RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Felietony’

Rozbierać czy nie rozbierać o to jest pytanie?

27 wrz

zdjęcie: internet

Julia Rybicka

Kiedy pytają mnie, co sądzę o nagości w teatrze odpowiadam- nie wiem. Poważnie, bez żartów. Żyjemy w takich czasach gdzie rozbieranie się przed kamerą czy na scenie stało się po prostu nudne, monotonne, zwyczajne, codzienne. A ja nie lubię nudy i zwykłości. O!

Jak jesteś dzieckiem i oglądasz  film dla dorosłych, to rodzice zasłaniają ci oczy, albo zachowują jakoś idiotycznie, żeby odwrócić twoją uwagę. Później łapiesz się sam/sama, żeby udawać że nie oglądasz „tych scen”  kiedy w rezultacie podglądasz przez palce. Po co to tabu? Nagość jest rzeczą naturalną. Z drugiej strony jeśli to takie naturalne to dlaczego przeszkadza nam to na szklanym ekranie tudzież na scenie? Boimy się swoich własnych słabości. A, że jesteśmy emocjonalnymi zwierzętami to strach nas paraliżuje. Niepotrzebnie.

Pamiętam swój pierwszy spektakl, gdzie zobaczyłam nagiego człowieka.NA ŻYWO. Wiele lat temu, w Krakowie. Mistrz Warlikowski zrobił „Sen nocy letniej”. Gra genialna Danuta Stenka, mój nauczyciel Błażej Peszek, jeszcze wtedy na studiach Asia Kulig i on… całkiem nagi…Adam Nawojczyk. Zdębiałam. Przebiegł przez scenę i publiczność jak go Pan Bóg stworzył. Doznałam szoku, traumy wręcz. Rok później zdawałam do szkoły teatralnej. Wchodzę na egzamin- a tam profesor Nawojczyk. I weź tu „graj”. Przed oczami mam tylko te scenę. Bije się w myślami, staram się zapomnieć, wyłączyć mózg! Ale się nie da, po prostu. O co prosi mnie profesor ? O zaśpiewanie piosenki ludowej. Śpiewam „Szła dzieweczka do laseczka”, a on „niech to pani zagra jakby panią gwałcili”. Nie wyobrażacie sobie państwo w jaki stan wprowadził mnie profesor. W mojej głowie nadal nagi. Obraz, który zapamiętam do końca swojego życia.

Później przyszły spektakle, np. w Teatrze Nowa Łaźnia, gdzie już mnie nie dziwiło nic. Czy człowiek przebiegł przez scenę nago czy nie. I do dziś mnie nic w teatrze nie zdziwi. W obecnej sytuacji jaką mamy na „rynku” nastał wysyp golasów. Warlikowski, LUPA mistrzowie golizny na scenie polskiej. O zgrozo. Jeżeli rozebranie aktorki, bądź w przypadku Lupy częściej aktora jest uzasadnione i konsekwentne to ok. To ja to lubię, gdzie mam kliknąć? ALE, jeżeli scena za sceną jest jednym wielkim „pornolem”, to albo dajcie miskę bo mi się zbiera na wymioty, albo otwórzcie drzwi, bo ja tego nie chcę oglądać.

Takim ostatnim teatrem, który mną wstrząsnął o którym pisałam już na blogu był spektakl Maltowy Castelluciego.

 
http://fit-steria.blog.pl/category/fit-steria-na-malcie/

Tylko,że w przypadku tego spektaklu nagość jest wręcz potrzebna i wytłumaczalna od a do z.

Życzyłabym sobie, żeby wielcy teatru w tym kraju nie zdzierali łat bezpodstawnie, a z umiarem. I jeszcze, żeby był pokój na świecie. Od taki tam luźny felieton, całkiem nagi :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Felietony

 

Nerw na nitce

01 lip

Julia Rybicka

Od dawna chodził mi po głowie ten felieton. Bang! No to napiszę. Podzielę się spostrzeżeniami. Chociaż nie wiem czy kogokolwiek one obchodzą. Może chociaż rodzina przeczyta. Znacie najbardziej „poczytalny” serwer plotkarski Pudelek zapewne? Tutaj psychofani (jak dla mnie), wypisują niesamowicie nikomu do szczęścia niepotrzebne, niekiedy wyssane z palca, tudzież z piersi matki : bzdury. Co mnie obchodzi kto lansuje się na ściance, albo że Grycanki na zmianę chudną i tyją. Ja też no i co w związku z tym? Ustaw status na fejsbóczku drogi kolego, a nie zawiadamiaj o tym prasy. O matko z córką obraziłam wszystkich dziennikarzy nazywając te brukowce prasą. Koledzy/Koleżanki proszę o łaskawy wymiar kary.

W internecie można wszystko napisać, tylko że nikt nie zdaje sobie sprawy pisząc, że robi w ten sposób krzywdę. Na przykład „Pewna aktorka o znanym nazwisku X podczas libacji alkoholowej dopuściła się cudzołóstwa” . Nawet jeśli się dopuściła ta pani aktorka X,  to ja się pytam po co mi to wiedzieć?  W takich chwilach mam nerwy na nitce, wiszą sobie i patrzą na ten bajzel, kogelmogel towarzyski no!

Co mnie jednak najbardziej intryguje i bawi to Plotka puszczona w teatrze. Ja bym te Plotki ponazywała jakimiś słowami, które drażnią moje ucho tak jak sama informacja w nich zawarta. Np. takie słowa, na które cierpię jak na wieczne przeziębienie to: włoszczyzna, szczawiowa, wydmuszka. Albo imionami AnDŻej, GraŻyna! Plotka rodzi się niczym niemowlak. Szkoda tylko, że tej Plotuni nie można wsadzić w inkubator i wystrzelić gdzieś w kosmos.

Obserwuje jak to świetnie funkcjonuje w teatrze. Rano wszyscy coś szepczą po kątach, obserwują, milkną kiedy przechodzisz. Kole południa spotykają się w bufecie „na raty”, jakby zmieniali wartę o strażnicy cnót wszelakich łączcie się! Tutaj coraz głośniej toczą się dyskusje pt. „co ona jej powiedziała, słyszałaś? –Nie, to nie ona! To ta druga”. Bufetowe oczywiście udają, że nie słuchają podczas gdy w swoich różowych pamiętniczkach wszystko dokładnie notują. Bo jak mówi stare porzekadło bufetowa i portier są w teatrze najważniejsi. O to to- portier. To jest mój ukochany zawód. Panowie wiedzą wszystko. W jednym z teatrów sprzedają nawet „ćmiki „ (papierosy) na sztuki. Ktoś mi kiedyś „sprzedał” Ploteczkę, że nawet pędzą sami bimber. I ci na końcu dnia mają poskładane różne wersje wypuszczonej rano Plotki. Plotka specjalnie pisana jest z dużej literki, gdyż to jest przecież ważna i nieodłączna postać teatralna. Nie przechadza się w prawdzie foyer, ale czasem nawet zagląda na widownię. Najlepszy jest moment, kiedy Plotka spotyka się z personą, z która zadarła. I tutaj mamy dwie możliwości. Albo persona zwyczajnie ignoruje Plotkę, albo z nią dyskutuje, a już w najgorszym przypadku rodzi jej siostrę Plotę numer dwa! Bang! Jak długo żyje w tej syntezie Plotka? Aż nie narodzi się mocarniejsza, która przebije te poprzednią. A, że teatr jest jej naturalnym środowiskiem to żyć będzie wiecznie. Eh… w piwnicy, w kantynie, na scenie, za sceną, na balkonie, pod balkonem, w portierni, w pokoju pań sprzątaczek, w szatni, pod ladą, na ladzie, na wieszaku i oczywiście tak zwiedza różne instytucje: kościoły, szkoły, uczelnie, knajpy, opery, kina, instytucje państwowe, prywatne, media, prasa, festiwale itd., itp… Zwołuję kongres i powołuję Związek Zawodowy na cześć Plotki.

Nerw mi się urwał z nitki…ups

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Felietony

 

Stowarzyszenie inteligencji w pudełku po zapałkach

01 kwi

 

Julia Rybicka

Wielokrotnie podczas pisania wspominam publiczność. To są dopiero aktorzy! To jest dopiero spektakl! Chyba nie było takiego wyjścia do teatru, żeby mnie zawiedli. Są absolutnie częścią sztuki, na którą przychodzę.

Z jeden strony wśród publiczności pojawiają się szkoły. To jest zjawisko, które mnie najbardziej chyba przeraża. Podczas, gdy widzę kolejkę młodych ludzi do szatni czuje, że będzie się działo. Czasami jednak potrafili mnie zaskoczyć. Najbardziej nie mogę zapomnieć poznańskiej publiczności z „Hamleta” w Teatrze Polskim. Przyszła wtedy chyba cała klasa. Za karę jak przypuszczam. Dziewczęta ubrane w dosyć skąpe fatałaszki. Pamiętam jak ja dziesięć lat temu szłam do teatru, ubrana w białą koszulę podpiętą pod samą szyję i czarną spódnicę. Koniecznie zasłaniając kolana. No, ale czasy się zmieniły. Jest zima, a zimą musi być zimno i te młode panienki wyskakują w przerwie z dziurami na plecach, na wysokiej szpilce, zara se giry połamią, ale twardo „palą peta tej”. Świat zwariował, przysięgam. No to „zagajam rozmowę”. Dziewczęta macie może ognia? I chyba wolałabym tego nie słyszeć, ale niestety stało się: Mamy, w sobie ( a towarzyszy im Dodowy śmiech). Panie nauczycielki są zajęte komentowaniem urody młodych aktorów i kompletnie ignorują młodociane wybryki, a mnie aż mdli. Kiedyś to ‘pety’ się nad Wartą paliło, ale pod teatrem?
Ta sama młodzież, podana jako przykład w mojej recenzji „Hamleta” opowiadała mi, że przyszła na spektakl, argumentując: lepiej przeżyć trzy godziny oglądania, niż trzy tygodnie czytania. Czy to ja się postarzałam, czy być albo nie być?

W sumie, szkoły w teatrach to zawsze jest śmiech, albo wielkie rozczarowanie. Innym razem w Teatrze Nowym przy okazji „Dwunastu Gniewnych” , przerażona widokiem kolejkowego sznurka – pomyślałam: o nie, znowu jakaś klasa coś nabroiła. Tymczasem młodzież kulturalnie czekała na trzeci dzwonek, zasiadła wygodnie w fotelach i siedzieli cicho, jak myszki pod miotłą. To moja, obok siedząca, dwunastoletnia siostra więcej dźwięków z siebie wydała, chociażby oddychając, niż oni. I tutaj pojawia się pytanie. Byli tacy spokojni (w co trudno mi uwierzyć), przeżywali tak sztukę? (no chyba bym zwariowała) Może jednak nic nie zrozumieli… albo zwyczajnie zasnęli? Czy zastraszani przez nauczycielkę polskiego pałą z przedmiotu dnia następnego? Dziwne to było, ale nie powiem – dość miłe.
Ale w widzach-szkołach najlepsze są przecież te panie polonistki, co to wszystko przeczytały, zjadły wszystkie rozumy, a do teatru przychodzą, bo dyrektor płaci im przecież za godziny. Po wspomnianym „Hamlecie” usłyszałam jak jedna do drugiej mówi: Wiesz Kryśka, Jarek z 2 c zagrałby to lepiej. Także szkoły w teatrze to zawsze są emocje.

Wzruszają mnie natomiast staruszkowie. Najczęściej ich widać w Teatrze Polskim. Ja nie rozumiem – przez Zapolską? Wygląda to czasem przezabawnie kiedy rozejrzę się wokół i z trudem dostrzegam jakąś młodą twarz. Mam wrażenie, że jestem na podwieczorku w domu spokojnej starości, z czego nie szydzę teraz, bo naprawdę, niezwykle mnie to wzrusza. Chociaż trochę też i niepokoi. Bo co to oznacza, że młodzi ludzie mają teatr w dupie? A starsi mają przecież plenty of time to i teatr sobie obskoczą? Chyba nie chcę się nad tym zastanawiać…

Jednak staruszkowie mają niezwykle dużo ciepła i tej radości życia w sobie, której brakuje dziś wielu młodym ludziom. I jeśli nie są to narzekania na „kibel w teatrze” czy rozmowy w stylu „pacz Stasiu, krzesła wymienili” to z czystym sumieniem zasiadam obok takiej widowni. Wyjścia zasadniczo nie mam. No nie –mam. Mogę wyjść. Ale z teatru? Wstyd! Są i oczywiście tacy zakochani staruszkowie. To dopiero heca! Oni komentują cały spektakl, trzymają się za rączki, uśmiechają, czule dają sobie mini całusy. Rozkoszne. Co to są mini całusy? To takie muśnięcia, że ledwo co widać… Takich lubię. Jasne, są też przekupy z rynku, które dosłownie drą się na pół teatru. Mało, że często zmieniają odzież w szatni, zwłaszcza buty z tych „na dwór” na te „na salony” to jeszcze najczęściej psikną mi się tą naftaliną prosto przed twarzą. Później to i ja psikam pół spektaklu. Jak już się zaczną wołać, szukając odpowiednich miejsc, to przypomina to zakupy na rynku wielkopolskim w godzinach szczytu. Masakra babcią mechaniczną część setna. Stowarzyszenie kółek wiejskich zaprasza.

Wojsko. Zakłady karne. Ci to są po prostu nieocenieni. Od razu przypomina mi się odcinek „40latka” Gruzy, jak Stefan Karwowski zabrał swoją kompanię na „Zemstę Nietoperza” „A tancerki będą?” I tutaj podobnie. Słyszę w szatni rozmowy, czy będą gołe dupy i cycki, bo jak nie to nuda. „Jak porucznik nie będzie widział to se trzea chlapnąć i komara walnąć”. Przypomina mi się, jak niedawno, przy okazji spektaklu „Chłopiec malowany” w Teatrze Polskim uczestniczyłam w spektaklu z zakładem karnym. Trudno ich nie poznać. Wytatuowani prawie na powiekach, łysi, wielcy panowie bez dwóch zębów na przedzie uśmiechają się na gołe plecy maturzystki, która ich mija. A w celach na pewno Goethego w oryginale czytają. Kiedy Michał Kaleta krzyczy co drugie słowo kurwa, suka, kurwa na przemian – mam wrażenie, że zaraz znajdę się pod sufitem Malarni, w której rzecz się dzieje. Rechot więźniów powoduje, że krzesła się podnoszą.

Randki. Nie ma to jak zaimponować dziewczynie, zabrać ją najlepiej na coś alternatywnego, tak żeby później Boże broń nie chciała z nim o tym rozmawiać. Tych to po prostu kocham. Ona ucharakteryzowana lepiej niż aktorki na scenie, w kostiumie przypominającym tancerkę go-go, na oczach ma Rajbany, udając inteligentną. On – gang, który ostatni raz miał na komunii… brata, kiepski antyperspirant, co niestety, dość szybko staje się widoczne. I te delikatne spojrzenia w jej dekolt, udając, że śledzi poruszającą się po scenie postać. Bezcenne. Tutaj słuszna uwaga mojej koleżanki. Czy oni później np. po takich „Zażynkach” (których tematyka jest daleko od romantyzmu) idą do łóżka? A może kochają się wtedy z autorem? Nie wiem sama… strach pytać, strach myśleć.

Publiczność w teatrach jest naprawdę spektaklem, za który nie płacę dodatkowo, a w cenie biletu obserwuję dwie równoległe sztuki. Dlatego jak nie na sztuki teatralne, to na te spektakle publiczności zachęcam chodzić do teatru. Czasami naprawdę warto!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Felietony

 

To, czego nie widać

27 mar

Julia Rybicka

Dlaczego nikt nie wymienia personelu teatralnego, którego nie widać?
Czy idąc na spektakl zastanawiasz się drogi widzu, że tam, za sceną działają też ludzie? Spektakl to nie tylko to co widzimy, ale też cała otoczka.

Żeby powstał spektakl musi być tekst, na którym bazuje reżyser z aktorami. Zatem ważny jest autor/scenariopisarz/dramaturg. Kolejny ktoś musi to wyreżyserować, oczywiście najbardziej widoczni są aktorzy. Jednak te trzy jednostki nadal nie tworzą całości, przynajmniej nie w teatrze instytucjonalnym. Scenograf odpowiedzialny jest za wymyślenie i stworzenie odpowiedniej scenografii. Kostiumolodzy pracują nad fatałaszkami dla aktorów. Panie charakteryzatorki, fryzjerki czuwają nad wizażem ekipy grającej. O tym wie nawet dziecko, a co dopiero przeciętny widz. Jest jednak szereg osób, o których się nie wspomina. Kierownik sceny, człowiek który ma na głowie dosłownie wszystko. Stanowisko dla osób odpowiedzialnych. Czuwa na próbach, podczas spektaklu, często mijam go biegnącego po korytarzu z punktu A do punktu B. W poznańskim Teatrze Wielkim np. kierownik sceny pracuje tu już pół wieku i jest kustoszem, który jak usłyszałam „odkurza eksponaty” (którymi są występujący tu artyści). Inspicjenci, czuwający nad aktorami i ekipą współtwórców spektakli, ażeby ci, w odpowiednim momencie wyszli na scenę, a nie przysypiali, tudzież zagadywali się w teatralnych bufetach z kolegami. Idąc dalej: ekipa techniczna, której jest zazwyczaj najwięcej. Od panów budujących scenę, montażystów dekoracji, oświetleniowców, po dźwiękowców, elektryków itd. Należy także pamiętać o obsłudze widowni, szatniarkach, bileterkach, paniach w kasach. Panie sprzątaczki, które dbają o czystość w całym teatrze. W teatrze pracują także kierowcy, bufetowe, portierzy etc. O nich wszystkich zapominamy, albo po prostu najzwyczajniej nie myślimy przychodząc na spektakl. Jednakże gdyby nie oni wszyscy, spektaklu by nie było.

Dochodzą kwestie administracji. Teatr to nie tylko artyści, nie można o tym zapominać. To także różnego rodzaju działy, które czuwają nad tym, żeby teatr miał rację bytu. Bo co z tego, że jest świetny zespół aktorski, muzyczny, reżyserski, kiedy nie jest to promowane? Od tego mn. są działy administracji: dział promocji, obsługi widzów, literacki, sekretariaty. Na czele wszystkiego oczywiście stoi dyrekcja. Najczęściej spotykamy podział na administrację i dział artystyczny. Różnie się składa – ale jeden z nich zawsze jest naczelnym. Przyglądając się dyrektorom z różnych teatrów można zauważyć, że często gęsto jest on także reżyserem – łączy więc dwie, a czasem i więcej funkcji.

Widownia – o tym napiszę kiedyś osobny tekst. To niesamowite zjawisko i osobny spektakl, który można oglądać w cenie jednego. Kobitki, które zmieniają obuwie z wygodnych na wyjściowe np. Albo zakochane pary, których nie interesuje co dzieje się na scenie, bo cały świat wokół nie istnieje. Staruszkowie, którzy trzymają się za ręce podczas całego spektaklu. Szkoły, które w większości przyszły za karę, albo po to, by zamiast czytać – obejrzeć jakąś „lekturę”. Kopalnia inspiracji i osobowości.

Każdy teatr rządzi się swoimi prawami, i w każdym wygląda to trochę inaczej. Próby zazwyczaj odbywają się dwa razy dziennie, w godzinach 10-14 oraz 18-22. Spektakle grane są wieczorami. Administracja działa jak typowe biura czyli od 8-16. Ekipa sprzątaczek i technicznych często zaczyna pracę już od bladego świtu. Podziwiam ich chyba najbardziej…

Teatr to nie tylko ludzie, ale także tajemnicze miejsca. Każdy teatr takowe ma, o których chyba nie powinnam pisać. Jedyne co mogę zdradzić, to tajemnicze korytarze (np. w Teatrze Wielkim) do kotłowni, miejsc gdzie pracują techniczni etc. Jak już tu jestem powiem państwu, że kiedy rozmawiałam z wiekowymi już wyjadaczami tego teatru usłyszałam kilka ciekawych historii. Na przykład gdzie przed wojną było wejście do teatru, lub o tym jak Niemcy organizowali sobie przejścia podziemne prowadzące do poznańskiego zamku czy na Cytadelę. Jeden z muzyków śmiał się, że jakby teraz przejść się tymi korytarzami można by się natknąć na niejeden szkielet. Myślę, że historycy powinni się temu bliżej przyjrzeć. Sama jestem ciekawa, co by znaleźli. Mnie jednak zaskoczył najbardziej korytarz, który prowadzi z Dużej Sceny Teatru Nowego do Sceny Nowej i Sceny Trzeciej. Na jego końcu znajduję się drzewo, przy którym aktorzy relaksują się podczas prób i spektaklu. Miejsce niezwykle magiczne. Zaś w Teatrze Polskim można z bufetu przedostać się na scenę Malarni. To niesamowite podziemia, które kryją w sobie tyle tajemnic, tworzą z Teatru miejsce nad wymiar wyjątkowe. W nich kryje się magiczny, artystyczny klimat.

To w murach zapisana jest cała historia teatrów poznańskich. Tutaj czuć ducha przeszłości. Niektórzy śmieją się, że zmarli aktorzy nawiedzają teatr dając wenę i siłę tym, którzy są w nim do teraz. Mnóstwo legend, historyjek, anegdot, które krążą po każdym z tych teatrów warta jest każdej mojej minuty czasu im poświęconego. Dlatego bardzo chętnie do nich wracam czekając na nowe opowieści i nowe doznania.

Pamiętajmy o tym, czego nie widać, bo przecież „najważniejsze jest niewidoczne dla oczu” („Mały Książę”)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Felietony

 

Aktor jest od grania, jak dupa jest od …

21 mar

 

Julia Rybicka

Tak się czasem zastanawiam: dlaczego aktorzy w tym kraju mają tak przekichane? Decydując się na ten zawód trzeba być trochę wariatem, a trochę jednak realistą. Przede wszystkim jednak, z czym szczerze się zgadzam, należy być pasjonatem. Bez tego to nie ma racji bytu.

Człowiek X, którym targają emocje (zakładam, że tak jest) i chęć zostania aktorem, udaje się na egzamin do wyższej  szkoły aktorskiej. W optymistycznej wersji dostaje się i podczas czterech lat szlifuje swój warsztat. Z sukcesem kończy. I co dalej? Zaczynają się schody… Pierwsza sprawa: etat w teatrze. Aktor X puka od drzwi, do drzwi. Jeździ po całej Polce, ażeby tylko go przyjęli. Na swojej mapce ma nawet plan B, z którego do ostatniej chwili nie chce korzystać, czyli małe teatrzyki, teatr unie, wręcz gdzieś w miasteczkach, których nazwy Wujek Google z trudem odnajduje. Niestety rzadko się zdarza, że aktor X od razu po szkole dostaje szansę od dyrektorów. Niemniej jednak – to jest Polska. Nie ma lekko. Nie chodzi nawet o zawód aktora, bowiem tak jest wszędzie. Absolwent-magister kończy studia i jest w ciemnej d…! Bo pracodawca chce z wyższym wykształceniem, znajomością pięciu języków i z doświadczeniem. Ja się pytam gdzie absolwent-magister ma znaleźć to doświadczenie jeśli od razu ma przyjść po studiach?! Absurd. I tak w każdej profesji.

Zdarza się jednak, że aktor X dostaje pracę w teatrze. I albo wrzucają go na głęboką wodę, albo gra drzewo, lub piątego halabardnika w trzecim rzędzie. To wersja zdecydowanie najgorsza, gdyż aktor X zastanawia się nad zmianą zawodu. Pojawiają się nękające go pytania; po co mi były te cztery lata studiów? Przecież ja chciałem być aktorem, chciałem zagrać Hamleta. A może to nie jest zawód dla mnie?

I ci mniej zdolni, mniej podatni na stres i presję rezygnują. Oj ilu ja takich znam. Inni się załamują, wpadają w depresję, a ci najbardziej szaleni po prostu przygryzają język i robią swoje. Jestem zdania, że drzewo też należy umieć zagrać. Aktor X najchętniej też od razu zrobiłby międzynarodową karierę filmową.  Dlatego biega po castingach do filmów klasy na początku A, później B i C. Kiedy nigdzie go nie chcą, wraca załamany do domu i czeka. Czeka na telefon…i czeka…czekając na Godota. On tak będzie czekał. Szczęście  w tym zawodzie jest niezwykle ważne, ale szczęściu należy dopomóc. Nie można siedzieć na przysłowiowej dupie i czekać aż Wajda, Zanussi czy Polański zadzwoni. Skąd oni mają wiedzieć, że aktor X w ogóle istnieje?

I tak wyglądają bezrobotni i bezsilni aktorzy. Jedni wiedzą, że należy ten etap przeczekać, drudzy szybko się poddają. Tych drugich mi nie szkoda, bo to znaczy że się do tego zawodu NIE-NA-DA-JĄ!

Kolejną sprawą są seriale. Dlaczego tak hejtujemy aktorów, którzy grają w serialach? Kilka lat temu powstała taka tendencja. Wysypały się różnorakie seriale we wszystkich możliwych stacjach telewizyjnych. „Klan”, „Złotopolscy” itd. Aktorzy teatralni, stara gwardia, teatralni i filmowi, ci, o których dawno zapomnieliśmy, ale także ci, którzy są i będę zawsze trendy. I wtedy było ok. Wtedy nikt nic nie mówił. Zasiadało się rodzinnie po południu w tygodniu przy stole i śledziło losy Lubiczów, a  w weekend Złotopolskich. To nawet scalało rodzinę. Była to jedyna chwila, kiedy wszyscy razem spotykali się przy jednym stole. W ciągu kilku lat seriale wyrosły jak grzyby po deszczu. Zaczęły się nawzajem (często nieumiejętnie) kopiować, parafrazować i stały się zwyczajnie nudne. Od czasu do czasu (moim zdaniem) pojawi się jakiś dobry serial. Jak: „Czas honoru”, „Ekipa” z tych bardziej komercyjnych „Przepis na życie” czy „Lekarze” (ostatnio bardzo modny).

Jednakże wciąż krytykujemy NIE kulejące telenowele, które czasem przyprawiają mnie o ból żołądka i głowy, ale aktorów, którzy tam grają. Kiedy pojawia się w serialu tak zwanej kategorii D- aktor, który zapadł nam w pamięci jako Andrzej Kmicic z Ziemi obiecanej w serialu „Na dobre i na złe” to przyznaję sama, nie wiadomo co myśleć. Długo byłam z tych, którzy tępili takich aktorów za brak klasy i totalne upodlenie. Z drugiej zaś strony, jak wybitny reżyser Kazimierz Dejmek ”Aktor jest od grania, jak dupa jest od srania”, to jest jego zawód. Skoro nie ma etatów (panowie dyrektorowie to do Was) w teatrze, nie ma dobrych scenarzystów, a polskie kino wypuszcza rocznie niewiele filmów, to co taki aktor ma robić? Może chałturzyć, grać w serialu, albo w reklamie. O i doszliśmy do kolejnej sprawy – reklama.

Gdzie jest napisane, że w reklamach powinni grać TYLKO amatorzy? To jest kolejna sprawa, do której musiałam dojrzeć. A pamiętajmy, że do wszystkiego w życiu należy dojrzeć (np. do jedzenia oliwek, słuchania Kabaretu Starszych Panów i miłości). Też byłam zwolennikiem nieoglądania na szklanych ekranach np. moich mentorów. Jednak kiedy zobaczyłam Gajosa, jak pięknie zagrał reklamę kawy z hasłem, które stało się szlagierem. Wtedy to uwierzyłam, że dobremu aktorowi nic nie zaszkodzi. Długo sami wielcy aktorzy mieli z tym problem potępiając swoich kolegów za udział w reklamach. Teraz ciężko byłoby mi znaleźć nazwisko ze świata filmu, teatru, które nie pojawiłoby się w reklamie. Nasi poznańscy teatralni aktorzy reklamują sklepy spożywcze i budowlane. Takie czasy, człowiek nie jest w stanie utrzymać się z etatu w teatrze instytucjonalnym. Zaś reklama, jak powszechnie wiadomo, jest bardzo dobrą formą szybkiego zastrzyku gotówki. Spoty reklamowe jednej z sieci telefonów komórkowych, które niedawno pojawiły się na ekranach, to przecież plejada polskich gwiazd. „Nawet” Maciej Stuhr w niej zagrał. No wow. A co to ma być to nawet? Każdemu A: jest potrzebna kasa, B: sodówa uderza, no i C: to jest dopiero ‘lans na mieście’. Jesteś rozpoznawany przez najmłodsze pokolenie, które teatr odwiedza w ramach kary, przymusowo ze szkołą.

Reasumując: aktorstwo to ciężki zawód. Czasem trzeba odwalić chałturę, żeby później zagrać Hamleta. Wszystko jednak w granicach normy i rozsądku drodzy aktorzy X. Nie zamieniajcie aktorstwa na chałturzenie, a tylko traktujcie to jako dodatek, to nikt wam nic po latach nie zarzuci.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Felietony

 

STA Łukasza Chrzuszcza oraz sto pytań do Wojciecha Malajkata

06 mar

Julia Rybicka

W Poznaniu mamy ograniczoną ilość miejsc, w których możemy przyuczać się do zawodu aktora. Jest kilka grup teatralnych, offowych teatrów, Studio Teatralne Próby w Zamku, a od niedawna stowarzyszenie The Art, pod kierownictwem Łukasza Chrzuszcza, otworzyło prężnie działające Studio Aktorskie STA.

Kilkuosobowa grupa młodych ludzi, których serce bije dla teatru, pod okiem specjalistów uczy się rzemiosła sztuki aktorskiej. Zajęcia odbywają się w systemie weekendowym. Wielu z tych młodych ludzi to jeszcze licealiści. Studio nie ma (tak mi się wydaje) na celu zarabiać na tym i zgarniać oklaski za statystyki dostawania się studentów do państwowej szkoły teatralnej. Stworzone z pasją, próbuje przed młodymi ludźmi odsłonić tajniki i kruczki zawodu aktora. Nie można nauczyć bycia artystą, można za to nauczyć bycia aktorem.

W studiu jest kilka osób, które mają świadomość tego, że ze względu na wiek, nie mają już szans na szkołę aktorską. Jednak nie oznacza to, że się mniej przykładają. Zauważyłam, że to właśnie oni robią naprawdę dobrą robotę – bo robią ją dla siebie. Oczywiście nie jest tak, że reszta studentów ma wszystko w nosie. Jak w każdej grupie – są tacy, którzy bardziej przykładają się do pracy nad sobą i tacy, którym przychodzi to z trudem. Jednak wszyscy są tam z zamiłowania do teatru.

Czego i od kogo można nauczyć się będąc studentem STA? Magda Chrzuszcz odkrywa tajniki sztuki makijażu i charakteryzacji. Marta Kwapisz opowiada o historii teatru, emisja głosu jest zasługą Rafała Sekulaka, piosenka aktorska – Ani Sandowicz, proza – Łukasza Chrzuszcza. W studiu wykłada jeszcze wielu innych, wspaniałych fachowców w dziedzinie dykcji, wymowy, wiersza, elementarnych zadań aktorskich etc. A wszystko to (głównie) zespół Teatru Polskiego. Od czasu do czasu szkółkę odwiedza aktor spoza grodu Przemysława. Pojawia się tam i daje dobre rady, przeprowadza warsztaty i udziela wywiadów. Takie spotkania odbywają się pod nazwą „ArtySTA odpowiada”.

Gośćmi poznańskiego studia byli aktorzy tacy jak: Kasia Bujakiewicz, Irek Czop, Piotr Dąbrowski i profesor Wojciech Malajkat.

FiT-steria postanowiła wybrać się na jedno z takich spotkań i podpatrzeć techniki pracy, oraz wysłuchać dyskusji prowadzonej w kawiarni Gwarna 9.  W obecności mistrza i jego ucznia, przy miłym lunchu, postanowiła podpytać co w trawie piszczy.

28 lutego 2013 roku, do kawiarni pełnej ludzi przybywa, chyba wszystkim znany, Wojciech Malajkat. Przede wszystkim wybitny człowiek, ale także aktor, profesor, reżyser, dubbingowiec i  dyrektor Teatru Syrena. Wybitny artysta.

Urodził się 16 stycznia 1963 w Mrągowie. W 1986 roku ukończył wydział aktorski na PWSFTViT w Łodzi. Eh, byłam już rok na świecie. Aktor teatrów takich jak: Teatr Witkiewicza, Teatr Narodowy, obecnie dyrektor Teatru Syrena w Warszawie. Przez wiele lat prowadził studentów łódzkiej filmówki, a od niedawna jest profesorem Akademii Teatralnej w Warszawie. Jego najważniejszą rolą teatralną był oczywiście „Hamlet” Grzegorzewskiego, a jeśli chodzi o filmy to chyba wszystkim zapadł w pamięć jako Rzędzian z „Ogniem i mieczem”. Dla mnie osobiście zawsze kojarzyć się będzie z serialem WOW i rolą w filmie VIP.

I oto ten wielki artysta odwiedza nasz malusi Poznań. Przybywam wcześniej do kawiarni, żeby zająć dogodne miejsce. W narożniku gnieżdżą się dwie starsze panie, prawdopodobnie emerytki, z wybuchowymi napojami w rękach. Panie przykuwały uwagę od samego początku, do samego końca. Gromadzą się fani, gapie, aż w końcu punktualnie przybywa gość studia STA. Po paru minutach, prosto ze spektaklu „Hamlet” z Teatru Polskiego, wbiega razem ze swoimi studentami prezes stowarzyszenia The ART i gospodarz wieczoru – Łukasz Chrzuszczi. Jesteśmy chyba wszyscy. Zaczyna się wywiad połączony z dyskusją.

A oto jego fragmenty:

Łukasz Chrzuszcz:

Profesor często powtarzał nam na studiach, że o to szczęście, o swój byt trzeba walczyć, ale mądrze i nie robić nikomu krzywdy. Chodzi mi o staranie się, o dążenie do swoich marzeń. Jak to jest?

prof. Wojciech Malajkat:

To było tak. Kiedy się dostałem na studia, miałem wielkie ambicje. Czyli byłem jednym z wielu tutaj młodych ludzi, którzy myślą i chcą coś zrobić w życiu w tym zakresie artystycznym. Nie wiem skąd to wiedziałem i dlaczego to wiedziałem, wiedziałem że trzeba pracować. Nie obijałem się na korytarzach, nie traciłem czasu. Uczyłem się. I nie chcę wyjść na człowieka, który pozjadał wszystkie rozumy i takiego, który jest ideałem, bo nie jestem. Ale w tej sprawie miałem pewność. Wiedziałem, że nie mogę sobie pozwolić na to (i nie chcę też) – ja w innych czasach dorastałem, w innych czasach studiowałem. Teraz alternatywy są większe, jest ich więcej. Ja miałem do stracenia bardzo dużo, właściwie wszystko. Mogłem być albo tym kim jestem i mnie to w takim stopniu zadowala, albo siedzieć i myśleć jak przeciekło mi życie i czas przez palce. Więc pracowałem. Nudziło mnie życie towarzyskie, które nie przynosiło mi nic nowego. Nie byłem odludkiem, nie byłem człowiekiem, który stronił od ludzi. Natomiast jak się zamieniało to życie w jaką taką… (i tutaj pan profesor się zadumał, szukał słowa. Jedna z pań emerytek – celebrytek weszła w zdanie z pomocą: „powtarzalność”) powtarzalność (powtórzył z grzeczności pan profesor), ale też taki jałowy byt, to uciekałem od tego sobie szedłem i czytałem poezję, którą uwielbiam. Ale to nie znaczy, że tak trzeba robić. Każdy receptę powinien dla siebie znaleźć sam. Nie da się szczęścia nie sprowokować. Ono się czai stale. Jeśli usiądziemy i będziemy na nie czekali, to się nie doczekamy. Jeśli będziemy pracowali ze sobą, z ludźmi, chcieli siebie poznać. W ten sposób to się odbyło. Ewa Mirowska (przyp. polska aktorka teatralna i filmowa, pedagog. Absolwentka krakowskiej PWST. Profesor wydziału aktorskiego łódzkiej filmówki) mnie poleciła Grzegorzewskiemu.

Ł.CH.:

No właśnie. Jak wyglądała pierwsza rozmowa o pracę Profesora z dyrektorem, nazwiska nie pamiętam.

prof. W.M.:

Zygmunt Hübner(przyp. polski aktor, reżyser, pedagog).Kolejność była odwrotna. Poszedłem do Grzegorzewskiego spytałem, czy ma dla mnie pracę. Powiedział, że nie. Potem poszedłem do Hübnera i on też powiedział, że nie. I to było w lutym, a już w marcu dyrektor Grzegorzewski zatelefonował do Ewy Mirowskiej. I to jest właśnie szczęście. Bo on mnie przecież widział i powiedział, że nie chce mnie. Nie zaciekawiłem go. Zatelefonował do Ewy Mirowskiej i powiedziała mu, że ma Hamleta (bo szukał Hamleta). W okularach. I on mnie zobaczył i zachowywał się jakby mnie widział pierwszy raz w  życiu. No dobrze to ja pana angażuje. I to jest to szczęście (…)

Ł. CH.:

Czym się różni szkolnictwo teraz, od czasów kiedy Profesor zaczynał?

prof. W.M.:

Mną.

(śmiech)

Ł. CH.:

Studenci się nie zmieniają?

prof. W.M.:

Nie, studenci są tacy sami. Mniej im się chce, więcej im się chce. Są tacy, którym wydaje się, że chcą być artystami, ale nie będą nimi. I są tacy, którzy wiedzą czego chcą.

Ł.CH.:

A co to znaczy być artystą?

prof. W.M.:

Być i chcieć być artystą w tym zakresie, to znaczy wystarczy dzielić się z ludźmi własnymi emocjami, przepraszam, własną wyobraźnią (bo wyobraźnia jest na pierwszym miejscu). I to nas zbliża w ogóle do artystów każdego gatunku. I malarz dzieli się swoją wyobraźnią i kompozytor i wszyscy inni. Że ja to chce robić, tylko że chcieć nie zawsze wystarczy ”chcieć”. Jeszcze trzeba podeprzeć ‘umieć’ no i wtedy się jest artystą.

Ł.CH.:

Takim mentorem, czy artystą z którego profesor czerpie/czerpał najwięcej to…?

prof. W.M.:

Jerzy Grzegorzewski.

Ł.CH.:

A czemu?

prof. W.M.

Bo był artystą (…) wyjątkowym. Nie da się czerpać, ani brać od kogoś kto jest tylko rzemieślnikiem.

(Padają pytania publiczności, studentów studia STA)

Publiczność:

Czy ma pan jakaś złotą radę na dostanie się do szkoły teatralnej? Jakąś receptę?

prof. W.M.:

Często mnie o to pytają studenci. Jedna jedyna moja rada na egzaminy wstępne, one są trudne i stresogenne: być sobą. Trzeba być sobą, nie można być kimś innym. No ja bym nie przyjął. Ja rzadko przyjmuję do szkoły, a jeśli już przyjmuję, to takich ludzi, którzy są sobą. Państwo to doskonale widzą w teatrze. (…) To po prostu jak magnes. Wchodzą Państwo do teatru, siadają, gaśnie światło, podnosi się kurtyna i Państwo wodzą za tym jednym, czy tam za tą jedną. I to jest talent. Państwo to doskonale wiedzą. Wchodzi człowiek, otwiera usta i już wiem, że to jest magnes. Trzeba być sobą. Być na egzaminach i potem przez całe życie sobą. Nie wystarczy, jak ktoś siebie wymyśli. Na ile ról, na ile lat życia można siebie wymyślić? Trzeba mieć tak dużo w sobie do oddania i wtedy jest ok.

P.:

(…) co takiego ma ten artysta czego nie ma rzemieślnik?

prof. W.M.:

Ma po prostu większą wyobraźnię. Artysta wymyśla fortepian, a rzemieślnik ten fortepian wykonuje.

P.:

Dlaczego pan profesor się nie kłania po spektaklu?

(przyp. Od tego pytania pan profesor nie mógł uciec. Dwie, wcześniej wspomniane, panie emerytki nie dały się przekonać do teorii profesora, wymuszając na nim, ażeby ten jednak zaczął się kłaniać. Było to dość zabawne. Do czasu. Później panie stały się męczące.)

prof. W.M.:

Ja się kłaniam w swoisty sposób. Może Państwa zarażę tą ideą i Państwo ją zrozumieją i zaczną szerzyć w Polsce. Rzeczywiście są ludzie, którzy mają mi za złe. Ja uważam, że po dwóch czy trzech godzinach ciężkiej pracy jest pomyłką to, że ja jeszcze się kłaniam Państwu. Że Państwo co? Państwo przyszli, usiedli sobie w miękkich fotelach, zapłacili, ja część z tego wziąłem. Czysty handel. Narobiłem się i jeszcze mam się ukłonić nisko, że co? Państwo klaszczą (albo nie). Klaszczą ci, którym się podobało i ja to rozumiem jako formę podziękowania. No i super. I tyle. (…) i teraz co jestem murzyn? Nie uwłaczając murzynom. To co, służącym? Nie chodzi o to, że ja mam jakieś kompleksy. Ja nie mam. Tylko uważam, że ta wymiana energii i emocji jaką jest teatr i umowa nasza, polega na tym, że chcemy się poznać. Chcemy zobaczyć jaką ja mam wyobraźnię, czy ja swoją wyobraźnią działam na państwa wyobraźnię.

 

(Następuje seria wymiany zdań a propos starych zasad teatru.)

 

**********

Następnego dnia warsztaty odbywały się na ul. Żeromskiego. Łatwy i dość sprawny dojazd mimo rozkopanego Poznania. Otaczające nas fabrykopodobne budynki sprawiły, że atmosferę tajemnicy, o której tak często wspomina profesor Malajkat, czuć było w powietrzu.

Zaczynamy punktualnie. Schowana wśród studentów przyglądam się z zainteresowaniem. Profesor Malajkat poprosił o przygotowanie monologu klasycznego.  (przyp. monolog  <z języka greckiego monologos – mówiący do siebie> wypowiedź jednego podmiotu literackiego o charakterze autonomicznym i samodzielnym (w przeciwieństwie do dialogu), zwykle ciągła. Wyróżnia się: monolog liryczny, jako wyraz i zapis przeżyć oraz refleksji tzw. podmiotu lirycznego w poezji. Występował często w romantycznym dramacie i powieści poetyckiej, a także w klasycznym dramacie europejskim, np. słynny monolog Hamleta ze sztuki W. Szekspira., zródło: http://portalwiedzy.onet.pl/57161,,,,monolog,haslo.html)

Powiedzmy, że prawie wszyscy zrozumieli zadanie. Po kolei na scenie pojawiają się chętni, którzy z własnej, nieprzymuszonej woli mówią wybrany tekst. Profesor zazwyczaj wysłuchuje ich do końca, żeby po chwili powiedzieć co o tym sądzi. Wymienia popełnione błędy, daje subtelne uwagi, radzi co on by zrobił. Podkreśla na co zwrócić uwagę, nad czym należy pracować. Po przedstawieniu studentom swojego zdania, zachęca ich do powiedzenia tekstu raz jeszcze, z zastosowaniem się do jego uwag.

Studenci są zachwyceni. Albo załamani. Profesor nie owija w bawełnę. Wciąż powtarza: „Nie przyjechałem tutaj was głaskać po głowie. Nie po to mnie zaprosiliście. To jest właśnie moje zadanie. Wskazać wam wasze błędy”.

Krzyczy, ale nie złośliwie. Śmieje się, kiedy coś go rozbawi, albo kiedy student walnie gafę. Karci słownie kiedy nie słucha się jego uwag. Pomaga, kiedy widzi, że komuś brakuje odwagi. Potrafi pochwalić, ale bez przesady. Dla niektórych, którzy mają przed sobą mnóstwo pracy nad np. SCZetami, albo z wciąż odstającą nogą, nie potrafią zemdleć, czy się potknąć mówi wprost: A – dużo pracy przed tobą, B – do szkoły z tymi defektami się nie dostaniesz.

I na twarzach studentów pojawiają się uśmiechy i łzy na przemian. Ze swojej strony chciałam powiedzieć, że profesor, jak go obserwowałam, był delikatny. Egzaminy w szkole, zwłaszcza te wstępne, są czasem dużo bardziej dramatyczne, a profesorowie dużo ostrzej reagują. Postawmy się na miejscu wykładowców. Jeżeli już dziś, kiedy zwracając uwagę na to co jest źle, wywołują u takiego gagatka załamanie, to jak taki młody człowiek odnajdzie się w szkole, gdzie takich sytuacji będzie miał na co dzień sporo? Dlatego uważam, że profesor Malajkat i tak był wyrozumiały i spokojny. Warsztaty przebiegły bez większych dramatów, a studenci mimo iż niekiedy podłamani, wychodzili zadowoleni. Nie wiem czy bardziej z siebie, czy z czujnego oka profesora, któremu nic nie umknęło. W tym zawodzie nie ma miejsca na „ściemę”. Myślę, że tego przede wszystkim nauczyli się studenci od profesora.

Skończyły się dwudniowe warsztaty. Wojciech Malajkat zaczął szykować się do powrotu do Warszawy, o której mówi dla żartów „Bo u nas, w Warszawie…”. Przed wyjazdem FiT-sterii udało się zabrać go na lunch, podczas którego mieliśmy okazję przez chwilę porozmawiać. Po drodze żartował, a my dosłownie pękaliśmy ze śmiechu. Jego dystans do siebie samego, talent komika, poczucie humoru, ironia którą operuje przejawia się także w życiu prywatnym. Docieramy do restauracji Piano Bar  mieszczącej się w Starym Browarze.

FiT-steria pyta:

Zastanawiam się czy to jest prawda, czy anegdota a propos pana profesora egzaminu do szkoły teatralnej. Pan profesor ponoć czyścił jabłka na egzaminie.

profesor Wojciech Malajkat odpowiada:

O  Jezu, to taka długa historia…

FiT.:

Czy takie studia jak STA, Lart etc. są potrzebne? Przecież kiedyś takich instytucji nie było. Jak pan profesor się przygotowywał do egzaminów?

prof. W.M.:

Nauczyłem się tekstu na pamięć. Kiepsko z resztą. I  poszedłem.

FiT.:

I pan profesor przyszedł i zdał. Ale uważa pan, że takie studia są potrzebne?

prof. W.M.:

Nie mam pojęcia. Dostają się i tacy i tacy. Tacy jak ja, którzy się nie przygotowywali w takim studiu i tacy, co takie studia kończyli. Nie wiem czy jest jakaś statystyka, że więcej tych, a mniej tamtych. Ja tego nie wiem.

FiT.:

No to jak z tym egzaminem? To była anegdota z tymi jabłkami czy nie?

prof. W.M.:

No to jest anegdota.

FiT.:

W sensie czy to nie jest wymyślona historia, czy tak się stało?

prof. W.M.:

Tak się stało.

FiT.:

Czyli miał pan szczęście?

prof. W.M.:

Jabłko nie jest tym szczęściem. Jabłko jest czymś takim, magnesem, który się ma. Szczęście to było z „Hamletem”. Jabłko to była raczej taka panika, a nie perfidia, żadne wykalkulowane ruchy. Straciłem głowę.  Stwierdziłem, że będę czyścił to jabłko i jeszcze coś wymyślę. I nagle powiedzieli: STOP, DOŚĆ. Ja byłem zrozpaczony. Pomyślałem sobie: Jezu oni tu szaleli, wariowali, a ja czyściłem jabłko i nic nie zagrałem. A potem oni mi uświadomili, że ja czyszcząc to jabłko byłem kompletnie inny, że oni wszyscy patrzyli na mnie i czekali co ja zrobię. I ci tam wariowali. Zassałem ich. Ale to nie było szczęście. Szczęściem byłoby, gdybym ja wśród nich wszystkich, tak samo wykonujących miał szczęście, że ktoś by powiedział: a jednak weźmy tego. Bo oni wszyscy tak samo.

FiT.:

Pan profesor mówił, że już nie uczestniczy w egzaminach.

prof. W.M.:

Nie no uczestniczę, ale rzadko. Bo nie zawsze mam czas. Ale jeśli biorę swój rok to siedzę.

FiT.:

Jak to jest tak naprawdę? Istnieje kilka teorii, że np. ten który obejmuje rok wymyśla sobie naprzód jak będzie wyglądał jego dyplom. Wobec tego na egzaminach muszą przejść: dwie rude, trzy czarne, pięciu w okularach. Ile w tym prawdy?

prof. W.M.:

Może ktoś tak robi. Ja nie.

FiT.:

Profesor zawsze mówi, że planem A był pomysł na zostanie nauczycielem, a B aktorem. To dlatego pan uczy zawodu w szkole teatralnej?

prof. W.M.:

Zawsze chciałem uczyć i uczę. Jednak myślę sobie, że mi to było gdzieś pisane, że ja jednak będę aktorem.

FiT.:

Dlaczego pan profesor tak zniknął z kina?

prof. W.M.:

Ja nie mam po prostu propozycji.

FiT.:

Profesor po prostu nie ma czasu, tak?

prof. W.M.:

Ja po prostu nie mam czasu na głupoty.

FiT.:

Jaki jest pana stosunek do krytyki?

prof. W.M.:

Mój stosunek do krytyki jest taki: Jak piszą o Mnie dobrze, to jest ok. A jak źle, to nie czytam. Ale piszą dobrze.(śmiech) Nie no, kompletnie nie tak. Nie jest w stanie mnie nic ruszyć.

FiT.:

Naprawdę tak jest, czy to jest czasem przygrywane?

prof. W.M.:

Nie, ja za ciężko i dużo pracuję i daje z siebie, żeby mógł mnie ktoś dotknąć, urazić w ten sposób.

 

************

Obydwa wywiady przytoczone w tym tekście były trochę dłuższe. Cytuję tylko esencję tego, co udało nam się od pana profesora wyciągnąć. Studia takie jak ST są potrzebne młodzieży,  autorytety jak pan profesor Malajkat, służą rozwojowi młodych ludzi i tworzeniu sobie hierarchii wartości, która w dzisiejszych czasach zanika, a jest nam potrzeba żeby być dobrym człowiekiem. I oczywiście wspaniałym artystą.

Dlatego trzymam kciuki za  Stowarzyszenie The Art i Studio Aktorskie STA. Łukasz Chrzuszcz , jako prezes tych ‘instytucji’,  przyczynia się do tego, by Poznań jeszcze bardziej otworzył się na kulturę i sprawił, że młodzi ludzi znaleźli swoje miejsce. Jego studentom życzę dostania się do wymarzonych szkół. Dziękuję, że mogłam uczestniczyć w Waszych warsztatach.

Panu profesorowi Malajkatowi dziękuję za dużo mądrych słów i wielką lekcję, której na pewno długo nie zapomnę.

Polecam także:


http://menstream.pl/wiadomosci/wojciech-malajkat-w-aktorstwie-najwazniejsza-jest-wyobraznia,0,1181080.html


http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34861,13038691,Malajkat_zmienia_Syrene__Rozmowa_.html

STA znajdziecie na:


http://www.facebook.com/studiosta1?fref=ts

A nas znajdziecie na:


http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Felietony

 

Wszyscy jesteśmy aktorami

27 lut

Julia Rybicka

W Polsce istnieje kilka szkół średnich, gdzie znajdują się klasy teatralne, które posiadają głównie przedmiot pt. Kultura i Sztuka albo Zajęcia Teatralne. Co kryje się pod tymi nazwami? Zazwyczaj niewiele. Niespełnione aktorki, czyli obecne polonistki prowadzą zajęcia z wyobraźni, wybierają okrojone tematy z historii teatru, a co najważniejsze z okazji każdego święta przygotowują przedstawienia plusując tym samym u pana dyrektora. Nie ma mowy o zajęciach z ruchu, impostacji, dykcji czyli z praktycznie najważniejszych, w pierwszych fazach rozwoju przyszłego aktora, zajęciach. Dlatego nie należy przywiązywać się za bardzo do szkół z rozszerzeniem teatralnym.

Dzieciaki, które interesują się aktorstwem, mają w większych miastach do czynienia jeszcze z tak zwanymi ‘pałacami kultury’, gdzie aktorzy w podeszłym już wieku, bądź młoda gwardia, która dopiero zaczyna swoją karierę, przyuczają do zawodu. Oczywiście jest to świetna forma zapełniania sobie wolnego czasu i poznania nowych ludzi. Nie mówię, że wszystkie te centra kultury są zbędne czy słabe. Jako poznanianka mogę wypowiedzieć się tylko o swoim mieście, gdzie od prawie dwudziestu lat w Centrum Kultury Zamek istnieje Studio Teatralne Próby pod kierownictwem Bogdana Żyłkowskiego i przynosi ono zabawę oraz naukę. Tutaj młodzież od 16go roku życia odbywa swój pierwszy w życiu casting. Przychodzi do poznańskiego Zamku z dwoma przygotowanymi tekstami: wierszem klasycznym i prozą oraz piosenką. Komisja, w składzie której zasiada Żyłkowski i jego pomocnicy tacy jak Agnieszka Gierach, czy Tomasz Mazur, oraz młodzi ludzie, uczestnicy studia. Czasami jesteśmy zbyt surowi dla przyszłych kolegów. Mówiąc „my” mam na myśli też i siebie, która czasem zasiada w tych szanownym gronie. Wynika to z frustracji, która siedzi w nas i zakorzeniła się mocno jeszcze podczas egzaminów do szkół teatralnych. Wielu z nas, w tym ja,  nie dostało się do wymarzonej „teatralki” na aktorski. Część całe życie spędza w Studiu lecząc kompleksy, inni zaś zacierają bliznę, którą zrobili egzaminatorzy PWST, a dla innych jest to odskocznia od codzienności, zabawa. Są też tacy, którzy spędzają tu większość swojego życia. I nie wyobrażam sobie, żeby kiedyś tego miejsca miało zabraknąć. Bo co się stanie z tą zdolną, pełną pasji i zakochaną w Poznaniu młodzieżą? Żyłkowski, zwany przez swoich ‘studentów’ Mistrzem, wzbudza respekt i jest ich/naszym mentorem. Tutaj uczysz się nie tylko warsztatu, ale także świadomości. Mottem studia jest: „Należy kochać teatr w sobie, a nie siebie w teatrze”. <Cytat K. Stanisławskiego>. Nie ma miejsca dla gwiazd. Wszyscy są równi i każdy może być aktorem. Trzeba się tylko postarać.

I tak zaczyna się droga do marzeń. Od małych spektakli, ćwiczeń nad wymową, głosem, ciałem, wyobraźnią kończymy szkoły średnie i postanawiamy zdawać na wyższe uczelnie, rzecz jasna, stricte teatralne. W naszym kraju są najważniejsze trzy uczelnie:

Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna im. L. Solskiego w Krakowie i jej odziały:

-Wydział Aktorski i Lalkarski we Wrocławiu oraz Wydział Teatru Tańca w Bytomiu,

Akademia Teatralna im. A. Zelwerowicza w Warszawie i oddział:

-Wydział Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku,

Państwowa Wyższa Szkoła Filmowa, Telewizyjna i Teatralna im. L. Schillera w Łodzi.

Co roku rośnie liczba zdających do szkół teatralnych. Pamiętam, że dziesięć lat temu zdawało około maksymalnie 400-500 ludzi. Teraz zdaje ponad 1000 kandydatów. Na miejsce przypada jakieś 53-54 osoby, a indeksów jest tylko 20. Wszyscy chcą zostać aktorami. Ale nie wszyscy jednak powinni, co pokazuje nam historia…

Jak dobrze przygotować się do egzaminów? Poprzez zajęcia w pałacach kultury? Samemu, czy może z pomocą niespełnionych polonistek, które nauczą takich „geniuszy zbrodni” ładnie recytować? Nie ma sprawdzonego sposobu, który da 100% gwarancję, że się do takiej szkoły dostaniesz, drogi Czytelniku. Są studia, które są przystosowane i skonstruowane typowo pod szkoły teatralne, które  przygotowują gagatków do egzaminów na PWST. Takim studiem, które mogę polecić jest krakowskie Lart Studio. Sama, prawie 8 lat temu, do niego uczęszczałam, ale na aktorski się nie dostałam. To może nie jest najlepsza reklama…Otóż nie. Lart ma najlepszą kadrę treningową. Uczył tu kiedyś Błażej Peszek, Przemysław Redkowski, Piotr Grabowski etc. Z tego co wiem nadal uczy tam pan dyrektor Leszek Zdybał, pani Gena Wydrych, Piotr Waligórski itd. Zajęcia, które szkoła proponuje to: sceny i technika improwizacji, piosenka, wymowa, monologi, dykcja, balet, emisja głosu. Ponad 500 absolwentów Lartu dostało się do wymarzonych szkół wyższych. Szkoła chwali się nazwiskami takimi jak: Boczarska, Małaszyński, Warchulska, Młynarczyk, Frycz itd. Trzeba jednak pamiętać o tym, że studium uczy jak zachowywać się na egzaminach, pomaga dobrać odpowiednie teksty, uczy podstaw, techniki, a nie przygotowuje do zawodu. To jest zajęcie szkół wyższych. Wielu moich kolegów przeszło egzaminy pomyślnie, ale w szkole nie potrafili się odnaleźć i sprostać wymaganiom. Co nie znaczy, że Lart nie jest wymagający. Bardziej próbuję powiedzieć, że to jednak nie jest zawód dla wszystkich.

Kiedy kandydat jest już przygotowany, wysyła odpowiednie dokumenty najczęściej do wszystkich szkół w Polsce (łącznie z kierunkami wokalnymi i lalkarskimi). Mimo iż go to nie interesuje, najważniejszy jest cel. A celem, jak wiadomo, jest znalezienie się w szkole teatralnej.

Zaczynają się egzaminy. Z perspektywy lat stwierdzam, że momentami wyglądało to absurdalnie, czasem wręcz dramatycznie. Otóż stojąc przed komisją składającą się z wielkich, znanych i cenionych aktorów dowiadujesz się jaki jesteś beznadziejny, albo jaki wspaniały. Każda szkoła ma swoje zasady, kolejne etapy egzaminów. Są one jednak zbliżone i zmieniają się czasem tylko kolejnością.

Na przykład w Krakowie, na pierwszym etapie rekrutacji, który składa się z dwóch części, człowiek czasem czuje się jak przysłowiowy debil. Dziesięć dziewcząt ubranych bardzo podobnie (obcisłe stroje gimnastyczne) staje przed komisją w rzędzie jak przed rozstrzelaniem. Zaczyna się egzekucja. W różnych kolejnościach są przesłuchiwane: z dykcji, słuchu, wymowy. Następnie w grupach muszą powtórzyć fragment układu choreograficznego (najczęściej współczesnego), zatańczyć jeden z pięciu wcześniej przygotowanych tańców narodowych. Na forum proszone są o fragmenty przygotowanych tekstów (zazwyczaj jest ich około dwunastu, z różnych epok) oraz odśpiewanie fragmentu piosenki. W ostatniej części tego etapu sprawdza się ich sprawność fizyczną. Fikołki, stanie na rękach, głowie, najlepiej na rzęsach – jak któraś potrafi. Po tym wykańczającym, 45 minutowym egzaminku, udają się do sali, gdzie przywdziewają piękne, zwiewne (bo mamy czerwiec) kreacje, malują się, perfumują i tapirują włosy. W tej części komisja skupia się na interpretacji tekstów i piosenek. W każdej szkole wygląda to trochę inaczej. Kolejne etapy (w zależności od szkoły) to sprawdzenie sprawności potencjalnego aktora, rytmiki, wyobraźni na konkretnych zadaniach aktorskich oraz historii teatru. Wszystko to rozgrywa się w całej Polsce w przeciągu 2-3 tygodni pomiędzy czerwcem, a lipcem.

Wydaje mi się jednak, że trzeba być bardzo mocno pewnym tego, że chce się zostać aktorem. To nie jest łatwy orzech do zgryzienia. Szkoła eliminuje często zachcianki młodych ludzi, którzy popełnili błąd chcąc uprawiać taki zawód. Często jednak zdarza się, że tego nie wychwytuje. Mam takie dwa dobre przykłady. Młoda dziewczyna, przepiękna. Kiedy kilka lat temu zdawała do krakowskiej szkoły teatralnej, na pytanie Krzysztofa Globisza „Dlaczego chce zostać aktorką?” odpowiedziała – Bo pani w szkole powiedziała, że ładnie recytuję. A drugi: jedna z dziewczyn w warszawskiej szkole (na 3 roku studiów) stwierdziła, że ona to już skończy tę szkołę, ale w zawodzie nie chce jednak pracować. To ja się pytam: po co szła do takiej szkoły? I gdzieś tam na świecie jest osoba, która przez nią się nie dostała. Także radziłabym przemyśleć decyzję bardzo poważnie. Tylu zdolnych ludzi ci profesorowie odrzucają i zabijają ich marzenia. To świadczy także o Was, drodzy Kandydaci. Nie dajcie w sobie zabić tych pragnień. Jak w ciągu 5 minut możecie komuś udowodnić, że się nadajecie? A jednak trzeba. Jako kandydatka byłam wielokrotnie rozczarowana. Wybiegałam z sal egzaminacyjnych zapłakana, rozżalona, wściekła, obrażona. Nie należy się jednak załamywać. Może to nie twój czas Czytelniku, a może to nie tędy droga?  Jest wiele zawodów na „A”.

Krążą oczywiście anegdoty związane z egzaminami.

Pewien chłopak bardzo ekspresyjnie i niezwykle wiarygodnie mówił tekst mordercy. W kieszeni miał nożyczki, o czym nikt nie wiedział. Podobno wskoczył na stół, przy którym zasiadała szanowna komisja i przyciął przy samej szyi krawat jednemu z egzaminatorów… Przeszedł do kolejnego etapu? Sprzedał się?  A to, że kiedy komisja kazała zagrać dziewczynie mleko, a ona zwariowała i w szoku usiadła, znacie? Na pytanie: co pani zrobiła? Odpowiedziała: zsiadłam.

Kiedyś myślałam, że robią ze mnie idiotkę karząc mi zagrać mleko, kolor czerwony, albo mewę na molo łapiącą pokarm od gapiów. Dziś myślę sobie: Boże kochany, oni mają ponad tysiąc ludzi do przesłuchania! Muszą jakąś metodę na to mieć. Ale metody chyba nie ma tak naprawdę. To kwestia wyobraźni czy może raczej szczęścia? To czasem też zależy od humorów i gustów egzaminatorów. Jak na każdej innej uczelni, jesteśmy tylko ludźmi nie zawsze musi nam się wszystko podobać. Dlatego czasami można przeoczyć diament, albo wziąć do zespołu kogoś, kto minął się z powołaniem.

Dlatego nie można się poddawać i należy w siebie uwierzyć, żeby inni w was uwierzyli, drodzy Czytelnicy. Szkoła jest potrzebna, bo uczy warsztatu, ale jeśli naprawdę kochacie teatr to będziecie go i tak nosić w sobie. Bez względu na wyniki. Pamiętajmy bowiem co mówił Michael Shurtlef: „Zdecydowanie się na aktorstwo jest jak prośba o przyjęcie do domu wariatów. Każdy może się starać, lecz tylko patentowani pomyleńcy zostają przyjęci…” .

A nas znajdziecie na:


http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Felietony

 

11 grzechów Goslinga

26 lut

Julia Rybicka

Ryan Gosling rozpoczął swoją karierę, jak większość amerykańskich aktorów, już jako młody chłopak. Pierwszy jego występ można było oglądać w programie telewizyjnym pt. „The Mickey Mouse Club”. W 1987 roku zadebiutował filmem „Frankenstein i ja”, ale wszystko zaczęło się tak naprawdę w 2000 roku od dzieła „Tytani”, gdzie zagrał m.in. z Denzelem Washingtonem. Ta rola przyniosła mu popularność. Kolejno zagrał jeszcze w dwóch filmach m.in. „Fanatyk”,  ale to „Odmienne stany moralności” Matthew Ryana Hogea zwróciły oczy Amerykanów (a później Europejczyków) na niezwykły talent aktorski młodziutkiego Ryana.

Obraz  Matthew Ryana Hogea,  to historia obok której nie można przejść obojętnie. Młody, zdolny i obiecujący uczeń szkoły średniej dokonuje morderstwa z premedytacją. Mord popełnia na chorym na autyzm bracie swojej dziewczyny. Dlaczego to robi? Czuje się niezrozumiany w otaczającym go świecie, sam nie rozumiejąc tego co dzieje się wokół niego. Przez swój karygodny czyn zmieni nie tylko swoje życie. Trafia do poprawczaka, gdzie nawiązuje nić porozumienia z tutejszym pracownikiem, który jest pisarzem, którego opuściło natchnienie i owładnęła pustka. Stany emocjonalne, które władają młodym Lelandem stają się inspiracją dla zapomnianego już artysty.

To był przełomowy moment w karierze Goslinga i ważny dla niego i jego twórczości film. Uważam, że oddał znakomicie odgrywaną przez siebie postać, ale fanką filmu niestety nie jestem.

Zainteresowanych odsyłam:
http://stacjakultura.pl/4,21,712,Odmienne_Stany_Moralnosci_recenzja_filmu,artykul.html

Dziełem, które przyniosło mu największą sławę i zdobyło serca miliona kobiet, jest słynny ‘Pamiętnik’ w reżyserii Nicka Cassavetesa z 2004 roku. Za tę rolę dostał aż 5 nagród, w tym jedną od MTV za najlepszy pocałunek.

Odsyłam:

Film ten stanowi jednak pewien fenomen. Internauci rozpisują się, że Filmweb daje wysokie noty filmowi, a tak naprawdę nie ma za co.

<
http://www.filmweb.pl/Pamietnik/discussion
>

‘Notebook’, bo tak brzmi oryginalny tytuł ‘Pamiętnika’, to niesamowity film o prawdziwej miłości. Tej, na którą czekamy i o której marzymy. Kto? My wszystkie kobiety. Historia pokazana jest na zasadzie retrospekcji. Starszy mężczyzna, który przebywa w domu spokojnej starości, każdą wolną chwilę spędza z pewną kobietą, czytając jej pamiętnik. Na zapisanych kartkach widnieje niesamowicie ciepła, piękna, wzruszająca i momentami smutna miłosna historia.

Wszystko to dzieje się w Południowej Karolinie w latach 40-tych co sprawia, że nie jest to hollywoodzka, tkliwa historyjka wyssana z palca. To szaleńcza miłość dwojga ludzi z innych sfer, którzy zostają rozdzieleni aż na siedem lat.Gosling genialnie pokazuje co dzieje się z mężczyzną, który naprawdę kocha i nagle tą miłość traci. Od radości po rozczarowanie, niezrozumienie i złość. Mamy tu całą paletę emocji. Uważam, że jest to jedna z jego najlepszych ról.

Film opowiadany jest z perspektywy starszego mężczyzny jest to jego dodatkowym atutem.
Daje do zrozumienia, że prawdziwa miłość naprawdę nie zna granic, nawet kiedy dotyka nas choroba.Świetnie dobrana muzyka oraz partnerka  życiowa (później, obecnie już nie) aktora -Rachel McAdams w roli Allie.Film godny polecenia.

Do poczytania: http://film.wp.pl/id,24819,rid,48581,title,Pamietnik-nareszcie-dobry-film-o-milosci,type,editor,film_recenzja.html
Tutaj na chwilę się zatrzymam, by wspomnieć o tym, że Gosling jest niezwykle utalentowany muzycznie. Śpiewa, oraz gra na kilku instrumentach.

O zaprezentowanie swoich umiejętności często proszą go gospodarze programów, w których występuje:


http://www.youtube.com/watch?v=SPsmfP5gUck

Poniżej link do piosenki w jego wykonaniu. Mocny, silny głos:



Wróćmy do filmów. Miano „artystycznego thrillera” zyskał film ‘Zostań’ z 2005 roku w reżyserii Marca Forstera. Film przeszedł niezauważony (niestety) tak w Polsce jak i na świecie. A szkoda, bo jest ciekawie zrobiony, a fabuła jest niezwykle wciągająca i porywająca. Dla mnie osobiście to bardzo znaczący film patrząc na aktorstwo Goslinga.

Krótko o fabule. 21-letni student z problemami natury psychicznej (słyszy głosy, jest niezrozumiany przez otoczenie i  dawno stracił nadzieje na lepsze jutro) postanawia popełnić samobójstwo. Zanim to jednak uczyni wybiera się poinformować o tym swoją terapeutkę. Natrafia jednak na jej zastępstwo – Sama Fostera (w tej roli Evan McGregor). To w sumie on stanie się najważniejszą postacią filmu. Młodzieniec, który postanawia odebrać sobie życie sprawi, że życie psychiatry diametralnie się zmieni. Tak się składa, że ów psychiatra uratował przed popełnieniem samobójstwa swoją obecną partnerkę. Czy to przypadek, że akurat do niego trafia ta sprawa? Henry, grany przez Goslinga, jest postacią surrealistyczną, ale niezwykle prawdziwą. To paradoks – tak, wiem, ale właśnie w ten sposób to widzę. Tego rodzaju kino jest dość specyficzne, dużo tu oniryzmu. Pojawiają się duchy z przeszłości, zmarli mieszają się z żywymi. Trudno się czasem połapać, chociaż dla uważnego widza wszystko jest zrozumiałe. Bohaterowie żyją na pograniczu kilku światów. Zakończenie staje się niespodzianką dla widza. Niestety w większości recenzji czytam, że na minus. Sam Gosling o swojej postaci mówi:

”Henry to bardzo ciekawa postać dla aktora, bo to, co przychodzi mu do głowy, często zaczyna żyć własnym życiem. Stopniowo pozostali bohaterowie filmu – Sam, Lila i Leon – zaczynają odnajdować się w rzeczywistości Henry’ego. „Zostań” jest niczym ogromny labirynt. Niewiele jest takich filmów”.

Całość na:
http://www.film.gildia.pl/filmy/stay/bohaterowie

Bardzo trafne spostrzeżenie, że jest to film na zasadzie labiryntu. Można się łatwo zgubić, ale jak z każdego labiryntu jest zawsze jakieś wyjście. Należy po prostu być uważnym. Mimo że to nie Gosling jest najważniejszy w tym filmie, uważam że doskonale towarzyszy swojemu filmowemu partnerowi McGregorowi.

Gosling jest również niesamowitym komikiem. Potrafi rozbawić publiczność do łez. Do tego jest, rzecz jasna, szalenie skromny. W każdym wywiadzie potrafi rozbawić publiczność i prowadzących.

Ten utalentowany przystojniaczek jest jednak przede wszystkim aktorem. Chociaż porównywany jest do Davida Beckhama. „Żurnalistom” jednak zostawmy rozstrzygnięcie tej sprawy.

Kolejny projekt, w którym wziął udział to „Szkolny chwyt” w reżyserii Ryana Flecka. Film został nagrodzony ponad 20 filmowymi nagrodami, w tym nominacją Goslinga do Oscara. Jeżeli ktokolwiek do tej pory miał jakiekolwiek wątpliwości co do warsztatu aktora, zapraszam do obejrzenia “Szkolnego chwytu”. Film został zrealizowany za niewielki budżet, a wywołał sporo emocji wśród widzów, dziennikarzy i krytyków. Okrzyknięty został najlepszym filmem 2006 roku, a w moim sercu ma szczególne miejsce.

Nauczyciel historii, Dan, pracuje w szkole na Brooklynie. Domyślacie się państwo co to oznacza. Uczy on biedne dzieciaki o różnych kolorach skóry. Nie ma z nimi lekko, bo dzieciaki są nieznośne, niesubordynowane i dochodzi między nimi cały czas do walk na tle rasistowskim. Przypomina mi to film z ‘95 roku Johna N. Smitha „Młodzi gniewni”. Dan jest szanowany wśród swoich uczniów. Traktują go jak mentora, ale też jak przyjaciela. Jest doskonałym nauczycielem, chociaż jego sposoby nauczania bywają niekonwencjonalne. Najważniejsze jednak jest to, że są skuteczne. Pechowo się składa, że poza szkołą jest zwykłym, nieradzącym sobie ze swoimi problemami, słabym człowiekiem uzależnionym od lat od narkotyków. Uczniowie i współpracownicy nie domyślają się nawet, że chodzący autorytet coś przed nimi ukrywa. Tajemnicy jednak nie daje się dochować. Dziewczynka z jego klasy przypadkowo odkrywa czarny sekret Dana. Nie informuje władz i rówieśników o tym co zobaczyła. Od tej chwili między nauczycielem, a uczennicą zawiąże się szczególna więź. Z jednej strony będą na stopie uczeń-nauczyciel, z drugiej będzie to coś na pograniczu przyjaźni z fascynacją (przynajmniej dla dziewczynki). Wygląda na to, że Dan po prostu musi być od czegoś/kogoś uzależniony. Tak się stanie w stosunkach między nimi.

Film budzi wielki respekt i wnosi nutkę nostalgii. Gosling stworzył postać, której nie można nie lubić. Widz wie, że branie narkotyków nie jest dla niego dobre, że relacja w którą wchodzi z nieletnią może skończyć się tragedią. Mimo to lubimy go. Może dlatego, że jest nam go żal? A może dlatego, że to dobry facet, tylko kompletnie zagubiony? To kolejna maska, którą zdejmuje przed nami Ryan jako aktor. Rola, która wymagała od niego wielu obserwacji młodych ludzi mieszkających na Brooklynie. Wiem coś o tym, bo kiedy sama mieszkałam w Nowym Yorku widziałam różnicę pomiędzy dzieciakami z Manhattanu, a dzieciakami z Brooklynu. Tym bardziej podziwiam Goslinga za tę kreację. Do poczytania:
http://www.stopklatka.pl/dvd/recenzja.asp?wi=37289

http://www.filmweb.pl/Szkolny.Chwyt

„Miłość Larsa” przez większość nazywany filmem nudnym. „Kiedy mężczyzna zakocha się w lale” to tytuł recenzji, którą polecam:
http://www.filmweb.pl/user/Bialy_Pielgrzym/reviews/Kiedy+mężczyzna+kocha+lalkę-6385

To niezwykle ciekawa historia, a odtwórca tytułowej roli poradził sobie z nią bezbłędnie.Facet w średnim wieku żyje w garażu swojego brata. Od zawsze było z nim „coś nie tak”. Nie spotka się z kobietami, nie spędza wolnego czasu z przyjaciółmi. Chodzi codziennie do pracy i tak wyglądają jego dni. Jeden podobny do drugiego. Pewnego dnia oświadcza bratu, że poznał dziewczynę o imieniu Blanka. Pojawia się pytanie gdzie, kiedy, jak? Kiedy przyprowadza ją do domu brata i bratowej wszystko staje się jasne. To duża, dmuchana lalka. Początkowo wszyscy uznają to za żart, ale Lars jest niezwykle poważny w kwestiach Blanki. Lalka, a właściwie dziewczyna bohatera jest częściowo sparaliżowana, przyjechała ze Wschodu i ma cały szereg historii oczywiście wymyślonych przez Larsa. Otoczenie będzie się łudzić, że to przejściowe załamanie, podśmiechiwać po kątach, a ostatecznie zwiąże się i przyzwyczai do lalki traktując ją jak każdego innego mieszkańca.

Film jest niezwykle ciepły, ale tematyka wymaga dużej wyrozumiałości, jak piszą recenzenci, z czym się w pełni zgadzam. To nie jest film dla wszystkich. Trzeba mieć ogromne serce i duży dystans, żeby zrozumieć świat, który stworzył dla nas, albo raczej dla siebie świat. Świat, w którym czuje się w końcu kochany, bezpieczny, rozumiany. Lalka jest oczywiście tylko powierzchownym zakryciem głęboko tkwiących w nim problemów. I tutaj po raz kolejny Ryan Gosling zdobył moje zaufanie. Pokazał, że jest aktorem wszechstronnym. Potrafi zagrać emocjonalnie rozstrojonego 21-latka, który chce popełnić samobójstwo, może też być szanowanym i kochanym nauczycielem uzależnionym od narkotyków, tkliwym kochankiem i romantykiem, ale także i Larsem- zakompleksionym człowiekiem z problemami o podłożu psychicznym.

Zachęcam:
http://stacjakultura.pl/4,21,2785,Milosc_Larsa_recenzja_filmu,artykul.html

Gregory Hoblit zrobił w 2007 roku film ‘Słaby punkt’. Wiele o tym dziele można powiedzieć, ale na pewno nie to, że był on słaby. Fabuła: Zamożny inżynier nie ma prawa na nic narzekać. A jednak! Dowiaduje się, że jest zdradzany przez żonę i postanawia ją zabić. Okazuje się, że policjant, który uczestniczy w akcji, miał z nią romans, co wszystko tylko skomplikuje. Sprawę prowadzi i przygląda się jej młody “glinarz”, ale za to najlepszy w tym co robi.

Fabuła filmu nie zmusza widzów do myślenia, nie ma w nim nic zaskakującego i tak naprawdę jest taka sobie opowiastką. Co jest jednak genialne to ekipa aktorów. Toczy się walka na poziomie emocjonalnym dwóch bohaterów, a przed uważnymi widzami na poziomie aktorskim. Dwaj wyjadacze amerykańskiego kina zapewniają nam rewelacyjne przeżycia. I nieważne, że to taki sobie film. To, jakie napięcie buduje Anthony Hopkins w kontrze do Ryana Goslinga, zasługuje na wyróżnienie. Dla samej historii filmu nie polecam, ale żeby ujrzeć mistrzów w jednym filmie – zachęcam! Kilka słów:
http://paradoks.net.pl/read/4421

http://film.wp.pl/id,26178,rid,62774,title,Zaskakujaco-dobry-film,type,editor,film_recenzja.html

Nominację do Złotego Globa przyniósł Goslingowi niestandardowy film o miłości ‘Blue Valentine’ Dereka Cianfrancea z 2010 roku. Aktor jest w świetnej formie i u szczytu swojej kariery. Wykazał się już tyloma atutami, wciąż szlifującym warsztatem i skradł serca już nie tylko kobiet, ale scenarzystów i reżyserów, którzy marzą wręcz o tym, żeby u nich zagrał. Kiedy zaczynał swoją karierę obiecał sobie, że będzie brał tylko ambitne filmy. Takie, w których będzie mógł pokazać jakim aktorem jest naprawdę. I jak dotąd słowa dotrzymał.

Dużo słyszałam o ‘ Blue Valentine’, ale jakoś nigdy nie mogłam się do niego zabrać. Czułam, że to nie będzie zwyczajna historia o miłości, chociaż plakaty mówiły coś innego. Instynkt mnie nie zawiódł. Miałam wrażenie jakbym oglądała dwie, różne historie. I trochę tak jest, bo film opowiada o jednej parze pokazanej w dwóch różnych momentach swojego życia. Dean i Cindy poznają się i zakochują. Zasadniczo to on dostaje na jej punkcie przysłowiowego bzika. Na przemian doświadczamy najpierw wspaniałej miłości dwojga ludzi, którzy walczą z kryzysem w ich małżeństwie kilka lat później.  Recenzenci rozpisują się nad metaforami znaczenia tytułu. Zauważają, że podczas kolejno zmieniających się scen zmienia kolor na różne odcienie niebieskiego. Ja tego nie widzę. Czytaj:
http://kinofil.pl/blue-valentine-2010-bolesnie-o-koncu-milosci/

To, że tytuł odnosi się do albumu Toma Waitsa natomiast dowiaduję się od reżysera. Love story bym tego nie nazwała. Raczej dramatem rozgrywającym się między uzależnionym od alkoholu mężczyzną, a kobietą która pracuje na dwa etaty, żeby utrzymać jego i dziecko. Co ich trzyma nadal razem? Dziecko (jak to zazwyczaj bywa), czy przyzwyczajenie? Jest taka książka, “Kobiety, które kochają za bardzo”, którą okazję miałam przeczytać. Robin Norwood opisuje w niej wiele takich związków. Czasem ma to podłoże psychiczne, niekiedy tkwi w naszym dzieciństwie. Powtarzamy wzorce, których byliśmy świadkami, a czasami boimy się samotności więc wybieramy mniejsze zło. Czym kieruje się bohaterka ‘Blue Valentine’ nie wiem. Chyba jednak miłością do córeczki. Bohater, grany przez Goslinga, bywa porywczy i niezrównoważony, co widać już na samym początku, kiedy dopiero się poznają,  zakochują. Potrafi doskonale grać na emocjach dziewczyny i pociąga nimi jak sznureczkami w kukiełce. Zakochana kobieta poddaje się czarowi, urokowi i temu czemuś, czego nigdy my kobiety wyjaśnić nie potrafimy. Wszystko się zmienia z biegiem lat. Ten drugi poziom jest dużo trudniejszy. On jeszcze walczy o tę miłość, która jest dla niego wszystkim. Zabiera żonę za miasto do hotelu, żeby przypomnieć sobie jak to było kiedyś. Nadaremnie. Pewnych rzeczy nie da się już zmienić. Jeżeli dwoje ludzi nie pracuje nad związkiem, to nic dobrego z tego nie wyniknie.

Gosling w tej drugiej “części” filmu jest ciekawszy. Przede wszystkim bywa nie do poznania, przyznaje, że miałam wątpliwości. Jeśli chodzi o jego grę, to jest dużo intensywniejsza, bardzo prawdziwa i nadal budzi sympatię u widza. Nie wiem jak on to robi. Nie jest to felieton o niej, ale jestem bezwzględną fanką talentu Michaelle Williams  i w ‘Blue Valentine’ jest po prostu boska. Film na pewno nie jest filmem romantycznym, więc drodzy panowie nie fundujcie na rocznice swoich związków takiej niespodzianki ukochanej. Może zostać źle odebrana. Film natomiast z całego serca polecam.
http://www.filmweb.pl/user/slodkadziecinka/reviews/Miłość+w+kolorze+blue-13456


http://film.onet.pl/recenzje/2-aff-blue-valentine-zmierzch-milosci,1,4910687,wiadomosc.html

http://www.stopklatka.pl/film/film.asp?fi=43917&sekcja=recenzja&ri=7307

Film “Wszystko co dobre”, który wyreżyserował Andrew Jarecki,  niestety nie pojawił się na polskich ekranach, ale łatwo było do niego dotrzeć.

Koniec lat 70-tych początek 80-tych. Młody biznesmen odziedzicza spadek, zakochuje się w pięknej kobiecie, która nie jest z tym samych sfer co on. Wkrótce, mimo sprzeciwu rodziny, para bierze ślub. Wszystko wygląda pięknie z zewnątrz, ale w środku dzieją się rozmaite rzeczy. Mężczyzna ma problem ze sobą, jest zazdrosny, zaborczy i najchętniej trzymałby żonę w klatce. To wszystko doprowadzi do niezwykłego dramatu – morderstwa. Nie będzie ono jedynym w tym obrazku. Film oparty jest na prawdziwej historii co sprawia, że jest bardzo wiarygodny i przerażający. Całej ekipie należą się gromkie brawa, ale Gosling grający “psychola” i to w dodatku odrażającego, jest wart wszystkiego. Po raz kolejny udowodnił, że jest wart miana świetnego aktora i przysłowiowego miliona dolców.

Dla zainteresowanych:
http://creativemagazine.pl/wszystko-co-dobre-recenzja,21

Rok 2011 był dla Rayana szczególny. Z jego udziałem, do kin weszły aż trzy filmy i każdy z nich odniósł sukces. Dodatkowo były one tak różne, że pokazały całemu światu jaką różnorodnością wykazuje się aktor i jaki wachlarz talentów posiada. Pierwszy, z tych trzech filmów, to oczywiście ‘Idy marcowe’ w reżyserii Georgea Clooneya (jednocześnie odtwórcy pierwszoplanowej roli). To cyniczna opowieść o sztabie demokratów prowadzącym kampanię przedwyborczą jednego z polityków w stanie Ohio. “Idy” to nic innego jak psychologiczna gra mająca na celu pokazać jak walczy się o miejsce w Białym Domu. Do czego jest zdolny kandydat, ile jesteśmy warci, ile poświęcić możemy? Jak wiele masek nosi człowiek, który dąży do sukcesu? Co jesteśmy w stanie sprzedać? Komu i za co? W imię czego? Sławy? Pieniędzy? Przede wszystkim władzy. Clooney zrobił ekranizację słynnego dramatu “Farragut North” Beau Willimona i wyszło mu to całkiem sprawnie. Dodatkowo wziął swojego konkurenta, a właściwie można by stwierdzić, że następcę Ryana Goslinga, o którym w tym felietonie cały czas mowa.

Po raz kolejny dostał on rolę, dzięki której nie możemy go nie lubić. Uwodzicielski, czarujący, a do tego uczciwy doradca staje się żywą tarczą i ofiarą spisku. Tytuł odwołuje się do zabójstwa Cezara, a co za tym idzie do tragedii szekspirowskich. Wszystko sprowadza się do tego, że wszyscy jesteśmy aktorami, nieważne jaką funkcję pełnimy. Film bardzo amerykański, ale jakby to przenieść na polskie realia, to niewiele by się zmieniło w scenariuszu. Gosling godnie partneruje Clooneyowi i to jest dla mnie najważniejsze.
http://www.filmweb.pl/reviews/O+uwodzeniu-11655

To taka rola, która każdy aktor chciałby zagrać, a udało się Goslingowi. Wracają stare, dobre czasy Clinta Eastwooda. ‘Drive’ Nicolasa Windinga Refna to świetne kino akcji.  Łukasz Muszyński pisze:

“Każde ujęcie to perfekcyjnie działający tłok w filmowym silniku. Nakręcone bez pomocy komputerów sceny akcji są adrenalinową bombą,  a ekranowa przemoc wydaje się… piękna.” Całość dostępna na: 
http://www.filmweb.pl/reviews/Szybki+i+wściekły-11743

Z każdym tym zdaniem się zgadzam. Dobre kino akcji to dobre efekty. Ale czasem nie trzeba wydawać milionów dolarów, żeby je osiągnąć. Doskonałe zdjęcia i montaż sprawiły, że ogląda się ten film jakby był ulepszany komputerowo. Jednak nie to jest w tym filmie najważniejsze i najlepsze. Gwiazdorska obsada. Historia jest zwyczajna. Młody kaskader na planach filmowych oraz mechanik, w nocy bawi się w taksówkarza dla miejscowych gangsterów. Jest zamkniętym w sobie, samotnym facetem, który stara się zapełnić sobie czas. Kamienna twarz Goslinga i zniewalający uśmiech tworzą postać macho i prawdziwego skurwysyna. Ale jak każdy badboy ma swoje słabe strony. Zakochuje się w mężatce, której mąż po wyjściu z więzienia musi spłacić dług mafii. To on – bezimienny bohater wszystkim się zajmie i będzie wyznaczał swoją “sprawiedliwość”. To oskarowa, jak dla mnie, rola Goslinga, a  film wart każdej jego minuty. Bez dwóch zdań. Zainteresowani:
http://www.rp.pl/artykul/717878.html

http://www.polityka.pl/kultura/film/1519326,1,recenzja-filmu-drive-rez-nicolas-winding-refn.read

Ostatnim filmem z 2011 roku jest lekka komedyjka pt. ‘Kocha, lubi, szanuje’, gdzie Gosling nie tylko pokazuje swoje piękne ciało, ale znowu uwodzi i czaruje … swoim talentem. Historia bogatego faceta, który ubiera się w najlepszych sklepach, używa najlepszych perfum i przemieszcza się najlepszymi markami samochodów. A przede wszystkim wybiera najlepsze kobiety. Średnio dwie minuty zajmuje mu uwiedzenie kobiety, a cały czas pozostaje przy tym w pełni dżentelmenem. Tak oto żyje Jackob. Z drugiej strony pojawia się facet, któremu życie się zawaliło. Zdradziła go żona, a on postanawia ją opuścić. Szczęścia szuka w pobliskim barze. Wyglądając jednak jak nieudacznik nie ma na co liczyć. Pewnego dnia spotyka Jackoba, który daje mu propozycję, że zrobi z niego prawdziwego macho, na co ten się godzi. Niestety nie ma tyle klasy i “tego czegoś” co Jackob, ale usilnie się stara. Perypetie obu panów będą się przeplatać. Jak to zawsze bywa, Jackobowi w końcu skradnie ktoś serce i stanie się zwyczajnym, miłym facetem… To naprawdę urocza komedia w gwiazdorskiej obsadzie. Inna komedia niż te, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Polecam:
http://www.plasterlodzki.pl/fillm/recenzje-filmow/3641-kocha-lubi-szanuje-recenzja

http://www.filmweb.pl/reviews/Uwierz+w+miłość-11656

Na tę chwilę jest jeszcze jeden film z Goslingiem, który opisałam już wcześniej na blogu. W kwietniu kolejna premiera. Z niecierpliwością czekam.

Podsumowując.Ryan Thomas Gosling, 32-letni kanadyjczyk to naprawdę nie tylko boskie ciało. I przyzna mi to niejeden mężczyzna, który doceni go przede wszystkim jako aktora. Potrafi zagrać dosłownie wszystko. Uwodzi, czaruje, budzi litość, wzruszenie, chwyta za serce. Jednocześnie potrafi być grubiański i nieokrzesany. Wie jak zagrać chama. Umie być milczący, ale wygrywać mimiką. To właśnie cały urok i czar. Po prostu klasa, doskonały warsztat i  kunszt. Głos naszego pokolenia. Lata 2000-2012 to najlepsze lata w jego karierze, a filmy z jego udziałem przynoszą nie tylko kasę, ale przede wszystkim miliony fanów dobrego kina. Dlatego zachęcam do śledzenia Ryana Goslinga, myślę że jeszcze nie raz nas zaskoczy.
Filmografia dostępna na:
http://www.filmweb.pl/person/Ryan.Gosling

A nas znajdziecie na:


http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Felietony