RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘FiT-steria na Animatorze’

Animator na półmetku

17 lip

(zdjęcie pochodzi ze strony: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10151683348743221&set=oa.140632926142363&type=1&theater”

 

Julia Rybicka

 W Poznaniu już po raz 6 odbywa się właśnie Międzynarodowy Festiwal Filmów Animowanych Animator pod dyrekcją Wojciecha Juszczaka i Filipa Kozłowskiego. Przy tej okazji miasto znowu odwiedziły tłumy zza granicy, a nawet zza oceanu. To miasto żyje! I ma się dobrze! Dzieje się w Poznaniu, oj dzieje. Jednocześnie kończy się właśnie Festiwal Malta zatem Animator wbił się idealnie w czas. Publiczność maltańska ma szansę załapać się na kilka pomysłów Animatora. W programie Marcin Giżycki pisze:

„Ambicją Animatora było, jest i będzie umożliwianie zapoznania się polskiemu widzowi z tym, co w światowej animacji artystycznej najważniejsze, a zagranicznym gościom ( a także młodszej publiczności) z najwartościowszymi osiągnięciami polskiej animacji”.

I tak też się stało/ dzieje. Trwa właśnie 5 dzień Animatora. Zasiadam w okolicach poznańskiego Zamku w kawiarence „Tośka”, która mieści się z tyłu Opery i czekam na kolejne seanse, warsztaty. Jeśli chodzi o te ostatnie to nie można powiedzieć, że żywo w nich uczestniczę, ale staram się przyglądać. Wypadają naprawdę bardzo dobrze i profesjonalnie, a uczestnicy wychodzą zadowoleni. Jeszcze nie miałam okazji wysłuchać koncertów, które odbywają się w Pawilonach Nowej Gazowni, ale mam to w planach. Szkoda, że tak mało osób uczestniczy w kinie o północy. Pomysł uważam za świetny, chociaż sama padam z nóg po całym dniu bieganiny po festiwalu. Kocham lato w tym mieście! Gdzie się nie odwrócę idą ludki z torebkami „Animatora”. Ach życie jest piękne…

Podzielę się z państwem tym co na mnie zrobiło wrażenie. Akredytację na Festiwal dostałam w ostatniej chwili co bardzo mnie ucieszyło, bo straciłam już wszelką nadzieję. A tu bang! Mail od niejakiej pani Joanny z przyznaniem. Odwiedziłam biuro festiwalowe, które mieści się w Nowej Gazowni. Szybko, miło i przyjemnie. Wystartowałam wieczornym seansem. Kino Muza zaludnione po brzegi. Goście, praca, młodzi ludzie w kolejce po bilet- ach niech żyje festiwalowe życie. Na początek obejrzałam pierwszy przegląd konkursowy krótkometrażowych filmów animowanych: „The Siver Wedding”, Yoram Gross’a z Australii; „Katachi” Kijek/ Adamski Polsko- Japońskiej koprodukcji; „Bendito Machine IV”, Jossie Mallis’a z Hiszpani; „Lost and Found”, Joan C. Gratz’a z USA; „Hanen tilanne (When One Stops), Jenni Rahkonen’a z Finlandii; „Hoffili (Berber wedding)”, Lotfi Mahfoundh’a z Tunezji; „Reality 2.0”, Victor Orozco Ramirez’a, Niemcy/Meksyk; „It’s Good Life”, Sharon Katz z Kanady; „Vie et mort de l’illustre Grigori Efimovitch Respoutine”, Celine Devaux’a z Francji; „Ex Animo”, Wojciecha Wojtkowskiego z Polski”.

Bardzo różnorodny repertuar. Każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Co mnie jednak najbardziej zainteresowało to dwie pozycje. Pierwsza to hiszpańska historia niezwykłego animatora Jossie Mallis’a. Jego bohater odbywa podróż poprzez lądy, oceany, powietrze. Po drodze napotyka wiele przeszkód, ale także przygód. Prosta, a jakże pięknie pokazana historia. Drugą pozycję, którą bym nagrodziła w ogóle to tunezyjska opowieść o weselu pewnego fryzjera pt. „Hoffili (Berber wedding)” Lofti Mahfoudh’a. Fantastyczna moim zdaniem zabawna, komiksowa, z „jajem”, charyzmą i przede wszystkim konsekwentna.

Trzeciego dnia festiwalu zobaczyłam pełnometrażowy film „Ból i współczucie” brytyjskiego twórcy Phil’a Mulloy. Jest to ponoć trzecia część opowieści o Panu Christie. Nie widziałam poprzednich, ale ta po prostu skradła moje serce. Pokaz odbył się o godzinie 14 w Kinie Muza, gdzie trudno było znaleźć miejsce, tylu widzów zawitało do kina. I słusznie. Film rozpoczynają …napisy końcowe? Co jest grane, myślę. Świetna konwencja. Zacząć wszystko od końca. Grupa ludzi, (gadające, animowane głowy) w niezwykle dowcipny sposób opowiadać będą historię zamknięcia ich w pewnej przestrzeni, poszukiwać będą kim są tak naprawdę, gdy tymczasem dochodzić będzie do morderstw… a morderca znajduję się na ulicach Londynu. Osiemdziesiąt minut zabawnej i mądrej opowieści o tym jak zachowuje się człowiek w ekstremalnych sytuacjach, czy oby na pewno wiemy kim jesteśmy. Z morałem, który w ostatnich minutach uderza w widza tak, że kino Muza opuszczają już inni ludzie niż do niego weszli.

Kilka godzin później w tym samym kinie wybrałam się na pokaz filmów John’a R. Dilworth’a znanego z cyklu filmów o „Psie Chojraku”. I to był strzał w dziesiątkę. Dawno się tak nie naśmiałam. Wybitny animator, który tworzy dla Cartoon Network pokazał swoje przeróżne filmy. Pokaz rozpoczął się filmem „The Dirty Birdy”, który wprawił publiczność w salwy śmiechu, a mnie osobiście aż do łez. Naprawdę dawno się tak nie ubawiłam. Kolejno obejrzeliśmy: „Chicken from outer space”, „Hector, the get-over cat”, „Noodles and need”, „The Mousochist”. Dwie ostatnie pozycje to biograficzne historie z życia samego autora. Pierwsza opowiada o jego wkurzającym kocie, a druga o fetyszu twórcy do żółtego sera. A wiem to wszystko, bo ten abstrakcyjny i irracjonalny artysta poprzedzał projekcje krótkim wprowadzeniem w postaci performancu przebierając się np. w strój kosmiczny, tudzież wyciągał publiczność z widowni do pomocy. Wszystko to nadawało rytmu i elementów zaskoczenia. Kolejny film okazał się wzruszający. „Life in transition”. Luźne przemyślenia autora na temat tragedii z 11 września i w poetycki sposób analiza życia i ludzkich wartości. Następnie mieliśmy okazję zobaczyć krótki erotyk „ The return of sergeant pecker”, a na końcu historię współczesnych ideałów i prawdziwej miłości do… telefonu komórkowego „Rinky Dink”. Pokazwszystkich filmów uważam za najlepszy do tej pory. Dodatkowo należy dodać, że autor po odbytym spotkaniu z publicznością chętnie udzielał odpowiedzi na nurtujące nas pytania, rysował i pozwolił robić sobie zdjęcia. Następnego dnia odbył się kolejny pokaz jego filmów, ponoć równie udany.

Nie zapomniałam o małych widzach. W Nowym Kinie Pałacowym w Zamku wybrałam się czwartego dnia na „Pinokia” we włoskiej odsłonie „Enzo D’Alo”. Historii Pinokia nie muszę streszczać dla państwa, bo każdy zna ją zapewne z dzieciństwa”. Salę po brzegi (dosłownie) zapełniła bardzo młoda publiczność w towarzystwie rodziców i opiekunów. Na początku troszkę hałaśliwi umilkli po zgaszeniu świateł. Film był dubbingowany w języku angielskim, ale młodym widzom całość czytał polski lektor o ciepłym i miłym dla ucha głosie. Jako 28 letnia kobitka śmiałam się z dzieciakami i wzruszyłam słysząc tekst „Kiedy człowiek płacze to znaczy, że staje się lepszy”. Brawa dla twórców bajki, która przypomniała mi, że w każdy tkwi dziecko i nie warto dorastać zbyt szybko.

Tak mija mi właśnie półmetek. Za chwilę biegnę na kolejne projekcje, za 2 dni przecież skończy się Festiwal i czekać będziemy musieli do następnego roku…