi do dziewczynki: od niego nie bierz, od niego nie warto, on gra tylko w teatrze. I to jest wszystko na ten temat. Babcia, która oglądała na maxa wkręcona seriale powiedziała mi kilka lat przed śmiercią, że może bym zmienił zawód. Bo oni się tylko rozwodzą i rozwodzą. Tu sąsiad telewizory naprawia…To będzie porządny zawód.

FiT:

Masz syna, myślisz sobie że ma przejawy aktorstwa?

J.P:

Za wcześnie. Niestety nie żyjemy ze sobą, ale jak mamy okazję to się widujemy. Mieszka od 3 lat w Rzymie.

FiT:

 Ale jakby chciał zostać aktorem?

J.P:

Ja to wiele razy w teatrze opowiadałem jak kiedyś powiedział, że będzie robił to co ja. To się jakoś tak fajnie poczułem. A on mówi: to się tylko stoi na scenie i gada. Do tego nie trzeba się uczyć. I wyciągnąłem egzemplarz “Ferdydurke” i zapytał co to na czerwono tyle zaznaczone. Mówię, no muszę się tego nauczyć na pamięć, co ty myślałeś, że ja wchodzę na scene i wymyślam? A nie? No nie. A to nie chcę być już aktorem…Kiedyś Mati zobaczył w domu szpilki <przypis.red. do roli w “Krawcu”>… Chirurg to jest odpowiedzialny zawód, męski. Co ja mam powiedzieć mojemu synowi, że co tata robi?

 

Dzięki Papaj i powodzenia

 

Andrzej Szubski prawie górnik, jednak aktor

16 maj

 

Julia Rybicka

 

Andrzej Szubski skończył wydział aktorski we Wrocławiu w 1987 roku. Chciał być górnikiem, lotnikiem, biegał po grotach. Do aktorstwa trafił uciekając przed wojskiem. Na studiach aktorskich poczuł, że znalazł swoją drogę. W latach 1993-1998 aktor Teatru im. H. Modrzejewskiej w Legnicy. Do roku 2008 aktor Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu.

 

Od 2008 roku aktor Teatru Polskiego w Poznaniu. Aktor, który praktycznie wchodzi w każdy tytuł. Mąż, kumpel, pedagog, istny wariat J

Fit-steria:

 Andrzej, czytałam fajne rzeczy o tobie. Pracowałeś z wielkimi: z Kleczewską, Klatą…

 Andrzej Szubski:

Klata zaprosił mnie do trzech spektakli, a Maja do dwóch.

FiT:

 To są wielkie nazwiska…

 A. Sz.:

Tak,  to były ich wczesne spektakle. Wtedy stworzyli swoje najlepsze rzeczy, bo ja w tym grałem (śmiech). Ale poważnie. To były ich najświeższe spektakle. Oni się wtedy dopiero rodzili. Tak jest z każdym twórcą. Kiedy poszukuje, to jest najciekawiej. Myślę, że później spoczywają na laurach, ale w tym pozytywnym sensie, kiedy już nazwali, określili swój styl, i to w tym znaczeniu przestaje być świeże. Oczywiście jest mistrzowskie, perfekcyjne, dopracowane, ale nie jest już świeże. „Lot nad kukułczym gniazdem”  Kleczewskiej np. na Festiwalu Sztuki Aktorskiej  po raz pierwszy w historii, dostał zbiorową nagrodę aktorską. Dla całego zespołu. Zawsze są indywidualne.

 FiT:

 Niezwykłe wyróżnienie.

 A.Sz.:

Niezwykła energia. Tam nie było gwiazd. To była praca zespołowa. Aktor jest egoistą i chyba powinien być. Miło jest, kiedy się o nim mówi, by napisano później, że pan taki i taki był genialny, to jest normalne, ale tam było inaczej. To była praca na wspólny efekt.

 

Rozmowa toczy się wokół aktorstwa…

FiT:

 A nie uważasz, że im głębiej się wchodzi w rolę tym fajniejsze są kreacje na scenie?

 A.Sz.:

Tak, ale trzeba znać granice. Nie zapominajmy, że to jest sztuka udawania. Mój kolega po szkole trafił do jednego z dużych teatrów. I od razu wszedł w wielki repertuar. Facet po dwóch latach zrezygnował z zawodu, bo osiwiał i skończył na leczeniu psychiatrycznym. Nie wrócił do zawodu. On w rolę wchodził na stówę.  Musi być dystans, żebyśmy zdrowo i dobrze mogli wykonywać ten zawód.

FiT:

 A uczą tego w szkole?

 A.Sz.:

Przynajmniej się starają. A jednostki słabsze są eliminowane (śmiech). U mnie na 2 roku dziewczynie musieli podziękować. Dawali szansę, możliwość pomocy specjalistów, ale nie dało się. Świetna dziewczyna, ale nie potrafiła oddzielić roli od życia. A jak kreowana postać morduje, wchodzi w układy kazirodcze itp., np. Edyp, postaci szekspirowskie – tego jest pełno… Trzeba mieć dystans.

FiT:

 Gratuluję wpisałeś się w historię teatru polskiego poprzez pracę z takimi reżyserami. A jak się wszystko zaczęło?

 A.Sz.:

W Legincy zaczynało robić teatr dwóch młodych reżyserów po krakowskiej szkole – Jacek Głomb, który do dziś jest tam dyrektorem, i Robert Czechowski (również aktor). Oni byli na roku z Warlikowskim, Jarzyną. To był dobry rok, wyszło z niego dużo dobrych reżyserów. Legnica jako teatr się skończyła z powodów administracyjnych. Nie pamiętam szczegółów. Zwolniono zespół, dyrektora. Ci dwaj panowie zaczynali teatr na nowo. Ściągnęli młodych ludzi, po szkołach praktycznie, pomyślałem, że tam może być ciekawie… i było.

FiT:

 I się skończyło, bo?

 A.Sz.:

Parę lat tam byłem, a potem poszedłem do Kruszczyńskiego do Wałbrzycha, bo Piotr tam został dyrektorem.  To był ten złoty czas dla Wałbrzycha. Ściągnął  Klatę, Kleczewską, Tyszkiewicza, on sam zrobił kilka świetnych przedstawień. Przez kilka lat na wszystkich festiwalach teatralnych, czy to Opole, Kalisz, Katowice, Wałbrzych zdobywał pierwsze miejsca. „Lot nad kukułczym gniazdem” zebrał wszystko co możliwe. Tak samo „Rewizor” w reż. Klaty. Potem wielka „Iwona” Tyszkiewicza. Wreszcie Paweł Szkotak mnie w czymś zobaczył w Wałbrzychu i zaproponował przejście tutaj.

FiT:

 I tak płynnie sobie przeszedłeś do Poznania do Polskiego? Mimo tych wszystkich nagród?

 A.Sz.:

Chciałem zmienić klimat. Teatr w Wałbrzychu jest interesujący do dziś, ale miasto jest jakieś smutne. Nie powiem, że go nie kocham, przecież kupiłem tam dom, niedaleko się urodziłem, część rodziny tam mam. Chciałem jednak zmienić powietrze. Dyrektor z Poznania zaproponował mi pracę, chętnie tę propozycję przyjąłem. I tyle.

FiT:

 I przyjechałeś do Poznania i co? Lepsze miasto? Mniej destrukcyjne?

 A.Sz.:

Tak, na pewno. Chociaż przez pierwszy miesiąc, gdy chodziłem po ulicach, żeby zapoznać się z architekturą, topografią, to (być może to był przypadek), ale w ciągu tych paru pierwszych dni idąc ulicą, podchodziłem np. do kogoś i pytałem „przepraszam, która godzina?” ten ktoś się zatrzymywał, patrzył na mnie przez chwilę, odwracał się i odchodził bez słowa. No dobra myślałem, jakiś świr. Za drugim razem pytam o ulicę Marcinkowskiego… to samo – patrzy i odchodzi…Ale jak to się powtórzyło trzeci raz, myślę sobie, zaraz, gdzie ja jestem? Rozumiem, rachunek prawdopodobieństwa, miałem pecha. Później już się to nie zdarzało, ale na początku miałem na temat mieszkańców tego miasta nieciekawe zdanie.

FiT:

 To ciekawe, jak cię Poznań przywitał!

 A.Sz.:

No najgorsze, że bez słowa. Jakby powiedział „spier…” lub cokolwiek – to bym zrozumiał (śmiech).

Słuchaj – sprawa szukania mieszkania. To było cudowne. Wyszukaliśmy z żoną w Internecie interesujące nas propozycje wynajmu. Umówiliśmy się z ludźmi, żeby to obejrzeć. Ceny były różne, jak niskie to daleko itd. Idziemy pod pierwszy adres i… to jest to! Od razu się zachwyciliśmy. Pierwsza noc. Koniec sierpnia. Do dziś tego nie zapomnę. Budzi nas anielski śpiew. Ja rozumiem, że ten moment nad ranem, sen… ale otwieram oczy, widzę jasne słońce,  a śpiew wciąż trwa… Okazało się, że w Operze jakaś próba jest. Nie miałem bladego pojęcia, że wynajęliśmy mieszkanie w jej sąsiedztwie. Nawet nie zauważyłem tej Opery a przecież jest niemała.

FiT:

No dobrze, ale to raz anielski głos, a teraz? Nie wkurzasz się?

 A.Sz.:

No tak, gorzej jak się rozśpiewują… (śmiech), ale inna sprawa, że się przyzwyczaiłem. Wtedy tak się złożyło, że słoneczny poranek, anielski głos, pomyślałem, będzie dobrze i jest dobrze.

FiT:

 A czym zajmuje się twoja żona, bo też artystka…?

 A.Sz.:

Jest reżyserką. Skończyła Wydział Reżyserii na Warszawskiej Akademii Teatralnej. Ostatnio zrobiła „Królową ciast” Beli Pintera w Teatrze Horzycy w Toruniu, doktorat pisze, teraz jedzie na jakiś wykład do Helsinek, latem robi spektakl w Buenos Aires…

FiT:

 Dużo wyjeżdża w takim razie

 A.Sz.:.

No, tak. Zwykle praca nad spektaklem trwa od dwóch do trzech miesięcy. Wpada więc do domu raz na tydzień, raz na dwa tygodnie. Ale potem jesteśmy tylko dla siebie…

FiT:

 Pytam aktorów, którzy żyją z reżyserkami, aktorami czy nie ścierasz się z drugą artystką?

 A.Sz.:

Pod tym względem osiągnęliśmy pewien poziom dojrzałości. Staramy się nie przynosić pracy do domu. Tzn. nie ma siły, żeby się czasami, po kolacji, nie weszło na jakiś budzący kontrowersje temat, ale wtedy staramy się raczej nie brnąć w to. Raz się zdarzyło, że pracowaliśmy wspólnie, ale wtedy nie byliśmy jeszcze razem. Nie wiem jak będzie, jeśli będziemy znów pracować nad jednym spektaklem. Mam nadzieję, że się nawzajem nie zjemy (śmiech).

FiT:

 Wrócicie do domu i będziecie dalej Ulą Kijak i Andrzejem Szubskim?

 A.Sz.:

Oby. Mamy czasami inne spojrzenie na temat pracy, w ogóle – teatru. Ja z punktu widzenia aktora, ona reżysera. Ale to jest właśnie cenne; ona widzi w domu moje aktorskie frustracje, a ja obserwuję ciężką pracę koncepcyjną reżyserki. To pozwala nam mieć potem więcej szacunku dla innych ludzi.

FiT:

 Oglądasz sztuki, które żona robi i odwrotnie?

 A.Sz.:

Ona obejrzała wszystko, w czym grałem, a ja nie widziałem jej ostatnich dwóch premier, ponieważ dokładnie w tym samym dniu, kiedy ona miała swoje premiery, ja miałem swoje tutaj w Poznaniu.

FiT:

 A daje ci jakieś uwagi reżyserskie apropo twoich ról?

 A.Sz.:

(Śmiech) Z reguły mówi raczej o spektaklu w ogóle. Co się podobało, co się nie podobało, z punktu widzenia reżysera, widza. Czasami jednak jest bezwzględnym krytykiem. Najlepszym, bo najlepiej mnie zna i wie na co mnie stać. Poza tym…  wyobraź sobie, że jesteś malarką. Namalowałaś piękny obraz i jesteś tym dziełem zachwycona. I przychodzisz do mnie i pytasz jak mi się podoba. I ja widzę w twoich oczach taką radość… to nie powiem ci, że to jest do d…, znaczy niedobre. To jest delikatna sprawa. Ula jest delikatna (śmiech).

FiT:

 Grywasz małe role, ale czy wolisz główne role czy te małe, które nie raz są perłami w spektaklach, bo ja np. cenie sobie właśnie takie rzeczy. Zwłaszcza, że w Teatrze Polskim głównie oglądamy pana Michała Kaletę z całym szacunkiem dla aktora. Rozumiem, że w każdą rolę wkładasz 100%?

 A.Sz.:

Tak. Chociaż czasami 99%…

FiT:

 Ale nie masz parcia na duże rzeczy na scenie?

 A.Sz.:

Gdybym powiedział, że nie mam to pewnie bym kłamał, choć samo słowo nieszczególnie mi się podoba. Jest takie powiedzenie:  „nie ma małych ról, są tylko mali aktorzy”, każda rola jest dla mnie duża, jeśli sprawia mi przyjemność grania, nie ważne jak długo przebywam na scenie. Inna sprawa jest taka, że aktorowi grającemu główną rolę może jakaś scena nie wyjść. Ale nie ma problemu, bo może to nadrobić w następnej i następnej. Jak ktoś ma małą rolę, epizod, to niestety musi dać z siebie wszystko tu i teraz. Nie będzie miał możliwości poprawienia się, bo po prostu już się na scenie nie pojawi. Więc musi w tym jednym momencie zaistnieć. Ale faktem jest, że czasem pamięta się tylko epizod.

FiT:

 To chyba zależy od publiczności, przyznam Ci szczerze, że mnie publiczność wkurza kiedy dzieje się coś ważnego, aktor grający dużą rolę się napoci, a potem wychodzi drugi krzyknie „kurwa” i …

 A.Sz.::

…i komentują, że zrobił świetną rolę.

FiT:

 Ale niestety takich spektakli jest coraz więcej, jak tej słabej publiczności…

Moja pierwsza styczność z twoją osobą to był „Hamlet”. Grasz na początku ochroniarza. Ja wchodzę na spektakl, a Ty nie pozwalasz mi jeszcze usiąść w rzędzie krzeseł…

 A.Sz.:

 Aaaa no tak…

FiT:

 Ja jeszcze nie kumam o co tutaj chodzi. Jakiś facet mi nie pozwala usiąść?

 A.Sz.:

Widzowie wchodzą i chcą usiąść, bo mają do tego prawo. A ja muszę interweniować, że jeszcze nie. Takie jest założenie. A tak w ogóle to nie lubię zbytnio takiej bezpośredniej interakcji z widzem. Czasami wiem, że muszę, ale nie powiem abym za tym przepadał. W „Kotce” reżyser wymyślił sobie, że polewam wino widzom przy wejściu. No i super, może to jest fajne, ale wolę teatr gdzie publiczność nie miesza się z aktorami.

 FiT:

 Ale to nie znaczy, że masz gorszy kontakt  z widzem?

 A.Sz.:

Nie, ale wiesz, najciekawsze jest to, że ten dyskomfort odczuwam przed rozpoczęciem spektaklu. Potem już jest dobrze, rozmawiam z tymi widzami, wchodzę w jakieś interakcje, jest świetnie. Bywa, że jest się chorym, odczuwa się bóle, a wchodzisz na scenę i niedyspozycja znika. Oczywiście potem, w kulisach może na ciebie czekać tlen, jakiś masaż serca (śmiech), ale na scenie tego nie czujesz. To takie miejsce, które działa przeciwbólowo. Tak było ponoć z Ćwiklińską, która w kulisach miała swoją pielęgniarkę.

FiT:

 Zdarza się Tobie wchodzić na scenę, kiedy grasz spektakl, w którym no nie koniecznie czujesz się dobrze?

 A.Sz.:

Staram się realizować uwagi reżysera z okresu przedpremierowego nawet na setnym przedstawieniu. W momencie premiery jest koniec. Na próbach możemy się ścierać, dyskutować, ja mogę mu mówić, że się z czymś nie zgadzam itp.  Ale wypracowujemy wspólny efekt i wypuszczamy towar pt.:  premiera. To jest kompromis, może mi się to nie podobać, ale gram nawet przy setnym przedstawieniu to, co założyliśmy z reżyserem. Oczywiście rola rozwija się w sensie jakościowym, ale główne założenia pozostają niezmienne.

FiT:

 Wiesz, znam aktorów, którzy robią przekombinowane swoje role, przez co założenie spektaklu się zmienia.

 A.Sz.:

 Cóż, część kolegów jak poczuje widownie, to „pod nią” gra. Ważne jest zdyscyplinowanie zespołu i dbanie o jakość spektaklu.

Ja nie mówię, że konsekwentnie, wręcz matematycznie się trzymam przez sto spektakli premierowego schematu. To nie jest kino, gdzie jest tak samo zawsze. Jednakże podstawowe reżyserskie założenia muszą zostać zachowane.

FiT:

 Masz słabszy dzień, bo jesteś tylko człowiekiem. Wchodzisz zagrać setne przedstawienie i co wtedy?

 A.Sz.:

W ramach posiadanej energii w danym dniu staram się zrobić jak najwięcej. Załóżmy, że moim zadaniem w danej tej roli jest przejechanie z punktu A do punktu B i ja to zrealizuje. Nie przejadę mercedesem, ale starym polonezem. Jednak do celu dotrę. Pewnych rzeczy nie przeskoczysz. Jeżeli linoskoczek w cyrku robi potrójne salto ze śrubą w tył, a się źle czuje, to zrobi podwójne bo inaczej się zabije. Ale następnego dnia może zrobi poczwórne?

FiT:

 Widza TO konkretnie nie obchodzi, bo przyszedł obejrzeć spektakl…

 A.Sz.:

Widz może nie zauważyć. Pomyśli, że facet gra taką rolę i tak ma ona wyglądać, ale koledzy na scenie wiedzą. Jako partner sceniczny jestem wobec nich odpowiedzialny również za jakość ich pracy. Staram się zatem nigdy nie odpuszczać i grać najlepiej jak mogę.

FiT:

 A lubisz z tym zespołem pracować?

 A.Sz.:

Tak.

FiT:

 A przyjaźnisz się w tym zespole z kimś?

 A.Sz.:

Przyjaźń to duże słowo. Szanuję i lubię wszystkich. Dobrze się nam razem pracuje. Z kimś można pójść na piwo, kogoś zaprosić do domu, a jeszcze z innym pogadać w bufecie. W wielu teatrach byłem i obserwowałem złą, toksyczną atmosferę. I te relacje potem przenoszą się na scenę. Jak ktoś jest aktorem z dużą świadomością etyki zawodowej, to nawet nie lubiąc np. partnerki prywatnie, na scenie sobie poradzi i zagra z nią scenę miłosną, przekonująco i prawdziwie.

FiT:

 Sprawiasz wrażenie spokojnego i zrównoważonego człowieka. To tak jest?

 A.Sz.:

Nie byłem taki kiedyś. Może to jest sprawa wynikająca z tego, że należy wyciągnąć wnioski z życia i nie powtarzać błędów. Nabierać pewnej mądrości życiowej, dystansu. Ludzie tracą mnóstwo niepotrzebnej energii, zdrowia na bzdury. „Denerwowanie się to jest karanie swojego ciała za głupotę innych” wyczytałem gdzieś kiedyś. Jeśli nie mam na coś wpływu to się tym nie emocjonuję.

Odpoczynek, wakacje?

W Chorwacji odpoczywam. Zakochałem się w tym kraju, ludziach. Z żoną jeździmy tam co roku. Bezludna wysepka, na którą raz dziennie płyniemy. Badija. Niesamowite miejsce. Opalanie się, spacery, nurkowanie. Woda przeźroczysta do samego dna, ogromna ryba ci nagle koło nosa przepływa, chciało by się tam zostać na zawsze…

FiT:

 A jakieś sporty ekstremalne?

 A.Sz.:

Narciarstwo. Ale odkąd miałem kontuzję to już nie. Pierwsze narty kupiłem od kolegi za czekoladę. Miałem wtedy sześć lat (śmiech).

FiT:

 Skoczyłbyś na bungee?

 A.Sz.:

Skoczyłbym. Teraz, siedząc na kanapie, mogę to powiedzieć z całą stanowczością (śmiech).

FiT:

 A co z filmem, jesteś głównie aktorem teatralnym?

 A.Sz.:

 Zagrałem jakieś epizody w 10 serialach i paru filmach fabularnych. Bardzo dużo gram w teatrze. Ale jak chciałem nawiązałem parę kontaktów filmowych, to nie było roboty. A jak byłem tydzień przed premiera, to był telefon z propozycją z kina. I musiałem odmówić. Wierz mi, kilka razy tak było.

Tutaj mam co robić. Niedawno była premiera Otella, niedługo Piszczyka…

FiT:

 No i jak przed tym Piszczykiem?

 A.Sz.:

Wiesz, to może być bardzo dobre przedstawienie. Lubię ten rodzaj humoru. Kreacja Stuhra czy Kobieli mi się bardzo podoba. Piszczyk to taki every Polak- wszędzie był, wszystko widział i nic mu się nie udawało. To będzie mądre, gorzkie, atrakcyjne scenicznie i dowcipne. Zapraszam.

FiT:

 20 lat uczysz młodzież, warsztaty teatralne?

A.Sz.:

Chyba dłużej…

FiT:

 Lubisz uczyć? Widzę jak rozmawiasz ze studentami, oni chętnie przychodzą do ciebie po uwagi, jesteś autorytetem!

 A.Sz.:

Przede wszystkim bardzo ich lubię. Istotna jest też sprawa nawiązania kontaktu, słuchania ich. Wykorzystywania też ich wrażliwości, szczere mówienie o pewnych ułomnościach. Oni to bardzo cenią. Trzeba ich traktować bardzo poważnie i odpowiedzialnie.

FiT:

 Nie boisz się skrzywdzić takiego młodego studenta? Mówisz im, że się nie nadają na aktora?

 A.Sz.:

W taki sposób jak ty powiedziałaś to nigdy. Wykazuje mu wady i zalety.

Gdybym był członkiem komisji szkoły teatralnej, to pewnie byłbym zdecydowany i powiedział stanowczo, pani się nadaje bądź się nie nadaje. Tutaj jest inaczej. Zawsze mówię, żeby zdawali do szkoły, aby potem nie żałowali, że nie próbowali. Jeżeli wiem, że ktoś nie ma dużych szans, to radzę, aby pomyślał o jakimś alternatywnym kierunku studiów, a egzamin do PWST potraktował jako przygodę.

FiT:

 A co byś zrobił jakbyś się nie dostał do szkoły teatralnej?

 A.Sz.:

Ale ja nie chciałem zdawać do szkoły teatralnej.

FiT:

 (śmiech) to chyba od tego powinniśmy zacząć te rozmowę…

A.Sz.:

Ja wiem, że ty wiesz, że z reguły wszyscy aktorzy tak odpowiadają.

FiT:

 Ale ja niestety wiem, że z zazwyczaj tak jest…

 A.Sz.:

No, bo tak jest. Ja np. poszedłem do technikum mechanicznego, nie z miłości do mechaniki, tylko dlatego że mój kolega tam poszedł. Ja nawet do kopalni chciałem iść, bo brat pracował. Czujesz? Do kopani?! Kiedyś polonistka kazała nam się nauczyć ballady Mickiewicza. Powiedziała mi, że jest taki konkurs recytatorski im. Baczyńskiego w Dzierżoniowie i ja tam pojadę. Pojechałem i wygrałem. To był 78 rok, mało tego, dostałem nagrodę pieniężną w wysokości 3,5 tysiąca złotych. Mój ojciec zarabiał 2500 miesięcznie. Pomyślałem sobie, kurczę to jest niezła fucha. Potem znów na konkurs drugi, trzeci i zawsze byłem w tej pierwszej trójce. Kiedyś np. dostałem gramofon najwyższej klasy w nagrodę. Potem zaproszono mnie do amatorskiego teatru z Wałbrzychu. Zapisałem się, bo tam fajna dziewczyna była, która mi się podobała. Skończyła się szkoła średnia i ja dalej nie wiedziałem co robić. Wiele rzeczy mnie interesowało. W sumie dzięki strachowi przed wojskiem dostałem się do szkoły teatralnej. Szef tego amatorskiego teatru załatwił mi etat inspicjenta w teatrze Dramatycznym a ówczesny dyrektor przekonująco uzasadnił Komisji Wojskowej niezbędność mojej osoby w jego teatrze. Byłem tam przez rok. Kiedyś ktoś zachorował i musiałem wejść na scenę w nagłe zastępstwo. Później dyrektor, już świadomie, mnie obsadzał w mniejszych rolach. Aż zagrałem z ówczesną żoną Jana Englerta, panią Barbarą Sołtysik w „Fircyku w zalotach”. Duża rola, wierszem. Wtedy dowiedziałem się co to jest monolog wewnętrzny. I pani Barbara mi mówiła, że muszę zdawać. Aktorzy z zespołu za mną łazili i mędzili, czy już mam jakieś teksty przygotowane. Naprawdę to nie jest kokieteria. Wziąłem te teksty, żeby się odwalili. Zdawałem do szkoły do Wrocławia i się dostałem za pierwszym razem. I dopiero pod koniec pierwszego roku poczułem, że to jest to, co chcę w życiu robić…

 

Andrzejowi wróżę jeszcze nie jedną fajną rolę. Świetny pedagog, aktor, doskonały kolega, mentor, słuchacz. Oglądać go możecie państwo w Teatrze Polskim w Poznaniu. Już 25 maja tego roku premiera „Obywatela Piszczyka” mn. z jego udziałem. Dziękuję Andrzej za miłą rozmowę i ściskam.

 

 

 

 

 

 

Kameleon Kocur-ek

29 kwi

 

 

Julia Rybicka 

Michał Kocurek od 2009 roku aktor Teatru Nowego w Poznaniu. Mąż i ojciec.Mój „tata teatralny”. Człowiek, który charakteryzuje się niezwykłą barwą głosu i przez którego przemawia pasja i wielka wrażliwość zarówno sceniczna jak w życiu prywatnym. Świadomie wybrał zawód aktora  i studia w Krakowie. Jego największa rola to Św. Franciszek w Teatrze Muzycznym w Gdyni. W poznańskim teatrze znamy go z Don Juana, który wczoraj (tj. 21.04.2013) miał swoją ostatnią odsłonę w tym sezonie, ale także z „12 gniewnych ludzi”, „Imperium” i od niedawna w premierowym „Domie Bernardy Alba”. Przyjechał do Poznania, gdzie poznał swoją żonę i razem z nią i ich dziećmi podąża swoją drogą. O tym jak to jest grać kobietę, czy nagość sprawia mu trudność opowiada FiT-sterii,  z którą jest zaprzyjaźniony. Spotykamy się w bufecie Teatru Nowego…

Michał Kocurek: Może ja też będę nagrywał ten wywiad, jak Ci się po 20 minutach znudzi… Z  Chrzuszczem na pewno lepiej ci się gadało niż będzie ze mną, nie jestem taki rozmowny i wesoły

FiT-steria: Nie wiem od czego zacząć… Zacznijmy od piosenki aktorskiej…

 M.K.: Z grubej rury

FiT: (śmiech) Traktujesz to jako porażkę czy sukces? Jak dla mnie to jest sukces!

 M.K.:  Ja nie traktuję tego w kategorii porażki. Absolutnie nie. Fajnie mi się to śpiewało z czym pojechałem.

FiT: A z czym pojechałeś?

M.K.: Z Waniuszą z „Imperium” tym pierwszym punkowym numerem, oczywiście bez tej całej otoczki imperialnej. Po prostu stanąłem przed mikrofonem i zawyłem. A drugi utwór to był numer Pawła Dampca, który kiedyś śpiewała Ewa Szumska z Polskiego. Fajna kompozycja do wiersza Czechowicza i myśmy to wykręcili na drugą stronę (aranż był bardzo fortepianowy, a my zrobiliśmy na gitarę elektryczną i wiolonczelę). Moim zdaniem było bardzo spoko. Nie tylko moim… na szczęście. Ludziom ogarniętym w zakresie piosenki aktorskiej bardzo się to podobało, ale mieli inny pomysł w tym roku. Jak zobaczyłem później finalistów to to był bardziej klasyczny repertuar, taki znany z piosenki aktorskiej we Wrocławiu. Nie interesuje mnie takie śpiewanie. Mam inny pogląd. Nie wiem, może za namową Szafranki (tj.Justyna Szafran), która mnie namawiała żebym jeszcze raz tam przyjechał – to być może pojadę. Jednak bardziej chciałbym zrobić offa, czyli po prostu cały spektakl, który tam startuje w konkursie. Jest od A do Z jakąś całością, a nie dwoma numerami, które śpiewasz albo przypasujesz, albo nie. A spektakl jest już czymś fajniejszym. Na razie mam poczucie, że fajnie wyszło.

FiT: Jesteś po wydziale aktorskim…

 M.K.: Specjalizacja wokalno-estradowa. Fatalna nazwa.

FiT: Jak się czujesz z tym, że złośliwi nazywają cię śpiewającym aktorem, TYLKO śpiewającym. To chyba nie jest fajna przylepka

 M.K.: No niefajna. Ale ja już się z nią rozprawiłem w czasie studiów. Jak i moja cała grupa, którą miło wspominam i cieszę się, że studiowałem wtedy kiedy studiowałem. Dokładnie z tymi ludźmi z którymi byłem i nie zamieniłbym ich na żadnych innych. Mieliśmy taki jeden ukryty cel, nigdy o tym nie mówiliśmy, ale każdy z nas chciał w tym Krakowie coś… gdzie się o nas mówiło : „o to Ci co śpiewają” . Zabiegaliśmy o to, żeby było więcej zajęć z dramatu. Wcale nie byliśmy poszkodowani, może mieliśmy o jeden semestr mniej prozy niż tak zwany dramat. Wszystkie zajęcia aktorskie, sceny, wiersz, prozę mieliśmy w takim samym wymiarze godzin jak dramat, tylko mieliśmy więcej piosenki i więcej tańca. Wydaje mi się, że byliśmy na dużym plusie. Na pierwszym roku wywalczyliśmy seminarium ze scen. Globisz, który był wtedy dziekanem nie mógł nam znaleźć żywcem żadnego pedagoga, który był wolny i mógł dodatkowe zajęcia robić postanowił po naszej siódmej wizycie i kolejnej petycji poprowadzić z nami zajęcia. Skończyło się tym, że się tak nami zajął, że postanowił zrobić z nami dyplom. Mieliśmy fajne zajęcia. Myślę, że to właśnie my spiliśmy całą  śmietankę. Mieliśmy najfajniejszych profesorów, a to jest klucz. Bo możesz trafić kulą w płot. A możesz trafić na Globisza etc.

FiT:  Świadomie wybierałeś Kraków? Dlaczego, bo blisko domu?

 M.K.: Świadomie – bo blisko do domu raz, ale też zawsze chciałem studiować w Krakowie, w tej konkretnej uczelni. I nie zdawałem do żadnej innej.

FiT: Dostałeś się za pierwszym razem?

 M.K.: Nie dostałem się za pierwszym razem. Dwa lata wcześniej zdawałem, ale byłem tak fatalnie przygotowany, że nie dziwie się, że się nie dostałem. Jak już zdawałem  kolejny raz to już miałem poczucie, że to będzie tym razem to. Dostałem się w prawdzie pod krechę, ale wtedy brali jeszcze spod krechy.

FiT: Masz być asystentem Zbigniewa Grochala w szkole muzycznej.

 M.K.: Są takie plany. Na razie jest to omawiane, ale możliwe, że będę asystentem  Zbigniewa Grochala. Później jak to się wszystko poukłada będę samodzielnie prowadził zajęcia.

FiT: Myślisz, że umiesz uczyć?

 M.K.: Czarek (tj. Cezary Łukaszewicz) twierdzi, że umiem uczyć. Prowadziliśmy zajęcia z licealistami przez 2 lata. Kiedyś, w złości, oświadczyłem rodzicom, że nigdy nie będę nauczycielem, bo oboje są nauczycielami. Niepotrzebnie to powiedziałem. Zobaczymy…

 

FiT: A opowiedz jak to się stało, że jesteś w Poznaniu?

 M.K.: Przypadkiem. Nie no nie do końca. Nasz dyplom „Sen nocy letniej” zobaczył na Festiwalu Szkół Teatralnych (ja jeszcze wtedy nie byłem rokiem dyplomowym, ale grałem na 3 roku z nimi ten dyplom) – Maziego, Oksany i my z Jagodą byliśmy dokoptowani, bo nie mieli tyle osób do obsady i zobaczył ten dyplom Janusz Wiśniewski, który był wtedy w jury. Strasznie mu się ten dyplom spodobał i powiedział, że on nas wszystkich ściągnie do Poznania. Myśmy tak troszkę przez palce patrzyli. Ale zaraz po festiwalu wziął Jagodę i Maziego na etat i oni tutaj z nim pracowali nad „Burzą” , a po roku zaczęli się do nas odzywać jego asystenci, że i owszem że chce kupić ten dyplom i zmodyfikowany wrzuci go w repertuar. Na początku grałem  przez 6 czy 7 miesięcy gościnnie, a potem mi zaproponował etat. I jakoś tak mi się spodobało tutaj. Tutaj jest bardzo przyjemna atmosfera do pracy, naprawdę. Poznałem kilka innych teatrów grając gościnnie i nie widziałem tak przyjemnej atmosfery w pracy.

FiT: Ale to nie był twój debiut tutaj?

 M.K.: Nie, ja debiutowałem rolą Św. Franciszka w Gdyni. To był mój debiut po calaku. Raczej się debiutuje w głównej roli, będąc na początku wytypowanym na dublera. (tak zakładałem, a podczas pracy okazało się, że ja byłem pierwszą obsadą. Co mnie bardzo ucieszyło, nie ukrywam).

FiT: Przyjechałeś tutaj, był „Sen”, a potem co?

 M.K.: A potem był Don Juan, na koniec sezonu właśnie. Z końcem maja graliśmy „Don Juana”. 31 maja 2009. Muszę pamiętać te datę, wtedy poznałem moją żonę.

FiT:  I co było dalej ? Pytam o teatr… Nie grałeś za dużo za czasów Janusza Wiśniewskiego?

 M.K.: Nie grałem za dużo, ale nikt z młodych wtedy nie grał.

FiT: To dyrektor Kruszczyński dał ci szansę?

 M.K.: Tak jest – bezdyskusyjne. Myślę, że zrobił tak, jak obiecał na naszym pierwszym spotkaniu. Mówił, że chciałby zrobić sezon równych szans. Brzmi jak utopia, ale w większym stopniu mu się to udało. Każdy dostał jakieś większe zadanie. Sprawdzał możliwości adaptacyjne. To chyba o to chodzi, oprócz tego, czy ktoś ma talent czy coś więcej.  Konieczna była akceptacja nowych warunków, które nastąpiły po Januszu Wiśniewskim. Za jego dyrektury grono twórców było dość hermetyczne, przyzwyczaili się do pewnych schematów. Trzeba było przekombinować współpracę. Zupełnie inni reżyserzy, inni ludzie. Albo się łapiesz i umiesz zaadoptować do nowych warunków albo nie.

FiT: Na pewno podoba ci się to, że dał ci szansę, grasz więcej, grasz fajne rzeczy. Wiem, że chciałbyś zagrać Otella?

 M.K.: Tak od jakiegoś czasu.

FiT: W „Otellu” Otella?

M.K.: W „Otellu” Otella. Chciałbym zagrać Otella pod warunkiem, że Jago to byłby rudy (Cezary Łukaszewicz-przyp.red.) Bo on jest naprawdę urodzony, żeby zagrać te rolę. Jest to niby ciekawsza rola w „Otellu” niż Otello, ale ja myślę, że poradziłbym sobie z Otellem-Otellem. Tak, żeby było 50/50. Mam czuja do tego konkretnego tekstu. Bardzo go lubię.

FiT: A z tego co teraz grasz coś tak na maxa czujesz?

 M.K.: Wiesz, na pewno „Imperium”, bo w bardzo dużej mierze – i tu wielkie ukłony dla Ceziego, bo on potrafi coś ciekawego zrobić. Potrafi pogodzić wizję reżyserską, którą miał od początku i konsekwentnie się trzymał tego, że szyje dużo z aktorów i z ich stanów, które potrafią ukuć historię którą on chciał. „Imperium” jest takim spektaklem, w którym mogę się obiema „ręcami i nogami” podpisać. To jest bardzo moje. Ale też ulubiłem sobie ostatnio moją postać z „Domu Bernardy Alba”.

FiT:  Jak zahaczyliśmy o te dwa spektakle, to powiedziałeś mi kiedyś przy okazji „Imperium”, a niedawno „Domu”, że lubisz bardzo grać z Anią Mierzwą. Z czego to wynika?

 M.K.: Bo się bardzo dobrze dogadujemy w pracy. Mamy niby troszkę inną filozofię budowania roli, ale to jest taka kontra zdrowa, która tworzy nową jakość.

FiT: Czujesz się bezpiecznie z nią tak? Można tak powiedzieć?

 M.K.: No tak, jest bardzo bezpieczną partnerką. We wszelakim sensie. Gramy często ciężkie sceny, różne. To jest bardzo dobra aktorzyca, bardzo dobrze się gra z dobrymi aktorzycami. Komfortowo.

FiT: Czujesz się odpowiedzialny za swoje role?

 M.K.: O Jezu bardzo, aż za bardzo. Może nie powinienem tak bardzo jak się czuje, ale tak.  Podchodzę strasznie ambitnie, co momentami miało skutki opłakane. Teraz już wiem, że tak nie można… „za bardzo chcieć”.

FiT: Jesteś bardzo ekspresyjnym aktorem, wiesz o tym. Wolisz grać drani, krzyczeć, czy te liryczne tematy są ci bliskie…

 M.K.: …Nie no są mi bardzo bliskie. Kiedyś byłem chodzącą poezją. Uwielbiam i dobrze się czuję w takich klimatach liryczno-poetyckich. Oczywiście każdy aktor ma coś takiego, że pewne stany przychodzą mu na pstryk. Są takie momenty ekspresyjne, bo jest je łatwiej osiągnąć, ale ja bardziej lubię jak się muszę mocniej postarać, wkręcić się. Taką pracą był dla mnie Franczesco. Nie miał we mnie krzty agresji. To było wyzwanie, duża rola. Z tą postacią się mocno zbratałem. Zrozumiałem, że nie trzeba krzyczeć, że ten spokój to też jest duża siła.

FiT: Jesteś furiatem?

 M.K.: Chyba jestem furiatem.

FiT: Wzięłam cię pod włos. Wiem, że w życiu jesteś.

 M.K.: Na scenie nie jestem furiatem. Jestem nim w życiu. Muszę się z tym pogodzić. I moi bliscy. Na scenie jestem nawet wyliczony w furiach.

 FiT: Nie jesteś „lekkim” człowiekiem, ja o tym wiem

 M.K.: Nie jestem lekki, prawie 90 kilo, nie jest lekko. Nie no jasne, nie jestem. Przyznaje się bez bicia.

FiT: Potrafisz to okiełznać, że bywasz ciężki? Sam ze sobą jak sobie radzisz. Jak siebie widzi/uspokaja Michał Kocurek? Jak sobie radzi ze swoimi stanami?

M.K.: Raz lepiej, raz gorzej

FiT: Nie masz złotej recepty?

 M.K.: No jeszcze nie, to nie jest etap bycia cichym staruszkiem, który nie musi już niczego zapisywać w swoim kajeciku pięknym piórem z atramentem. Myślę, że kiedy będę się uczył to ten zawód będzie mi sprawiał przyjemność. Niby mówi się, że jak artysta głodny, to artysta płodny. A artysta pokręcony, to tym bardziej ciekawy. Pewnie tak jest, bo na scenie ludzi interesuje taki freak niż poukładany. Wydaje mi się, że jak masz w głowie spokój to jest ci łatwiej osiągać stany sinusoidalne, chimeryczne, paniczne i furiatyczne. Potem zejść sobie. Na scenie to jest łatwo zrobić tylko jak masz w głowie spokojne, poukładane myśli. Tylko wtedy możesz sobie wchodzić bez kosztów własnych. Nie zupełnie bez kosztów. Wyznaję taką zasadę i mam nadzieję, że będę ją zawsze wyznawał, że mnie prywatnie to kosztuje na scenie. Nie wyobrażam sobie, żebym wszedł zagrał tak sobie pojechał technicznie, sprawdzonymi mykami, bo bym się czuł nie w porządku. Może nawet nie w stosunku do widza, bo widz nie wie, czy mnie to kosztuje czy nie. Widz nie powinien widzieć, że się aktor męczy. Ale ja w garderobie po spektaklu mogę sobie powiedzieć, że dzisiaj dałem z siebie wszystko.

FiT: Przez ciebie przemawia taka wrażliwość, która np. mnie ujmuje. Po premierach swoich kolegów, ciężko przychodzi ci powiedzenie im, że „chała”…. Przecież nie musisz tego robić, ale Ty bardzo to przeżywasz. I widzę jak się zbierasz w sobie, żeby im to powiedzieć. Z czego to wynika?

 M.K.: Z prostej sprawy, że ja się tutaj bardzo dobrze poczułem w tym właśnie zespole. To wynika z jakiegoś naszego zżycia. Czuję się bardziej zżyty z młodszą częścią zespołu. Znam ich, pracuję z nimi przy różnych spektaklach i wiem do czego są zdolni, co sobą reprezentują jako aktorzy. Jak ich widzę na scenie to jednoznaczne jest dla mnie, że ktoś, w tym wypadku reżyser, nie zadał sobie trudu, żeby ich poznać, zobaczyć co jest ich mocną, a co słabą stroną.

I wrzuca ich w takie zadania, których nie są w stanie załapać, bo nie dostali narzędzi. I mnie to boli i wkurza, bo wiem do czego są moi koledzy zdolni. Nie rozumiem. Jest taka zasada. Ja nie rozgraniczam premier w tym teatrze na te, w których gram i te w których nie. Fajnie jest jak robimy ileś premier w sezonie i wszystkie są ok. Ale tak nie jest zawsze. Im więcej się udaje tym lepiej. Ważne, żeby się udała premiera. Żeby ludzie chodzili i im się podobało. Tyle.

FiT: Twoja wrażliwość przejawia się czasami łzami, wstydzisz się tego?

M.K.:  Nie, nie wstydzę.

FiT: Cezary Łukaszewicz (aktor Teatru Nowego – przyp. red.), jest twoim przyjacielem. Jak to jest grać z kumplem? Rywalizujecie? Na pewno tak, nie powiesz mi, że nie.

M.K.: Oczywiście, że tak. Do tej pory mieliśmy jedno spotkanie sceniczne, gdzie jesteśmy razem na scenie. Chociaż nasze postaci raczej się mijają (mówię o „Dwunastu”). Bo tak raczej się nie zdarzyło, żebyśmy razem grali. W zasadzie ja z Czarkiem nie pograłem i nie pogram w najbliższym czasie, czego żałuję.

FiT: Jaki masz kontakt  z publicznością? Pozasceniczny?

M.K.: Dobry…

(śmiech z obu stron)

Z przyczyn oczywistych , że jest mnie teraz więcej na scenie i mam większe zadania i kluczowe zadania, jest pozytyw.

FiT: (szyderczo) radzisz sobie z popularnością?

M.K.: Radzę sobie. Z popularnością w cudzysłowie.

FiT: Lubisz swoich fanów, lubisz rozmawiać. Zawód aktora polega na łechtaniu, wam aktorom, ego.  Wiesz, że jestem Twoją najwierniejszą fanką i obiecałam, że o tym napiszę ?(śmiech)

M.K.: (śmiech) wiem. Absolutnie lubię swoich fanów i nie-fanów. Bo też się czasami zdarzają, ale pod warunkiem, że są konstruktywnymi nie-fanami. Spotykałem się z  mocno krytycznymi uwagami na temat tego co robię na scenie, ale jeśli były to konstruktywne słowa to ok.

FiT:  O jesteśmy przy krytyce. Zauważyłam jak reagujesz na krytykę, ale powiedz moim czytelnikom, a swoim fanom. Aktorzy, którzy mówią że nie czytają kłamią.

 M.K.: To niektórzy reżyserzy nie czytują. Aktorzy zazwyczaj czytają, może się nie przyznają.

FiT: Wiem, że czytasz moje teksty…

M.K.: Tak czytam.

FiT: Pochlebnie czasem się wypowiadam, albo unikam tematów. Nie mam w sobie tego jadu, jeszcze…

M.K.: Jeszcze… Spoko spoko, z czasem przyjdzie…

FiT: Oby jak najpóźniej.  Boli Cię, jak ktoś napisze, że zrobiłeś na scenie coś niefajnego?

 M.K.: Jak traktujesz ten zawód poważnie to cię to boli w sposób oczywisty. Wykonujesz jakąś pracę i chcesz, żeby ta praca się podobała. A jak się nie podoba, to jest jakieś takie ukłucie, ale warto nauczyć się z tym żyć. I nie dać się temu upupić. Jak się nie dajesz temu upupić i to daje tobie jakąś mobilizację. To jest dobry wpływ krytyki. Wtedy to ma sens. Po coś się podkładamy, jesteśmy na odstrzale przed tymi reflektorami, to też warto wyciągnąć wnioski. Nie jesteśmy obiektywni wobec swojej pracy. Subiektywnie myślimy o swoich rolach. A co myśli widownia to już inna bajka…

FiT: Masz problem z nagością? Pytam o „Imperium”. Widziałam cię wtedy pierwszy raz na scenie i lubię ten spektakl, o czym wiesz.  Wow. Ta scena, kiedy się rozbierasz nie jest chyba najłatwiejszą sceną. A może jest, może się mylę?

 M.K.: Wiesz co jakbyś mi zadała to pytanie rok temu to był miał inną odpowiedź. Ale z racji tego, że jesteśmy kilka ładnych miesięcy po premierze „Imperium”  ten motyw został włączony na samym końcu. Wcześniej o niej rozmawialiśmy, ale nie napieraliśmy na to. Po którejś rozmowie Ceziego (Cezi Studniak) i naszym dyrektorem (Piotr Kruszczyński) doszli do wniosku, że warto spróbować. Cezi mnie zapytał czy tak jest ok? Pomyślałem sobie, że dla tej postaci to jest bardzo ważne, żeby było aż tak radyklane. Jeśli pytasz mnie czy mam problemy z nagością, to jeżeli jest to uzasadniane tak jak w „Imperium”, a moim zdaniem jest to nie mam żadnego problemu.

FiT: To idąc dalej, jeżeli coś jest uzasadnione to pogadajmy o twojej ostatniej premierze. „Dom Bernardy Alba” . Biorąc powierzchownie i na pierwszy rzut oka grasz kobietę.

M.K.: Powierzchownie tak. Jakby tak się w to wczytać to nie do końca.

FiT: To jest wyzwanie. Robisz to  z niezwykłą precyzją. Jestem bardzo ciekawa twojego przygotowania do kobiecej strony tej roli. Masz niezwykły zmysł, bo zagrałeś je bardzo zgrabnie. Jest to zabawne, ale nie jest to śmieszne.

M.K.: To się cieszę, że tak mówisz, bo na tym mi bardzo zależało.

FiT: Ja to tak odbieram, ale nie znam założeń.

M.K.: Założenia były dokładnie takie. Reżyserka ma taki pomysł, żebym zagrał służącą. Znamy się ze szkoły, lubię z nią pracować. Jestem już po kilku spektaklach i mogę powiedzieć, że strasznie lubię tę postać. Mimo iż było to dla mnie spore wyzwanie.

FiT: Dowiedziałeś się czegoś więcej po tym spektaklu o kobietach? Pracowałeś z samymi babami.

M.K.: Oj sporo. Dużo. Mnóstwo. Zawsze byłem ogromnym fanem kobiet. Można powiedzieć, że feministą. Mój męski łebek czasem nie mógł ogarnąć tych oceanów, z którymi miałem do czynienia, ale potem postanowiłem, że będę z tego czerpał siłę, dla tej postaci. Przetrawiłem to w sobie i potrafiłem je ukochać. Uwielbiam je wszystkie i podziwiam, że się nie pozabijały. Doprowadziły do fajnego finału, doprowadziliśmy w sumie. W którymś momencie zostałem traktowany przez reżyserkę i koleżanki ze sceny jak kolejną koleżankę. To może lepiej.

FiT: Trudno jest się nie odzywać cały spektakl?

M.K.: Nie. Jest dużo prościej grać. Dużo prościej odpalać stany emocjonalne.

FiT: Dla mnie mistrzostwo Kocurze! Scena, która otwiera i niemy krzyk uważam za majstersztyk. Ale zastanawiałam się, czy właśnie to nie było większe wyzwanie niż przyjść i sobie pogadać…

M.K.: Nie wiem czy większe, na pewno inne. Ale naprawdę, mogę Ci to już powiedzieć w tej chwili, bo to przepróbowałem, że jest dużo łatwiej tu i teraz i taką uwagę i skupienie jest dużo łatwiej uzyskać kiedy nic nie mówisz.

FiT: Jak długo mieszkasz w Poznaniu?

M.K.: Ze 4 lata?

FiT: Utożsamiasz się już  z tym miastem?

M.K.: Tak, ale wiesz ja mam dużo rodziny na Wielkopolsce, w samym Poznaniu też. To nie jest miasto., które nagle poznałem. Znam je od maleńkości

FiT: Tutaj poznałeś miłość swego życia.

 M.K.: I się okazało, że jest z Warszawy.

FiT: Ale jest artystką!

 M.K.: Na całe szczęście jest artystką i na całe szczęście nie jest aktorką.

FiT: Na całe szczęście?

 M.K.: Tak, bo próbowałem. I moim zdaniem to się nie może udać. Uważam, że z kimś tak niestałym jak aktor trudno wytrzymać. Tylko ktoś, kto ma tego typu inklinację i czasami bywa w maksymalnej dolinie, czasami na maksymalnym haju jest w stanie znieść.

FiT:Nie uważasz, że dwóch artystów to zbyt wiele?

 M.K.:Na gospodarstwo domowe? Nasze daje radę, choć jest dalekie od normalności. Mogłoby być bliżej normalności i pracujemy nad tym, ale gdyby było tak normalnie to by mi się nie podobało. Magdzie też nie. Jesteśmy bardzo włoskim małżeństwem. I bardzo to sobie cenię. Nie mógłbym mieć potulnej żony, która zapatrzona we mnie jak w obrazek na wszystko by mi pozwalała. Byłaby moją fanką… oczywiście Magda jest moją fanką, ale momentami okrutnym krytykiem. Myślę, że dobiłem do takiego portu, który mi odpowiada. Jest dobrze tak jak jest.

FiT: No i jest mała Tosia. Jest oczkiem w głowie tatusia i „aktorzy”.

M.K.: Jest oczkiem i tak, „aktorzy”. To chyba nieuniknione. Niby mówi się, że wszystkie dzieci tak mają. Ale ona rzeczywiście ma ku temu predyspozycje. Jej mama też inaczej pokierowała swoje życie. Byłaby świetną aktorką tak sobie myślę. Miejmy nadzieje, że ją Madzia nauczyć pięknie grać na pianinie. To było zawsze moje marzenie i mam nadzieje, że ją popchniemy w tym kierunku. Zawsze się śmiałem, że dzieci spełniają niespełnione marzenia rodziców. Ale gdybym widział, że moje dziecko nie ma w tym kierunku inklinacji, to bym odpuścił.

FiT: Co się w tobie zmieniło kiedy na świat przyszła Tosia?

 M.K.: Pomyślałem sobie, że żarty się skończyły. W krótkich 3 słowach. Jest teraz takie małe coś, co chce jeść, wybawić się i ma do tego pełne prawo.

FiT: Macie jeszcze Zuzię, z pierwszego małżeństwa twojej żony. Czyli jest twoją (brzydkie słowo) pasierbicą…

 M.K.: Fatalne słowo. Chociaż słowo macocha jest najsłabszym słowem, ojczym najładniejsze, a pasierbica jest pomiędzy, ale to są i tak słabe słowa.

FiT: Zuzia jest w takim wieku, że za chwilę zacznie się bunt.

M.K.: Zuzia jest bardzo dojrzała jak na swój wiek.

FiT: Trochę jej ojcujesz

M.K.: No tak zanim się Tosia pojawiła tak już było.

FiT: Ale rozumiecie się? W miarę? Nie ma zgrzytów?

M.K.: Oczywiście, że się rozumiemy w miarę. Jest to o tyle trudne, że mam w domu babiniec. I babiniec ma to do siebie, czego momentami doświadczyłem na próbach do Domu Alby. Kobiety się jednoczą wtedy, czasami jest to wytłumaczalne, czasami nie. Ale bardzo kocham te moje kobietki. Zawsze miałem takie inklinacje, na podwórku bawiłam się z dziewczynkami. Byłem spoko, miałem największy arsenał pistoletów bawiliśmy się. Wszyscy chłopcy byli moimi przyjaciółmi, bo miałem giwery na każdą okazję. W piłę od biedy się grało, ale z koleżankami zawsze się dobrze dogadywałem. Może było mi pisane mieć dom z samych bab złożony i zagrać kobietę w spektaklu.

FiT: Hmm..

M.K.: Dawaj jakiś hardocore…

FiT: Głownie widać Cię w teatrze. Nie powiesz mi, że nie myślałeś o filmie albo nie marzysz o roli  filmowej?

 M.K.: Marzę, marzę! Ale chyba mam poczucie, że dopiero się zacząłem w miarę komfortowo czuć sam ze sobą na scenie, wiem że jeszcze mnóstwo drogi przede mną i odkryć samego siebie. Trochę może brzmi jak truizm, ale tak sobie myślę, że nie wiem co zagram w następnej roli, jaka będzie. Nawiążę do czegoś o czym często myślę. Jesteśmy w takim, a nie innym teatrze, imienia takiego, nie innego aktora, który jest oczywiście legendą i wzorem niedoścignionym. To ja bym chciał umieć się tak przeistoczyć, wyobraźnię uruchomić, żeby za każdym razem być innym na tej scenie. W tym sezonie miałem taką okazję, bo dostałem tak kompletnie różne zadania i cieszę się z tego. Chciałbym za każdym razem uruchomić w sobie coś innego, poznać te postaci z innych stron. Zawsze sobie przechodząc nocami po spektaklach przez ciemną dużą scenę mówię Łomowi dobranoc (Tadeusz Łomnicki przyp. red.). I się staram w takim kierunku kombinować. Oczywiście na miarę tego co mogę. To w moim mniemaniu jest jedyna droga. Nie grać tego samego! Wkurza mnie, jak ktoś gra to samo. Znam wielu ludzi, którzy dużo grają trzeci, czwarty spektakl grają to samo! Myślę sobie, że to są bardzo zdolni ludzie i mogliby pokombinować, a nie robią tego. Nie wiem może im się nie chce. To ja mam takie marzenie, żeby mi się zawsze chciało.

FiT: To co z tym filmem? (śmiech)

 M.K.:A z filmem? No wiadomo jestem w Poznaniu, a nie w Warszawie…

FiT: Nie myślałeś o Warszawce?

M.K.: Myślałem o tym, że dobrze by było (jeżeli chciałbym grać w dobrych filmach) to musiałbym być w Warszawie, ale tego już sobie kompletnie nie wyobrażałem. Nie moja bajka. Podejrzewam, że nadejdzie taki czas. Mam taką aparycję i waruny, że mogę sobie jeszcze poczekać i nauczyć zawodu. Pewnie w końcu zacznę się częściej pojawiać na Chełmskiej. Coś może się sypnie z tego woreczka. Muszę być tak bardzo gotowy. Na razie sobie nie wyobrażam siebie poza sceną. przed kamerą parę rzeczy zrobiłem, myślałem że się do tego nie nadaję. Ale po kilku etiudach. Jak zobaczyłem efekt końcowy stwierdziłem, że jest ok. Na razie nie mój target, tak jak jest – jest dobrze. Zdaje sobie sprawę, że skazuję się na rozpoznawalną banicję. Mogę być rozpoznawalny w Poznaniu, ale poza nie. Podejrzewam, że przyjdzie w naturalny sposób wszystko. Tak to zostało wymyślone kiedyś, że teatr to była podstawowa jednostka bytności aktora nie można od tego odejść. Przykład największych, którzy zrobili filmy. Ci co są odjęci od sceny to są gwiazdami przez sezon przez 2, 3. Jak wyskakują z lodówki to widzowie nie mogą na to patrzeć. A tacy, którzy mają cały czas styczność ze sceną, wiedzą co znaczy grać dla widza jednego wieczoru takiego, drugiego innego to wpisuje się to w rdzeń kręgowy. Nie ma czegoś takiego, że aktor teatralny przed kamerą sobie nie poradzi, bo ma jakieś przerysowane gesty, przyzwyczajony do innej gry. Nie ma innej gry, możesz użyć innych środków do zagrania tego samego, bo wiesz że masz najazd do twarzy, zbliżenie na oko. Wiesz, że nie musisz tak bardzo zagrać, bo kamera to ściągnie. Nie ma czegoś takiego, że ktoś jest aktorem teatralnym, bądź filmowym. W drugą stronę to chyba bardziej działa. Znam takich, którzy przed kamerą są ok, a w teatrze nie ma czego zbierać. Kompletnie żadni. To ja wolę być jakiś na scenie, a szkolić swój warsztat. W tę stronę… uważam to za naturalniejsze. Just like that.

FiT: Dzięki Kocur za rozmowę.

 M.K.: Już wszystko?

(śmiech z obu stron)

Michała można oglądać w wielu spektaklach Teatru Nowego. Jest świetnym aktorem, ojcem, mężem i moim serdecznym kolegą, którego mocno wspieram w każdym działaniu. Był jednym z pierwszych fanów mojego pisania i nakręca mnie do rozwoju w tym kierunku. Oglądanie go to czysta przyjemność. FiT-steria dziękuje Kocurowi za miły wywiad i wsparcie. Trzymam kciuki! Samych sukcesów!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Szambiarz Chrzuszcz

06 kwi

 

Julia Rybicka

Łukasz Chrzuszcz urodzony łodzianin, od kilku lat mieszkaniec Poznania. Czy czuje się poznaniakiem? Trudno stwierdzić. Wybitny aktor, ulubieniec publiczności i krytyki. Wychowanek, asystent profesora Malajkata. Żyje tym, co przyniesie mu dzień. W życiu nie opuszcza go szczęście. Niedawno skończył 30 lat, nie czuje się ani stary, ani spełniony. Wszystko jeszcze przed nim. Niezwykły optymista, pasjonat. Odkąd go znam zawsze uśmiechnięty, do zawodu podchodzi z wielką pokorą i jest perfekcjonistą w każdym calu. Żartowniś, inteligent, aktor, mąż i ojciec. Odkąd w jego życiu pojawił się Tymek (syn) przewartościował swoje życie. To on daje mu siłę i jest jego największą miłością. Na wywiad umawiamy się w bufecie „U aktorów” przy Teatrze Polskim. Okazuje się, że czeka mnie niespodzianka. Z Łukaszem jest jego synek. Wywiad będzie niezwykle interesujący i ekstremalny.

 Już na samym początku Tymek woła „Tato, Tato”. Czuję, że będzie się działo. Tymuś jak każde dziecko wymaga atencji, a że jest synem aktora to doskonale wodzi nas za nos. Potrafi przewrócić się po aktorsku. Jak on nie zostanie aktorem, to będzie jakiś cud. Ma zadatki, no co zrobić… Udaje nam się „sprzedać” Tymka jego Mamie, żonie Łukasza – Magdzie Chrzuszcz, która w Teatrze Polskim jest charakteryzatorką. Zacznijmy.

Łukasz Chrzuszcz:

Dzień dobry, nazywam się Łukasz Chrzuszcz będę rozmawiał z Julią Rybicką.

Jak zawsze ironizuje, wygłupia się, rozprasza mnie.

FiT-steria:

Łukasz, dobrze powiedz mi grasz na perkusji, dlaczego nie szkoła muzyczna? Miałeś jakąś styczność ze szkołą muzyczną?

Ł.Ch.:

12 lat się uczyłem gry na instrumentach perkusyjnych i perkusji, ponieważ moja cała rodzina to muzycy z dziada pradziada, wujkowie, dziadkowie, rodzice. Cały czas uczyłem się najpierw w szkole pierwszego stopnia, potem drugiego na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Miałem rewelacyjnego profesora w drugim stopniu, który też namawiał mnie cały czas żebym szedł na Akademię Muzyczną, a to jest dosyć wąskie środowisko (muzyków). Dlatego, jeśli ktoś kończy drugi stopień to zazwyczaj te same osoby wchodzą do Akademii Muzycznej. Wszyscy się tam znają, dlatego wszyscy byli pewni, że i ja będę tam zdawał. Ale złożyłem sobie papiery do łódzkiej filmówki. I tylko tam. Na żadne inne studia nie. I się udało.

FiT:

Za pierwszym razem?

Ł.Ch.:

Za pierwszym razem. Dlatego później jak przyszedłem (już pewny tego, że będę na aktorskim) do mojego profesora z Akademii, troszeczkę był niepocieszony tym faktem. Ponieważ też strasznie się lubiliśmy, dobrze nam się pracowało. Ale ja muzyki nie zapomniałem. Muzyka cały czas jest w moim sercu. Cały czas gram, może teraz trochę mniej, bo dużo pracuję, ale tak to cały czas ta perkusja … ( Łukasz przerywa: „Sms’a dostałem. Ooo od ciebie. Dostałem SMS’a od Julii Rybickiej” no i drogi czytelniku weź tu prowadź wywiad). Także ta muzyka cały czas gdzieś głęboko w sercu jest. Z resztą, ta muzyka bardzo się przydaje przy pracy. Też jak zdawałem egzaminy wstępne do szkoły aktorskiej, to profesor od umuzykalnienia zapytał, czy mam coś wspólnego z muzyką. Kiedy powiedziałem, że ukończyłem drugi stopień to powiedział, że to nie ma sensu, zadał mi proste ćwiczenie i dał mi maksymalną punktację. Tak samo te wszystkie rytmiczne egzaminy, czy później zajęcia – z tym nie było żadnego problemu. A dlaczego nie muzyka? Nie wiem. Moje życie jest strasznie pokrzywione i trudno je czasami racjonalnie wytłumaczyć, dlatego, że ja się w życiu kieruję intuicją i przeczuciem. Na czwartym roku zrezygnowałem z dyplomu, bo chciałem zostać jednak muzykiem. Dużo koncertowałem z wieloma zespołami po całym kraju i wtedy czułem, że chce zostać muzykiem. A potem, że nie… że chce zostać jednak aktorem. No i dostałem rolę u Griegoriewa Lifanowa, potem u Michała Staszczaka w dyplomach i później poleciało.

FiT:

A przywiozłeś perkusję do Poznania?

 Ł.Ch.:

Jest w teatrze. Pierwszy raz ją przywiozłem jak robiliśmy „Trupa”  i  dyrektor pomyślał, że można wykorzystać moje zdolności perkusyjne. Nic trudno do zagrania, ale podobno to efektownie wygląda.

FiT:

Pamiętasz swój egzamin do szkoły teatralnej?

 Ł.Ch.:

Chyba pamiętam. Pamiętam pierwszy etap. Drugi był zwariowany. Wtedy ten drugi etap był rozłożony na jeden dzień. W ciągu jednego dnia chyba od 7 rano, skończyły się o 21, także przechodziliśmy z komisji do komisji. A pierwszy etap pamiętam. Akurat miałem koncert w Łodzi w takim klubie Dżazga i w południe miałem egzamin…

Tu następuje przerwa, bo mały Tymek musi udać się tam, gdzie król chodzi piechotą.

Ł.Ch.:

Na początku egzaminu byłem tak „zesrany” jak studenci powiedzieli, że mam wejść i powiedzieć fragment prozy i zaśpiewać piosenkę ludową, że zapomniałem czy Kordian to proza czy wiersz. I zadzwoniłem wtedy do mojej przyjaciółki z Łodzi – Ani Ciszowskiej, która mnie przygotowywała i w pełnym stresie zapytałem się „Ania, Kordian to jest wiersz czy to jest proza?”, a ona „Człowieku, Ty weź… masz przygotowane wszystko, nie przejmuj się. Tak, to jest wiersz i niczym się nie przejmuj”. I tak sobie pomyślałem jak tak siedziałem na tym korytarzu i popatrzyłem jak ci ludzie się nakręcają, stresują, włączyłem sobie muzykę i sobie pomyślałem, że kompletnie mam to gdzieś i jeśli się nie dostanę, to trudno to będę muzykiem, a jak się dostanę to będę aktorem i podszedłem na wielkim luzie do tego egzaminu. Powiedziałem fragment wiersza, fragment prozy,  zaśpiewałem piosenkę ludową „Piosenka jest dobra na wszystko” , bo zapomniałem, co miałem zaśpiewać. I śpiewałem tylko „piosenka jest dobra na wszystko, piosenka jest dobra na wszystko, piosenka jest dobra na wszystko”  i komisja zaczęła się śmiać, bo widziała, że się zestresowałem i stwierdziłem, że piosenka jest dobra na wszystko i… wszystko. Po egzaminie wyszedłem ze szkoły i poszedłem na koncert.

Drugiego etapu tak nie przeżywałem. Bardziej wtedy moja dziewczyna. Jej zależało, żeby się dostać do szkoły aktorskiej. Nie przeszła tego etapu, rok później dostała się do szkoły. Ja wziąłem później dziekankę i byliśmy razem na roku i taka anegdotka z samego ogłoszenia wyników. Jak Bronek (Bronisław Wrocławski) potasował wszystkie te zaświadczenia o tym, że się dostało do szkoły aktorskiej i było trzech Łukaszów na tym roku i na trzecim etapie było 27 osób no i przy 17 osobie, a 18  przyjęli już zacząłem być pewny, że się nie dostanę. Ponieważ siedziałem sam, nikogo już przy mnie nie było. No, ale Bronek na sam koniec powiedział pan Łukasz Chrzuszcz i mi się fajnie zrobiło. Wszystko poszło naturalnie, nie było napinki strasznej. Z resztą miesiąc przed egzaminami byłem pewny, że nie będę zdawał na aktorski, tylko myślałem o fotografii w ogóle. (śmiech)

FiT:

Dobrze wspominasz słynną „fuksówkę”?

 Ł.Ch.:

Bardzo dobrze. Mieliśmy bardzo fajny czwarty rok, bardzo fajna fuksówka. Bawiłem się rewelacyjnie. Do domu rzadko wracałem. A jeśli już to bardzo późno. Uważam, że jest to potrzebne, ale bez nękania, jeśli to jest mądrze poprowadzone z dowcipem to jest fajne.

FiT:

Profesorowie, którzy w łódzkiej filmówce byli dla Ciebie mentorami? Nie mówimy jeszcze o profesorze Malajkacie.

 Ł.Ch.:

No to na pewno Ewa Mirowska, która piętno swoje odcisnęła na mnie. Miałem z nią niezłe przeboje i bardziej walczyliśmy ze sobą niż współpracowaliśmy. Było to niesłychane przeżycie. Ja z resztą mam niewyparzoną gębę i się jej często stawiałem w różnych zdarzeniach, było dosyć śmiesznie, czasami przykro, ale jest to jedna z ważniejszych profesorek w łódzkiej szkole filmowej, jak nie w Polsce i cieszę się, że mogłem z nią popracować i się od niej nauczyć. No Malajkat był mentorem…

FiT:

U kogo byłeś na roku jak się dostałeś?

Ł.Ch.:

Przyjmował mnie ś.p. profesor Jan Machulski. Był przekochanym, przeuroczym profesorem. Fantastycznie się zagrywał. Bardzo miło go wspominam. Jak kończyłem szkołę, a nie byłem u niego na roku dał mi swoją, wszystkim znaną „Stówę”. Sto dolarów. To była dla mnie najważniejsza nagroda, dostałem od Machula stówę! Bardzo prestiżowa nagroda na Festiwalu. I chyba byłem ostatnią osobą, której wręczył te stówę. Duże wyróżnienie.

FiT:

Co się stało, że wziąłeś dziekankę?

 Ł.Ch.:

Stwierdziłem, że za szybko się dostałem do szkoły. Szkoła aktorska to jest zawsze marzenie tysięcy młodych ludzi. I dostać się tam, to jest olbrzymi wyczyn. Zobaczyłem jak to wygląda od środka i troszeczkę moje ambicje i wyobrażenia na temat aktorstwa nie pokryły się z tym, co zobaczyłem w szkole. Nie ma co ukrywać (pewnie wielu profesorom się narażę), ale jest tam i to nie tylko w łódzkiej szkole, wielu profesorów, którzy nie powinni wykładać, jeżeli od wielu wielu lat nie weszli na deski teatru, są aktorami niepraktykującymi, nie idą za tym postępem aktorskim. Nie widzą, co się dzieje w świecie teatru i uczą kłamać. Ale kłamać w takim złym znaczeniu. Tak naprawdę te zajęcia polegały na tym, że musieliśmy ich naśladować i wtedy było dobrze. Nie było tam żadnej prawdy. I to mi się nie podobało. Większość moich kolegów ma podobne zdanie. Z racji tego, że mam niewyparzoną gębę, często mówiłem tym profesorom, co o tym myślę no i wielu z nich chciało mnie usadzić. Ale Machulski wtedy obronił mnie. Powiedział, że 18 przyjął i 18 skończy. Wybierałem sobie profesorów, do których chodziłem. To miało plusy i minusy. Minusem było to, że wielu chciało mnie usadzić. Nie udało im się to. Stwierdziłem, że nie będę się dalej męczył z tymi profesorami, bo rok był fantastyczny. Na tym roku nauczyliśmy się samodzielnej pracy. Wziąłem dziekankę za namową Marcina Brzozowskiego (który teraz wykłada w filmówce) i powiem szczerze, że jak złożyłem papiery w dziekanacie to mi ulżyło. Żałowałem, że zostawiam przyjaciół. Z resztą zachowali się fantastycznie, kocham ich za to. Oni będąc na 4 roku, ja na 3, zadzwonili kiedyś w nocy i powiedzieli: Chrzuszczu zacząłeś z nami i z nami i z nami skończysz. To był dyplom Łukasza Kosa. Zagrałem w „Pawiu Królowej”, fantastyczny dyplom, dużo sukcesów odniósł. Dlaczego ta dziekanka? Różne powody: profesorowie, ja nie czułem się na siłach, dostałem depresji, osoba, którą kochałem była na 1 roku i chciałem z nią pracować. Nie żałuję tego.

FiT:

No to profesor Malajkat…

 Ł.Ch.:

Malaj!

 FiT:

No Malaj powiedział przy naszym ostatnim spotkaniu, że to Ty go wybrałeś. Porozmawiajmy o tym…

 Ł.Ch.:

To ja wybrałem Malaja, żeby mnie uczył. Będąc na 1 roku patrzyłem jak uczy.

FiT:

Biorąc dziekankę, wiedziałeś że  profesor Malajkat przejmuje przyszły rok?

 Ł.Ch.:

Tak. Wziąłem dziekankę na początku 2 roku. Już wiedziałem, że Malaj wziął pierwszy rok. Nie poszedłem do niego i mu tego nie powiedziałem, bo się go bałem, ale będąc na 1 roku miał zajęcia z 3 rokiem. Widziałem ich egzaminy, opowiadali o zajęciach z Malajem. To była legenda. Zajęcia z Malajem były zawsze fantastyczne, wszyscy o tym wiedzieli. No i stwierdziłem, że jeśli jest taka szansa, to dlaczego nie? Nigdy nie żałowałem tej decyzji. Dzięki temu jestem tym kim teraz jestem, aktorsko. Dużo by mówić o Malaju. Ma swoje wady, ma swoje zalety, ale dla mnie jest profesorem Malajkatem. Wielokrotnie prosił mnie, żebyśmy przechodzili na „ty”, ale nie jestem w stanie. Chcę o nim mówić jak o swoim profesorze, mentorze.

FiT:

Profesor mówi do ciebie mały albo młody?

 Ł.Ch.:

Mały, młody, chory, różnie mówi. I wymyślał: szambiarz (bo grałem w egzaminie u niego szambiarza).  Raz tylko powiedział do mnie na „pan” na 3 roku na zajęciach, kiedy naprawdę się nie przygotowałem na zajęcia. Jeszcze wtedy wizytacje zrobił Zamachowski z Polkiem, dwoje jego przyjaciół. Byłem nieprzygotowany, dukałem jakiś monolog z Mizantropa i jedyne co zrobił to powiedział „panie Łukaszu zawiodłem się na panu”.

FiT:

Zabolało?

 Ł.Ch.:

O Jezus, jak to zabolało. Nigdy do mnie tak nie powiedział. Ten jeden raz. Zawsze zapieprzałem u niego na 1200%. I mówił mi później, przez miesiąc, na pan zanim zapracowałem, żeby znów mówił mi po imieniu. W końcu się zapomniał i dobra już koniec kary. Ale potrafił umiejętnie, inteligentnie, mądrze karać. Trzeba było się postarać. Czasami mu się nie chciało i też był fantastyczny jak się motywował i sam się na to nakręcał. Bardzo dużo się od niego nauczyłem.

FiT:

Jak to się stało, że stałeś się jego asystentem? Przez ile lat? Na czym to polegało?

 Ł.Ch.:

To było na 4 roku jak zrobiliśmy dyplom „Boboka” później mieliśmy rozmowy z Malajkatem na osobności i on się pytał co będziemy dalej robić po szkole. Ja powiedziałem, że planów sprecyzowanych nie mam i chwytam się tego, co przyniesie dzień i ważne, żeby wykonywać swoją robotę dobrze. Ktoś to zauważy i mnie pewnie zaangażuje. Opieprzył mnie, że muszę gdzieś składać papiery. Powiedziałem, że nie złożę. A on, że ma taka propozycję: „Chcę, żebyś został moim asystentem”. A ja mówię: „ja się na tym nie znam, nauczanie mnie nie kręci i to nie jest mój klimat”. Na to on, że wie że to będzie mój klimat i wiem, że sprostasz temu i to będzie dobra decyzja. W końcu doszło do tego, że od października następnego roku – on wziął pierwszy rok, a ja byłem jego asystentem na 1, 2, 3 roku… i zobaczyłem jak to wygląda z drugiej strony. Dawał mi dużo swobody, pokazywał mi jak trzeba różne rzeczy konstruować. Złapałem bakcyla.

FiT:

Uczysz do dzisiaj.

Ł.Ch.:

Ja nie lubię tego nazywać nauczaniem, raczej dzieleniem się doświadczeniami, bo ja się też cały czas uczę. Dzielę się spostrzeżeniami, ale to jest nieustająca nauka. Uczę się od ludzi, z którymi pracowałem i pracuje.

FiT:

Skąd pomysł, żeby założyć Studio STA (Studio Aktorskie Stowarzyszenia The Art)?

 Ł.Ch.:

Szczerze i boleśnie odpowiedzieć? Będę się już z Poznania pakował. Z STA zaczęło się to chyba w lipcu, kiedy ja już stwierdziłem, że nie chcę uczyć, prowadzić studia, byłem w dołku. Kilka osób się zgłosiło, że chce u mnie pobierać korepetycje. Cały czas mówiłem, że nie. No, ale jeśli znajdzie się jakaś grupa to mogę prowadzić wspólne zajęcia, bo nie lubię prowadzić zajęć indywidualnych. Uważam, że trzeba mieć widza. Należy pracować nad kontaktem z widownią, żeby to nie stresowało czy zamykało. Zauważyłem, że efekty tej pracy są fantastyczne. Indywidualnie możemy sobie popracować, ale później ta osoba wchodzi na scenę i jest zesrana. Tutaj prowadzę troszeczkę inaczej te zajęcia. No i złożyła się taka grupa osób. Na początku było to z 10 osób, później 20, teraz jest ponad 30. Nadal to rośnie. To miały być konsultacje aktorskie, z wiersza, prozy, emisji głosu, a zrobiła się z tego szkoła.

FiT:

Masz plan rozbudować te szkołę?

 Ł.Ch.:

Mam, cały czas ją rozbudowuję. Staram się z pieniędzy czesnych zorganizować im jak najwięcej warsztatów i zajęć. Plany są duże. Nie chcę o nich teraz mówić, z resztą doskonale o tym wiesz…

FiT:

Wiem, ale podpuszczam żebyś coś zdradził czytelnikom. Dobrze, to jak to się stało, że wylądowałeś w Poznaniu? To jest Twój pierwszy teatr?

 Ł.Ch.:  Współpracowałem w Teatrze Nowym w Łodzi, dostałem rolę w „Komedii omyłek” , później dostałem rolę w „Dożywociu” i tak sobie pogrywałem. Dużo się tam nauczyłem. Konfrontując rok studiów z pracą w teatrze to jest dzień do nocy, zupełnie inna praca. Zobaczyłem czego my się musimy nauczyć w szkole, żeby wejść na scenę. Teatr Nowy w Łodzi był wtedy jednym z najlepszych teatrów w Polsce. Ś.p Kazimierz Dejmek wtedy był dyrektorem. Później zaczęły się przewroty. Zespół był fantastyczny jeszcze po Grabowskim. To była spuścizna po wielkich dyrektorach i strasznie dużo się od nich nauczyłem. Z resztą te znajomości do dziś podtrzymuję. Z Irkiem Czopem na przykład… i z innymi aktorami, niesamowite doświadczenie. Po festiwalu szkół, gdzie nie złożyłem żadnej teczki nagle dostałem wiele propozycji w różnych teatrach. I w Bydgoszczy, w Wybrzeżu, w Kielcach, w Łodzi i w Poznaniu w Nowym od Wiśniewskiego. Moja dziewczyna też dostała propozycję, byliśmy przekonani, że chcemy być tutaj. Bo chcemy być dalej razem, w tym samym teatrze i, że to się tak dalej będzie toczyć. I czekaliśmy… i czekaliśmy jak to się rozwinie. Z niecierpliwością czekaliśmy na ten telefon. Nie było tego telefonu, sami zadzwoniliśmy. On w ogóle nie chciał odbierać od nas telefonów. W końcu Marta jakoś się tam zakręciła i miała z nim spotkanie, przyjechała tutaj do Poznania. A ja wtedy dostałem Złotą Maskę w Łodzi. To się pierwszy raz zdarzyło, żeby student dostał Złotą Maskę. To była zawsze nagroda dla najlepszego aktora sezonu w Łodzi. Dostał to student! To była dla mnie nobilitująca nagroda. Wszystkie te nagrody ma moja mama. I przyjechałem do Poznania, do Nowego, żeby się spotkać z dyrektorem Wiśniewskim. Ale on nie chciał się ze mną spotkać. To ja stwierdziłem, że „….” (następuje zdanie, które hmm przetłumaczę tak „pewien męski organ mu w tylną część człowieka”) pójdę do konkurencji.  No i poszedłem na rozmowę do dyrektora Szkotaka no i co? I  się udało.

FiT:

Łukasz opowiedz historię z Warszawą…

 Ł. Ch.:

A z Warszawą… Z Narodowym tak?

FiT:

No tak! To jest moja ulubiona historia

 Ł.Ch.:

Wiele osób w nią nie wierzy, ale to jest prawda.  Mam świadków na to. Jeździliśmy po Warszawie, żeby rozwozić te teczki. No i przejeżdżamy koło Narodowego i ja sobie powiedziałem: „ku***. Ja jeszcze dzisiaj z Endżim (Jan Englert) sobie pogadam i przyjmie do teatru, będę z Malajem, z Gajosem będziemy sobie grać i będzie fajnie”. I tak sobie żartowałem, ale to, że dziewczyny zaczęły się ze mnie wyśmiewać to to mnie tak wkurzyło, że sobie powiedziałem  o nie nie nie! Dzisiaj będę miał rozmowę z Englertem. One nie chciały w to uwierzyć. Cały czas miałem w głowie to, co Malaj mówił: „walczyć o swoje marzenia i pamiętać, że nie ma się nic do stracenia”. No, bo co ja mam do stracenia? Co najwyżej on ma do stracenia, że mnie nie przyjmie. Tak Malaj zawsze mówił.

Wchodzę na portiernię i mówię:

- Dzień dobry nazywam się Łukasz Chrzuszcz chciałbym rozmawiać z dyrektorem Englertem.

- No, ale czy był pan umówiony?

- Nie, ale dyrektor chciałby się ze mną dzisiaj zobaczyć.

- Jak to chciałby?

- Jestem święcie przekonany, ja z resztą znam profesora Malajkata, on tutaj gra i ja będę dzisiaj rozmawiał z profesorem Englertem. A proszę mi wierzyć, że on też chce.

Oni patrzyli na mnie jak na debila, powiedziałem, że nie odejdę dopóki nie porozmawiam z Englertem. Zadzwonili do sekretariatu, miła pani powiedziała, że nie ma w ogóle takiej możliwości, żebym ja rozmawiał z dyrektorem Englertem. Powiedziałem – „No to mamy problem. Bo ja stoję na dole i czekam i będę czekał do momentu, kiedy nie zobaczę dyrektora Englerta i z nim nie porozmawiam”

- Pan sobie chyba żartuję.

- Nie żartuję mówię całkiem poważnie.

- Dobra to niech pan za 10minut do mnie wejdzie.

Ja mówię no ok, no dobra. No to od razu na fajkę i do koleżanek mówię” ja pie*** sekretariat Narodowca dzisiaj zaliczony, jaka jazda”. No i wchodzę na pewniaka przez te wszystkie bramki, wjeżdżam do sekretariatu… no i ta pani tak na mnie patrzy i mówi: „Wie pan co? Dwadzieścia ileś tam lat pracuję tutaj i nigdy mi się nie zdarzyło, żeby ktoś tak bezczelnie chciał wejść, z ulicy i rozmawiać z dyrektorem”. Mówię: „no to zawsze jest ten pierwszy raz, widzę tutaj jest gabinet dyrektora ja sobie wejdę pogadam nic się nie stanie”. Ona mówi: „nie no stanie się, nie mogę pana tam wpuścić”. „No to mamy problem, bo ja muszę”.

Zaczęliśmy się śmiać, mówię do pani, że mi na tym naprawdę zależy. A ona z kolei, nie mogę pana wpuścić, bo jak pana wpuszczę, to on mnie wyrzuci.

- CO pani proponuje?

- Nie no, że jeszcze ja mam proponować? Niech pan zostawi teczkę i tyle. Jak dyrektor będzie zainteresowany to się odezwie.

- Dobra dobra znam te rozmowy.

- Przyrzekam panu, że mu przedłożę pana teczkę – No i jeszcze pomogła mi wybrać jakieś zdjęcia. Mówię: do zobaczenia”. Wyszedłem podniecony „ja pie*** byłem w sekretariacie Englerta” i się śmiejemy z dziewczynami, że nie będę teraz odbierał telefonu, mama nie dzwoń, bo Englert będzie dzwonił. I dzwoni telefon (ja rozbawiony jeszcze).

- Dzień dobry dzwonię z sekretariatu dyrektora Englerta. Dyrektor wyszedł przed chwilą i zobaczył pana teczkę (z resztą chyba słyszał naszą rozmowę) i chciałby się z panem jeszcze dzisiaj zobaczyć. Czy pan dziś może o 14.30?

…mnie zatkało. No chyba mogę…no mogę…no mogę tak! Będę!

Mówię do dziewczyn: „będę z nim rozmawiał i będzie czad!”

Pojechaliśmy na Chełmską do agencji aktorskich i tak opowiadam agentce o tej historii, a ona: a o której ? A ja no o 14.30, a ona Łukasz jest 14.30. „O kur***” nie wiem… nie znam Warszawy… nie wiem gdzie jechać co i jak. Był z nami jeszcze chłopak, który robił reportaż o mnie i mojej dziewczynie jak to jest być po szkole itd. Wsiedliśmy w taksówkę, jedziemy do centrum patrzę na zegarek widzę 14.30, z oddali widzę Narodowy. Biegnę. Deszcz jeszcze zacinał. Wpadam spóźniony do sekretariatu, przepraszam, ale nie znam Warszawy, korki (nawijam totalną ściemę). A pani mówi:

- Wie pan co nie wiem dlaczego to robię, ale to zrobię – Wzięła telefon i zadzwoniła do dyrektora – dyrektorze przepraszam z Łukaszem się trochę zagadałam, Łukasz już jest i może wejść do pana dyrektora.

No i wychodzi Englert. Chrzuszcz-Englert. Może herbatki, kawki? A ja nie – wody,wody… (zadyszany cały spocony). On nie patrząc mi w oczy mówi:

- No panie Łukaszu, ja nie wiem wolnych etatów. – Pomyślałem sobie, że skoro doszedłem aż tutaj to dalej, to co Malaj mówił: jedź po swoje. I mówię: – no to mamy problem – i w tym momencie spojrzał na mnie, zaczęliśmy się śmiać, długo rozmawialiśmy. Powiedział, że decyzja będzie po stronie profesora Malajkata czy Gajosa, z którymi miałem zajęcia. Mówi, że wszystko jest na dobrej drodze, że raczej się spotkamy. Opowiadał o nowym sezonie, że w coś tam wejdę. Ale rewelacja, będę w Narodowym.

Wracamy do Łodzi, dzwonił Malaj i mówi:

- Młody co ty żeś odj***?

- Jak to co profesorze?

- Gram spektakl, przychodzi do mnie Englert i mówi: Ty znasz Chrzuszcza? Mówię, no znam to mój student. Englert do mnie mówi tak: przyszedł do mnie… że chce etat i że mamy problem.

Malaj zaczął się śmiać.

- Przecież profesor zawsze mówił, że należy iść po swoje.

- No tak, ale nie myślałem, że ty od razu pójdziesz i to zrobisz!

Mówił, że wydał dobrą opinie, że będziemy razem pracować…

FiT:

Nie żałujesz, że nie ma Cię w Narodowym?

 Ł.Ch.:

Nie, nie żałuję. Tu jest fantastyczny zespół, rewelacyjne rzeczy można robić z nimi. Warszawa nie jest chyba dla mnie.

FiT:

Czym debiutowałeś w Poznaniu?

 Ł.Ch.:

Nie miałem takiej typowej premiery, wszedłem na zastępstwo do „Portugalii” w rolę Szatana, taki tutaj sztandarowy spektakl. Wszyscy w Poznaniu widzieli „Portugalię”, a później wszedłem w „Ferdydurke” Artura Tyszkiewicza. I to była moja pierwsza premiera w tym teatrze.

FiT:

„Bobok” to Twój dyplom tak?

 Ł.Ch.:

Tak, to mój dyplom, ale Paweł Szkotak kupił go i graliśmy go tu w teatrze.

FiT:

Grałeś bardzo dużo na początku w teatrze, tak?

 Ł.Ch.:

Tak.

FiT:

A później zniknąłeś, tak?

 Ł.Ch.:

Tak…

FiT:

Dlaczego?

 Ł.Ch.:

To chyba nie jest pytanie do mnie.

FiT:

A teraz grasz dużo?

 Ł.Ch.:

Nie (śmiech).

FiT:

Hmm, to może nie napisze tego? Wiem jak jest podpuszczam Cię.

 Ł.Ch.:

Nie dlaczego, napisz. Ja się tego nie wstydzę. Gdybym ja miał się czegoś wstydzić i czegoś żałować to po pierwsze nie udzielałbym wywiadu, dwa nie czerpałbym takiej radości z tego, co robię teraz. Bo to wszystko, co się stało w moim życiu spowodowało, że jestem gdzie jestem. Oczywiście zrobiłem bardzo dużo głupich rzeczy, ale to też było po coś. Żebym się czegoś nauczył, dowiedział o sobie. Staram się to traktować jako naukę i dobrą kartę. Nie żałuję niczego co zrobiłem. Ale tak, gram teraz mniej, mogę powiedzieć od kiedy to się zaczęło…

(śmiech)

FiT:

Nie będziemy wkładać kija w mrowisko. Nie chciałbyś grać w Warszawie?

 Ł.Ch.:

Nie wiem, czy bym nie chciał…

FiT:

Ale tam nie pasujesz?

 Ł.Ch.:

Mówię o mieście, dla mnie to jest strasznie szybkie miasto. Może dlatego, że nie poznałem tych fantastycznych miejsc, o których opowiadają moi koledzy, myślę, że jakbym posiedział tam trochę dłużej to inaczej bym na to patrzył. Na pewno Poznań zrobił na mnie inne wrażenie. Nie wiem czy lepsze, ale inne. Jak mówiłem wcześniej, kieruje się intuicją (przerywa nam krzyczący Tymek „Mama”)

Poczułem, że muszę tu trochę posiedzieć.

FiT:

A nie myślisz, że role Ci przepadają?

 Ł.Ch.:

Przepadają, oczywiście. Jakbym miał przeliczyć ile mi rzeczy przepadło: na pewno 2 seriale, gdzie już podpisywałem umowę na stałe, są grane do dziś, spektakle, role, które odmówiłem. Z tego powodu, że tutaj pracowałem, tutaj miałem próby, z tym miejscem czuje się związany, tutaj się oddaję jeśli chodzi o pracę. Dlatego musiałem rezygnować. I to ma swoje odzwierciedlenie  w tym, co się dzieje teraz. Mniej do mnie dzwonią. Musiałem ostatnio odrzucić propozycję w dwóch teatrach w Warszawie. No, ale zaczynamy za chwilę „Piszczyka” (Obywatel Piszczyk) , chcę popracować nad tym, duże wyzwanie. To są decyzje, które podejmuje się pod wpływem chwili, czy intuicji.

FiT:

Ale jakbyś dostał propozycję w Warszawie, którą logistycznie byś rozwiązał z tym teatrem – nie odmówiłbyś?

 Ł.Ch.:

Nie. Gdybym dostał ciekawą propozycję, żeby jakieś aspiracje, fajny skład też bym się zastanowił.

À propos przywiązania do miejsca. Nie czuję się jakoś mega związany na stałe tutaj, bo uważam, że jak człowiek się przyzwyczai za bardzo do miejsca (teatru) to się nie rozwija. Nie ma świeżości, zaskoczenia. Czasem dobrze jest zmienić miejsce pracy. Na tym polega zawód aktora: żeby mierzył się z nowymi aktorami, reżyserami.

FiT:

Seriale i reklamy. To nie jest tobie obce. Należysz do tych, co to się wypierają?

 Ł.Ch.:

Wiesz co, kiedyś się wypierałem… O reklama! Jakaś nagonka była, że w reklamach zagrać to obciach. Ja myślę, że to jest kwestia podejścia do pracy. Jeżeli podchodzisz do pracy z nastawieniem „a to obciach, ale to tylko kilka kwestii, kasa jest, zgadza się” no to lepiej nie uprawiać tego zawodu, albo zmienić nastawienie. Ja do każdej pracy czy to jest reklama banku, proszku do prania (nie wystąpiłem w proszku do prania), ale jeśli dostałbym fajną propozycję, to dlaczego nie? Każdą pracę staram się wykonywać najlepiej jak potrafię aktorsko i to jest tylko i wyłącznie kwestia  podejścia. Jeżeli coś fajnego zaproponujesz reżyserowi to nie będzie obciachu. Taki jest nasz zawód.

FiT:

Ktoś to musi robić

 Ł.Ch.:

Ktoś musi, a chyba lepiej, jak robią to profesjonalni aktorzy po szkole, zarabiają pieniądze, niż osoby, które mają to w dupie, z ulicy przyszły sobie na casting i sobie tam zarabiają. Jednak do czegoś byliśmy szkoleni. Fakt, że do gry w filmie, teatrze to są bardziej nobilitujące rzeczy, ale teraz reklamy też się kręci  fajne. Z fajnym pomysłem, z fajnymi dialogami. Często te reklamy są lepiej zrealizowane niż niejeden polski serial. Myślę, że nie ma się czego wstydzić, najważniejsze żeby podchodzić z zaangażowaniem i mieć fan. Robiłem dużo reklam, których nikt nie zobaczy, a ja miałem fan na planie. Te dwie reklamy, które ukazały się w telewizji czyli Aviva i WBK te wersje, które są to nie te wersje, które były w scenariuszu. To ja je zaproponowałem reżyserowi. Na zasadzie improwizacji. Ja bardzo rzadko bywam na castingach, ale jednak ta praca wciąż jest. Dobra opinia się często bardziej sprawdza, niż ilość castingów.

FiT:

Jesteś z jakąś rolą szczególnie związany?

Ł.Ch.:

Myślę, że „Bobok”. Praca z Grigoriem Lifanowem, to była bardzo ważna praca w moim życiu.

FiT:

Lekcja?

 Ł.Ch.:

Bardzo ważna lekcja aktorstwa, pokory, niesamowitej pracy. Bardzo dużo pracy włożyłem w tę rolę, z resztą dzięki Grigorijowi bardzo dużo nagród zdobyłem, które pociągnęły za sobą resztę różnych propozycji pracy, uznania w oczach widowni to była bardzo ważna rola i wtedy się nauczyłem ile trzeba pracować, wkładać serca, zaangażowania, żeby był z tego efekt.

FiT:

Czujesz się rozpoznawalnym aktorem w Poznaniu? Zaczepiają cię ludzie na ulicy? Kojarzą z teatrem, z rolami?

 Ł.Ch.:

Wiesz co, kiedyś może częściej, bo częściej wychodziłem na miasto, na imprezy. Czy czułem się rozpoznawalnym aktorem w Poznaniu? Nie wiem, cały czas siedziałem w teatrze. Noc, dzień. Dopiero od kiedy z Madzią staliśmy się małżeństwem, mamy Tymka tych wyjść jest o wiele wiele mniej. Nie czuję tak tego. Zdarza się. Z reklamy bardziej mnie kojarzą. Coś o Chacku Norisie, albo Pikuś z Avivy. Niestety ludzie częściej oglądają telewizję niż chodzą do teatru. Miałem taki okres, że zagrałem 3 teatry telewizji pod rząd i to główne role. Ja najbardziej się cieszę, jak mnie nie rozpoznają to wydaje mi się, że jest to dobrą oceną mojej pracy. Bo jak po spektaklu idę ulicą, czy mijam widzów, którzy było na spektaklu i widzę, że oni mnie kompletnie nie kojarzą to strasznie się z tego cieszę. To znaczy, że nie przyszli tutaj oglądać gębę Chrzuszcza tylko zapamiętali postać, którą gram to jest dla mnie najważniejsze. Jeżeli zaczną mnie rozpoznawać na ulicy, ooo to ten Chrzuszcz, idziemy do teatru na Chrzuszcza, to należałoby się nad tym głęboko zastanowić, co trzeba zmienić. Ale póki co ludzie często mnie nie poznają na ulicy, zwłaszcza po spektaklu to jest najważniejsze.

FiT:

Zostałeś nagrodzony przez poznańską publiczność…

 Ł.Ch. :

Tak, Medal Młodej Sztuki, dwa razy Biały Bez, nie pamiętam co tam jeszcze było. Trochę się tego z Poznania zgromadziło. Ja nie patrzę na nagrody jak na mistrzostwo świata. Kiedyś profesor w łódzkiej filmówce powiedział: każdy sukces jest początkiem porażki, a porażka początkiem sukcesu i tego się trzymam. Myślę, że te nagrody są ważne dla mojej mamy, która mieszka w Łodzi i wie, że jej syn jest doceniany, to jest chyba najważniejsze dla rodzica. I ja się z tego cieszę, że mogę ją pocieszyć i ona ma się czym pochwalić przed koleżankami w pracy i wie, że jej syn kroczy jakąś tam drogą i jest szczęśliwy. Myślę, że to jest dla niej najważniejsze. Nagrody nie zmieniają mojego podejścia do pracy.

FiT:

Chciałbyś zrobić jakąś rewolucję w teatrze? Poznańskim teatrze?

 Ł.Ch.:

Chciałbym, żeby się zmieniło podejście do pracy. Ponieważ, będąc w teatrze instytucjonalnym, widzę, że traktuje się aktorstwo jak pracę w biurze od 9 – 16 ani minuty dłużej. No tak to nie wygląda. To, że mamy próbę od 10 – 14 nie znaczy, że po 14 nie pracujemy. Pracujemy nieustannie. Na ulicy, w domu cały czas myślimy o roli, o scenach, które mamy do zrobienia. No kur***, jesteśmy artystami jakby nie było. My mamy tym ludziom, którzy tutaj przychodzą dostarczać emocji, przeżyć, dziwnych innych rzeczy. Nie można podchodzić do tego ja 10 -14 i spadam, albo mam spektakl do zagrania i gówno mnie obchodzi ile osób przyjdzie, co będą myśleć o tym spektaklu. No nie. Jak będę tak podchodził to widz zobaczy to z widowni, bo to się przerzuca na drugą stronę. Uważam, że nie powinno się do tego podchodzić jak do pracy biurowej, a troszeczeczkę to się zagubiło. I też życzyłbym sobie, żeby reżyserzy byli lepiej przygotowani do tej pracy. Troszeczkę jest tak, że reżyser przychodzi i mówi: no i zaproponujcie mi coś. Zróbcie coś, zaimprowizujcie.

FiT:

Sami siebie reżyserujecie czasami?

 Ł.Ch.:

Bardzo często. Bardzo często jest tak, że to my przejmujemy kontrolę. Z tego powodu, że widzimy, że reżyser sobie kompletnie nie radzi. Nie wie o czym chce zrobić spektakl. To wynika z tego, że ludzie coraz rzadziej chcą powiedzieć o jakimś problemie, o tym co ich dotyczy. Robią spektakl, bo robią. Przeczytali sztukę i pomyśleli, o będzie fajnie. Tak się nie da. Tak się nie robi. Najpierw trzeba siebie zapytać co chcę powiedzieć.

FiT:

To takie powierzchowne traktowanie tematu?

 Ł.Ch.:

No tak, ale to jest i wśród reżyserów i wśród aktorów również. Ja się z tym nie utożsamiam i tego nie uznaję. Oczywiście my mamy życie prywatne, trzeba to cenić i pielęgnować, ale przede wszystkim jesteśmy artystami. A żeby być artystą, trzeba mieć co powiedzieć widzowi. Wielu moich kolegów nie zdaje sobie sprawy, co przez scenę można człowiekowi wrzucić do głowy, jeżeli chodzi o widownię. Jeżeli chociażby jeden widz przyjdzie, który ma bardzo poważny problem wewnętrzny i na scenie zobaczy rozwiązanie tego problemu i pójdzie do domu i zacznie rozwiązywać go, bo widział to na scenie to to jest rewelacja. To jak nauczyciel w szkołach, który ma bardzo odpowiedzialne zadanie, bo naucza, kształtuje. Tak samo my, reżyser, wszyscy, którzy tu pracują kształtują widownię i dajemy pytania, odpowiedzi na różne ważne rzeczy. Jeżeli reżyser, czy aktor  nie zadaje sobie pytania po co ja wchodzę na scenę  to kur*** o czym my mamy mówić? Mamy sobie pierdnąć na scenie, żeby widz poszedł do domu i miał to w dupie?

FiT:

Czujesz się odpowiedzialny w tym zawodzie? Aktorstwo jest jakiegoś rodzaju odpowiedzialnością?

 Ł.Ch.:

Czuje się bardzo odpowiedzialny, Aktorstwo jest niebywałą odpowiedzialnością. Przychodzi na spektakl ok 200 osób, które myślą, analizują i biorą to do siebie. Jeżeli aktorzy nie dają nic z siebie, nie wierzą w to co robią, no to kur***, to ten widz przychodzi po nic. A jednak płaci za ten bilet, chce mieć rozrywkę, coś poczuć, chce coś przeżyć.

FiT:

Boli Cię krytyka? Dotyka jakoś?

 Ł.Ch.:

Myślę, że jak każdego, ale zawsze podchodzę na maxa rzetelnie do swojej pracy. Dlatego czasami się z tą krytyką zgadzam, czasami się nie zgadzam. Nie dyskutuje, to nie ma sensu, bo to jest na takiej zasadzie: stworzyłem coś i mam się z tego tłumaczyć? Moja rola, spektakl to jest tłumaczenie co chcę powiedzieć. To rodzaj przekazu. Ktoś to może oceniać, pozytywnie, negatywnie ok, to jest jego sprawa. Dostałem w życiu chyba jedną, czy dwie negatywne recenzje. I bardzo mnie to dotknęło. Powiedziałem sobie „o nie kur*** i jeszcze mocniej, jeszcze więcej pracy i mobilizacji”. Aktorzy nieraz mówią: nie… ja nie czytam gazet, krytyki. Gówno prawda! Kur*** każdy czyta, tylko się do tego nie przyznaje i każdego obchodzi jakie są recenzje i jak to wyszło. No nie oszukujmy się, aktor to jest egoista, który jest kimś pysznym i lubi jak jest połechtane trochę jego ego, jak ta praca jest doceniona i jak się o nim mówi dobrze. Czuje się wtedy ważny, potrzebny (lepsze słowo) Chyba o to chodzi. Jak ktoś mówi o tobie źle, to to jest zawsze niemiłe. Czy to aktor, czy kumpel, czy rodzina, te słowa zawsze bolą. Pamiętam jeden profesor powiedział na studiach – nie przejmujcie się krytyką, musicie się uodpornić na to. Recenzja krócej zostaje w pamięci widza niż twoja rola. I ty ten spektakl, jak będziesz w nim dobry, grał po kilka, kilkanaście lat. A recenzja? Ktoś to przeczyta i ona zniknie w natłoku tych różnych innych recenzji, gazet itd. Dlatego ty myśl o tym co ty masz do wykonania na scenie. A ja też mam grono osób, którym najbardziej wierzę i którzy podchodzą do mojej pracy bardzo krytycznie i im najbardziej wierzę. Bo ktoś może mieć zły dzień, jak każdy człowiek, ja mogę mieć zły dzień i inaczej to zagrać i komuś to się może nie spodobać, ma zły dzień, bo coś go wkurzyło chwilę przed spektaklem i nie napisze dobrej recenzji. Jesteśmy tylko ludźmi. Nie ma co się na to wkurzać, oburzać, czy dyskutować, bo krytyk jest od tego, żeby opisać spektakl albo zachęcić albo zniechęcić. A ja jestem od tego, żeby przekonać widza do czegoś ważnego.

FiT:

Poznałeś żonę w Poznaniu, w pracy? Mówi się, że 80 % ludzi poznaje się w pracy.

 Ł.Ch.:

Tak w pracy. Jest charakteryzatorką. Strasznie się cieszę, że nie jest aktorką, bo byśmy się pozabijali. Z jeden strony wie jaka to jest praca, siedzi w tym klimacie artystów i rozumie co robię na scenie. Nigdy nie jest zazdrosna kiedy całuje się z koleżanką na scenie, to jest zupełnie inny świat, jestem wtedy innym człowiekiem. Nie traktuje tego w charakterze zdrady. Jest fantastyczna, wyrozumiała, ale jednocześnie też ma dystans do tego co dzieje się w teatrze. Jest także nauczycielką. Jest tak samo świrnięta jak ja.

FiT:

Przenosicie pracę do domu? Retoryczne pytanie

 Ł.Ch.:

No oczywiście, że tak. To nie jest tak, że tu praca, a tam dom. Wszystko się przenosi. Bardzo często rozmawiamy o teatrze, tutaj pracujemy. Mamy też inne tematy pasje, swoje sprawy. Mamy synka, to jest nasze oczko w głowie, o nim chyba najwięcej rozmawiamy. Jak go wychować, jaki jest fantastyczny. Ale to się przenosi.

FiT:

Na pewno Tymek zmienił w tobie dużo, jako w człowieku, stałeś się ojcem. A wpłynęło to jakoś na twoje aktorstwo?

 Ł.Ch.:

Nie wiem. Chyba nie. Na pewno jak pojawił się Tymek, powiedziałem sobie jedno – nie chciałbym, żeby kiedykolwiek mój syn, czy w internecie, czy gdzieś zobaczył mój spektakl, fil, reklamę, serial i powiedział: „Tato dałeś dupy”. Też tak sobie myślę o różnych spektaklach jak wychodzę na scenę, jakby to mój syn oglądał i żeby mi nigdy nie powiedział, że to było słabe, tylko raczej żeby miał ubaw i był z tego dumny ze swojego ojca. Raczej tak o tym myślę.

 FiT:

A jeśli w przyszłości będzie chciał zostać aktorem?

 Ł.Ch.:

No to co ja mogę zrobić., To będzie! (śmiech) Ja chcę, żeby on sobie tę swoją drogę jakoś wypracował. On siedzi cały czas w teatrze, słyszy jak się rozmawia o teatrze, przecież ma pokręconych rodziców. Umie się aktorsko przewrócić, robi miny. Też z nami gra, także kłamie, ale wierzy w to, co mówi albo pokazuje. Widać, że geny aktorskie odziedziczył, ale jaka będzie jego droga – nie wiem. Nie będę go do niczego zmuszał, ale też nie będę mu pomagał w tym, żeby nieczysto się dostał do szkoły, czy żeby po znajomości coś załatwiać. Uważam, że nie będzie z tego w  100% zadowolony.

FiT:

Skończyłeś niedawno 30 lat no i przerażony jesteś ? Facetom niby przy okrągłych latach odbija…

 Ł.Ch.:

Nie jestem przerażony. Wiesz co… motor sobie kupiłem przed 30stką, jak miałem 28 lat. Nie było spowodowane kryzysem wieku średniego, zawsze marzyłem żeby jeździć na motorze. Motor mam. Jak sobie tak pomyślę, że mam 30 lat i dużo rzeczy udało mi się do tej 30stki zrealizować to jakoś lepiej mi się robi. Mam jeszcze do 40stki, do kolejnego bilansu, powiedzmy mam 10 lat. W te 10 lat można jeszcze dużo strasznie fajnych rzeczy zrobić, raczej tak o tym myślę. Wiele rzeczy już udało mi się zrobić, wielu nie. Co będzie dalej zobaczymy. Staram się podchodzić do mojej pracy intuicyjnie. Co przyniesie dzień zobaczymy. Staram się pozytywnie podchodzić. Im więcej przeszkód, tym więcej dla mnie dobrego, bo mam więcej radochy z pokonania tych przeszkód. A, że 30stka? To jest dopiero 30stka… Jeszcze mnóstwo, mam nadzieje, ról przede mną, chociaż kto wie, może mi jutro odpierd*** i będę kucharzem? I też będę czerpał mnóstwo radości i się angażował? Nie wiem, zobaczymy.

FiT:

Dla każdego szczęście jest czymś innym. Czujesz się szczęściarzem?

 Ł.Ch.:

Chyba jestem szczęściarzem. Pomyślałem, żeby zdawać  do liceum z profilem humanistycznym o klasie teatralno-filmowej, pomyślałem – zdałem, później szkoła aktorska pomyślałem – zdałem, później teatr pomyślałem – zdałem. Dziele swoje życie na pewne etapy i cele. Mam teraz swoje kolejne cele, ale to wszystko jakoś się układa. W podświadomości koduje te swoje cele, nie na zabój, czy po trupach, ale to się wszystko toczy i dzieje. Im bardziej się w to wierzy, to się to robi, nawet nie wiedząc, że to się robi. Mam dziecko – fantastyczne . Mam fantastyczną żonę, mam co jeść, mam gdzie wracać do domu, mam motor (śmiech), mam rodzinę, mam teatr, tak naprawdę…

FiT:

A czego nie masz jeszcze?

Ł.Ch.:

No strasznie dużo rzeczy nie mam, ale chyba do pełni szczęścia mi nic nie potrzeba. Chyba najważniejsze rzeczy, o których marzyłem to mam. Nie mogę powiedzieć, że czuje się spełniony, że już w ogóle kropka, do domu pod kocyk i być szczęśliwym. Bo z każdym dniem są nowe cele, nowe marzenia, nowe działania i tego na pewno jest jeszcze sporo. Jest w porządku. Ja mam chyba strasznie nudne życie, bo jakoś się to wszystko udaje. Ale nie podchodzę do tego jak się nie uda w kategoriach porażki, ale raczej pozytyw, że mnie to dużo nauczyło i zamieniam to na to dobre. (Przybiega Tymek i przytula się do Taty)

I zajebiście jak przybiega rano takie małe coś i mówi „Tato, ogigo”.

Łukasza Chrzuszcza będziecie państwo mogli zobaczyć w maju w Teatrze Polskim w spektaklu „Obywatel Piszczyk”. Niesamowita charyzma, optymizm, witalność przemawia przez Łukasza. Osobiście trzymam za niego kciuki zwłaszcza za projekt, którego szczegółów zdradzić nie mogę, bardzo kibicuje! Samych dobrych ról, wyrozumiałych dyrektorów, reżyserów, współpracowników no i studentów!

 FiT-steria wspiera stowarzyszenie The Art, którego Łukasz jest prezesem oraz Studio STA! Żeby takich aktorów z pasją i pomysłami na to miasto było jak najwięcej! Życzę tego sobie i Wam drodzy czytelnicy!

 

BOSKI Dąbrowski

29 mar

 

 

Julia Rybicka

Piotr Bartłomiej Dąbrowski – mój pierwszy gość, albo pierwsza ofiara cyklu „Jest wiele zawodów na A” tj. wywiadów o poznańskich aktorach.

Spotykamy się w zaprzyjaźnionej restauracji Piano Bar w Starym Browarze, gdzie po zjedzeniu pysznego obiadu i wymienieniu kilku prywatnych opowieści zaczynamy spowiedź aktora niepokornego.

Nie lubi, gdy mówi się do niego Piotruś. Niestety. A mnie się często zdarza, bo imię to zawsze kojarzyć mi się będzie z Piotrusiem Panem, którego fanką jestem. No i oczywiście z moim rodzicielem. Dlatego muszę się często pilnować, żeby nie nadużywać Piotrusiowania. Najczęściej mówią do niego Piotrek, albo Dąbrowski. Ja dodaje do nazwiska jeszcze przydomek Boski. Poznaliśmy się stosunkowo niedawno, ale od razu poczuliśmy się nawzajem. Czasem trzeba zjeść z kimś beczkę soli, a czasem wystarczy chwila. Ja średnio pamiętałam pierwsze spotkanie z Boskim, za to on doskonale. Połączyła nas miłość do sztuki. Banalne, ale prawdziwe. Cenię u Piotra zaangażowanie, wrodzoną skromność i niezwykły talent, a przede wszystkim fakt, że nie jest pospolity. Mimo kompleksów, które towarzyszą każdemu, Piotr potrafi stawić czoła niejednemu zadaniu i walczy ze swoimi słabościami. Jest inteligentnym, wrażliwym i przystojnym młodym facetem. Chociaż twierdzi, że czuje że się starzeje. Dowcipny, inteligentny,  elokwentny przeklnie kiedy czuje taką potrzebę.

Zwyczajny niezwykły : kolega-przyjaciel, aktor, dla wielu autorytet, a dla mnie jest jak starszy brat, którego nigdy nie miałam. Dlatego dziękuję, że jako pierwszy odważył się zmierzyć z moim pomysłem i udzielił mi wywiadu.

Aktor Teatru Polskiego w Poznaniu. Znany między innymi z ról w spektaklach:

„Mistrz i Małgorzata”, „Ich czworo”, „Chłopiec malowany”,” Śmierć pracownika”, „Wieczny Kwiecień”, „Samobójca”.

FiT-steria:

Dlaczego aktorstwo?

Piotr B. Dąbrowski:

Z przekory. Pamiętam takie sytuacje w moim domu, które mnie chyba naprowadziły na ten kierunek. Byłem przez rodziców i rodzinę nastawiony na to, że zostanę księdzem.  A dlaczego? Bo jak miałem dwa lata i rodzice wprowadzali się do nowego mieszkania, gdzie były na początku białe ściany… Ja wszedłem do swojego późniejszego pokoju, ukląkłem i zacząłem się modlić.

Z trudem powstrzymuję śmiech, którym rozpraszam Dąbrowskiego.

P.B.D:

Mi się wydawało, że jestem w kościele. No i rodzice „Ach Boże, Boże będzie księdzem. Powołany, powołany. Przez lata się tak ciągnęło. Cały czas mi wypominali: do seminarium i do seminarium. A ja, że żadnego seminarium nie pójdę. Tupnąłem nogą i jak zapytali co chcesz robić powiedziałem, ja zostanę aktorem. Szczena opadła i tyle.

To chyba dzięki Bogu Piotr nie został księdzem.

Generalnie moi rodzice nie wierzyli, że ja pójdę w tym kierunku, byli przeciwni nawet, a potem sami mnie na to namawiali. Była też taka historia, że jak chodziłem do liceum to uczęszczałem do kółka teatralnego, nie myśląc o tym, żeby przygotowywać się do szkół teatralnych na egzaminy. Po prostu to lubiłem.

Spotkania towarzyskie, działania artystyczne. W końcu ten instruktor – Jurek Siek – zaczął mnie namawiać usilnie, żeby zdawać do szkoły teatralnej, że się do tego nadaję. Zaczął mnie przygotowywać, ale później stwierdził, że on już nie jest pewny, czy ja powinienem… żebym się sam zastanowił. Wtedy powiedziałem sobie: pokażę wam,  że jestem w stanie to zrobić. Ja się wychowywałem na spektaklach Białostockiego Teatru Lalek. To była dla mnie totalna odskocznia i chyba wtedy rodził się pomysł, że lalki… że teatr lalkowy. O dramacie nie myślałem w ogóle.

Piotr B. Dąbrowski ukończył oddział Warszawskiej Szkoły Teatralnej w Białymstoku wydział lalkarki. Dostał się za pierwszym razem. Egzaminu dokładnie nie pamięta. Wie jak wyglądał, z ilu etapów. Kiedy zapytałam o etiudę, którą musiał wykonać, powiedział, że coś ze stołem i krzesłem. Na teorii rozmawiał o reklamie, bo się tym interesował.

FiT:

Dostałeś się i co? Co rodzice? Ucieszyli się? Przecież zawsze możesz zagrać księdza…?

P.B.D:

(śmiech) Tak, to jest też argument. Natomiast wszystko było pięknie na początku. Po trzech miesiącach, kiedy oni zauważyli, że mnie praktycznie nie ma w domu, mama zaczęła sugerować, że ja się nie dostałem na żadne studia i ich oszukałem, bo co to za studia, że siedzi się dniami i wieczorami.

Nie zdawał do innych szkół i na żadne inne uczelnie.

P.B.D.:

Dopiero po trzech miesiącach, jak przyszli na mój pierwszy egzamin, jak zobaczyli dlaczego nie ma mnie tak naprawdę po nocach, widząc efekt tego co robię pomyśleli : aha już wiemy. A jak już przyszli do teatru profesjonalnego, zobaczyli mój debiut na 3 roku to już wtedy był love. Wiedzieli, że trzeba dać spokój, że trzeba dać mi się realizować, a oni nie mogą kreślić mi życiorysu. I pamiętam jak mi powiedzieli, że są strasznie dumni z tego co robię, co wybrałem i jak to robię.

Nadal są. Niestety tata Piotra zmarł półtora roku temu, mama ma dużo obowiązków w rodzinnym mieście. Piotra marzeniem jest, żeby mama zobaczyła efekty jego pracy w Teatrze Polskim, bo póki co nie miała okazji. Od trzech lat Piotr gra w naszym teatrze, a wcześniej 5 i pół roku w Toruniu w Baju.

FiT:

Dlaczego Toruń?

P.B.D.:

Po szkole ciężko jest dostać się do teatru. Ja wiedziałem od początku, że ja muszę pracować w teatrze instytucjonalnym. Rozsyłałem jakieś zaproszenia dyrektorom na swoje dyplomy. Oczywiście jak to zwykle bywa ¾ nie przyjeżdża. Obserwowałem, co się dzieje w Toruniu, bo tam nastąpiła zmiana dyrektora i czułem, że tam mogą się dziać bardzo fajne rzeczy. Oczywiście zaprosiłem tamtego dyrektora na dyplom, nie przyjechał, dzwoniłem próbowałem umówić się na spotkanie. Powiedział, że nie ma takiej możliwości, że on teraz zwalnia ludzi. Ale zdarzyła się taka sytuacja, że na dyplom przyjechał dyrektor z Teatru Dramatycznego w Gorzowie Wielkopolskim. I zaproponował mi tam pracę od września. Ja stwierdziłem, że hmm mieć, a nie mieć, pójdę tam, muszę się gdzieś zahaczyć. Miałem już podpisaną umowę tam, ale w między czasie mój kolega, reżyser, zaczął robić „Kandyda” w Toruniu i potrzebował kogoś do głównej roli. Dyrektor tamtego teatru się zgodził, zacząłem przyjeżdżać na próby i zaraz po premierze dyrekcja zaproponowała mi etat u siebie. No, ale ja już mam etat, Co robimy? Wybrałem Toruń, a z Gorzowem jeszcze miałem jakieś tam nieprzyjemności. No i tak zostałem na prawie 6 lat. W Toruniu zdałem sobie sprawę, że moje potrzeby są większe. Miałem wrażenie, że stanąłem w miejscu, że przestałem się rozwijać przez to, że tam ciągle się spotykałem z tymi samymi reżyserami. Przychodziłem na próby i wszystko już wiedziałem. To nie jest rozwojowe. Zacząłem rozglądać się za innymi miejscami. Miałem propozycję przejścia do Guliwera w Warszawie, miała być Lalka w Warszawie no i wyszedł Poznań. Widzę co się dzieje w tamtych teatrach, w którym miałem być i niekoniecznie jest to pozytywne. Jednak w Poznaniu (jest na co narzekać oczywiście), ale najbardziej sobie cenię, że ciągle poznaje nowych ludzi, że się rozwijam i nie stoję w miejscu, jest jakaś walka wewnętrzna. Często mnie pytają ludzie dlaczego zmieniłem lalki na dramat: jakby nie ma konkretnej odpowiedzi na to. Fajnie jest jak się coś dzieje spontanicznie. Nie mówię, że będę tu siedział do emerytury. Myślę sobie czasem o czymś takim, że ja już wiem jak to jest być na etacie w teatrze, ale korci mnie z jednej strony bycie wolnym strzelcem. Jestem ciekaw jak w takiej sytuacji bym się odnalazł. To wymaga więcej wysiłku. Raz, żeby wyszukiwać sobie wyzwań, utrzymać się, szukać sobie wciąż nowej roboty itd, ale myślę że to jest bardziej mobilizujące.

FiT:

A nie myślałeś o Warszawie?

P.B.D.:

Myślałem, ale wiem jaka jest sytuacja w Warszawie. Mówiłem Ci, że mogłem być w Guliwerze, ale co z tego, że byłbym w Warszawie? Ja nie wiem czy ja pasuję do Warszawy. W sensie mentalnym. Nie wiem, czy ja jestem się w stanie rozpychać łokciami bardzo często.

FiT:

No, ale Warszawa daje większe możliwości ponoć…

P.B.D.:

Ponoć tak… ale widzisz mi wpadają czasem dodatkowe rzeczy z Warszawy. Czasami jest trudno, muszę odwoływać różne rzeczy. Tutaj mam jednak próby, spektakle… Ciężko logistycznie to jakoś rozwiązać, dlatego z wielu rzeczy muszę rezygnować.

FiT:

A nie myślisz, że tracisz coś w ten sposób?

P.B.D.:

Nie. Czasami jest coś takiego, takie pierwsze wrażenie. Jak muszę odmówić, a wiem, że to jest pewne, mam takie poczucie, że szybki, fajny zarobek. Ale mi to równie szybko mija, bo tutaj też się czasami dużo dzieje. Tutaj też zrobiłem dużo rzeczy dodatkowych. Ale rozmawiamy o innych pieniądzach. Tu są inne niż w Warszawie. Nie mam ciśnienia, absolutnie, na Warszawę.

FiT:

Ale tylko myślisz o teatrze?

 P.B.D.:

Nie. Jestem otwarty na wszelkie propozycje. Miałem styczność z kamerą, ale nie tak dużą styczność jak bym chciał.

FiT:        

 W Białymstoku nie miałeś styczności z kamerą?

P.B.D.:

Nie.

FiT:

No to jakie masz doświadczenia z nią?

 P.B.D.:

No na żywca (śmiech)

FiT:

Nie chwyciłeś bakcyla? Czy nie masz propozycji?

P.B.D.:

Bardzo chwyciłem

FiT:

Ja rozumiem,  siedzisz w teatrze – masz próby, spektakle… jesteś zobowiązany przede wszystkim etatem tutaj i pogodzenie tego, jak sam mówisz w logistyczny sposób, żeby jeszcze występować w filmie jest trudne. Jeśli jednak przyszłaby taka propozycja, możliwość i dogadałbyś się ze swoim dyrektorem chwyciłbyś to?

P.B.D.:

Pewnie, że tak.

FiT:

A co myślisz o serialach? Chciałbyś być aktorem serialowym?

P.B.D.:

Chciałbym zagrać w dobrym serialu.

FiT:

Co to jest dobry serial?

P.B.D.:

Dobry serial z dobrym scenariuszem, nie z Karolakiem i z tymi wszystkimi aktorami, których widzimy wszędzie i mylą się już: kto i kim jest… i w jakim serialu. Coś mądrego. Na pewno nie taką życiówkę.

FiT:

I nie tasiemca?

P.B.D.:

I nie tasiemca! Myślę, że nie jestem zupełnie odosobniony w tym. Są aktorzy, którzy się zupełnie wypierają seriali nawet takich tasiemcowych. Dla mnie to trochę trąci hipokryzją, bo uważam że ok, gdybym ja dostawał propozycje od świetnych reżyserów polskich i miałbym film za filmem, czy produkcję za produkcją to bym nie potrzebował reklamy. Nie powiedziałbym na pewno, że się tego wypieram. Reklama jest po prostu szybkim i świetnym zarobkiem. Zrobiłem w swojej karierze kilka, kilkanaście reklam. Żadnej się nie wstydzę. Chociaż wiem, że niektóre były lepsze drugie gorsze. Traktowałem to tak, że to jest moja praca. Ktoś to musi robić, po to też jesteśmy na rynku. Ja się cieszę z takich doświadczeń. Nie mam filmowych wiele. Jakieś tam dwie, trzy produkcje, epizody. Z reklamami było tego więcej. Tutaj działam, pracuję z kamerą. Dzięki temu nauczyłem się co to znaczy. Zmienia się aktorstwo. Na scenie gra się to wszystko szerzej. Mimika jest większa itd. W kamerze to wszystko trzeba ściągać do minimum. Mnie zawsze interesowało to, na jakiej zasadzie aktor musi pracować, żeby w kamerze było widać, że to jest prawdziwe. Pamiętam taką sytuację kiedy po raz pierwszy stanąłem na planie filmowym i zobaczyłem, jak koledzy aktorzy sobie pracują przed kamerą. Pomyślałem, że to jest płytkie, coś tam sobie bełkoczą pod nosem, że to wszystko jest tak minimalistyczne. Miałem wrażenie, że to się nie przenosi na ekran. Okazuje się, że właśnie tak! Kamera nie lubi tych szerokich gestów, emocji wybuchowych itd. Nie wzbraniam się ani przed serialem, ani przed reklamą. Uważam, że każdy aktor powinien doświadczyć czegoś takiego. To jest zupełnie inna robota.

Fajnie by było, jakbym miał możliwość popracowania z dobrym materiałem serialowym, dobrą ekipą i trochę dłużej. Nigdy nie doświadczyłem czegoś takiego, że zdjęcia np. trwają longiem 2 tygodnie, miesiąc. To mnie strasznie ciekawi. Wtedy się inaczej postać buduje. Inaczej docierasz do takiej postaci. Tak mi się wydaje. Zaczynasz nią tak naprawdę żyć. Wracasz z planu do hotelu, następnego dnia masz plan i cały czas masz to w głowie. W teatrze jak pracujemy nad rolą, wracamy do domu mamy gdzieś z tyłu głowy postać, ale jednak dla zdrowotności pewne rzeczy oddzielamy, trzymamy dystans. Nie wiem, ale kamera to jest jedno. Ale jest jeszcze jedna rzecz, która mnie ostatnio na nowo zaczęła interesować. RADIO. Praca z mikrofonem. Miałem w szkole teatralnej zajęcia z radia. Bardzo po omacku przeszliśmy przez to. Polegało to na tym, że przygotowywaliśmy słuchowiska radiowe. Reżyserowane przez naszego profesora, który się na mnie uwziął za nazwisko. Bo nosił takie samo jak ja, więc chciał mnie temperować, przez to zniechęcił mnie do pracy w radiu. Powiedziałem sobie, że ja do radia nie wchodzę. Później w Toruniu jak pracowałem, zaproszono mnie do współpracy w takim studenckim radiu… i ci młodzi ludzie odczarowali mi to radio. Tak samo w Poznaniu. Często nagrywam jakieś takie rzeczy w Radiu Merkury. Mam wrażenie, że teraz tak naprawdę uczę się tego radia, że dzięki tym ofertom, które teraz dostaję nabieram doświadczenia.

 FiT:

A gdybyś dostał propozycję dubbingu?

 P.B.D.:

Uważam, że to jest bardzo fajne. Dubbing robi fajną rzecz, bo ja – jako aktor – sprawdzam możliwości swojego głosu. Na scenie wiem, kiedy powiedzieć głośniej, kiedy ciszej, ale nie możemy modulować głosem jak w studiu przy nagraniu, Tutaj jest dużo szersza paleta możliwości. Ja tak naprawdę nie znam możliwości swojego głosu, wiem tylko tyle, że jakieś tam możliwości są. Ale potrzebowałbym osoby, która poprowadziłaby mnie w jakimś kierunku. Fajnie jest się bawić głosem w ogóle. Tylko tak rzadko mamy możliwość. Ja przynajmniej mam rzadko. Chyba założę swoje studio. (śmiech)

FiT:

Jak już mówimy o głosie, to mi się od razu „Samobójca” przypomina. Jesteś jedyną osobą, która mówi tam „normalnie”!

 P.B.D.:

Bo ja tak sobie wymyśliłem

FiT:

Ty to sobie wymyśliłeś? Oni wszyscy mówią inaczej. Ty jedyny nie.

 P.B.D.:

 Ja zaproponowałem to reżyserowi po przeczytaniu tekstu. Czułem, że takie grono postaci, które tam gra będzie szerokie. Gruba, gruba krecha. Czułem, że kolegów pociągnie w tę stronę, żeby przerysowywać, żeby głosem działać przesadnie. Stwierdziłem, że jako ta główna postać, nie mogę w to pójść . Byłoby mega karykaturalne. Nieprawdziwe. Taki normalny człowiek, zagubiony w świecie dziwnych marionet… form… Reżyser się zgodził. Byłoby za dużo, przegięte.

FiT:    

Poprowadziłbyś imprezę? Zostałbyś wodzirejem, czy to jest już na takiej granicy chałturzenia, że nie?

 P.B.D.:

No trochę tak. Ja się wzbraniam przed takimi rzeczami. Nie biorę się za  rzeczy, do których się nie nadaje. A wydaje mi się, że do prowadzenia imprez, wodzirejki…? To nie jest moja bajka. Co innego prowadzenie imprez na zasadzie zapowiadania, jako prezenter. Tylko żadnych wesel, imprez szeroko zakrojonych nie. Sam bym się źle czuł. Nie potrafiłbym się odnaleźć w tym. Chociaż niektórym zazdroszczę, kolegom którzy mają smykałkę do tego. To jest dodatkowa umiejętność. Nie ciągnie mnie do tego. Dostawałem propozycję i zawsze odmawiałem.

FiT:    

Aktorstwo traktujesz jako zawód czy też pasję. Są aktorzy, którzy nie czują pasji są – jak profesor Malajkat mówi – rzemieślnikami, odtwarzają coś.

P.B.D.:

Ja myślę, że gdyby to nie było moją pasją, to bym nie uprawiał tego zawodu. I jeśli kiedykolwiek poczuję, że gasnę, jestem w stanie, z dnia na dzień zostawić to i zająć się czymś innym. Nie potrafiłbym być rzemieślnikiem i przychodzić do teatru i podbijać kartę, czekać do godziny, kiedy kończy się próba.

FiT:

Masz jakiegoś mentora?

 P.B.D.:

Tak jak Ci mówiłem. Wychowałem się na białostockim teatrze lalek. Rzadko bywam, ale jeśli tylko mam okazję zawsze zaglądam tam do nich. Jestem ciekaw tego. Uczą cały czas, grają. Uczyli przecież mnie, ogromny pokład wrażliwości, wiedzy, pootwierani ludzie, z dużym, olbrzymim zmysłem pedagogicznym. Jeszcze była jedna osoba na studiach, absolutnie autorytet, to był profesor, który prowadził zajęcia z emisji głosu Cezary Szyfman, jest śpiewakiem operowym, wykładowcą w Białymstoku i prowadzi zajęcia w Akademii Muzycznej. Przychodziłem do niego na zajęcia z olbrzymią tęsknotą. Jak widziałem, że kończy zajęcia i następne mamy za tydzień dostawałem… nie chcę powiedzieć, że histerii, ale strasznie czekałem na te zajęcia. Miał olbrzymią wiedzę. Był nie dość, że świetnym pedagogiem, to psychologiem. Wyczuwał nas od razu. Zajęcia  z emisji nie wyglądały tak, że uczymy się tylko używać głosu itd. To były i zadania aktorskie i pewna terapia. Jak zdawałem do szkoły nie mówiłem tak jak teraz. Dużo cieńszym głosem, wyższym. To jego zasługa. On mnie nauczył używania swojego głosu, myśleć o swoim głosie. Uświadomił mi to, na czym w ogóle to polega – używanie swojego głosu. Przez 4 lata mnie cisnął „Piotr obniżaj głos, obniżaj głos”. Efekty przyniosło.

Bo trzeba oddać, że Piotrek ma niesamowitą barwę. Chętnie go zawsze słucham, czasem powoduje, że zasypiam (nie z nudów, a przez te magiczną barwę). Poza tym kobiety uważają, że jest to bardzo sexy głos. Hmm. Chyba mają rację…

FiT:

Śpiewasz? Lubisz śpiewać? Ale nie pod prysznicem?

 P.B.D.:

Tak lubię, ale właśnie pod prysznicem mnie nie ciągnie do śpiewania. Lubię i odkąd jestem w Poznaniu odłożyłem to na półkę.  Swego czasu robiłem recitale w Toruniu, gościnnie zagrałem w teatrze Rampa w spektaklu muzycznym. Nie jestem wybitnym wokalistą. Wiem, że słyszę i potrafię. Gdybym wybrał drogę wokalną, to nie potrafiłbym być solistą. Mój głos pasuje bardziej wiesz… z innymi głosami. Czuję się, jak śpiewam sam – taki ogołocony. Śpiewanie to mega intymna sprawa. Jak śpiewam w duecie, słysząc swój głos, to mi się podoba. W harmonii.

FiT:

Masz marzenia związane z teatrem? Czy chciałbyś coś konkretnego zagrać? Czy uważasz, że jesteś tak spełniony, że nie masz już co grać?

 P.B.D.:

Jak poczuję, że jestem spełniony to przestanę grać. Na pewno nie mam marzeń dotyczących ról jakiś konkretnych. Uważam, że każde zadanie, które dostaję daje mi satysfakcję. Czy mniejszą czy większą. Natomiast moim marzeniem jest to, żeby się ciągle rozwijać. Dotykać takich sfer, których jeszcze nie dotykałem. Przemieszczać się tam, gdzie jeszcze mnie nie było. Aby się nie znudziło.

FiT:

Przywary. Jakie wady ma zawód aktora?

 P.B.D.:

Mało płatny (śmiech). To akurat poważnie i niepoważnie. Coś w tym jest. Przez wiele osób ten zawód traktowany jest po macoszemu. Jak kończyłem studia i mówiłem w jakim teatrze pracuję to spotykałem się z takimi uwagami, „boże laleczkami się bawisz?”. Ludzie często nie traktują nas poważnie. Nie wiedzą na czym tak naprawdę ta praca polega. Im się wydaje, że my odpoczywamy, że jesteśmy wiecznie zrelaksowani i bierzemy kaskę za zagrane spektakle.

FiT:

Jesteś rozpoznawalnym aktorem w Poznaniu? Odczuwasz to? Pamiętam jak opowiadałeś jak jedna dziewczyna, kelnerka najpierw się tobie dziwnie przyglądała, po czym podziękowała Ci za jakąś rolę, przypomnij za co … ?

 P.B.D.:

Za Wolanda z „Mistrza i Małgorzaty”. Tak ta postać jest tak zakorzeniona w poznańskiej publiczności. Gramy to od 3 lat ciągle z wielkim powodzeniem. Co mnie oczywiście bardzo cieszy. Miałem wrażenie, że to tym Wolandem zapadam w pamięć.

FiT:    

Nie, że nie lubisz komplementów, ale nie umiesz się w takiej sytuacji odnaleźć?

 P.B.D.:

No, tak. To jest dla mnie cały czas nowe. Pracowałem prawie 6 lat w lalkach. Do nas przychodziła publiczność dziecięca. Kto z nas miałby być rozpoznawalny?

Inaczej jak widz dorosły przychodzi. Dziecko zapamiętuje bardziej postać niż aktora. Po charakteryzacji nie zawsze nas można było rozpoznać.

FiT:

Pytam teraz kiedy jesteś aktorem dramatycznym Teatru Polskiego

P.B.D.:

To jest nowa sytuacja dla mnie. Uczę się dopiero. Niewątpliwie czuję się skrępowany taką sytuacją, bo jakby… ja aż tak nie wierzę… nie wiem co ludzie myślą patrząc na mnie. Może przez swoją skromność. Nie wiem jak rozmawiać w takiej sytuacji z daną osobą. Zastanawiam się czy powinienem zaprosić tę osobę, porozmawiać. Taką czuję ochotę, nie jestem niedostępny. Jestem normlanym człowiekiem. Usiądź ze mną, porozmawiaj. Boję się proponować taką rzecz takiej dziewczynie z pociągu, bo pomyśli, że mam dziwne zamiary wobec niej.

FiT:

A w drugą stronę na słowa krytyki jak reagujesz?

 P.B.D.:

  Na pewno się nie zamykam. Nie blokuję. Zawsze się zastanawiam, czy faktycznie jest tak, jak pisze dany autor recenzji. Często nawet się zgadzam z takimi opiniami. Że Dąbrowski źle zagrał, ale nie boli mnie to… Daje napęd. Tu dałem ciała, to następnym razem inaczej.

FiT:

Czyli masz dystans do krytyki?

 P.B.D.:

Tak tak.

FiT:

Potrafisz zgodzić się z krytykiem i przyznać do błędu?

 P.B.D.:

Mogę, jestem w stanie.

FiT:

Czyli nie obraziłeś się kiedy napisałam, że w „Samobójcy” nie jesteś najlepszy. Bo Piotrek, nie jesteś.

 P.B.D.:

Wiesz, trochę terapeuta mnie kosztował. W tym wypadku (śmiech). Nie no coś Ty. My jesteśmy skazani na to.

FiT:

Ale wielu aktorów jednak nie potrafi przejść obojętnie …

 P.B.D.:

To już jest ich problem. Ja wiedziałem idąc do szkoły, że będę musiał uodpornić się na wiele rzeczy. Na krytykę, ocenę, złe emocje, na pracę w trudnych warunkach, dziwnej atmosferze. Nawiązuję do twojego pytania à propos przywar w tym zawodzie. My – jako aktorzy – bardzo często kiedy jesteśmy w ciągłych próbach bywamy wciąż ze sobą. 24 na dobę. Cały czas się widzimy, rozmawiamy. Trudne do przejścia, bardzo męczące. Nie rozmawiamy o czymś innym, bo cały czas jest ten sam temat. Często dochodzi do spięć między nami. Należy radzić sobie w takich sytuacjach. Jedni lepiej, drudzy gorzej, inni w ogóle sobie nie radzą. Sztuką jest to tak powiązać, żeby mimo trudnej atmosfery pracy stworzyć coś fajnego na scenie.

FiT:

Jak to jest między wami aktorami? Kumpelstwo, praca, czy rywalizacja? Pracujesz przecież z najczęściej wspominanym wśród poznańskiej publiczności (i wśród recenzentów…) Michałem Kaletą, który umówmy się gra najwięcej w Teatrze Polskim.

 P.B.D.:

I bardzo dobrze. W sumie zasłużenie. Bardzo sobie cenie Michała. Uwielbiam z nim pracować. Bardzo dużo się od niego uczę. Natomiast ja akurat nie czuję presji, że rywalizacja, konkurencja. Nie mam powodu, żeby narzekać. Sam dużo gram, próbuję. Będąc tutaj trzy lata premier się nazbierało trochę. Wiesz, jak podchodzę do tej sprawy, że my jako zespół tworzymy jakąś tam grupę ludzi, którzy ze sobą pracują. Nie musimy się kochać, nawet lubić. Bylebyśmy się szanowali i szanowali własną pracę. Nie poczułem ani razu, żeby ktoś z zespołu tutaj próbował konkurować ze mną, czy żeby był zazdrosny. W tym zespole podoba mi się to, że każdy z nas jest zupełnie inny i ma inną wrażliwość. I może nie tworzymy takiej paczki, która po każdej próbie siada pije wódkę razem.  Może nie ma takiej potrzeby. Chociaż ja trochę żałuję, bo w ten sposób może bardziej byśmy się poznali. Jest jak jest, ale mimo to, jeśli mamy coś zrobić to robimy. W tym jest dla mnie zespołowość tej grupy. Nie rozmieniamy się na drobne.

FiT:

A uważasz, że szkoły teatralne są potrzebne?

 P.B.D.:

Są różne zdania. Ja uważam, że szkoła coś daje. Uczy techniki. Dla mnie szkoła tworzy szkielet. Z tym szkieletem aktor wychodząc ze szkoły, idąc do teatru sobie ten szkielet dobudowuje. Oczywiście można próbować swoich sił w aktorstwie bez tego bagażu. Tylko to już jest wysiłek dwu, trzy albo nawet czterokrotny niż będąc po szkole.

FiT:

A studio aktorskie? Przygotowujące do egzaminów?

P.B.D.:

Myślę, że to jest bardzo potrzebne. To kształtuje młodego człowieka

FiT:

Sam prowadzisz warsztaty. Powiedziałeś kiedyś prywatnie, że chyba nie potrafisz uczyć.

P.B.D.:

Prowadziłem raz. I tak, tak powiedziałem. Ale to była dla mnie próba sprawdzenia się. Dwie rzeczy. Powrót do źródeł. Przypomnienie sobie skąd ja się wywodzę i co robiłem jeszcze do niedawna. Również próba przekazania tego tym ludziom, którzy uczestniczą w warsztatach. Ja czuję, że nie mam smykałki do tego. Może gdybym miał cykl takich warsztatów, wszedłbym w to. Nie wiem czy mnie ciągnie do tego. Inaczej mi się pracuje indywidulanie. Tak wolę. Przygotowywałem ludzi do egzaminów do szkoły. Jak mam jedną osobę, jest mi łatwiej ją odczytać, żeby ją odpowiednio ją ulepić. Z grupą jest o tyle trudniej, że energia musi się rozkładać szerzej. Tego jeszcze nie ogarniam, ale wszystko przede mną. Lubię pracę z młodymi ludźmi.

Próbuję sprowokować Piotra, do tego czego nie lubi za bardzo – czyli rozmowa o jego wyglądzie. Kiedyś prywatnie powiedział mi, że nie kuma dlaczego nazywam go Boskim. Przecież on jest normalny. Wszyscy rozpisują się nad jego „rzeźbą”, doskonałym ciałem, piękną buźką i oczami amanta. Tymczasem on nie rozumie skąd to się wzięło. Myślałam, że to kokieteria. Ale wiecie drodzy czytelnicy co? Wierze mu. Czerwieni się i jest mu niezwykle głupio, kiedy go chwalę i mówię co mówią o nim kobiety. Patrzy zawsze z wielkim zdziwieniem i niedowierzaniem.

FiT:

Ale wiesz, ze jesteś autorytetem dla niektórych? Że masz swoje fanki? Fanów?

 P.B.D.:

Nie, nie i nie. Docierają do mnie takie informacje. Dostaje listy, maile. Ale mam dystans do tego. Nie kolekcjonuje tego, ilu napisało.

FiT:

Dobra dobra Piotrek. To jest miłe i łechta ego, nie?

 P.B.D.:

No oczywiście, my jako aktorzy lubimy być chwaleni. To jest wpisane w nasz zawód, ale w ramach jakiejś takiej granicy. Nie potrafiłbym żyć tym. Nie rozpamiętuję tego. Dostaję listy, słyszę coś o sobie, pod teatrem rozdaję autografy. To jest miłe, ale tego nie rozpamiętuję. Nie oczekuję pochwał. Fakt – z czymś takim się spotkałem, że są aktorzy którzy chcąc się przypodobać fanom tak konstruują postać.

FiT:

Pod publikę?

 P.B.D.:

Pod publikę. Dla mnie to jest… nie… nie jestem z tych.

FiT:

No, ale dostałeś ksywkę boski Dąbrowski

Piotr oczywiście jak zawsze nie komentuje tego, tylko się uśmiecha. Mówię mu, że wielokrotnie słuchałam i nadal wysłuchuję samych pochlebnych zdań o nim, zwłaszcza od kobiet. Sama często go chwalę. Co przysparza mu dodatkowe zakłopotanie. Boski jednak twierdzi, że on tego nie widzi, ale jest to na pewno miłe. No to zamyka mi usta, co zrobić. Muszę mu uwierzyć, bo to nie pierwsza taka rozmowa. Odpowiedź jest zawsze jasna i klarowna. >>Nie Julia, ja tego nie czuję.<< Mówi, że widzi, ale nie na tyle, żeby czuć się jak „celebryta”. Nie potrzebuje tego. Nie spodziewa się nigdy po spektaklach kwiatów, ani rzeszy fanek pod teatrem. >>Bardziej doceniam takie sytuacje, że młodzież która mnie bardzo ceni, przychodzi na spektakle zaprasza mnie do siebie do szkoły na spotkanie. Bo chce się o mnie więcej dowiedzieć. To doceniam bardziej niż kogoś, kto w przelocie prosi o autograf. Żałuje, że nie ma już czasów kiedy w bufetach aktorzy i widzowie wspólnie dyskutowali o sztuce.<<

FiT:

Jaka część pracy aktora daje ci najwięcej satysfakcji?

P.B.D.: 

Fajne pytanie. Wydaje mi się, że takie momenty, kiedy czuję, że coś nie wyjdzie, coś mnie przerasta, wgryzam się, wgryzam. A potem okazuje się, że daję radę. Wiesz o co chodzi, że niemożliwe staje się możliwym.  A drugą rzeczą jest (powiem górnolotnie) to co ja chce pokazać przez postać przechodzi na drugą stronę. Jest rozczytywanie. Rozmawiam z widzem i mam satysfakcje, że to co chciałem przemycić – przechodzi. Nie jestem tak głupi jednak (nie no oczywiście żartuję), ale chyba mierzenie się z trudnościami. To daje satysfakcję. Ja np. nigdy kompletnie pamiętam spektakli premierowych. Dopiero później to ze mnie spływa. Momenty, kiedy ludzie dziękują za przeżycia to jest dla mnie…mega! W pracy w lalkach, jak widziałem jak się dzieciaki cieszyły, a one się CIESZĄ, jak rzucają się na aktorów. To można oddać wszystko za takie momenty.

FiT:

To teraz kończąc, coś o Poznaniu powiedz. Podoba Ci się w naszym mieście?

 P.B.D.:

(śmiech) Wciąż je poznaje. Z trudem mi to idzie. Jestem rozpieszczony przez Toruń. Przyzwyczaiłem się do klimatu bardziej intymnego. Poznań jest dużym miastem. Niby się sporo dzieje, ale czasami zerkam i myślę gdzie tu się skryć?

FiT:

   Masz bliższych znajomych w Poznaniu?

 P.B.D.:

Tak, ale nie tak bliskich jak w Toruniu. Rzadko się widujemy, ale mimo to jesteśmy siebie ciekawi. A tutaj nawet jeśli, że to nie jest Warszawa, jest też taki pęd… ale ludzie są bardziej towarzyscy. Co prawda – jak wypadasz z ruchu towarzyskiego to nikt nie zauważa i nie zabiega o ciebie. Trochę zimny ten Poznań. I nie otwiera się tak przede mną, mam wrażenie. Same początki moje w Poznaniu…nie mogłem się tutaj odnaleźć. Ale ja jestem typem indywidualisty. Jak wystrzelę imprezą… (śmiech)

 FiT:

To ja coś o tym wiem…

 P.B.D.:

Ale raczej taki domownik ze mnie…

FiT:

   34 lata tak?

 P.B.D.:

Jeszcze nie… ( z przekąsem)

FiT:

Już naprawdę na koniec. Rola w poznańskim teatrze, z której jesteś najbardziej dumny?

 P.B.D.:

Piętno największe zostawił na mnie Fedycki z „Ich czworo” mówię o samej pracy nad postacią. Była niesamowita.

FiT:

Moim zdaniem to jest tutaj Twoja najlepsza rola!

 P.B.D.:

To ciekawa historia powstawania postaci. Dużo dała mi Agnieszka Korytkowska (* reżyserka spektaklu). Bardzo ryzykownie podeszła tutaj do zadania, próbując nas otwierać. Myślę, że dało to efekt. Strasznie lubię tego buraka Fedyckiego. Mimo, że nie jest do mnie podobny.

FiT:

  Tym bardziej „szacun”, bo na tym ten zawód polega. Nie trzeba być mordercą, żeby go zagrać. A burakiem, z tego co wiem, nie jesteś.

 P.B.D.:

I to mnie strasznie cieszy… rajcuje. Jak mam takie zadanie: zagrać buraka. Można pójść schematami. Ale tutaj chodziło, żeby zagrać to głębiej. Miałem problem w scenie z Wdową – z Teresą Kwiatkowską, którą muszę dość brutalnie traktować. Nie przejdą mi takie słowa jako Piotr jej tego nie powiem. Musiałem przejść taki proces, żeby znaleźć buraka i to powiedzieć. Pamiętam kiedy pierwszy raz to zrobiłem, kiedy we mnie pękło. Ta satysfakcja, że nie tylko wyrzuciłem te słowa, a pogłębione to było czymś, o czym myślałem. Z tą rolą zostanę związany…

FiT:

Rozmawiamy przed premierą Otella, denerwujesz się?

P.B.D.:   

Nie. Praca z Pawłem (Szkotakiem) jest bezpieczna. Reżyser ma wszystko przemyślane. Fakt, że mam fajną postać mniej stresuję. Nie mam jeszcze snów przedpremierowych, ale lada moment pewnie się zaczną. Na razie jestem spokojny.

 

###

Rozmawialiśmy w Wielki Piątek, tuż po próbie do zbliżającej się premiery Otella w reżyserii Pawła Szkotaka. Fit-steria wybiera się i na pewno zda relację.

Zachęcam bardzo do oglądania spektakli z udziałem Piotra i jego kolegów i koleżanek. Teatr Polski stoi dla państwa otworem, więc pędźcie póki czas. Dąbrowski ma na koncie kilka produkcji filmowych, epizodycznych. Większość swojej kariery spędził w Toruniu, związany i zakochany w teatrze lalek osiadł na razie w naszym Poznaniu . Mam nadzieje, że zostanie w nim jak najdłużej. Piotrowi życzę wielkich premier, ról i spełnienia oraz żeby Poznań się dla niego trochę ocieplił.

Dodaje, że obiecałam mu, że napiszę o tym, że po spotkaniu z Boskim mam stygmaty na ręce od atramentu, bo tak działa właśnie na kobiety.

 

Sukcesów Piotrze!!!

Życzy FiT-steria