RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Film’

A teraz idziemy na jednego

08 lut

foto:https://www.google.pl/search?q=pod+mocnym+anio%C5%82em&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ei=g2j1Uvq-OtCBhAeyxYCICg&ved=0CAoQ_AUoAg&biw=1217&bih=603#facrc=_&imgdii=_&imgrc=xLkiRNAUJbESWM%253A%3BMyDgzkDk-rJouM%3Bhttp%253A%252F%252Fi1.ytimg.com%252Fvi%252FbT6k_1ej92A%252Fmaxresdefault.jpg%3Bhttp%253A%252F%252Fwww.youtube.com%252Fwatch%253Fv%253DbT6k_1ej92A%3B2048%3B858

Julia Rybicka

Na początku chciałam przeprosić swoich czytelników, a także hejterów za tak długą ciszę. Po pierwsze w naszych teatrach poznańskich  póki co niewiele się dzieje. Także „sory taki mamy klimat”. Z niecierpliwością czekam na „Dziady” Rychicka w Teatrze Nowym, ale to dopiero w Marcu.

Podczas przypadkowej rozmowy z zupełnie nieznajomą osobą na facebook’u apropo najnowszego filmu Smarzowskiego postanowiłam się wypowiedzieć głośno-czyli tutaj. Wraz z grupą przyjaciół kilka dni po premierze, wybraliśmy się do małego kina Muza w Poznaniu. Dobry losie spraw, żeby te małe kina przetrwały jak najdłużej. Sala oczywiście pełna młodych ludzi, przede mną parka z piwem w ręku. Trudno się dziwić, nie potępiam, nie oceniam, gdzież bym śmiała. Ale dziś nie o tym…

Kiedy pomyślę jak odpowiedzieć na pytanie jakie jest kino Smarzowskiego przychodzą mi do głowy takie słowa: mocne, dobitne, szare, nieobliczalne, dosadne etc. Poetyka jego filmów (co często funkcjonuje jako zarzut) jest wciąż taka sama. I nie ma on szczęścia do krytyków.Warto przypomnieć, że Smarzowski długo czekał na swój debiut. Ukończył wydział operatorski w łódzkiej Filmówce, studiował filmoznawstwo na krakowskim UJ. Zaczynał od teledysków i reklam… aż zrobił swój pierwszy film „Małżownia”, w którym to postanowił zaryzykować i zaangażował większość debiutantów. Ma oko i nos pan reżyser…

„Wesele”, „Dom zły”, „Drogówka”, „Roża” to wielkie filmy, przez duże W. O każdym z nich można mówić bez końca. Dziś jednak mowa o najnowszym dziele „Pod mocnym aniołem”.Nikogo, kto choć trochę zna kino Smarzowskiego nie zdziwił zwiastun (chociaż część myślała, że pójdzie na komedię). Te same ruchy kamery, te same cięcia montażowe, ten sam sposób narracji no i ci sami aktorzy. „Jego” aktorzy. Dla jednych skaza, dla drugich szacunek. Więckiewicz, Braciak, Grabowski, Dorociński, Jakubik, Lubos…

I teraz tak. Czytam, że nudne kino. Zarzuty padają ogromne i niesprawiedliwe: że to już wszystko było, że przesadził, że się powtarza, że za mocno, że jednak nie jest dobrym reżyserem, albo że się psuje…To właśnie kino Smarzowskiego- kontrowersyjne, niespójne zdania krytyków i widzów. Dla mnie rewelacyjne, bo o nim się mówi, nie wychodzi się obojętnie.

Alkoholizm- problem XXI wieku czy problem stuleci? Problem w Polsce czy problem na świecie? Problem wśród młodych czy wśród starych? Problem czy nałóg? Potrzeba czy sposób życia?

Smarzowski porusza temat, który przewija się od dawna  i nie mówi nam o nim nic, czego byśmy nie wiedzieli. Alkoholizm dopada różnego rodzaju środowiska społeczne. Nie zawsze są to degeneraci. Reżyser zaś pokazuje nam patologie społeczne, literatów, pisarzy, artystów, bezdomnych i zwykłych ludzi, którzy borykając się ze swoimi problemami pogubili się i zasiedli do kieliszka z wódką. Do tego wstrząsające jak dla mnie sceny odwyku, detoksu, a przede wszystkim nie utrzymywania higieny oraz niekontrolowania potrzeb fizjologicznych, które mogą obrzydzać. Tylko, że reżyser łamie tabu i chociaż jednym wydaje się to przesadą, mnie wydaje się wielką odwagą. Dla aktorów odtwarzających te sceny zwłaszcza.

Film powstał na podstawie opowiadania Pilcha, do czego także się doczepiono. Że Pilch to lepiej opisuje, że Smarzowski nie oddał tego klimatu, albo że przeniósł jeden do jeden na ekran. „No ludzie no”  ( że tak zacytuje Demirskiego z programu „tak jest” ) <
http://www.tvn24.pl/tak-jest,39,m/przemiany-po-okraglym-stole-w-ocenie-ludzi-kultury,395526.html
>

Jeśli chodzi o aktorów..no proszę państwa. Tylko Smarzowski może uzbierać taką ekipę wspaniałych rzemieślników i artystów w naszym kinie. Robert Więckiewicz to dla mnie rola Oskarowa, a że żyjemy w Polsce to może ktoś kliknie „lubię to”. Każda rola jest dla mnie perełką. Wspaniała Kinga Preis, Jacek Braciak, Andrzej Grabowski, Julia Kijowska, Marcin Dorociński, Izabela Kuna, Arkadiusz Jakubik, Marian Dziędziel : mistrzowie dziękuję za role. Jednak aktorka,  którą uważam za odkrycie to Iwona Wszałkówna, dotąd znana mi z debilistycznych seriali… za co przepraszam z tego miejsca.

Na jednym z portali kilka dni temu ponoć pojawił się taki nagłówek: „Wódka drożeje! Polacy piją gorzołe! A chloć trzeba”.Jak świat światem długi i szeroki to niestety tak zostanie. I nie wiem czy na celu miał Smarzowski przestraszyć, czy po prostu uświadomić. Bo jeden po tym filmie wyszedł i się „nachloł”, a drugi się przestraszył… Sam wiesz, w której grupie jesteś. Cokolwiek mówią, film wart obejrzenia dlatego państwa gorąco namawiam.

Na zdrowie!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film

 

Warszawski Paryż

14 maj

Julia Rybicka

Od premiery „Rezerwatu” minęło już ponad 6 lat, a ja dopiero teraz miałam okazję zobaczyć ten film. I lepiej późno niż wcale, bo byłoby żal przepuścić coś takiego. Nie chciałabym rozpisywać o mojej wrażliwości, ale mało jest rzeczy, które trafiają do mnie tak mocno jak to dzieło. Warszawa jako miasto zawsze wydawała mi się odarta z emocji, a mieszkańcy – głównie przejezdni. W tempie, którym poruszając się tutejsi przybysze trudno jest uchwycić chwilę refleksji. Z małych miasteczek przybywają młodzi ludzie, którym marzy się wielki świat. W Akademii Teatralnej trudno jest spotkać rodzonego warszawiaka. Każdemu marzy się sława, wielka kariera i występy na deskach najlepszych teatrów. Wielu artystów szuka tutaj spełnienia, inspiracji.

Tak też stało się z aktorem Marcinem Kwaśnym, który zamieszkując na warszawskiej Pradze jeszcze na studiach, zainspirowany a la paryską dzielnicą stworzył wraz z  Łukaszek Palkowskim, który również zajął się reżyserią. Scenariuszem zachwycony był Maciej Ślesicki to pozwoliło panom na urzeczywistnienie swoich marzeń i stworzenie filmu. Początkowo film nosił tytuł „Praskie miraże”. Aktor Teatru Kwadrat nie tylko napisał scenariusz, ale także zagrał główną rolę.

Marcin Wilczyński, młody fotograf wyrzucony z mieszkania swojej dziewczyny zmuszony jest do znalezienia własnego kąta. Wtedy warszawska Praga była najtańszym miejscem i dopiero stawała się trendy. Przyjeżdżali tutaj różnego rodzaju artyści: malarze, muzycy, fotograficy, aktorzy podnajmując za małe pieniądze strychy czyniąc z nich swoje domy i pracownie. Tak jak zrobił to główny bohater filmu „Rezerwat”.

Bardzo podoba mi się zabieg artystyczny, który rozpoczyna film – czyli retrospekcja. Film pomimo iż jest kolorowy przybiera szarych barw trochę smutnej Pragi. Odnoszę wrażenie, że przypominać ma sepię, a czasem niczym zatrzymany obraz w kadrze staje się symboliczną fotografią.

Historia jest dość prosta. Młody fotograf, który szuka pracy zatrzymuje się w biednej dzielnicy. Dogaduje się z odnalezionym po latach właścicielem kamienicy, że w zamian za reportaż o zniszczonym budynku i pokazaniu miejscowych meneli nie będzie płacił za trzy miesiące czynszu. Chłopak nie wie, że stanie się narzędziem w podstępie sprzedaży kamienicy i tym samym eksmisji lokatorów. Życie na Pradze płynie codziennie tak samo. Menele spod trzepaka zbierają złocisze na tanie napoje wybuchowe bieżącego rocznika, nazywając Marcina panem kierownikiem. Miejscowy łobuz, Grześ, przysparza fotografowi wielu problemów. Wita go „na dzielni” tłuczeniem szyby w szafie, następnie kradnie mu aparat. Poza reportażem, który jest spłatą długów  za mieszkanie, Marcin dostaje zlecenie od dawnego znajomego na zrelacjonowanie w postaci zdjęć życia na Pradze. Zdjęcia dostarczone przez niego nie są przekonujące. W pobliskim zakładzie fotograficznym wywołuje zdjęcia z odzyskanego, skradzionego aparatu. Okazują się one strzałem w dziesiątkę. Podpisuje się swoim nazwiskiem pod zdjęciami autorstwa miejscowego chuligana, wysyła je do redakcji i odnosi sukces. Na szczególną uwagę zasługuje postać Hanki, która prowadzi pobliski zakład fryzjerski, związana jest z byłym więźniem. To kolejna część patologii w tej historii. Między nią, a Marcinem ewidentnie działa chemia, mimo to, powiedzmy, że związek nie zostaje skonsumowany. W postać Hanki wcieliła się Sonia Bohosiewicz, która według mnie zasługuje na osobne brawa. Jest to jedna z jej lepszych ról, jeżeli nie najlepsza. Jeśli chodzi o Marcina Kwaśnego to gra bardzo naturalnie i nie wiem czy to podświadomość sprawiła, że czuję iż jest związany z historiami które dotykają jego bohatera czy po prostu jego aktorstwo. Nie razi mnie nawet przemykająca postać Tomasza Karolaka, którego ostatnio jest za dużo. Jest tam jeszcze kilka takich „typków”, którzy „umilają” życie bohatera, ale jest też ważna postać – stary fotograf, który okaże się jedną z kluczowych postaci w życiu Marcina.

To niesamowita historia o tym, żeby się nie zatracić siebie dla sławy i pieniędzy. O prawdziwym artyzmie, o pasji. To także opowieść o relacjach międzyludzkich. Ale przede wszystkim to niesamowite podpatrywanie jak żyją ludzie na Pradze. Opowiedziana w liryczny sposób, powolny jak na Warszawę przystało. Chwyta za serce i sprawia, że człowiek na chwilę zatrzymuje się i oddaje refleksji. Dobre, mocne, Polskie kino. Serdecznie polecam

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film

 

Przepraszam za Produktywność

16 mar

Julia Rybicka
Marysia Sadowska, absolwentka łódzkiej filmówki znana jest jako piosenkarka i… reżyserka. Wystartowała z filmem „Dzień kobiet”, który dane mi było ostatnio obejrzeć. Nie jestem w stanie wyliczyć wszystkich zarzutów dotyczących rzekomego kulenia polskiego kina. Jako fanka i patriotka staram się być wyrozumiała dla rodzimych twórców. Dlatego filmu Sadowskiej nie uważam za klapę.

Kilka lat temu w Polsce wybuchła afera dotycząca pewnej sieci dyskontów o nazwie Biedronka. Okazało się, że ponad dwustu kierowników zostało oskarżonych o oszustwa i znęcanie się nad pracownikami. To wszystko stało się pretekstem do zrobienia filmu, który w kinach dostępny jest od 8 marca.

Odsyłam :

http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/niewolnicy-biedronek-staja-na-nogi

Halina (Katarzyna Kwiatkowska), znana jest głównie z programów Szymona Majewskiego, parodiowała Dodę, czy Krystynę Jandę, w filmie Sadowskiej gra główna rolę. Samotna matka, wychowująca dorastającą córkę, pracuje w jednym ze sklepów wielkiej korporacji Motylek. Pewnego dnia nieoczekiwanie dostaje awans na stanowisko kierownika. Nie podejrzewając podstępu jaki się za tym kryje, bierze kredyt na wytęsknione, samodzielne mieszkanie i komputer dla ukochanej córki. Szybko jednak wymarzona praca stanie się dla niej karą i męczarnią. Z jeden strony bohaterka usiłuje być lojalna wobec koleżanek: Halina przecież, jeszcze do niedawna tak jak one musiała załatwiać się w pampersy, podczas sześciogodzinnej zmiany na kasie, z drugiej zaś jest zastraszana przez szefa (Eryk Lubos).

Dochodzi do dantejskich scen. Należy zwolnić personel, ponieważ szkodzi interesom sklepu oraz nie przynosi poprawy wyników sprzedaży. Na miejsce niedawno awansowanej Haliny lepsza będzie kobieta w ciąży Jadzia (Anita Jancia), czy wiecznie spóźniona i pod wpływem alkoholu Maryla (Dorota Kolok)? Dramatycznych wątków w filmie jest mnóstwo. Współczucie i złość wzbudza między innymi sytuacja mająca miejsce podczas nocnej inwentaryzacji – Jadzia traci dziecko. Muszę przyznać rację jednej z recenzji – autorki scenariusza Marysia Sadowska i Katarzyna Terechowicz próbują przedobrzyć. Lepiej czuć niedosyt niż przesyt. A tutaj niestety tego drugiego jest znacznie więcej.

http://www.kinoradio.pl/czytaj/notes/Swiat_w_ktorym_odechciewa_sie_zyc-4-887

Motyw walki Haliny z wielką korporacją, zbieranie świadków i dowodów uważam za udany zabieg. Zabawa w detektywa i pokazanie środowiska ekspedientek jako istnej komunę sprawił, że rzeczywiście żal mi było tych wszystkich ludzi z Biedronki. Postaciom nakreślonym grubą krechą brakuje konkretów. Lawirują między dobrem, a złem przez co są nijakie. Dlatego aktorom ciężko było cokolwiek zagrać.

Szkolenia, które musi odbywać główna bohaterka nie są przejaskrawione. Obok mnie zasiada koleżanka, która pracuje w banku i potwierdza, że na takich sytuacjach robią z ciebie totalnego idiotę. Na pytanie: jakie mamy słowo na p? Halina odpowiada nieśmiało: „przepraszam?” „Nie, PRO-DU-KTY-WNOŚĆ”. I tak działa cała ta machina wielkich przedsiębiorstw.

Jeśli chodzi o elementy zaskoczenia – praktycznie w filmie takowe nie występują. Wszystko ma swój rytm, czasem niezwykle rozciągający się w czasie. Ostatnie minuty filmu nadają tempa całości. Niestety długo to nie trwa, bo film nagle urywa się. Autorki zostawiły nam wiele niedokończonych wątków. Ja rozumiem, że pewnych rzeczy nie trzeba pokazywać, ale nie zostawiajmy widza z niejasnościami. Mogę się jedynie domyśleć, co autorki miały na myśli, bo przewidzieć ich wizji nie jestem w stanie. Dlatego tutaj stawiam duży minus.

Na ekranie pojawiają się wielkie osobowości znane z kina i teatru. Zobaczyć można: Grażynę Barszczewską, Agatę Kuleszę, Leonarda Pietraszaka, Elżbietę Romanowską, Marię Seweryn. Żadne nazwisko najlepszych aktorów w tym kraju nie uciągnie średnio napisanego scenariusza. Mnie się film jednak podobał, bo w końcu nie oglądałam Kota, Szyca, Adamczyka, a przypomniano mi o innych aktorach. Kwiatkowska dzielnie radzi sobie z zadaniem jako aktorki pierwszoplanowej, mimo iż fanką jej talentu nie jestem.

Film jest ok. Niezbyt porywający, ale tak jak wspominałam klapą bym tego nie nazwała.

Młodą parkę, która pomyliła sale kinowe pozdrawiam z tego miejsca. Nie chcecie mnie spotkać następnym razem. Rozmowy toczy się w kawiarni, ewentualnie przy piwie. Pozostawmy takiemu miejscu, jakim jest kino, magię ciszy ze strony publiczności, a nikomu nic się nie stanie.

Zapraszam do kin!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film

 

I do tańca i do różańca

08 mar

Julia Rybicka

Kocham kino amerykańskie! Właśnie za to, że jest amerykańskie. Komedie romantyczne prawie od początku towarzyszą mojej podróży filmowej. Która kobieta nie marzy o pięknie zbudowanym mężczyźnie, wspaniałym kochanku i kochającym, mądrym ojcu dla swoich dzieci? Nawet nie próbujcie zaprzeczać.
Dzień Kobiet to komunistyczne święto. Jednak, podobnie jak o Walentynkach, tak i o tym święcie panom nie wypada zapomnieć. Dlatego możecie, drodzy Panowie, zabrać swoje ukochane na randkę do kina. Prawdopodobnie 80% kobiet będzie zachwyconych tym filmem. Ja, niestety, jestem w tej drugiej części, czyli w grupie kręcących nosem.

Kiedy zobaczyłam spot reklamujący film pomyślałam: „Wow! Dawno nie było komedii z taką ilością gwiazd kina.” No i co? Klapa! Pomysł okazał się całkowitym niewypałem.

Gabriele Muccino, reżyser filmu “Trener bardzo osobisty”, najwyraźniej nie wziął sobie do serca swojego zadania, ponieważ odstawił najzwyczajniej w świecie reżyserską chałę. Posiłkując się wielkimi nazwiskami kina amerykańskiego, postanowił wcisnąć widzom ściemę. Panie Reżyserze, tak się nie robi.

Główny bohater – George (Gerard Butler; znany np. z filmu ‘P.S Kocham Cię’) był piłkarzem Liverpoolu, jeszcze wcześniej prowadził Celtic, no i, rzecz jasna, poznał Beckhama. Jego kariera jednak dobiegła końca, a sława już dawno ucichła. Małżeństwo rozpadło się.  Nasz bohater postanawia wrócić na stare śmieci do swojego domu. Jest bez pracy, pieniędzy i perspektyw na przyszłość. W małym miasteczku zaczyna trenować młodzieżową grupę footbolową, w której gra także jego syn. Czterdziestoletni, były sportowiec wygląda jak facet z okładki „Men’s Health”, więc trudno się dziwić, że momentalnie wpada w oko rozwódkom, singielkom oraz mężatkom, które kręcą w pobliżu boiska, na którym trenują ich dzieci. Jednakże serce macho jest już od dawna zajęte. George stara się odzyskać miłość swojego życia – byłą żonę – Stacie (Jessica Biel)

Na ekranie pojawiają się również tak wielcy aktorzy jak: Dennis Quaid jako majętny i wpływowy facet; Uma Turman grająca jego szukającą wrażeń żonę; Judy Greer, która wciela się w rolę rozwodzącej się Barb, oraz Cathrine Zeta- Jones, która gra byłą dziennikarkę.

Film doskonale utrzymuje się w konwencji gatunku, zachowując jego charakterystyczne cechy. Utrata ukochanej osoby, wiara w przeznaczenie, miłość, rodzina, motyw relacji syn – ojciec etc. Oczywiście wszystko to jest prze-cukierkowo zagrane.  Akcja toczy się w scenerii małego domku z białym płotkiem (gdzieś w Luizjanie) z mieszkającą w nim kochającą kobietą, która została skrzywdzona, ale przede wszystkim jest  wzorem wspaniałej matki i żony.
Facet, który jest zapatrzonym w siebie dupkiem, zakochanym w sporcie i swojej karierze, zapomina o wartościach i rodzinie. No, taki hmm zły glina.. ale o gołębim sercu.
Tkliwa muzyka Andrea Guerra. Wielkie nazwiska kina. Związek przyczynowo – skutkowy. Szczęśliwe zakończenie. Wszystko to film ten oczywiście posiada!

Ale, niestety, wymagającego widza potrafi zanudzić. Nie do końca wiem z czego to może wynikać. Aktorzy grają tak jakby…siebie, albo są już dla mnie tak zaszufladkowani. Odnoszę wrażenie, że już ich w takich rolach widziałam. Na pewno duży wpływ na odbiór tego filmu ma tutaj sprawa kiepskiego scenariusza Robbie Foxa.
Film jest zlepkiem szablonów, stereotypów, standardów i gagów  dobrze znanych nam od lat. Motyw piłkarski, który tak bardzo kochają Amerykanie, wyczerpał się już dawno. Dlatego nie rozumiem ile jeszcze takich filmów trzeba zrobić, żeby powiedzieć STOP?

Jednak my, kobiety, lubimy oglądać takie pierdółki (no bo, przepraszam, kinem ambitnym tego nazwać nie można. Singielkom polecam dziś, w dniu naszego święta, zabrać koleżanki do kina, bo można przynajmniej oko nacieszyć Gerardem.

Polecam:


http://www.filmweb.pl/reviews/Skazany+na+sukces-13977

A nas znajdziecie na:


http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film

 

Historia lubi się powtarzać

28 lut

Julia Rybicka

Na kartach historii Polski widnieje wiele niepowodzeń i bardzo, ale to bardzo dużo bólu i cierpienia. Niestety nie możemy zapomnieć o wyrządzonej krzywdzie. I słusznie. To co Niemcy i Sowieci zrobili Polakom zasługuje na pamięć. Nie należy jednak epatować do nich nienawiścią, a z historii robić narzędzie komercyjne. A w przypadku niektórych twórców filmowych tak właśnie się dzieje.

Czym byłoby nasze kino, gdyby nie wojny? To praktycznie my, na całej kuli ziemskiej, mamy najwięcej do powiedzenia w tej sprawie. To dzięki temu co przyniosła nam historia mogliśmy stworzyć tak prężnie działającą kinematografię.  Ekranizację wielkich dzieł literackich takich  jak ‘Trylogia”,  „Pan Tadeusz” czy „Quo Vadis”, zawdzięczamy reżyserom: Hoffmanowi, Wajdzie, Kawalerowiczowi. Jednak ten nurt sięga dużo głębiej wraz z „Popiołem i diamentem”, „Kanałem”  czy „Eroicą”. Wojna stała się dla nas traumą, udręką, drzazgą, po której śladu nie można się pozbyć. Rozpamiętujemy to wciąż od nowa i od nowa. Wciąż powstają nowe ekranizacje. Tym razem do kin wszedł film Janusza Zaorskiego (świetnego obserwatora i wielkiego mentora naszego kina) pt. ” Syberiada Polska” na postawie powieści Zbigniewa Domino.

Przyznaje szczerze. Bałam się. No bo ile można oglądać filmów przypominających nam o tym, jak bardzo dostaliśmy po łapach? Jednak można. Na szczęście recenzje przeczytałam po, a nie przed seansem. Chociaż z niektórymi słowami muszę się zgodzić. Po krótce, bo chyba nikomu nie muszę robić lekcji historii.

10 lutego 1940 roku, do małej wsi na Podolu zawitało NKWD w celu zabrania mieszkańców do obozu pracy na Syberii. Podróż odbywała się różnymi środkami transportu i trwała ponad miesiąc , co spowodowało po drodze zgony części więźniów. Wiele rodzin nie dotarło w komplecie. Udało się to jednak rodzinie państwa Jana (Adam Woronowicz) i Antoniny  (Urszula Grabowska) Doliny i ich synom (Paweł Krucz i Marcin Walewski). Od tej chwili, to co się działo na Syberii, będziemy oglądać z ich perspektywy.

Całym obozem zarządza okropny Rosjanin (w tej roli doskonały Andrey Zhurba), który już na początku mówi, że Polaków nienawidzi, bo odebrali mu rodzinę i został sierotą. Polacy, według niego, mają za zadanie teraz pracować aż nie zdechną. ”Kto nie pracuje, ten nie je”.

Przychodzą choroby, zmęczenie organizmu w wyniku czego umiera żona Jana Doliny. Hitler zaatakował nasz kraj, zatem Jan Dolina wstępuje do wojska i jedzie ‘na Berlin’.

Zaorski jest bardzo ostrożny, jak pisze jeden z recenzentów, ale także niekonsekwentny. W jego historii nie ma ciągów przyczynowo – skutkowych, o czym wszędzie przeczytacie, drodzy Czytelnicy. Ale niestety taka jest prawda. Jeśli zaczyna on jakąś historię, to za chwilę poziom jej spada i czasem po prostu reżyser już do niej nie wraca.

Zahacza jednak o wiele problemów społecznych. Pokazuje, że był to nie tylko czas mordu i nienawiści, ale także czas wielkich, niespełnionych miłości. Pojawia się obrazek  Ukraińca odpowiedzialnego za roboty Polaków, który zakochuje się w Polce (Natalia Rybicka),  która zachodzi z nim w ciążę. Będzie to przyczyną mnóstwa komplikacji i kłopotów, ale czy miłość o coś pyta? Irenka (Sonia Bohasiewicz), uwięziona w obozie pracy oddaje się sołdatowi w zamian za to, że ten spełnia jej życzenia. Zapewnia w ten sposób przeżycie swoim dzieciom. Nazywana w obozie “ruską dziwką” pomaga także rodzinie Doliny.

Takich ludzkich problemów jest w filmie bardzo dużo.

Mnie martwi tylko ta przezroczystość, bezpłciowość postaci. Dlaczego Polacy wychodzą na tchórzy? Czy to jest normalne, że wojsko z innego państwa wdziera się do naszego domu w nocy każąc zabrać rzeczy, a my o nic nie pytamy i zgadzamy się na wszystko bez słowa? A kiedy już są na tej Syberii, nadal nie ma pytań dlaczego tutaj się znaleźli, po co mają harować jak przysłowiowe woły. Brak jakiegokolwiek buntu, z pokorą i spuszczoną głową znoszą wszelkie upokorzenia ze strony Ruskich żołnierzy. Nikt nawet nie próbuje uciec. Czy oby na pewno tak wyglądał wtedy ten syberyjsko – polski świat?

Zaorski stara się NIE wkładać w szufladki i mówić: to jest czarne, to jest białe. Nie ma szarego. A jednak niekiedy dochodzi do takich niezrozumiałych spraw.

Podczas dwugodzinnej projekcji nie pada dużo słów. Mnie to akurat nie przeszkadzało, bo wiele rzeczy widz może sobie dopowiedzieć sam. Jednak zgodzę się z tym, że nie słyszymy ważnych dialogów, które odbywały się za zamkniętymi drzwiami. Zapada decyzja, a my nie wiemy co było podstawą do jej podjęcia. Tutaj trochę reżyser pokolorował po swojemu.

Filmowi brak spójności. Można się pogubić, kiedy niektóre sceny pokazywane są z retrospekcji. Chociaż uważny widz nie powinien mieć z tym aż takich problemów. Jak zawsze mocna i uderzająca muzyka Krzesimira Dębskiego (no bo kogóż by innego). Aktorzy grają bezbłędnie, mimo iż mają tak kiepsko napisane postaci (co jest winą twórców scenariusza – Michała Komara i Macieja Dutkiewicza). Tym co jednak bardzo uspokaja oko i odciąga uwagę od błędów są zdjęcia. Zasługują one na specjalne wyróżnienie, a są efektem pracy Andrzeja Wolfa. Po reakcji widzów wychodzących z projekcji stwierdzam, że film robi piorunujące wrażenie. Przede wszystkim wzrusza. Sam temat, mimo iż opowiedziany z niedociągnięciami, wgniata w kinowe krzesła. Byłam świadkiem dwóch różnych reakcji: refleksji starszego pana ze złotą laską, chwili ciszy z jego strony zanim odezwał się do żony i wstał, oraz płaczu, a wręcz histerii, dwóch młodych dziewcząt w podziemnych korytarzach kina.

Należy jednak pamiętać, że sam temat nigdy się nie obroni. Należy mu pomóc. Historia opowiedziana jest dość sprawnie, chociaż naprawdę momentami człowiek odczuwa pewne zwątpienie i nie panuje nad sytuacją. Za dużo w niej chaosu (przynajmniej tego montażowego). Ja jednak jestem na tak. Uważam, że takie filmy powinniśmy robić, ale może opanujmy się z ich częstotliwością. Był taki czas w historii kina polskiego kiedy ten nurt ucichł, a teraz filmy historyczne znowu zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu. To też o czymś świadczy. Mam nadzieje, że takie filmy kręcone są po to byśmy pamiętali, a nie rozpamiętywali i po to żeby pokazywać je dzieciom, a nie robić na tym pieniądze. Konsekwencją robienia filmów jest przychód w postaci pieniędzy z biletów – jasna sprawa. Jednak ważne jest to, żeby ta cała komercjalizacja nie stała się priorytetem.

Pielęgnujmy historię, a nie róbmy z niej produktu.

Polecam:


http://film.org.pl/r/recenzje/syberiada-polska-24435/


http://wnas.pl/artykuly/1094-syberiada-polska-to-wazny-kawalek-polskiej-historii-nasza-recenzja

Zapraszam do kin.

A nas znajdziesz :


http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film

 

Zapomniany artysta

25 lut

Julia Rybicka

Wyobraźcie sobie, że jesteście muzykami.  Swoją drogę zaczynacie „na ulicy”, grając dla przechodniów. Nagrywacie płyty, które kupuje tylko rodzina. Ewentualnie najbliżsi znajomi. Słuch o Was ginie. Natomiast gdzieś, na innym kontynencie, jesteście bogami! Madonną, Beatlesami, Presleyem, Dylanem. To wprost niewiarygodne. Historia zna jednak i takie przypadki. I właśnie o jednym z nich jest film „Sugar Man” w reżyserii Malika Bendjelloula. Jako córka muzyka nie mogłam tej pozycji ominąć i nie mogła mi się ona nie spodobać. W polskich kinach film dostępny jest od 22 lutego.

Jest to niezwykle interesujący dokument o pewnym muzyku o imieniu Sixto Díaz Rodríguez znanym również  jako Rodríguez, czy też Jesús Rodríguez. Urodzony w Detroit, z pochodzenia Meksykanin. W środowisku muzycznym jest bezwzględnym fenomenem. Jego historia brzmi wręcz nieprawdopodobnie.

Mężczyzna ten pogrywał na ulicy, wyglądał jak okoliczny “żul” i nie budził większego zainteresowania w Stanach Zjednoczonych, a stał się ikoną lat 60-tych. Zauważony, w jednym z nocnych klubów, przez pewnego producenta podpisał kontrakt z wytwórnią Sussex Records. Niestety jego muzyka się nie sprzedawała. Musiał porzucić marzenia i zarobić na chleb. Pracował na budowach, brał „do ręki” każdą pracę, która przynosiła mu pieniądze. Pod koniec lat 80-tych startował nawet na stanowisko burmistrza. Niestety nie udało mu się spełnić i tego pragnienia. Życie zawodowe artysty wydawać by się mogło serią porażek i przeciwności losu. Nic podobnego. Podczas gdy on pracował, żeby przeżyć i utrzymać rodzinę, w RPA był gwiazdą. Pierwsza płyta dotarła tam razem z pewną Amerykanką i została skopiowana w milionach egzemplarzy. Przypominam, że wtedy nośnikiem były winyle i kasety. Teksty Rodrígueza zrobiły rewolucję wśród tamtejszych słuchaczy. Pisał on prosto z serca, a nie, jak piszą niektórzy artyści dzisiaj, pod publikę. Teksty dotyczyły apartheidu, były zaangażowane społecznie. Nawiązywały do wolności, pokoju, uprawiania miłości. Często były pisane pod wpływem impulsu, zdarzenia jak np. piosenka, której słowa brzmią: “zwolnili mnie przed Świętami Bożego Narodzenia”. Okazała się ona autentyczną historią muzyka.

Naród RPA poszukiwał śladów o swoim idolu. Zaczynali naprawdę małymi krokami. Nie mieli żadnego źródła. Zaczynali od małych naklejek z tyłu płyty, zdjęcia na okładce, od nazwy wytwórni. Próbowali dociec prawdy – kim był Sugar Man?

Legenda głosiła, że dokonał samopodpalenia na jednym ze swoich koncertów. Fani, przekonani o tym, że Rodriguez nie żyje, szukali jego rodziny. Dotarli do jednej z córek artysty, a ta przekazała im dobra wiadomość, że muzyk wcale nie umarł i ma się dobrze. Mężczyzna żył przez prawie 40 lat w nieświadomości, że na innym kontynencie spełniło się jego marzenie i został gwiazdą. W 1998 roku został zaproszony do RPA i zagrał koncert, podczas którego frekwencji publiczności mogłaby zazdrościć mu nawet Madonna. A na pewno nie powstydziłaby się. Rodríguez został tam zaproszony jeszcze czterokrotnie i zagrał około 30 koncertów. Nie zmieniło go to w celebrytę, nadal pozostał skromnym człowiekiem.

To niesamowite jakie los płata figle. W Ameryce nieznany nikomu, niedoceniony, zwykły Meksykanin, gdzieś poza granicami “wielkiego świata” staje się wielkim muzykiem.

Historia brzmi jak bajka. I trochę nią jest. Ze szczęśliwym zakończeniem. Film budzi wielką nadzieję na to, że marzenia się spełniają. Jednocześnie budzi niepokój i zwątpienie. Czy prawdziwy artysta musi umrzeć, żeby go doceniono? Czy jego płyty należy sprzedawać w innych krajach, żeby został zauważony w kraju w którym żyje na co dzień? Taki jest “szołbiznes?” Jeżeli tak traktujemy prawdziwych artystów (pod hasłem „prawdziwy” mam na myśli takiego, który pisze od serca i robi to z miłości do muzyki, a nie dla kasy), to pytanie brzmi jakich artystów mamy na rynku w chwili obecnej?  To nie jest kwestia Stanów Zjednoczonych, to tak naprawdę mogło wydarzyć się gdziekolwiek na świecie. Wydaje mi się, że tak po prostu się dzieje. Muzyków, którym się nie udaje, wywiewa za Ocean, gdzie robią karierę jako Meg Kowalski etc. Wielu się załamuje i zmienia zawód, a inni (jak Sugar Man) po prostu żyją dalej. Nie każdy jednak ma taka historię i tyle szczęścia co bohater filmu.

Film naprawdę zrobiony jest z pasją i z wielkim szacunkiem do osoby Rodrigueza i jego muzyki, która towarzyszy przez niecałe 90 minut seansu. Założę się, że niektórzy po wyjściu z kina pobiegli kupić płyty cd z jego twórczością. Trudno się dziwić.

Obraz zlepiony jest z wywiadów, fragmentów koncertów, zdjęć itd. Warto też przyjrzeć się animacji, która w pewnym momencie robi pauzę i tym samym powoduje ogromną refleksję u widza.

A oto fragment recenzji:

“Gdy natomiast przychodzi do konfrontacji owej legendy z rzeczywistością, to postać Rodrigueza nie wytrzymuje balastu mityzacji, jakim obarczył go twórca filmu. Niemniej dla fanów muzyki to kawał porządnego materiału do obejrzenia – poznają oni bowiem dość frapującą historię o zapomnianym artyście, a na dodatek posłuchają kilku świetnych kawałków.” I takich recenzji należy się wystrzegać dopóki nie obejrzy się filmu.

Całość dostępna na :
http://www.magazyngitarzysta.pl/muzyka/recenzje/12304-rodriguez-searching-for-sugar-man.html

Wczorajszej nocy ‘Sugar Man’ dostał Oskara za najlepszy film dokumentalny. I na tę nagrodę absolutnie zasłużył.

Zapraszam do oglądania.

A nas znajdziecie na:


http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film

 

Zatrzymana sekunda

19 lut

 

Julia Rybicka

 

Brytyjskie komedie romantyczne są dość specyficzne. Może ze względu na ich humor? Do mnie akurat tego typu kino mocno trafia. Zwłaszcza taki serial jak „Office” Rickiego Gervaisa i Stephena Merchanta, czy “Latający cyrk Monty Pythona”. A z komedii romantycznych wymienię „Love Actually”, bo uważam, że fanów, tego dania głównego w brytyjskim menu, nie może zabraknąć.

Jest jeszcze jeden film, który zasługuje na wyróżnienie i o którym przypomniał mi mój tato. Nigdy nie był super hitem, ale jeśli ktoś go oglądał, to wie, że nie sposób wyrzucić go z pamięci. Przyznaje, że w pierwszej chwili zastanawiałam się o jakim filmie mówimy. Kiedy jednak go włączyłam, po 3 sekundach przypomniało mi się nawet jego zakończenie. To jeden z “tych” niezapomnianych obrazów. Mowa o filmie „Cashback” w reżyserii Seana Ellisa.

Historia prozaiczna. Młody chłopak, student ostatniego roku Akademii Sztuk Pięknych, zostaje porzucony przez swoją dziewczynę. Po tym, jakże wstrząsającym dla niego wydarzeniu, zaczyna mieć problemy ze snem. Nie sypia całymi tygodniami. Wszystko przypomina mu jego miłość. Czytanie wciąż tych samych książek, powtarzanie tych samych czynności, zajmowanie się czymkolwiek byle nie myśleniem – nie przynosi rezultatów. Dlatego chłopak zatrudnia się na nocną zmianę w supermarkecie. Jak sam mówi: “Musiałem sprzedać mój czas”.

Tam poznaje dwóch mało rozgarniętych pracowników, którym tylko “dupy” w głowie, którzy również robią wszystko by zapełnić czas w pracy. Sam kierownik, niedowartościowany palant, nie jest inwazyjny. Jego postać praktycznie nie wnosi wiele. To kobieta – Sharon, która pracuje na kasie, wszystko zmieni w życiu Bena  Przede wszystkim wyleczy go z bezsenności.

W filmie, tak naprawdę, nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Ben posiada jednak niezwykłą moc. Potrafi zatrzymywać czas. Wszyscy, tam gdzie się znajduje, tkwią nieruchomo w miejscu. I tak, kiedy zrobi to pierwszy raz w supermarkecie, opowiada o tym jak, jako 7-latek, zakochał się w pięknie. A pod hasłem „piękno” ma na myśli kobiece ciało. Wspomina swoje pierwsze miłości: lekkoatletyczkę z TV, panią od biologii i koleżankę z klasy, którą rodzice zabrali do USA i której potem już nigdy nie zobaczył. Prawdopodobnie z potrzeby obcowania w pobliżu kobiecego piękna został malarzem.

Kiedy Ben zatrzymuje czas, przemierza pomiędzy nieruchomo stojącymi klientami sklepu, jak między figurami woskowymi w Muzeum Madame Tussauds. Co jest jednak najciekawsze to to, że rozbiera on kobiety znajdujące się w supermarkecie i… maluje je.

Kierownik sklepu ogłasza, że musi odbyć się mecz footballowy, a przeciwnikami będzie drużyna konkurencyjnego sklepu i  zjawić się  muszą wszyscy. Po meczu, w szatni okazuje się, że nie tylko Ben ma zdolności do zatrzymywania czasu. Wszyscy zjawią się na pewnym przyjęciu urodzinowym, podczas którego wiele rzeczy się zmieni.

Gra aktorska bez większych zarzutów (zwłaszcza Seana Biggerstaffa i Emilii Fox). Nie na nich bym się jednak skupiała. Dla mnie film został bardzo sprytnie zmontowany. Wszystkie płynne przejścia, przyspieszenia, zwalniania, pauzy. To zasługa Carlosa Domeque i Scotta Thomasa. Chciałabym także pogratulować twórcy muzyki – Guyowi Farleyowi, bo jest ona elementem bezwzględnie dopełniającym stanów emocjonalnych bohatera.

O czym jest film? To banał – o poszukiwaniu miłości. Albo może raczej o tęsknocie po jej utraceniu. Bo to, że banał to niestety prawda. Ale właśnie taki ten film miał być. Nie zmuszać nas do głębszych refleksji i nie wymagać od nas “grzebania” w sobie.

Zastanawia mnie, jakby tak podrążyć temat, czy nie jest to przypadkiem historia o samotności, o której tak wielu z nas tyle wie? A z drugiej strony to także opowieść o upływającym czasie. Bohater na samym końcu mówi, że czas można zatrzymać, ale nie można go cofnąć. Czyli jednak jest w tym filmie trochę refleksji, mimo całego tego banału. Sporo tu brytyjskiego humoru, ale to trzeba zobaczyć.

Osobiście lubię ten film, bo podoba mi się to co proste i wzruszające. Nawet jeśli miałoby to otrzeć się o kiczowatość i przesadność. A mam wrażenie, że „Cashback” czasem do takiego kina należy.

Znajdziecie nas na :


http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film

 

Trochę słońca tej zimy, czyli duch Felliniego dla pań.

18 lut

Julia Rybicka

Ten film ma dziesięć lat (jest z 2003 roku), ale nie zestarzał się ani trochę. W taką szaroburą pogodę jak dziś, nie powinno oglądać się ambitnego i trudnego kina. Dlatego chwyciłam za mój ukochany film romantyczny pt. „Pod słońcem Toskanii”. Najchętniej napisałabym tylko: Moje drogie, włączajcie bez chwili wahania! Jednak narobię tym paniom, które filmu jeszcze nie widziały, trochę smaku. Może i któryś z panów spróbuje? Adaptacja głośnej książki, którą pokochał cały świat.

Film opowiada uroczą historię pewnej pisarki Frances Mayes, która przypadkiem odkrywa, że mąż ją zdradza. Postanawia natychmiast się z nim rozwieść. Początkowo jej życie legnie w gruzach, ale ona bardzo szybko się z tego podniesie.

Eksmałżonek domaga się alimentów. Frances sprzedaje dom i dzielą się majątkiem. Nasza bohaterka wyprowadza się do „umieralni rozwodników” – miejsca, z którego należy szybko uciekać. Przyjaciółki lesbijki namawiają ją na kilkudniowy wyjazd do Toskanii. Początkowo Frances nie chce się zgodzić, ale w końcu dziewczynom udaje się ją przekonać.

Na wycieczkę jadą sami homoseksualiści, co ma być gwarancją tego, że bohaterka filmu się nie zakocha. Podczas zwiedzania pięknych, włoskich miasteczek, na jednej z maleńkich uliczek Frances znajduje ogłoszenie: „Villa Toskania na sprzedaż”. Amerykańską turystkę, przyglądającą się obwieszczeniu, zauważa pewna urodziwa, tajemnicza i ekscentryczna Włoszka. Postać niezwykła, piękna w swoim jestestwie, podająca się za jedną z kobiet Felliniego.

Amerykanka jednak nie da się zwieść pozorom, nie podda się pokusie zakupu domu i wróci z powrotem do homo-busu. Los jednak lubi płatać figle i sprawi, że kobieta na własne oczy ujrzy Villa Toskania. Bez chwili wahania karze zatrzymać autobus i uda się w kierunku domu. Nie zastanawiając się i działając pod wpływem impulsu, złoży ofertę kupna nieruchomości. Starej Włoszce jednak nie będzie odpowiadała cena. Kiedy zrezygnowana Frances postanowi opuścić ruinę, zostanie, za przeproszeniem, obsrana przez ptaka. Włosi wierzą w przesądy, a ptak robiący na kogoś kupę to znak szczęścia. Dlatego starsza kobieta zdecyduje się sprzedać Frances swój dom. I tutaj zaczynie się farsa połączona z melodramatem.

Dom jest kompletną ruiną, w której niefortunnie zamontowany w ścianie kran przyprawi niejednego o siniaki na ramieniu. Z odrobiną wiary, pieniędzy i wsparcia ze strony ekipy remontowej, da się jednak wydobyć z niej prawdziwe piękno. A jeśli już jest mowa o ekipie, to jak to w życiu bywa, będą nią Polacy. Student oraz doktor nauk, który w wolnych chwilach czyta Dostojewskiego i Miłosza. To oni staną się nową rodziną Frances.

Kobieta zapozna się z tamtejszymi zwyczajami, pozna i zaprzyjaźni się z włoskimi sąsiadami, będzie matkować najmłodszemu ze swojej ekipy remontowej. Zaznajomi się z nowymi smakami i nauczy się gotować po włosku. No i oczywiście się zakocha… we Francesco. O tym, czy będzie to miłość szczęśliwa, przekonajcie się sami.

Dla mnie to piękna historia o kobiecej sile, inteligencji, wierze w samą siebie. O determinacji i dążeniu do celu. O nie poddawaniu się, o przyjaźni i miłości. Prawdziwej, namiętnej, gorącej jak cała Toskania. Myślę, że kobietom po rozwodzie film ten powinien posłużyć jako poradnik.

To co, moim zdaniem, jest najcenniejsze to kolory i smaki. I zaraz znajdą się ci, którzy mi będą udowadniać, że to tylko telewizja i że od tej całej Toskanii dzieli mnie szklane pudło. Otóż nie. Sposób w jaki ten film jest zrobiony, opisywana narracja i monologi bohaterki sprawiają, że się go wręcz czuje. O książce nie wspomnę, tyle tam tego. Polecam także lekturę.

Osobiście nie mam się do czego doczepić. Świetna obsada aktorska, dobra reżyseria, wspaniałe zdjęcia. Na chandrę, w takie szare dni jak dziś, wprost idealna pozycja. Piękni aktorzy, dużo kolorów, słońca i masa uśmiechu.

Czuje się tutaj ducha Felliniego, jest on kilkakrotnie cytowany, a scena z La Dolce Vita wywołuje uśmiech, ale także wzruszenie… jedna z moich ukochanych scen… ach…chyba sobie włączę jeszcze raz…

Polecam:


http://www.stopklatka.pl/film/film.asp?fi=13737&sekcja=recenzja&ri=1570

Nas znajdziecie na:


http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film

 

Seks, miłość i SAMOTNOŚĆ

16 lut

Julia Rybicka

„Sesje” to niezwykły film. W końcu udało mi się go obejrzeć. Szkoda, że miał on tak nieliczne odsłony w kinie. Możecie tylko żałować. Jednak nic straconego. Na pewno w domowym zaciszu, za pomocą dzisiejszej techniki, uda się Wam nadrobić zaległości. A warto. Scenariusz tego wyjątkowego filmu napisał, na podstawie prawdziwej historii, twórca serialu Ally McBeal – Ben Lewin. I moim zdaniem zrobił po mistrzowsku.

Już na samym początku dostrzegam podobieństwa, które mają wydźwięk pozytywny, do filmów takich jak „Motyl i skafander” Juliana Schnabla, czy “Nietykalni” Oliviera Nakache’a i Erica Toledano. Dzieł absolutnie doskonałych i wzruszających.

Jest to historia trzydziestoośmioletniego faceta, który w dzieciństwie zachorował na polio i został całkowicie sparaliżowany. Poznajemy go leżącego na wózku, opowiadającego nam swoją historię. Jest on głęboko wierzący w Boga i twierdzi, że jest to kara, którą musi ponieść. Dodatkowo obwinia się za śmierć zmarłej siostry. Nie to jednak jest jego największym problemem. Czuje się odrzucony przez kobiety i pragnie poczuć się jak prawdziwy mężczyzna. Przede wszystkim brakuje mu miłości. Swoją historię zaczyna od tego, że wkurza go jego pielęgniarka i za przyzwoleniem księdza z pobliskiej parafii zwalnia kobietę.

Kolejna opiekunka to młoda studentka, która nie ma ani pielęgniarskiego wykształcenia, ani nawet doświadczenia. Jest jednak niezwykle ciepła, czuła i wyrozumiała, a na dodatek piękna. To ona jako pierwsza wniesie wielki uśmiech i radość do życia bohatera. Kiedy podczas zakupów Mark oświadczy się dziewczynie – ta momentalnie zniknie z jego życia. Świat sparaliżowanego mężczyzny straci znowu sens.

Bohater jest poetą i pisarzem. Pewnego dnia zostanie poproszony o napisanie artykułu o seksie niepełnosprawnych. Sam jednak nie ma o tym bladego pojęcia. Udaje się do seks surogatki, która podczas terapeutycznych sesji będzie mu pomagać.

Zanim jednak zdecyduje się na tak wielki krok, o zgodę i jakby przyzwolenie zapyta księdza. W tej roli, mój komediowy ulubieniec, William H. Macy. Aktor, który w serialu “Shameless Us” gra ojca alkoholika, tutaj wciela się w hipsterskiego duszpasterza. Niezwykła rola. Sama postać, a raczej jej spotkanie z Markiem, stanowi źródło wielu wątpliwości. Czytam w recenzji, że ksiądz :

“mógłby go potępić, nie czyni tego, jakby zdając sobie sprawę, że seks-terapia, czyli przejście kolejnego etapu w życiu, jest sposobem Marka na rozprawienie się z przeszłością i teraźniejszą chorobą. Wydaje się, że taki właśnie był pomył Bena Lewina”

Odsyłam do całości:


http://www.obliczakultury.pl/film-i-muzyka/gatunkami/dramat/3110-sesje-2012-recenzja

Ja mam na to swoją teorię. Ksiądz, który świadomie wybiera taki “zawód”, zgadza się na utrzymywanie swojego życia w celibacie. Wysłuchując niepełnosprawnego podopiecznego, staje się jego powiernikiem. Niestety Mark nie może liczyć na żadne porady księdza, a ksiądz nigdy nie zrozumie Marka.
Na zasadzie kontry pojawia się w życiu tego sprawnego kapłana, sparaliżowany bohater.

Daje mu nawet zgodę na spróbowanie miłości mimo tego, że wie że seks w tym momencie będzie pozamałżeński i odbędzie się w grzechu.

Spotkanie z Ceryl (Helen Hunt), której rola została doceniona i nominowana do Oskara, zmienia praktycznie wszystko w jego życiu. On uczy się swojego ciała, poznaje swoje męskie możliwości, poznaje ciało kobiety, doświadcza prawdziwego seksu, a co najważniejsze czuje się akceptowany i w końcu kochany. Bohater zmienia także jej życie, ponieważ w końcu to ona czuje się potrzebna i rozumiana. Mimo tego, że ma męża i syna, to żyje obok nich. To sparaliżowany facet daje jej więcej ciepła niż dostaje w domu. W tej historii pojawia się jeszcze jedna ważna kobieta w życiu Marka, która pozostanie przy nim do końca jego dni.

Cała opowieść, mimo iż oglądana jest z perspektywy Marka, niesie w sobie jeszcze wiele innych. Dochodzi do intertekstualności w całym dziele i nachodzących na siebie historii i powiązań. Pięknym łącznikiem w tej całej opowieści są także obrazy powstające w głowie Marka, odniesienia do dzieciństwa etc.

Nie zwróciłam nawet uwagi, czy jest jakaś znacząca muzyka. Ale to chyba mało istotne. Największe brawa, rzecz jasna, należą się głównemu odtwórcy roli Marka – Johnowi Hawkesowi, którego przyznam się szczerze, podejrzewałam o prawdziwego niepełnosprawnego.

To musiały być trudne zdjęcia, bo jak ktoś już wcześnie zauważył, większość odbywa się w pozycji leżącej, więc widzimy bohatera głównie z boku. Jednakże opłacało się, bo efekt jest piorunujący.
Nagość nie jest tutaj wulgarna, a seks wcale nie najważniejszy. To przepiękna i wzruszająca historia o samotności, która tak naprawdę towarzyszy każdemu z nas.

Polecam:


http://www.plasterlodzki.pl/fillm/recenzje-filmow/6469-sesje-recenzja>/span>


http://film.org.pl/r/recenzje/sesje-22458/

Znajdziesz nas także:


http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film

 

Głodna jestem, nudzi mi się, daleko jeszcze?

09 lut

Julia Rybicka

Tymi oto słowami, po pół godziny projekcji filmu, odezwałam się do koleżanki. W sumie dawno się nie widziałyśmy, była okazja w kinie pogadać. Dramat i jeszcze raz dramat! W życiu nie widziałam tak ciężko rozwijającej się, donikąd w sumie zmierzającej fabuły. Miałam wrażenie, jakby ktoś w ten fotel wsadził mnie za karę. Najdłuższe półtorej godziny, wyjęte z życia przy piątkowych nastrojach. Po projekcji i lampkach wina musiałam iść spać, chcąc zapomnieć, że to widziałam.

Przykro mi, bo zwiastun zapowiadał coś innego, lepszego. Jestem fanką spojrzenia Borcucha, ale tutaj pojechał po całości. Film zaczyna się genialnie. W Hiszpanii, zdjęcia nagrodzonego z resztą Englerta to jedyny atut tego „dzieła”. No i jeszcze spoko muzyka, ale też jakoś dupy nie urywa.

Historia dość słaba. Młody chłopak, na wakacjach w Hiszpanii, zakochuje się w młodej dziewczynie. Jest pasjonatem nurkowania, naprawia stary motocykl, którym, jak wszystkim zapowiada, wróci do Polski. Pewnego dnia jedzie nurkować trochę dalej niż zazwyczaj, co przysporzy mu kłopotów. Włamuje się nieświadomie na prywatny teren, gdzie hiszpański dres wyglądający jak „ziomek z Rataj” wchodzi z nim w agresywną rozmowę w wyniku czego Michał ( główny bohater) uderza go w łeb butlą z tlenem. Jakie to epickie. Życie Hiszpana zabrane przez butlę z tlenem… No przepraszam za ironię, ale mam wrażenie, że reżyser robi z nas idiotów. Seria kolejnych „zdarzeń” nie wniesie jakoś wybitnie nic do opowiedzianej historii.

Co zauważa i opisuje świetnie ‘pani pisząca’ z Wyborczej, kamera jest z tymi bohaterami dosłownie wszędzie. Jak „rzygają”, masturbują się etc. Zbyt dosłowne, zbyt oczywiste. Nie robi się z widza kretyna.

Zachęcam do całej recenzji:


http://wyborcza.pl/1,75475,13362646,_Nieulotne___czyli_wszystko__czego_nie_znosze.html

Motyw, kiedy Michał próbuje się ukarać za popełniony grzech śmiertelny – leży w wannie z maską do nurkowania, podłączony do butli z tlenem w ostatniej chwili łapiąc oddech wyskakuje z niej. Co to ma być? Czysty masohizm.

Rzecz jednak najbardziej interesująca, to prawie brak słów w filmie. Minimalna ilość, dodam debilistycznych dialogów typu:

Ona: dzięki za podwiezienie

On: nie musisz do mnie mówić jak do debila

Zatem jeśli słowa już są, to dość mocno wyrwane z kontekstu i niewiele wnoszące do całości. Najzabawniejsza scena to kiedy profesor młodym studentom, opowiada o różnicach między dniem, a nocą. Niczym Paulo Coelho. Dosłownie majstersztyk słowotoku.

Aktorom zaś współczuję. Andrzejowi Chyrze i Asi Kulig, których uwielbiam i talent podziwiam. Tutaj A – nie mieli szansy go ujawnić, B – przemknęli jedynie przez naprawdę kiepski film. Dwójka najbardziej jednak zainteresowanych, gra słabo. Jakub Gierszał zawiódł mnie, chociaż na plus mam to, że nie raził mnie jego hiszpański. Po „Sali samobójców” liczyłam jednak na więcej. Magdalenie Berus, która chwaliłam za „Bejbi blues” przepraszam. To się już nie zdarzy. W przypadku tej pani, przypomina mi się wielki mentor polskiego kina i teatru, który na egzaminach do szkoły teatralnej, dziewczynkom typu Magdy, mówił tak ”jest wiele zawodów na A: Aportier, Asprzątaczka”. Należałoby się nad tym srogo zastanowić.

Motyw aborcji w polskim kinie, również się przejadł. I przepraszam za wyrażenie, wkurwia mnie to, że jak POLSKI film, to od razu musi być bieda, dramat i szaro. Może i tak jest w naszym kraju, ale jak mawia klasyk „kino jest najważniejszą ze sztuk”, więc dajmy temu narodowi trochę nadziei na lepsze jutro.

Ale oczywiście czytajcie:


http://film.wp.pl/id,31512,rid,64325,title,Milosc-zerojedynkowa,type,editor,film_recenzja.html?ticaid=11008e


http://www.stopklatka.pl/film/film.asp?fi=58370&sekcja=recenzje


http://film.dziennik.pl/recenzje/artykuly/418753,nieulotne-recenzja.html

 

 

 

 

Nas szukajcie tez na :


http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 

 

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film