RSS
 

Iłła- ałła!

19 paź

foto źródło: internet

Julia Rybicka

Kiedy Barak kultury zaprosił mnie na spektakl „Ćma” czułam się wyróżniona. Zupełnie niepotrzebnie. Dawno się tak w teatrze nie wynudziłam. Na szczęście zabrano mi tylko godzinę z życia.

Już tylko czekam na ataki z różnych stron na powyższe zdania. Nieczuła, gówniara, nie zrozumiała etc. Zatem odpowiadam: czuła, przed trzydziestką, no nie zrozumiałam kompletnie idei.

Teatr Bara-ku, który powstał w 2009 roku cytuję: „z potrzeby poszerzenia działalności Fundacji Barak Kultury o aktywności z dziedziny sztuk performatywnych” z pomocą miasta i dobrych ludzi, jakoś na poznańskim podwórku teatralnym funkcjonuje. Niestety nie mogę się wypowiadać o ich twórczości, poza spektaklem “Ćma”, którego świadkiem byłam w minion czwartek. Barak Kultury, który bardzo bądź co bądź szanuję za wszelkiego rodzaju, ‘perdormatywne’ działalności w naszym (smutnym kulturalnie mieście)  wymyślił mini festiwal na cześć Kazimiery Iłłakowiczówny. Pomysł świetny! Polska poetka, dramaturg, tłumaczka, która do ostatnich chwil zamieszkiwała w legendarnym już 36metrowym mieszkaniu na ulicy Gajowej w Poznaniu. Ach jak  my Poznaniacy kochamy takie historie! Lubimy słuchać o naszych wieszczach, artystach cierpiących w tym samym mieście, w którym poruszamy się do dziś. Gdzie w kamienicach starych ulic drzemie jeszcze duch poetów… Istna poezja!

Spektakl zrealizowany przez Przemysława Prasnowskiego (głównego założyciela teatru Bara-ku) powstał przy pomocy scenariusza Moniki Chudy, Doroty Słomczyńskiej i jego samego. No i teraz tak. Nie wiem czy problem polega na zaangażowaniu kiepskich aktorek i nijakiej reżyserii, czy może jednak w tekście czegoś zabrakło?

W sumie jeśli ktoś przyszedł na spektakl i nie miał pojęcia kim była Kazimiera Iłlakowiczówna, to się sporo o niej dowiedział. Mianowicie: że pisarka, nieślubna córka Barbary Iłłakowiczównej i Klemensa Zana, studowała w Oksfordzie, na Uniwerystecie Jagielońskim, sanitariuszka armii rosyjskiej, sekretarka Piłsudskiego, ale przede wszystkim wielka, podkreślam WIELKA poetka i artystka. Ale sama historia niestety to za mało.

Prosta, skromna scenografia, która skrupulatnie dobrana została do tamtej epoki. Telefon, stare biurko,szafa, łóżko, maszyna do pisania… aż zamarzyłam o maszynie do pisania i przeniosłam się wstecz…aż tu nagle Kazimiera Iłłakowiczówna (Małgorzata Walas-Antoniello) mówi “wyłączyć telefony. Nie dotykać, nie przestawiać, zachowywać się jakby was tu w ogóle nie było”. Tego niestety nie mogła wymagać od TEJ publiczności poznańskiej, gdyż telefony dzwoniły od początku aż do końca spektaklu co jakiś czas. To przecież tylko teatr…

Dziewczyna (Aleksandra Marzec-Hubka ) odczytuje nam regulamin korzystania z toalety gwarantując, że na pewno nam się przyda. Ten sam regulamin każdy z widzów miał na swoim krześle. Zrozumiałam dlaczego może mi się przydać. Chciałam ucieć do toalety przeczekać resztę spektaklu, ale usadzono mnie tak, że wyjścia nie miałam. To przykre, ale czułam się jak w pułapce.

Ale wracając do …Pisarka z wiekiem traci wzrok. Wiadomym jest, że będzie skazana na pomoc. Stąd wieczna obecność dziewczyny. Czasy poszły na przód, a ona nadal stoi w swoim pokoju, gdzie świat się zatrzymał. Dziewczyna przybrana we współczesne gadżety: słuchawki, telefon kommórkowy.

Mamy retrospekcję i piękny motyw bardzo teatralny, chociaż mnie kojarzy się z pewnym filmem Bugajewskiego. Przesłuchiwanie Iłły. Te scene mogę wymienić jako wielki I chyba jedyny atut tej sztuki. A już całkowitą paranoją I obrazą widza jest oślepianie widowni reflektorem. Ani to było madre, ani plastyczne. Tandeta!

Co mnie jednak wzruszyło to fakt, że na widowni zasiadało starsze małżeństwo. Mężczyzna był niewidomy (jak nasza pisarka), a żona tłumaczyła mu na ucho to czego nie dało się usłyszeć…

Na koniec pan reżyser stwierdził, że osoby, którym zadzwonił telefon podczas sztuki przeproszą aktorki…Szkoda, że mi nic nie zadzwoniło i nie mogłam wyjść,przepraszając siebie i wszystkich dookoła za te ciosy na duszy, które dane mi było przyjąć tamtego jesiennego wieczoru…

Jak pisała Kazimiera Iłłakowiczówna:

Niech się wszystko odnowi, odmieni…
O jesieni, jesieni, jesieni…
Niech się nocą do głębi przezroczą
 nowe gwiazdy urodzą czy stoczą,
niech się spełni, co się nieodstanie,
choćby krzywda, choćby ból bez miary,
niesłychane dla serca ofiary,
gniew czy miłość, życie czy skonanie,
niech się tylko coś prędko odmieni.
O jesieni!… jesieni!… jesieni…

Ja chcę burzy, żeby we mnie z siłą 
znowu serce gorzało i biło,
żeby życie uniosło mnie całą
 i jak trzcinę w objęciu łamało!
 Nie trzymajcie, nie wchodźcie mi w drogę,
już się tyle rozprysło wędzideł…
Ja chcę szczęścia i bólu, i skrzydeł
i tak dłużej nie mogę, nie mogę! 
Niech się wszystko odnowi, odmieni!…
O jesieni!… jesieni!… jesieni!

 

 

 

 

 

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Teatr

 

Komentowanie zostało wyłączone.