RSS
 

Archiwum - Październik, 2013

Pan tu nie stał- rzecz o Barańczaku

26 paź

 

foto źródło: http://www.teatrnowy.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=202:mister-baranczak&catid=17:spektakle-aktualne&Itemid=221&lang=pl

 

Julia Rybicka

Mister Barańczak to kolejna premiera Teatru Nowego w Poznaniu. Zabawna, przewrotna historia, która ubawiła poznańską publiczność w piątkowy wieczór. Nie wiem co ja mam państwu napisać, że mi się podobało? Że takiego teatru w tym mieście potrzeba? To słowa, które padały z ust widzów po spektaklu. Jeśli chodzi o moje odczucia, to trochę są one inne.  Rzecz się ma o Barańczaku. Wielkim pisarzu, tłumaczu, krytyku literackim no i przede wszystkim POZNANIAKU.  Och jak my lubimy kiedy możemy się w świecie kimś pochwalić.

Jerzy Satanowski postanowił w ten sposób oddać hołd autorowi. „Muzyczno-liryczne” opowieści przykładowego dnia  z życia artysty, zamieniły scenę w mini kabaret. Jeżeli ktoś lubi takie formy to powinien w tym momencie rezerwować sobie bilet i biec do teatru. Pomijam fakt, że panu reżyserowi słoń nadepnął na ucho i pojawiają się przypadki, gdy aktorka nie trafia w dźwięki i spłaszcza samogłoski, ale te kwestię zostawiam już muzykologom.

Ania Mierzwa po raz kolejny daje świetny popis wokalny przez co zjada swoich kolegów i koleżanki. Odkryciem był dla mnie Mateusz Ławrynowicz, który nie tylko potrafi  świetnie zbudować postać, ale także „po męsku”, z charyzmą, ikrą jakąś zaśpiewać. Tytułowa rola przypadła Mariuszowi Puchalskiemu, który poradził sobie z zadaniem chociaż czasem niestety nie był słyszalny. Żonę zagrała Marysia Rybarczyk.  Perła, która przytrafiła się Oksanie Hamerskiej na koniec spektaklu zasługuje na ogromne brawa. Tak wrócić na scenę (po małej przerwie) można sobie tylko wymarzyć. Jednak to Ania Mierzwa i  Mariusz Puchalski (jak dla mnie) mają najpiękniejszą scenę spektaklu. Mierzwa, która wbija publiczność w krzesła tembrem swojego głosu, tutaj półszeptem prawie, ubrana w białą sukienkę przysiada obok Puchalskiego i jakby do ucha śpiewa mu kołysankę. Ogromną siłę ma ta scena. Do tego stopnia, że zapomniałam już że mnie wkurzał czasem ten kabaret. Zbyt dużo dosłowności, teatralności w teatrze (lustra, przesuwana scena, nie wiedzieć po co komu ten dym na początku sztuki itd.). Kilka świetnych pomysłów reżysera jak przedstawienie różnych narodowości (w tym Niemki odegranej 1:1 przez Mierzwę)  i zabawa językiem poety. „Klub alkoholików” odśpiewany przez Łukaszewską, Mierzwę, Rybakowską, Hamerską z pomocą Ławrynowicza i Elisa mnie osobiście bardzo rozbawił. Prawie niezauważalną postać zagrana przez Waldemara Szczepaniaka zostawiam do przemyślenia reżyserowi.

Poezja Barańczaka sprytnie przemycona. Aktorzy nawet jakby się pomylili, to my tego nie zauważymy. Język Barańczaka jest dość hmm… specyficzny. Można go sobie połamać. Niezła lekcja dykcji dla występujących.

Wielkie brawa dla muzyków, którzy grali na żywo podczas spektaklu. Są nieodłącznym elementem tego żywego wydarzenia i na pewno zasługują na wyróżnienie.

To nie jest mój teatr, ale uśmiechnęłam się kilkakrotnie. Nie należy się jednak nastawiać tylko na zabawę. Tak zwany mądry widz wyjdzie z refleksją na ustach, a nie uśmiechem.

Poznaniacy (i nie tylko) zweryfikujcie to sami idąc do teatru. I nie przynoście cukierków do teatru, bo zęby od nich bolą, a po 18 –stej niezdrowo jeść. Pozdrawiam panie, które siedziały za mną.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Iłła- ałła!

19 paź

foto źródło: internet

Julia Rybicka

Kiedy Barak kultury zaprosił mnie na spektakl „Ćma” czułam się wyróżniona. Zupełnie niepotrzebnie. Dawno się tak w teatrze nie wynudziłam. Na szczęście zabrano mi tylko godzinę z życia.

Już tylko czekam na ataki z różnych stron na powyższe zdania. Nieczuła, gówniara, nie zrozumiała etc. Zatem odpowiadam: czuła, przed trzydziestką, no nie zrozumiałam kompletnie idei.

Teatr Bara-ku, który powstał w 2009 roku cytuję: „z potrzeby poszerzenia działalności Fundacji Barak Kultury o aktywności z dziedziny sztuk performatywnych” z pomocą miasta i dobrych ludzi, jakoś na poznańskim podwórku teatralnym funkcjonuje. Niestety nie mogę się wypowiadać o ich twórczości, poza spektaklem “Ćma”, którego świadkiem byłam w minion czwartek. Barak Kultury, który bardzo bądź co bądź szanuję za wszelkiego rodzaju, ‘perdormatywne’ działalności w naszym (smutnym kulturalnie mieście)  wymyślił mini festiwal na cześć Kazimiery Iłłakowiczówny. Pomysł świetny! Polska poetka, dramaturg, tłumaczka, która do ostatnich chwil zamieszkiwała w legendarnym już 36metrowym mieszkaniu na ulicy Gajowej w Poznaniu. Ach jak  my Poznaniacy kochamy takie historie! Lubimy słuchać o naszych wieszczach, artystach cierpiących w tym samym mieście, w którym poruszamy się do dziś. Gdzie w kamienicach starych ulic drzemie jeszcze duch poetów… Istna poezja!

Spektakl zrealizowany przez Przemysława Prasnowskiego (głównego założyciela teatru Bara-ku) powstał przy pomocy scenariusza Moniki Chudy, Doroty Słomczyńskiej i jego samego. No i teraz tak. Nie wiem czy problem polega na zaangażowaniu kiepskich aktorek i nijakiej reżyserii, czy może jednak w tekście czegoś zabrakło?

W sumie jeśli ktoś przyszedł na spektakl i nie miał pojęcia kim była Kazimiera Iłlakowiczówna, to się sporo o niej dowiedział. Mianowicie: że pisarka, nieślubna córka Barbary Iłłakowiczównej i Klemensa Zana, studowała w Oksfordzie, na Uniwerystecie Jagielońskim, sanitariuszka armii rosyjskiej, sekretarka Piłsudskiego, ale przede wszystkim wielka, podkreślam WIELKA poetka i artystka. Ale sama historia niestety to za mało.

Prosta, skromna scenografia, która skrupulatnie dobrana została do tamtej epoki. Telefon, stare biurko,szafa, łóżko, maszyna do pisania… aż zamarzyłam o maszynie do pisania i przeniosłam się wstecz…aż tu nagle Kazimiera Iłłakowiczówna (Małgorzata Walas-Antoniello) mówi “wyłączyć telefony. Nie dotykać, nie przestawiać, zachowywać się jakby was tu w ogóle nie było”. Tego niestety nie mogła wymagać od TEJ publiczności poznańskiej, gdyż telefony dzwoniły od początku aż do końca spektaklu co jakiś czas. To przecież tylko teatr…

Dziewczyna (Aleksandra Marzec-Hubka ) odczytuje nam regulamin korzystania z toalety gwarantując, że na pewno nam się przyda. Ten sam regulamin każdy z widzów miał na swoim krześle. Zrozumiałam dlaczego może mi się przydać. Chciałam ucieć do toalety przeczekać resztę spektaklu, ale usadzono mnie tak, że wyjścia nie miałam. To przykre, ale czułam się jak w pułapce.

Ale wracając do …Pisarka z wiekiem traci wzrok. Wiadomym jest, że będzie skazana na pomoc. Stąd wieczna obecność dziewczyny. Czasy poszły na przód, a ona nadal stoi w swoim pokoju, gdzie świat się zatrzymał. Dziewczyna przybrana we współczesne gadżety: słuchawki, telefon kommórkowy.

Mamy retrospekcję i piękny motyw bardzo teatralny, chociaż mnie kojarzy się z pewnym filmem Bugajewskiego. Przesłuchiwanie Iłły. Te scene mogę wymienić jako wielki I chyba jedyny atut tej sztuki. A już całkowitą paranoją I obrazą widza jest oślepianie widowni reflektorem. Ani to było madre, ani plastyczne. Tandeta!

Co mnie jednak wzruszyło to fakt, że na widowni zasiadało starsze małżeństwo. Mężczyzna był niewidomy (jak nasza pisarka), a żona tłumaczyła mu na ucho to czego nie dało się usłyszeć…

Na koniec pan reżyser stwierdził, że osoby, którym zadzwonił telefon podczas sztuki przeproszą aktorki…Szkoda, że mi nic nie zadzwoniło i nie mogłam wyjść,przepraszając siebie i wszystkich dookoła za te ciosy na duszy, które dane mi było przyjąć tamtego jesiennego wieczoru…

Jak pisała Kazimiera Iłłakowiczówna:

Niech się wszystko odnowi, odmieni…
O jesieni, jesieni, jesieni…
Niech się nocą do głębi przezroczą
 nowe gwiazdy urodzą czy stoczą,
niech się spełni, co się nieodstanie,
choćby krzywda, choćby ból bez miary,
niesłychane dla serca ofiary,
gniew czy miłość, życie czy skonanie,
niech się tylko coś prędko odmieni.
O jesieni!… jesieni!… jesieni…

Ja chcę burzy, żeby we mnie z siłą 
znowu serce gorzało i biło,
żeby życie uniosło mnie całą
 i jak trzcinę w objęciu łamało!
 Nie trzymajcie, nie wchodźcie mi w drogę,
już się tyle rozprysło wędzideł…
Ja chcę szczęścia i bólu, i skrzydeł
i tak dłużej nie mogę, nie mogę! 
Niech się wszystko odnowi, odmieni!…
O jesieni!… jesieni!… jesieni!

 

 

 

 

 

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Recenzje zabijają prawdziwego ducha teatru

09 paź

zdjęcie: www.teatrkwadrat.pl

Julia Rybicka

„Recenzje zabijają prawdziwego ducha teatru” pada zdanie w spektaklu „To tylko sztuka” . Jak tu pisząc mam się do tego odnieść?

Zaproszona przez jednego z aktorów Teatru Kwadrat przyjechałam do Warszawy na spektakl, który miał premierę w czerwcu. Pomyślałam, że to dobrze, bo już trochę czasu minęło i aktorzy czują się zapewne swobodniej i pewnie.  Przemiło przywitana przez ekipę techniczną i całą obsługę teatru zasiadłam wygodnie w pierwszych rzędach. I powinno być tak jak na Broadwayu- po południu premiera, wieczorem recenzja…

Sztuka opowiada o sztuce, najprościej rzecz ujmując. Producentka Julia Budder (Ewa Wencel) wyprodukowała sztukę „Złote jaja” , która nie odniosła sukcesu. Napisana przez zapomnianego już dramaturga Petera Austin’a (Grzegorz Wons), wyreżyserowana przez prawdziwego artystę Fanka Finger’a (Andrzej Andrzejewski)  czeka na recenzję. Kiedy w końcu się pojawiają chciałoby się powiedzieć, że lepiej byłoby sprawę przemilczeć.

Wszystko dzieje się w realiach Stanów Zjednoczonych czyli piękni i bogaci obywatele świata w szołbiznesie. Tekst odczytywany może być dość uniwersalnie, ale w polskich realiach bałabym się to umieszczać. Reżyser Bartłomiej Wyszomirski dzięki opatrzności tego nie zrobił. Niestety dla Polaków ten tekst jest nie tyle co nie zrozumiały, co pewne schematy i „teksty” same w sobie nie wybrzmiewają jak powinny. Dlatego śmiałam się w innych momentach niż publiczność. Zapewne dla ludzi z branży, albo pasjonatów teatru gra słów, która ma miejsce w tekście i odnoszenia do typowego słownika, żargonu wręcz teatralnego są wychwytywane. Po publiczności, która zjawiła się w teatrze, nie do końca. Standardowy już zabieg, o którym pisałam wielokrotnie, który bawi naszą widownię to przekleństwa. A Andrzej Nejman przetłumaczył sztukę tak, że dość często padają słowa „Kurwa, spierdalaj, ja pierdole”. No i ok, jest to wytłumaczalne, ale żeby od razu pękać ze śmiechu?

Nie jestem fanką tak zwanego „tekturowego” teatru, gdzie (jeśli chodzi o Teatr Kwadrat to świetnie zazwyczaj zbudowana scenografia).

Ścianka, kanapa, drzwi, lampa wio to jest tekturowy teatr.  I teraz na tej przestrzeni kilku aktorów przyjdzie i będzie odgrywało role. Jednakże nie mówię, że ten teatr potępiam, bo miejsce w teatrze znajdzie się dla każdego rodzaju publiczności. Po ciężkiej podróży chętnie zasiadłam na komedyjkę w warszawskim teatrze. Niestety śmieszyło mnie co innego niż pozostałą część widowni.

Już nawet pomijając to, że mieszkałam w Stanach, z literatury i filmów wiem dokładnie jak funkcjonuje świat teatru w Nowym Yorku i jak wielką moc mają słowa recenzenta. Jeżeli pan piszący po odbiorze sztuki napisze, że sztuka była zła, to tytuł jeszcze tego samego dnia schodzi z afisza. Trudno więc dziwić się producentom teatralnym, że tak wielką wagę przywiązują do recenzji np. Z New York Timesa. W Polsce recenzja znaczy tyle co nic. Ja to dziś napiszę, kilka godzin popełza to po sieci, a później zginie gdzieś wśród miliona innych recenzji. Pisanie dla pisania, l’arte per l’arte. Dla mnie była to niesamowita lekcja. Po raz kolejny utwierdziłam się w tym, że zawód krytyka literackiego w Polsce znaczy tyle co nic, zaś na Zachodzie to krytyk jest najważniejszy.

W spektaklu padają słowa „krytycy do piwnicy” albo teoria, że  „ teatr to eleganckie miejsce, gdzie eleganccy ludzie mówią elegancko”, „w teatrze wszyscy są ważni, wszyscy są równi”. Kiedy się tego słucha to ma się wrażenie, że to jakaś modlitwa albo życzenia składane do Św. Mikołaja, bo tak NIE jest. Na całym świecie nie ma równości w teatrze, a co do elegancji to ostatnio daleko nam do niej…

Nie chcę, żebyście się państwo zniechęcali, bo sztuka momentami bawi do łez. Przekomiczna postać aktorki Virgini Noyes (genialna Ewa Kasprzyk) przeklina, ćpa i rzuca hasła w stylu “Słodzik to gówno, może człowieka zabić” naprawdę mnie rozbawiły. Nie wspomnę, że pani Ewa uroczo myląc się w tekście ( “za młoda na kochankę, za stara na matkę”) rozbawiła siebie i cała widownię.

Mała rola, ale naprawdę bardzo zabawna przypadła Marcinowi Kwaśnemu, który zagrał aktora poszukującego roli na wielkiej scenie. Kwaśny mimo, iż zjawiał się na chwilę na scenie,  powodował uśmiechy nie tylko wśród kobiet. Na pewno miał „perełki” w tekście, które gdzieś ubiły mi się z tyłu głowy. Z małych ról warto docenić panią taksówkarkę, w tej roli równie zabawna Lucyna Malec. Paweł Wawrzecki czyli James Wicker, który zrezygnował ze spektaklu “brodłejowskiego”, żeby zagrać w serialu, to postać która pojawia się od początku i zostaje z nami do końca. I mimo, iż cenię pana Pawła za niezwykły talent aktorski i zwalał niekiedy z nóg, to jego rola przerodziła się w istną groteskę, co spowodowało, że przeginał momentami. Zabawni oczywiście bywali (nie byli, bywali )Grzegorz Wons i Andrzej Szopa, ale bywanie to za mało.

Ewa Wencel to moja faworytka. Jako pani producent stworzyła rolę na miarę Amerykanów.

Ogromny talent i warsztat świetnych polskich aktorów to niestety za mało. Mimo ogromnej pracy, ilości tekstów etc znowu czegoś mi w teatrze zabrakło. I nie chodzi o to, że spodziewałam się “Szalonych nożyczek” czy “Mayday’a” , bo ten rodzaj humoru różni się od tak zwanych popularnych sztuk komediowych. Być może jest to kwestia tego, że cały “bajer” polegał w samym tekście, a tutaj został on momentami przegadany i przegrany.Tłumaczenie tekstu też nie jest 1:1, bo to byłoby niemożliwe i dla polskiej publiczności niezrozumiałe. Może jakbym zobaczyła te sztukę na Broadwayu to wyszłabym pełna podziwu. Tymczasem wyszłam uśmiechnięta, ale nie rozbawiona i trochę zawiedziona, bo chyba nie tego się spodziewałam.

No,ale dziś jest nowy dzień. W końcu to była “tylko sztuka”… Sami sprawdźcie czy zabawna.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Kobiety niestałe, a kino drogie czyli Szczaw i frytki

06 paź

zdjęcie pochodzi ze strony: https://www.facebook.com/SzczawFrytkiTeatr?fref=ts

Julia Rybicka

Jeszcze przed pójściem do Teatru Polskiego w Poznaniu na premierę „Szczawiu, frytek”  zastanawiałam się czy będę o tym pisać. Podejrzewana o konszachty z aktorami postanowiłam oddać panom należyty im szacunek i napisać. Jeśli napiszę dobrze- będzie, że ci „oni” mieli rację, jeśli źle oznaczać będzie, że robię komuś na złość, a jak nic nie napiszę to nazwą mnie tchórzem. Tego mi akurat zarzucić nie można.

To pierwsza premiera w Teatrze Polskim i cieszę się, że tak udana. Węgierska sztuka Zoltána Egressyego w naszym teatrze wybrzmiała bardzo świeżo. Nie ważne jest w jakim kraju dzieje się akcja, temat jest uniwersalny i aktualny. Piłka nożna to wciąż ulubiony sport Polaków. Nie wiedzieć dlaczego. Nie jesteśmy w nim ani wybitnie dobrzy, ani znani na świecie. Tak czy siak jest to narodowy sport i od tego odciąć się nie można. A szkoda. Jako szanująca się kobieta nie mam pojęcia (mimo wielu starań kolegów) czym jest spalony.Mimo tego wybrałam się na premierowy pokaz spektaklu.

Reżyserii podjął się jeden z aktorów teatru- Piotr Kaźmierczak, który w spektaklu gra jedną z ról. Pełna obaw, nauczona doświadczeniem czułam się niepewnie. Niewielu, naprawdę niewielu zdarza się godnie spełnić i udźwignąć  funkcję zarówno aktora jak i reżysera. Kaźmierczak podołał zadaniu. Za co wielki ukłon w jego stronę.

Sztuka opowiada o trzech sędziach: głównym (Mariusz Adamski) i dwóch liniowych (Piotr Kaźmierczak, Jakub Papuga). Trzech (wydawać by się mogło ) zwykłych facetów ma zaraz mecz do rozegrania. Zanim to się jednak stanie dowiemy się czegoś o nich samych. Wśród nich Sędzia liniowy numer dwa przydomek Artysta, romantyk piszący limeryki, alkoholik ubolewa nad utraconą miłością Marianną, która jedyna potrafiła tak dobrze przyrządzić szczaw z frytkami. W tej roli nieoceniony i genialny wręcz Jakub Papuga, który bawi do łez, ale momentami także chwyta za serce  wzruszając. Z jego usta pada tekst, który na sali wywołuje salwy śmiechu: “Andrzej jak nie wiesz co było na boisku, to gwiżdżesz dla gospodarzy (…) po co cie mają jebać jak mogą ci bić brawo”. Sędzia liniowy numer jeden (Piotr Kaźmierczak)  pseudonim Mydło, śliski, lizus, bez swojego zdania, zakompleksiony, narzekający na brak dobrej pozycji i kasy, którego nie stać nawet na zaplombowanie zęba. I trzeci Sędzia główny (Mariusz Adamski) Andrzej zwany Smutnym. Młody, pełen werwy, marzy mu się bycie artystą gwizdka no i UEFA.

To nie tylko zwykła rozmowa trzech sędziów w szatni przed meczem. Z ich opowieści nie tylko dowiadujemy się czym ten piłkarski świat pachnie ( a raczej śmierdzi), ale to ogólnie rzec ujmując to sztuka o życiu. Banalne, ale prawdziwe. Panowie wygłaszają mowy, w których padają hasła, że kobieta jest niestała i nie jest to jej winą. Że kino podrożało, a jedyną rzeczą w życiu wieczną i stałą są mosty…

Aktorstwo pierwszoligowe. Nie ma tutaj gwiazdy, cała trójka panów gra równo. Każdy po swojemu, od początku konsekwentnie trzyma swoją postać w garści.

Świetna choreografia, która imituje bieganie po boisku, rozgrzewki sędziów i piłkarzy, a także samo wejście i wyjście z boiska. Toszto jest istny spektakl taki tam mecz piłkarski. Precyzyzjnie pokazanie jak wyciągnąć kartę z kieszeni, jak pokazać spalonego, wszystko to w najdrobniejszych szczegółach opracowane do perfekcji. Odnośniki do współczesnej POLSKIEJ piłki nożnej (bo warto powiedzieć, że sztuka węgierska, ale także z 98 roku). Okazuje się, że niewiele się zmieniło w tej kwestii. To co poznaniaków mogło ucieszyć to odniesienie (minimalne, bo muzyczne głównie) do poznańskiego KOLEJORZA (drużyny Lech Poznań).

Z klasą, bez tandety, bez przesady, umiarkowane, śmieszne, życiowe, prawdziwe po prostu przedstawienie, które odczytywać można na wielu płaszczyznach. Cieszę się, że Teatr Polski zafundował mi w ten niedzielny wieczór na kolację szczaw i frytki. Jak skomentowała to starsza pani wychodząc z widowni “to trzeba dużo talentu”… I tego tutaj na pewno nie zabrakło.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr