RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2013

Animator na półmetku

17 lip

(zdjęcie pochodzi ze strony: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10151683348743221&set=oa.140632926142363&type=1&theater”

 

Julia Rybicka

 W Poznaniu już po raz 6 odbywa się właśnie Międzynarodowy Festiwal Filmów Animowanych Animator pod dyrekcją Wojciecha Juszczaka i Filipa Kozłowskiego. Przy tej okazji miasto znowu odwiedziły tłumy zza granicy, a nawet zza oceanu. To miasto żyje! I ma się dobrze! Dzieje się w Poznaniu, oj dzieje. Jednocześnie kończy się właśnie Festiwal Malta zatem Animator wbił się idealnie w czas. Publiczność maltańska ma szansę załapać się na kilka pomysłów Animatora. W programie Marcin Giżycki pisze:

„Ambicją Animatora było, jest i będzie umożliwianie zapoznania się polskiemu widzowi z tym, co w światowej animacji artystycznej najważniejsze, a zagranicznym gościom ( a także młodszej publiczności) z najwartościowszymi osiągnięciami polskiej animacji”.

I tak też się stało/ dzieje. Trwa właśnie 5 dzień Animatora. Zasiadam w okolicach poznańskiego Zamku w kawiarence „Tośka”, która mieści się z tyłu Opery i czekam na kolejne seanse, warsztaty. Jeśli chodzi o te ostatnie to nie można powiedzieć, że żywo w nich uczestniczę, ale staram się przyglądać. Wypadają naprawdę bardzo dobrze i profesjonalnie, a uczestnicy wychodzą zadowoleni. Jeszcze nie miałam okazji wysłuchać koncertów, które odbywają się w Pawilonach Nowej Gazowni, ale mam to w planach. Szkoda, że tak mało osób uczestniczy w kinie o północy. Pomysł uważam za świetny, chociaż sama padam z nóg po całym dniu bieganiny po festiwalu. Kocham lato w tym mieście! Gdzie się nie odwrócę idą ludki z torebkami „Animatora”. Ach życie jest piękne…

Podzielę się z państwem tym co na mnie zrobiło wrażenie. Akredytację na Festiwal dostałam w ostatniej chwili co bardzo mnie ucieszyło, bo straciłam już wszelką nadzieję. A tu bang! Mail od niejakiej pani Joanny z przyznaniem. Odwiedziłam biuro festiwalowe, które mieści się w Nowej Gazowni. Szybko, miło i przyjemnie. Wystartowałam wieczornym seansem. Kino Muza zaludnione po brzegi. Goście, praca, młodzi ludzie w kolejce po bilet- ach niech żyje festiwalowe życie. Na początek obejrzałam pierwszy przegląd konkursowy krótkometrażowych filmów animowanych: „The Siver Wedding”, Yoram Gross’a z Australii; „Katachi” Kijek/ Adamski Polsko- Japońskiej koprodukcji; „Bendito Machine IV”, Jossie Mallis’a z Hiszpani; „Lost and Found”, Joan C. Gratz’a z USA; „Hanen tilanne (When One Stops), Jenni Rahkonen’a z Finlandii; „Hoffili (Berber wedding)”, Lotfi Mahfoundh’a z Tunezji; „Reality 2.0”, Victor Orozco Ramirez’a, Niemcy/Meksyk; „It’s Good Life”, Sharon Katz z Kanady; „Vie et mort de l’illustre Grigori Efimovitch Respoutine”, Celine Devaux’a z Francji; „Ex Animo”, Wojciecha Wojtkowskiego z Polski”.

Bardzo różnorodny repertuar. Każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Co mnie jednak najbardziej zainteresowało to dwie pozycje. Pierwsza to hiszpańska historia niezwykłego animatora Jossie Mallis’a. Jego bohater odbywa podróż poprzez lądy, oceany, powietrze. Po drodze napotyka wiele przeszkód, ale także przygód. Prosta, a jakże pięknie pokazana historia. Drugą pozycję, którą bym nagrodziła w ogóle to tunezyjska opowieść o weselu pewnego fryzjera pt. „Hoffili (Berber wedding)” Lofti Mahfoudh’a. Fantastyczna moim zdaniem zabawna, komiksowa, z „jajem”, charyzmą i przede wszystkim konsekwentna.

Trzeciego dnia festiwalu zobaczyłam pełnometrażowy film „Ból i współczucie” brytyjskiego twórcy Phil’a Mulloy. Jest to ponoć trzecia część opowieści o Panu Christie. Nie widziałam poprzednich, ale ta po prostu skradła moje serce. Pokaz odbył się o godzinie 14 w Kinie Muza, gdzie trudno było znaleźć miejsce, tylu widzów zawitało do kina. I słusznie. Film rozpoczynają …napisy końcowe? Co jest grane, myślę. Świetna konwencja. Zacząć wszystko od końca. Grupa ludzi, (gadające, animowane głowy) w niezwykle dowcipny sposób opowiadać będą historię zamknięcia ich w pewnej przestrzeni, poszukiwać będą kim są tak naprawdę, gdy tymczasem dochodzić będzie do morderstw… a morderca znajduję się na ulicach Londynu. Osiemdziesiąt minut zabawnej i mądrej opowieści o tym jak zachowuje się człowiek w ekstremalnych sytuacjach, czy oby na pewno wiemy kim jesteśmy. Z morałem, który w ostatnich minutach uderza w widza tak, że kino Muza opuszczają już inni ludzie niż do niego weszli.

Kilka godzin później w tym samym kinie wybrałam się na pokaz filmów John’a R. Dilworth’a znanego z cyklu filmów o „Psie Chojraku”. I to był strzał w dziesiątkę. Dawno się tak nie naśmiałam. Wybitny animator, który tworzy dla Cartoon Network pokazał swoje przeróżne filmy. Pokaz rozpoczął się filmem „The Dirty Birdy”, który wprawił publiczność w salwy śmiechu, a mnie osobiście aż do łez. Naprawdę dawno się tak nie ubawiłam. Kolejno obejrzeliśmy: „Chicken from outer space”, „Hector, the get-over cat”, „Noodles and need”, „The Mousochist”. Dwie ostatnie pozycje to biograficzne historie z życia samego autora. Pierwsza opowiada o jego wkurzającym kocie, a druga o fetyszu twórcy do żółtego sera. A wiem to wszystko, bo ten abstrakcyjny i irracjonalny artysta poprzedzał projekcje krótkim wprowadzeniem w postaci performancu przebierając się np. w strój kosmiczny, tudzież wyciągał publiczność z widowni do pomocy. Wszystko to nadawało rytmu i elementów zaskoczenia. Kolejny film okazał się wzruszający. „Life in transition”. Luźne przemyślenia autora na temat tragedii z 11 września i w poetycki sposób analiza życia i ludzkich wartości. Następnie mieliśmy okazję zobaczyć krótki erotyk „ The return of sergeant pecker”, a na końcu historię współczesnych ideałów i prawdziwej miłości do… telefonu komórkowego „Rinky Dink”. Pokazwszystkich filmów uważam za najlepszy do tej pory. Dodatkowo należy dodać, że autor po odbytym spotkaniu z publicznością chętnie udzielał odpowiedzi na nurtujące nas pytania, rysował i pozwolił robić sobie zdjęcia. Następnego dnia odbył się kolejny pokaz jego filmów, ponoć równie udany.

Nie zapomniałam o małych widzach. W Nowym Kinie Pałacowym w Zamku wybrałam się czwartego dnia na „Pinokia” we włoskiej odsłonie „Enzo D’Alo”. Historii Pinokia nie muszę streszczać dla państwa, bo każdy zna ją zapewne z dzieciństwa”. Salę po brzegi (dosłownie) zapełniła bardzo młoda publiczność w towarzystwie rodziców i opiekunów. Na początku troszkę hałaśliwi umilkli po zgaszeniu świateł. Film był dubbingowany w języku angielskim, ale młodym widzom całość czytał polski lektor o ciepłym i miłym dla ucha głosie. Jako 28 letnia kobitka śmiałam się z dzieciakami i wzruszyłam słysząc tekst „Kiedy człowiek płacze to znaczy, że staje się lepszy”. Brawa dla twórców bajki, która przypomniała mi, że w każdy tkwi dziecko i nie warto dorastać zbyt szybko.

Tak mija mi właśnie półmetek. Za chwilę biegnę na kolejne projekcje, za 2 dni przecież skończy się Festiwal i czekać będziemy musieli do następnego roku…

 
 

Papuga-Papaj

16 lip

 

 Julia Rybicka

Kuba Papuga zwany Papajem. Spotkaliśmy się pod koniec kwietnia. Dlaczego zwlekałam z tym wywiadem tak długo? Bo to była najdłuższa rozmowa z aktorem jaką zdarzyło mi się prowadzić. Bardzo miła, zabawna, ale chaotyczna i czasem zbyt prywatna, żeby się nią dzielić. Kuba jest związany z teatrem Polskim w Poznaniu od 2000 roku. Jego słynne role to spektakle: „Córki King Konga”, „Zwał”, „Śmierć Pracownika”, „Mistrz i Małgorzata”. Osobiście kojarzy mi się zawsze z anegdotkami, które opowiada przy papierosie podczas przerw w spektaklach. Po wywiadzie powiedział: tak jechałem do ciebie i zastanawiałem się, co ja ci powiem? I jakoś to poszło…

 

FiT-steria:

Przeczytałam taki wywiad, że kochasz swoją pracę i pytano Cię jaki masz patent na swoje aktorstwo, jak się przygotowujesz do roli…No to ja o to nie zapytam.

Jakub Papuga:

Widzisz to się zmienia. Jak powiedziałaś, że „kocham” to sformułowanie zabrzmiało dziwnie. To jest takie małżeństwo po latach. Mówi się, że aktorstwo jest pasją, bo inaczej bym przecież tego nie wykonywał. No tak, to prawda. Dla pieniędzy? Teatr? Zapomnij! Tylko z pasji. Ale to takie małżeństwo. W tej chwili jest bardzo burzliwe i chemiczne. To jest tak, że czasem się nienawidzimy, a czasem nie potrafimy bez siebie żyć. Nie wyobrażam sobie, żeby się rozstać.

Czasem nienawidzę.

FiT:

Ale kiedy czasem?

J.P:

Z wiekiem człowiek zaczyna mieć dystans i zaczyna trochę z innej perspektywy na pewne rzeczy patrzeć. Pewne rzeczy zaczynają uwierać. Wtedy trzeba je przetrwać, zacząć je tolerować. Trzymać te ścieżkę, którą sobie wymyśliłem i nie zboczyć z tego kursu. Kiedyś było łatwiej. Z roli na rolę się przechodziło i się nie zastanawiało. Rzucałem się w wir roboty, czasy były inne. W tej chwili jest inaczej, jest kwestia wyboru czy robisz rzeczy poza teatrem, które przynoszą pieniążki czy robić w teatrze. Najlepiej byłoby to połączyć, ale to jest niemożliwe. Ideały…Jak człowiek patrzy na te ideały, które były kiedyś…

Z aktorstwem jest tak jak w życiu. Nie wszystko jest piękne. Dlatego przyrównuję ten zawód do małżeństwa. Poznajemy się i widzimy też swoje wady. I teraz jest pytanie czy tolerujemy je czy potrafimy żyć z nimi dalej? Myślę, że póki co ja toleruję. Dla mnie ideały się nie zmieniły, tylko rzeczywistość się zmieniła. To jest coś czego już nie tłumaczę studentom, bo to jak rozmawianie ze ślepym o kolorach. Ciężko jest uczyć młodych ludzi. I nie mówię tylko o wsadzaniu do głowy pewnych ideałów, które mi moi profesorowie wkładali ( o co ich nie obwiniam). Ten kult teatru się trochę zmienił. Dlatego ja nie widzę siebie wkładającego w głowę tym młodym ludziom, że to jest piękny i cudowny zawód, bo w zderzeniu z rzeczywistością spotka ich niemiła niespodzianka. Kiedy student mówi, że ma do wyboru prawo, ale aktorstwo go kusi to mówię: zastanów się. Wszyscy widzą tylko to, jak wychodzimy na scenę, a tego wszystkiego poza już nie. I nikt nie jest w stanie wejść w nasze buty. Dlatego czasem staram się im to uświadomić i wtedy mam sumienie czyste.

FiT:

Ale nie odciągasz ich od zawodu. Jeżeli ktoś chce iść tą drogą?

J.P:

Prowadzę jedne zajęcia na tak zwaną „czarną chmurę” to znaczy w jednych zajęciach wywalam wszystkie negatywy jakie mogą ich spotkać. Po to, żeby przez te jedne zajęcia, na moment nimi wstrząsnąć, by mieli czas na przemyślenie sobie pewnych rzeczy. Oczywiście mija tydzień i oni zapominają. Uważam niemniej, że powinienem coś takiego zrobić, żeby gdzieś tam w środku to było. I to jest dla nich. Wiesz, uczysz się przez 4 lata katujesz głowę, ciało. Rezygnujesz z wielu rzeczy, które dla innych studentów są dostępne jak np. życie towarzyskie. Tutaj jesteś zamknięta, życie teatralne kończy się na szkole teatralnej. Nie masz czasu na żadne inne rzeczy. Jeżeli po 4 latach ciężkiej pracy człowiek uczy się, a  później prowadzi grupę teatralną w przedszkolu, to pytanie po co było tyle wiedzy i wysiłku?

FiT:

To jeszcze jest okej

J.P:

Tak to jeszcze jest ok. Gorzej jak np. prowadzi bankiety dla korporacji. Wiele osób też rzuca ten zawód i robi coś zupełnie innego. Takich przykładów jest na pęczki. To wcale nie jest tak, że jak się dostajesz do szkoły teatralnej to się chwyciło Pana Boga za nogi, bo tak nie jest. Tego czerwonego dywanu nie będzie na koniec, to o niczym nie świadczy. Widziałem to po swoich kolegach jak kończyli szkołę, a później sam to przeszedłem. To, że trafiłem tutaj razem z Michałem Kaletą i Ewą Szumską to też był jakby przypadek.

FiT:

Ktoś Cię wypatrzył?

J.P:

To jest taka historia …dziwna. Jeden wielki zbieg okoliczności. Dowiedziałem się będąc na studiach na 3 roku, że Przemek Wojcieszek (ro było nazwisko no-name), studiował dziennikarstwo, zapatrzony w historię Tarantino wymyślił, że nakręci film. Zaangażował wszystkie swoje oszczędności, zdobył też od Canal Plus. Za mega śmieszne pieniądze robił ten film. Produkcja wyglądała tak:  6 nocy i wszyscy pracowali za free. Sprzęt był zapłacony i obiekt. „Zabij ich wszystkich”. To, że to się udało to naprawdę szok. Tam wszystko szło na przekór. Łącznie z tym, że główna bohaterka się struła. Była taka tablica, gdzie było napisane jakie jeszcze są ujęcia do nakręcenia. I nagle się okazało, że ta tablica zaroiła się „spadami” z poprzedniego dnia i tego było coraz więcej i coraz więcej. I nagle robimy scenę palenia marihuany i Sylwia (główna bohaterka) wzięła duży mach jakiegoś tam tytoniu (  a że była krótko po zatruciu gazem) i wylądowała w szpitalu. Przemek (reżyser) stwierdził, że to już jest koniec. Nie zrobimy tego filmu. Ja mu powiedziałem, że mu „wpierd***” i skończy ten film. No i mu „wpier***” i skończył. Ostatni dzień zdjęciowy trwał 21 godzin. Wychodziłem jak wampir stamtąd. Ale z Przemkiem mieliśmy nadal kontakt, bo się zakumplowaliśmy. I tak na 4 roku ja już wiedziałem, że nikt po nas nie przyjdzie. Wrocławską szkołą aktorską się nikt nie zainteresuje. Wiedzieliśmy, że będzie Festiwal Szkół Teatralnych, nie wiedzieliśmy że w tamtym okresie mało który dyrektor w ogóle przyjeżdża. Jedyne co mieliśmy zagwarantowane to takie Teatry jak Wola Zaradzyńska, Chechło, Okup Mały.No, ale wiadomo że nikt się tam nie widział. Blady strach padł na cały rok. JA miałem takie 3 nieprzespane noce myśląc co ja będę potem robił. Wymyśliłem sobie, że dam sobie takie 3 lata. Nie ważne, czy się teraz coś zdarzy czy nie. Pojadę do Warszawy, popróbuję jeżeli nie, to coś zmienię. I akurat rozmawiałem tego  dnia z Przemkiem. Opowiedziałem o obawach, a on powiedział, że jest takich dwóch facetów Paweł Łysak i Paweł Wodziński, którzy zajmują się teraz Teatrem w Poznaniu. I oni chcą ode mnie ten scenariusz filmu „Zabij ich wszystkich” kupić, żeby go zrealizować na deskach. Zbierają taką młodą ekipę i chcą współczesny teatr robić weź zadzwoń do nich. Może przyjadą na Twój dyplom. Przyjechali. Wówczas wybrali naszą trójkę: mnie, Kaletę i Szumską. My oczywiście się zgodziliśmy. I tak tu trafiłem…przypadkiem.

FiT:

Nie powiesz mi, żeby nie spróbować gdzie indziej? Jak już byłeś w Polskim?

J.P:

Nie, bo się okazało że jak ja trafiłem tutaj nie miałem bladego pojęcia z tym teatrem współczesnym. Jak to ma wyglądać. Po czym okazało się, że jak chłopaki mnie wciągnęli w wir roboty, że przeskakiwałem z premiery w premierę. Niedawno zmarła Sidonia Błasińska, którą bardzo serdecznie wspominam ze spektaklu „Córki Kin Konga i pamiętam, że siedziałem przed którymś spektaklem i Sidonia mnie pyta „co ty synek taki zmarnowany jesteś?” „no wiesz Doniu, rano mam próbę jedną do spektaklu, potem próba, potem gramy „Księcia niezłomnego” i wrócę na koniec jakieś tam próby. Ważyłem wtedy 65 kilo, nie było kiedy jeść. Ona wtedy tak patrzy na mnie i mówi: kurdę jak Ty przejdziesz 3 zawały serca, operacje na otwartym sercu, ciężki alkoholizm, raka to wtedy będziesz się cieszył dniem. I ja to bardzo zapamiętałem, bo miała rację. Odpowiadając na twoje pytanie- nie było czasu o tym myśleć. Była taka sytuacja, że pojechałem do Warszawy na casting i doszedłem do jego finału. To był pewien znany wtedy serial i pewna znana pani wyszła z pokoju castingowego i powiedziała; no to jesteśmy. A ja mówię jak jesteśmy? Wie pani ja za bardzo nie wiem kiedy są zdjęcia, a ja mam tu premierę. A ona to na: no to proste, zrezygnujesz z premiery. Powiedziałem, że niestety nie, bo mam jedną, drugą, trzecią premierę. Nie miałem potrzeby, żeby zmieniać teatr. Dużo fajnej roboty, ról, które mi odpowiadały. Wiedziałem też, że w tym teatrze dzieje się jakaś rewolucja. Nagle wszyscy w Polsce mówią, czy dobrze czy źle, ale mówią. Nie widziałem powodu, żeby zmieniać okręt.

FiT:

No dobrze Kuba, ale tutaj później się różnie działo i nadal dzieje. Jest dość klasyczny repertuar, a raczej był, bo to się też zmienia. Publiczność jest specyficzna i jeszcze macie lidera w zespole. Ale są nowi, młodzi reżyserzy, macie Metafory Rzeczywistości…

J.P:

To jest bardziej pytanie dla Pawła. Mnie pozostaje ustosunkować się do roli. Nad efektem finalnym pracują wszyscy. Ja jedynie co mogę to wziąć odpowiedzialność nad wpływem mojej roli, ale to reżyser bierze odpowiedzialność za całość. To jest chyba dla aktora najbardziej niewdzięczna, ale jednocześnie wygodna rola, bo to nie ty bierzesz za całość odpowiedzialność. Niewdzięczna dlatego, że nikt cię nie pyta czy ty chcesz, czy nie chcesz.

FiT:

Masz prawo odmówić w sezonie jedną rolę

J.P:

Tak mam, ale ja nie jestem zwolennikiem. Zdarzyło mi się tylko raz, z powodów życiowych, a nie merytorycznych. Kiedyś nawet dostałem rolę w spadku, mimo iż przez cały tok prób nie byłem akceptowany przez reżysera. Nie wiem może myślał cały czas jakby to tamta osoba zrobiła, nie wiem. Ale była to dla mnie męka potworna, ale się nie poddałem. Dotarłem do samego końca. Tak mam. Bez względu na to jaki by to był reżyser staram się złapać jego sposób myślenia i podążyć za nim, nawet jeśli mam jakieś swoje pomysły, to starać się je przemycić, ale nie na tyle, żeby całemu przedsięwzięciu powiedzieć NIE.

Jeżeli wewnętrznie powiem sobie nie, to źle wpłynie na zespół i cały spektakl. To jak aktorzy mają wizje na spektakle to tego jest mnóstwo, nawet legendy o tym chodzą. Jest taki dowcip jak aktorzy się spotykają i jeden mówi do drugiego- a po pół litrze wódki byś zagrał? Jasne, żebym zagrał. A po 0,7? Jasne. A po litrze ? Nie, nie. Po litrze to bym coś wyreżyserował. Stare dowcipy, ale korzenie gdzieś tam mają… My możemy sobie popsioczyć, ale i tak staramy się być lojalni, bo takie jest nasze zadanie. Chociaż i tak aktorzy mówią, że i tak na końcu to my z tym zostaniemy i będziemy świecić tzw. ryjem.

FiT:

 Wybierając ten zawód wiesz na co się piszesz, że jesteś na świeczniku

 J.P:

No tak, ale to zależy też od reżysera. Jeżeli pracujemy z takim, gdzie na próbie są dyskusje ( a zdarzają się tacy, którzy mówią tak tak tak , a nie słuchają), ale niektórzy bardzo zbierają z aktorów i liczą się z ich zdaniem.

FiT:

 Kuba, a Ty z jakich jesteś aktorów? Posłusznych, tych co proponują coś sami?

 J.P:

Staram się poznać reżysera i jego tok myślenia. Są tacy reżyserzy, którzy mnie zaskakują. Są tacy, których znam i idę z nimi w ciemno, ale też są tacy, których nie zrozumiem. Ale co wole? Nie wiem. Są aktorzy, którzy wolą żeby im zostawić i robią po swojemu. Nie uważam, żeby to też było dobre. To co jest najgorsze w tym zawodzie? To, że nie jesteśmy sami obiektywni wobec siebie. Nie potrafimy stanąć na zewnątrz i kontrolować tego co robimy. Do tego jest nam potrzebny reżyser. Ale np. reżyser, który stoi i nic nie mówi to jest też przekleństwo.

FiT:

 Zapewne pracowałeś/pracujesz z takimi, gdzie niestety ale musisz się sam reżyserować. To jest chyba najgorsze

J.P:

Najgorsze kiedy wychodzisz na scenę i czegokolwiek nie zrobisz słyszysz: to jest super. Kiedy słyszysz „nie” , to już jest najgorzej. Jak to Piotr Kaźmierczak <przyp.red aktor tego samego teatru> nazwał : to już jest negatywna reżyseria. To jest klęska. Wtedy pytasz: no to, ale co? Nie wiem, pan zaproponuje. I ty proponujesz i słyszysz: nie. Blokujesz się wtedy. A z drugiej strony jak cały czas słyszysz tak, to starasz się przegiąć te pałkę i widzisz, że to taki pan reżyser kupuje. I tak ze skrajności w skrajność. Musisz znać tor, a nie że możesz nagle wszystko.

FiT:

A manipulujesz reżyserem? Przemycasz swoje?

J.P:

Każdy tak ma. Pamiętam jak tutaj przyszedłem i przy „Córkach King Konga” chciałem swoje pierwsze fotografie zobaczyć i nagle się okazało, że jestem tylko na dwóch zdjęciach. I poszedłem taki smutny i przybity do fotografa. Usłyszałem, że mnie bardzo przeprasza, ale przemieszczam się po scenie z prędkościami światła, jest ciemno i on nie może mnie uchwycić. Miałem taki patent, że we wszystko pakowałem energię, a miałem problem z tymi rolami spokojnymi. W tej chwili coraz więcej rzeczy mi pasuje. Wiadomo, że każdy aktor będzie na próbach chciał przemycić to co jemu leży. To zależy od reżysera, od roli jak jest wpisana, czasem jak do skóry. Tak poczułem po pierwszym czytaniu „Śmierci pracownika” , ja to „pykam”, biorę, gryzę, wiem, rozumiem. Koledzy siedzieli, analizowali, a ja myślę co analizować nic tylko żreć to! Ale inne rzeczy są dla nich bliższe, a dla mnie to. Najfajniejsze role to takie kiedy koledzy przy pierwszym czytaniu mówią „ale ten ma dobrze”, a najgorsze kiedy jesteś wpisany w dramat tylko po to, żeby uruchomić inne. I wtedy jest problem jak tu teraz zrobić, żeby z tej postaci uszyć coś co będzie równie widoczne i nie zniknie w tym kolorycie innych postaci. Jednak uszycie i zrobienie takiej postaci, mimo iż nie jest także łatwe jest wyzwaniem.

FiT:

 Często te malusie rzeczy są fajniejsze

 J.P:

Tak, są role małe. Ale nie ma na tyle  małych, żeby się nie dało uszyć perełki, którą wszyscy zauważą i można się wybić przez moment. Tylko, że czasem się nie da i przyznać się do tego, ze no dobrze muszę ponosić tę halabardę i to też jest ok.

FiT:

 W „Śmierci pracownika” zauważyłam cię od razu, to był pierwszy spektakl który z tobą widziałam i go kupiłam. W „Samobójcy” was jest tam tylu, że mi umknąłeś…

J.P:

Z „Samobójcą” jest troszeczkę inaczej. Wiem, że to nie jest wytłumaczenie, ale ja sobie to tak tłumaczę, że mieliśmy bardzo mało czasu, tylko 4 tygodnie. Reżyser wiedząc o tym jaką kobyłę tutaj mamy i problemy techniczne, w pewnym momencie nie mógł nam poświęcić czasu aktorsko. Co sobie każdy uszył to już było jego

FiT:

To nie miał być zarzut

J.P:

Wiem, wiem. Gdyby Gregorji (przyp. red. Reżyser) miał więcej czasu z gotowymi postaciami jak tylko w to wejść i zaakceptować to nie było by tematu. To jest przykład na to, że ja nie do końca się zgadzałem z propozycją reżysera jak on widzi postać, ale nie pozostaje ci nic innego tylko jak najlepiej wykonać to ze swoim kunsztem. Być może gdyby było więcej czasu… tak było w „Mistrzu i

Małgorzacie” dał nam więcej wolności. Grupa Wolanda była na próbach cały czas. Miałem pozwolenie, że mogę być cały czas kotem i jeśli wejdę na scenę kiedy ktoś coś innego będzie robić (i tak było, zaczynałem coraz więcej folgować i pozwalać). Kiedy wszyscy pytali co on tu robi? No jak to co? Przecież to jest kot. No każcie kotu zostać w jednym miejscu… Inny komfort pracy. A tu  <przyp. Red „Samobójca” )trzeba było szybko, żeby to powstało. Wiem, to nie jest żadne usprawiedliwienie, ale nie uważam żebym dał ciała.

FiT:

A jest taka rola, że jesteś z niej zadowolony w 100%, że tak ze skórą się zlepiła?

J.P:

Lubię grać „Śmierć pracownika”, lubię kota w „Mistrzu i Małgorzacie”, chociaż od jednej koleżanki dostałem ostre słowa krytyki. Jeżeli ktoś nie kupuje stylistyki tego spektaklu od A do Z to nie ma prawa kupić mnie. Nie mogę wyskakiwać z inną stylistyką. Wtedy mówię, że ok. Jeśli to jest konstruktywne. Dobrze mi się grało, ale trudny spektakl dla mnie to był „Zwał”, bo może z minutę byłem poza sceną. I nawet kiedy nie grałem, przyglądałem się innym scenom. Przeżywałem je, a to trudne było i męczące.

FiT:

No, ale takie przyglądanie się jest też ważne dla budowania postaci, prawda?

J.P:

Tak, tak tylko aktor przyglądając się nie jest aktywny, ale wewnętrznie musi mu się tam gotować na maxa! Przyglądanie, filtrowanie bywa potwornie męczące. Jak grałem dwa „Zwały” pod rząd przychodziłem do domu, piłem 3 litry wody i kładłem się spać. „Córki King Konga” to też lubiłem grać, jakby uszyto to dla mnie. Praca przy „Zaniku mięśni”, trudny temat, ale jak się wkręciłem na czym ta choroba polega to koniec. Duża lekcja pokory.

<Kuba opowiada mi na czym choroba polega, jakie niesamowite historie przeczytał w internecie, jak przygotowywał się do roli>

FiT:

Jak ty się do takich ról przygotowujesz? To chyba trzeba jednak poczuć, a jesteś zdrowy. No, ale z drugiej strony na tym ten zawód polega

J.P:

Grigorij Lifanow zapytał mnie a Ty Papaj chciałbyś zagrać taką rolę bardziej psychologiczną, czy formą? No i dlatego dostałem Kota. Weźmy np. “Zanik mięśni” i “Krawca”( gdzie jest czysta forma).

I wtedy pracujesz z dwóch stron. Przy “Krawcu” musiałem nauczyć chodzić się na szpilkach, ale uważam, że nie nauczysz się chodzić dobrze na szpilkach (to będzie teraz największe świetokradztwo jakie powiem) dopóki nie spróbujesz poznać kobietę. Próbować poznać kobietę to jak próbować poznać kosmos. Poznając układ słoneczny poznam całość. Nie ma takiej opcji. Skupiłem się zatem na obserwowaniu : gestów, dotyku, wrażliwości, emocjonalności kobiet. Nie wolno się jakąkolwiek logiką kierować. Dlatego musisz poznać też to, próbować się do tego zbliżyć. Jeśli chcesz dobrze chodzić na szpilkach. I nagle dowiaduje się, że 70% kobiet nie potrafi chodzić na szpilkach. Fajne zboczenie. A drugi biegun  (”Zanik mięśni”)to masz wkręcanie się od strony myślenia, o poczuciu bólu. Co ból z tobą robi? Jak potrafi zmienić życie?

FiT:

Wiem, że nie ma szans na to, żeby nie przenosić roboty do domu. Zawsze ją przenosicie.

J.P:

No tak. To tak jak siedzisz w miejscu, gdzie się pali I chociaż Ty nie palisz wrócisz przesiąknięty dymem.

FiT:

No, ale myślisz o swojej postaci 24h?

J.P:

Zależy od ciężaru postaci,ale  czasami nie muszę nią żyć cały czas. Czasami tak.

FiT:

 Widać po tobie, że się wyłączasz i myślisz o roli? Mijam często Andrzeja Szubskiego, <przyp.red. aktor Teatru Polskiego>który zbliża się na spektakl i już jest w roli, nawet mnie nie zauważa.

J.P:

Tak już jest. Bardzo często jest się w innym świecie. Jeszcze jeżdżąc środkami komunikacji miejskiej człowiek się tak wkręca, że łapie się, że ludzie się na niego patrzą. Zaczynam coś mimowolnie podgrywać coś tam I próbować, gadać do siebie. Obserwowanie ludzi to jest skarbnica. To są takie rzeczy, których się nie wymyśli. Życie jest niesamowitym podkładaczem. Każda osoba musi mieć swoją zagadkę. Nawet jeśli zjawia się szara osoba, należy zastanowić się dlaczego jest taka szara?

FiT:

A lubisz grać Szekspira?

 J.P:

Jasne, kto by nie lubił?

FiT:

 Tak współczesnego jak miałam okazję oglądać?

J.P:

To nie ma znaczenia. Co to znaczy współczesnego? To co w samym dramacie jest napisane jest najważniejsze. Czy mnie ubiorą sukienkę czy nie to mi nie robi różnicy. Ludzie nie zmieniają się od lat. Samochody, komórki się zmieniają. Ludzie zabijają się nawzajem, oszukują, dążą do władzy. Różnią się szczegółami, schemat pozostaje taki sam. Szekspir nic nowego nie wymyślił. Trochę napisał tych sztuk. Czasem mnie boli, że upieramy się tylko na kilka z nich. Można by też inne uruchomić. JA lubię najbardziej tłumaczenia Barańczaka, bo są krwiste. Słomczyński ma kwieciste opisy, a Barańczak jest bardziej dosadny. Tam się hektolitry krwi leją. To są kryminały jeden za drugim.

FiT:

Lubisz pracować wierszem, nie masz z tym problemu?

 J.P:

Tak lubię, nie przeszkadza mi to. Praca wierszem jest tylko narzędziem. Jest o tyle inaczej zbudowany, że pewne zasady musisz jak w muzyce szanować. To takim telegraficznym skrótem.

FiT:

 Ale od dziecka, w szkołach tłuczemy te wiersze i przez to ich nie lubimy.

J.P:

Bo nam je źle tłuką. Nie uczą tego, co jest pod tym. Nie uczy się myślenia kreatywnego, tylko tego co im się wydaje, że powinno być. Ja się prawie pobiłem ze swoim profesorem na studiach, udowadniając mu, że Schiller dla mnie to jest gówno. On dostał czerwonej gorączki. Po dyskusji dostałem dobry. Wykonaliśmy kawał tytanicznej pracy: on, żeby mnie przekonać do swoich racji, a ja jego do swoich. To jest kreatywne myślenie, tak powinno być w szkołach. A wracając do Szekspira, to ja nie wiem czy chciałbym takiego “Hamleta” ze szpadami zrobić. To już tylko w filmach dobrze wygląda.

FiT:

 Teatr teatrem, ale co z tym filmem?

J.P:

Z filmem to jest troszkę bieda, myślę że koledzy się zgadzają. W Poznaniu mało się kręci, o ile się kręci. Tego brakuje, na pewno. Jeżeli koledzy charytatywnie, bądź pól charytatywnie mają potrzebę zrobienia filmu to nie widzę problemu. Jeżli mam wolny dzień i mnie to nie obciąży to tak.

FiT:

Pracowałeś przy “De facto” Mathiasa Mezlera

J.P

Tak, bardzo się lubimy z Mathiasem i szanujemy. Czy to jest film dobry czy nie dobry? Chryste Panie za takie pieniądze i w takim czasie? To jest etiuda filmowa. Gdyby ludzie dysponując 15 milionami patrz “Bitwę Wiedeńską” robili, to ja bym wolał dać takiemu chłopakowi te pieniądze i zobaczyć co z nimi zrobi.

FiT:

 Jako mentora podajesz Janusza Gajosa

J.P:

Oczywiście, że tak. To jest taki człowiek, aktor który czego się nie dotknie zamienia w złoto.

FiT:

 A pracowałeś z nim?

J.P:

Z Gajosem nie. Z Zapasiewiczem bardzo króciutko, ale dał mi potężną lekcję popisu czego się powinno wymagać od zawodu i od siebie. Ciekawe spotkanie też miałem z Agnieszką Holland. Koleżanka zaprosiła mnie na warsztaty filmowe, które ona reżyserowała. Agnieszka Hollnad miała zobaczyć jak ona reżyseruje. Na planie się pokazała niepokorna aktorka, dała popis gwiazdorskiego grania w najgorszym wydaniu. Co ja mam tu robić, ja nic nie rozumiem. Aż w końcu ta koleżanka, która reżyserowała zamknęła się, bo ciągle słyszała nie. Agnieszka Holland zapytał: czy pani jest aktorka? Tak. Aha, to możemy rozmawiać pewnymi skrótami, które pani powinna już rozumieć. Czego pani nie rozumie w takim razie? Mam pani wytłumaczyć? Pach pach pach- do pionu czego pani nie rozumie? Wszystko jest jasne i proste. Fajnie mnie skomplementowała, że jestem niezłym skurwysynem, ale kobiety takich kochają. A tak z innej beczki, to dla mnie Colin Firth jest takim świetnym brytyjskim aktorem, który rozgrywa się w niuansach.

FiT:

 Uważasz, że umiesz uczyć?

J.P:

Ja mam do tego dużą pokorę. Przy uczeniu największym problemem było, że tłumaczysz ludziom to,to i to. Po to po to po to. Oni za cholerę nie rozumieją I pod koniec roku ci mówią: a to było po to. Czasem nie należy im tłumaczyć. Mają to zrobić i już. Jestem na początku pracy pedagogicznej I uczę się razem z nimi.

FiT:

 Jako student chyba też tak miałeś?

J.P:

Tak oczywiście.

FiT:

Wrocław jednak słynie z piosenki aktorskiej, jesteś śpiewającym aktorem, startowałeś w przeglądzie ?

J.P:

Jestem, ale nie startowałem. Piosenka nie była moją pasją. Nie miałem parcia, żeby od tej strony zaistnieć. Lubiłem to oglądać.

FiT:

Grywasz w serialach i nie masz z tym problemu?

J.P:

Dlaczego mam mieć z tym problem?

FiT:

Że wiocha?

J.P:

To straszne jest. Mogę ci podać taka historię, której nie zapomnę. Taka nauka, którą się zapamiętuję. Byłem na 2 roku i nagle kolega z 3 roku, bardzo szanowany, świetny aktor wróżyli mu wielką karierę, życie pokazało inaczej. Kolega dostaje telefon z agencji, czy nie zagrałby w reklamie za genialne pieniądze. Proszę do mnie nie dzwonić z takimi ofertami. Nawet na casting nie musiał przyjeżdżać, już to miał. Po czym 4, czy 5 lat później jak już byłem tutaj w teatrze włączam tv, a on reklamuje podpaski. I tak sobie pomyślałem: aha, życie weryfikuje. Trzeba mieć dużą pokorę wobec tego zawodu.

FiT:

 Widziałam Cię w takiej jednej reklamie…

J.P:

Tak wiem. Wiesz co mnie spotkało na facebooku? Nawet nie pamiętam skąd się z tym człowiekiem znam. Dostałem taką wiadomość apropo tego, że on się cieszy, że w końcu coś się w mojej karierze posunęło. Siedzę 12 lat w tym zawodzie…

FiT:

 Ale chodzą za tobą, o to ten pan z reklamy?

J.P:

Tak. Tylko, że to jest takie niewygodne, bo taki człowiek nie widzi, że zrobiłaś mnóstwo rzeczy obok, tylko ooo to ten facet z reklamy. To jest inne medium- telewizja. Jak się zaczynasz w to bawić inaczej cię ludzie postrzegają. Najlepsza rzecz jaką ci powiem. Grałem w takim filmie “Reqiuem” pod Piotrkowem z Pieczką mn. Spaliśmy w domu wczasowym i tam były dzieci z domu dziecka. I one na początku nie kojarzyły kim jesteśmy. Zobaczyły Pieczkę i się zaczęło polowanie pod stołówką po autografy. Dopada mnie 13/14 latka, a do mojego kolegi ( drugiego reżysera) 5 latka. I ta 14 latka patrzy na niego i mówi do dziewczynki: od niego nie bierz, od niego nie warto, on gra tylko w teatrze. I to jest wszystko na ten temat. Babcia, która oglądała na maxa wkręcona seriale powiedziała mi kilka lat przed śmiercią, że może bym zmienił zawód. Bo oni się tylko rozwodzą i rozwodzą. Tu sąsiad telewizory naprawia…To będzie porządny zawód.

FiT:

Masz syna, myślisz sobie że ma przejawy aktorstwa?

J.P:

Za wcześnie. Niestety nie żyjemy ze sobą, ale jak mamy okazję to się widujemy. Mieszka od 3 lat w Rzymie.

FiT:

 Ale jakby chciał zostać aktorem?

J.P:

Ja to wiele razy w teatrze opowiadałem jak kiedyś powiedział, że będzie robił to co ja. To się jakoś tak fajnie poczułem. A on mówi: to się tylko stoi na scenie i gada. Do tego nie trzeba się uczyć. I wyciągnąłem egzemplarz “Ferdydurke” i zapytał co to na czerwono tyle zaznaczone. Mówię, no muszę się tego nauczyć na pamięć, co ty myślałeś, że ja wchodzę na scene i wymyślam? A nie? No nie. A to nie chcę być już aktorem…Kiedyś Mati zobaczył w domu szpilki <przypis.red. do roli w “Krawcu”>… Chirurg to jest odpowiedzialny zawód, męski. Co ja mam powiedzieć mojemu synowi, że co tata robi?

 

Dzięki Papaj i powodzenia

 

Alicja w Krainie Czarów na speedzie

15 lip

zdjęcia pochodzą ze strony  :https://www.facebook.com/photo.php?fbid=599962856715612&set=a.599962420048989.1073741841.240397712672130&type=1&theater

 

Julia Rybicka

Festiwal Malta  kończy się  w prawdzie  20 lipca koncertem ATOMS FOR PEACE na poznańskich Targach, ale dla mnie jako FiT-sterii zakończył się 10 lipca ulicznym spektaklem „Alicja” tutejszego Teatru Fuzja.

Teatr awangardowy, offowy, alternatywny, działający od 2006 roku zaproponował widzom festiwalowej publiczności bardzo uwspółcześnioną wersję znanej wszystkim „Alicji w Krainie Czarów” Lewissa Karolla.

Na Placu WOLNO, gdzie od początku Festiwalu znajduję się GENERATOR, nad którym pieczęć sprawuje Katarzyna Mazurkiewicz gromadzi się publiczność. Na schodach przy Empiku, z tyłu konstrukcji, postawionej miesiąc temu sceny -człowiek za człowiekiem. Jak takie mrówki poznaniacy zjawili się, żeby dotknąć sztuki. Teatralnych przygód na Festiwalu przecież już nie zaznają, zatem to ostatni dzwonek. Proszę panów ochroniarzy o dobre miejsce, żeby fragmenty spektaklu nagrać dla was. Filmik dostępny na:

 
https://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

Publiczność różnorodna. Na leżaczkach, które ostatnio zaatakowały nasze miasto i stały się „posh” <trendy> zasiadają starsze panie. Na schodach wraz z rodzicami nawet jeśli da się nie zauważyć, to nie można ich nie usłyszeć: najmłodsi widzowie. Nie obeszło się także bez poznańskich meneli i patologii, ale dzięki szybkim reakcjom ochrony nie stali się oni numerem jeden.

Na „scenie” czyli bruku Placu Wolności pojawia się Alicja na rolkach, która zaczytana w książkę wejdzie w jej fantastyczny świat, a wraz z nią my-  widzowie. Alicji wbrew pozorom nie towarzyszy  królik (jak w oryginale), a banda szalonych stworów, dodatkowo zmotoryzowanych (rowery). Mała Alicja będzie próbowała zmierzyć się ze światem, jego przeciwnościami, pozna czym jest zło i oczywiście nie obędzie się bez walki z psychodeliczną królową Kier i jej świtą.

Dodatkowe atrakcje, jakie zafundował nam Teatr Fuzja to latarnicy na szczudłach, akrobatyczne popisy artystów, olbrzymie niczym „znarkotyzowane”, podświetlane grzyby, które stoją na drodze małej Alicji. Wszystko to plus świetne kostiumy i niezwykle precyzyjną grę aktorską czaruje.

Absolutna sprawność aktorów sprawia, że spektaklowi nadaje to lekkości. A przecież widać, że figury i układy, które muszą oni wykonać do najprostszych nie należą. Dla mnie jednak muzyka, która dodawała animuszu, monumentu, momentami grozy przyprawiała widzów o dreszcze.

Spektakl naprawdę godnie zakończył dla mnie Festiwal Malta, a  Teatr Fuzja dopisuje do list teatrów, które chętnie poobserwuję i pokibicuję.

 

 

 
 

O Festiwalu Malta

07 lip

 

 

Natalia Wróbel

 

Transkrypcja wywiadu z 28-letnią Julią przeprowadzonego na Placu Wolności.

 

[Natalia]: Ok. To na początek powiedz kilka słów o sobie: ile masz lat, gdzie mieszkasz, czym się zajmujesz.

[Julia]: Mam na imię Julia Rybicka. Mieszkam w Poznaniu od 28 lat, tyle mam. Skończyłam filmoznawstwo, studium aktorskie Lart.

[N]: W Poznaniu?

[J]: W Krakowie. Najpierw był Kraków, później filmoznawstwo w Poznaniu na UAM i właśnie skończyłam 2 tygodnie temu podyplomowe studia menadżerskie na WSB.

[N]: Gratulacje.

[J]: Piszę swojego bloga, piszę między innymi publikuję e-teatr. Zajmuję się teatrem?

[N]: Dla jakich portali piszesz?

[J]: Jak ja bym to wiedziała, to bym była szczęśliwa, nie. Albo jestem szczęśliwa, dlatego, że nie wiem, gdzie to publikują. Dziennik teatralny widziałam, że coś wrzuca. Jakiś portal z Łodzi coś wrzucał. Gdzieś tam kradną te teksty, bardzo fajnie. Ale piszę niezależnie i lubię to [śmiech].

[N]: Najważniejsze. Powiedz mi, kiedy ostatni raz byłaś w teatrze?

[J]: O matko kochana! [śmiech] Ale w takim stricte teatrze?

[N]: Tak ogólnie jeśli chodzi o jakiś spektakl. Nie musi być koniecznie w budynku.

[J]: Śmieję się dlatego, że jestem non stop. No już ci mówię, no w zeszłym tygodniu. Tak, w zeszłym tygodniu, zeszłym tygodniu oglądałam na Malcie.

[N]: Co to był za spektakl, pamiętasz?

[J]: Ostatnią rzecz, którą widziałam w teatrze to było Miasto Kobiet z cyklu Jeżyce Story Posłuchaj Miasta w Teatrze Nowym, był to miniony tydzień, sobota, premiera. W ramach Festiwalu to leciało. Nie stricte było wystawiane w ramach Malty. To była ostatnia rzecz, którą widziałam w teatrze no bo sezon się zamyka i Malta już nie pokazuje żadnego spektaklu, także myślę, że zobaczę dopiero we wrześniu, w Warszawie.

[N]: Zawsze jak jest Malta to chodzisz na spektakle teatralne?

[J]: Staram się. Jestem Poznaniarą, kocham teatr i staram się uczestniczyć. W tym roku uczestniczę nie tylko jako widz, ale jako prasa, więc trochę więcej tego oglądam.

[N]: Co najbardziej ci się w ogóle podoba w teatrze?

[J]: O matko.

[N]: Tak ogólnie.

[J]: Ogólnie? Podoba mi się to, że czujesz kontakt z aktorami, , że dowiadujesz się czegoś nowego o sobie przede wszystkim, po wyjściu ze spektaklu, na świat patrzysz inaczej. Być może to jest banalne, ale rzeczy, które wiesz dowiadujesz się czegoś na nowo, odkrywasz coś w sobie. Emocje, które tobą targają i które były ukryte wychodzą po spektakle i to mi się podoba, bardzo.

[N]: Czyli można powiedzieć, że to jest dla ciebie taki dobry spektakl.

[J]: Tak. Jeżeli wywołuje u mnie emocje, myślę o nim następnego dnia, to uważam, że jest dobry.

[N]: Mam dla ciebie tutaj taką karteczkę…

[J]: Tak…

[N]: …i teraz prosiłabym cię o to, to są dwie przeciwstawne rzeczy. I teraz czy byś mogła powiedzieć coś o każdej z tych par, jeśli chodzi o twój ulubiony spektakl. Jakby on wyglądał? Pierwsze tutaj mamy: odbywający się w teatrze bądź w przestrzeni. Jak to widzisz? Jaki wolisz?

[J]: Jaki wolę? Właśnie tu jest taki problem. Uważam, że teatr jest takim miejscem, gdzie można znaleźć coś dla siebie i jednym się podoba to, drugim tamto. Ja nie umiem się do jakiejś grupy ustosunkować i ułożyć, chociaż bardziej jestem tradycjonalistką i wolę jednak w budynku. Jeżeli spytasz mnie dlaczego, a na pewno zaraz takie pytanie padnie, to od razu odpowiadam: dlatego, że tak jestem wychowana, tak lubię, lubię współczesność, lubię motyw, z którego teatr powstał czyli z tych objazdowych teatrów, ale uważam, że teatr jako instytucja, jako budynek jest taką świętością i tam się dzieją takie cuda, wianki, że wolę je oglądać właśnie w tym budynku, które ma historię i wolę tak.

[N]: Ok. A co sądzisz o tym jak te spektakle działają. Jak, czy angażują widza podczas…

[J]: Bardzo lubię, kiedy spektakle angażują nie na chama. Widziałam wiele spektakli, gdzie nikt nikogo nie zmusza, tak, no bo to by było złe, gdybym powiedziała, że jesteś zmuszany do jakiejś interakcji, ale bardzo denerwujące jest to, kiedy ktoś tak na siłę próbuje widza wyciągnąć, tego nie lubię. A jeżeli jest jakiś pomysł na to i angażujesz w to widza i ma to jakąś konsekwencję w całej historii to świetnie.

[N]: Byłaś kiedyś na takim spektaklu?

[J]: Tak, byłam, ale niestety nie w Polsce [śmiech].

[N]: Pamiętasz co to był za spektakl?

[J]: Tak! Oglądałam taki spektakl Streets of… coś takiego w Stanach jak mieszkałam i to był taki strasznie fajny spektakl,  gdzie człowiek się po prostu zatrzymywał to raz. Oni angażowali tak naturalnie, to wychodziło, że ja chciałam z nimi tam być na tej scenie. A że jeszcze wtedy byłam, jeszcze nie byłam po aktorskim, to, to po prostu chciałam w tym uczestniczyć i to mi się podobało. Nie potrafię wytłumaczyć logicznie, na czym to polega, ale czuje się to coś i się idzie w to.

[N]: Myślisz, że jakieś spektakle pociągnęły cię w to, żeby zacząć studiować aktorstwo?

[J]: Myślę, że nie [śmiech]. Myślę, że to się zaczęło dużo wcześniej. Mam ojca muzyka i moja mama ma zdolności plastyczne i dziwne by było, gdybym poszła na medycynę, aczkolwiek są takie dzieci, takich rodziców. Ja gdzieś tam zawsze czułam, że muszę być w tych światłach. Potem się to zmieniło bardzo mocno, ale to nie spektakle. Byłam małym dzieckiem, więc to nie spektakle na mnie zareagowały, a teatr wybrałam świadomie jako mała dziewczynka.

[N]: Wcześnie.

[J]: No tak. Byłam w Zamku zapisana na jedna zajęcia plastyczne, jakieś inne zajęcia muzyczne i nagle stanęłam: ja chcę tu, do tych kukiełek, tam być, tam. Tak było, tak. Także nie spektakle. Ale lata zajęło mi, żeby to zrozumieć, że wtedy to się urodziło we mnie.

[N]: A co myślisz o takich spektaklach mających jasny przekaz?

[J]: No są ok.

[N]: Czy myślisz, że to jest jakaś kategoryzacja ludzi?

[J]: Nie. Nie myślę, że to jest jakaś kategoryzacja ludzi. Myślę, że to jest jakaś świadomość reżysera, tudzież twórców, którzy to robią i uważam, że one są potrzebne. Według nie teatr ma takie dwie funkcje: skłania do myślenia i potrafi bawić, można go traktować jako rozrywkę i wtedy to jest fajne, jeżeli to jest takie wprost i dla takich ludzi, którzy chcą wyjść z tego ” gówna”  w którym siedzą codziennie, zobaczyć, czasami siebie i się pośmiać z siebie albo zobaczyć coś innego to jest po prostu dla mnie kosmos. Nie, nie muszą myśleć. I nie, nie uważam,  że to nie działa w taki, w ten sposób, że to jest jakaś kategoryzacja, chociaż jest tak postrzegane niestety przez większość społeczeństwa, ale uważam, że nie.

[N]: Co myślisz o takim tradycyjnym, klasycznym stylu spektakli?

[J]: Takim szekspirowskim takim [śmiech]. Wesele, albo Romeo i Julia. Kocham, uwielbiam. Nie do końca chcę to oglądać non stop, ale uważam, że jest to fenomenalne, że można na chwilę dotknąć boso, jak to mówi moja koleżanka Marta K, wybitna teatrolożka, że można na chwilę dotknąć boso absolutu. Takich rzeczy, które działy się kiedyś, gdzie jest to ciężko zrobić, robi niewielu świetnych, wybitnych aktorów, artystów. Za to im chapeau bas.

[N]: To jest takie przeniesienie do innej epoki.

[J]: Jest, ale no jakby dużo rzeczy takich oglądamy, które nie tyczą się naszej epoki i  po prostu jest zajebiście zrobiony, i czujesz to, i jeżeli oni to czują i jeżeli mądrzy ludzie to robią, naczytali się o tym i poznali miejsce, historię i zrobią to fajnie to nie rozumiem dlaczego by tego nie robić. Tylko nie za dużo [śmiech].

[N]: Co myślisz o różnych formach artystycznych w jednym spektaklu? Czy dobrze, kiedy jest ich więcej niż jedna forma np. taniec, światło, dźwięk czy jednak tylko jedna?

[J]: Nie. Jak najbardziej zgadzam się z tym i jestem z tych ludzi, którzy uważają, że teatr… Napisałam taki felieton u siebie na blogu, który nosi tytuł: „To, czego nie widzimy”, że teatr to nie jest tylko miejsce,  gdzie wchodzi  parę ludzi, fantastycznych tudzież tych kiepskich aktorów, którzy odtwarzają coś, przeżywają autentycznie, grają.. Tylko to jest całe spektrum, to jest spektakl niesamowity. Dla mnie światła dużo dają. Oni mogą grać super, a być kijowa i niefajna scenografia w jakimś niefajnym miejscu i [zastanowienie] może zabraknąć tego. Dużo czasami na przykład w spektaklu działa właśnie takich pobocznych rzeczy, pobocznych, to jest dla mnie niezrozumiałe, ale ważnych dla nas, widzów. Zresztą my sobie z tego nie zdajemy sprawy, jesteśmy przede wszystkim wzrokowcami, 90% z nas. Światła, kostiumy, muzyka to wszystko, te wszystkie formy, które proponuje teatr uważam… dla mnie to jest teatr. Jeżeli jest tych wszystkich rzeczy dookoła i ma to konsekwencje oczywiście, no tak, bo jeżeli nie ma, to nie mamy w ogóle o czym gadać.

[N]: I tak dobrze, wydaje mi się, działa emocjonalnie na człowieka.

[J]: Przede wszystkim. To działa emocjonalnie.

[N]: Powiedz mi, który raz jesteś na Festiwalu Malta?

[J]: O Jezus. Nie wiem, no z siódmy, ósmy, nie wiem.

[N]: Dużo tego było?

[J]: Dużo, dużo. Mam 28 lat, trochę tutaj przychodzę.

[N]: Pamiętasz może skąd się dowiedziałaś za pierwszym razem o festiwalu?

[J]: Tak, od taty.

[N]: Taty, twój tata…

[J]: Mój tata jest muzykiem, gra w zespole Żuki Rock&Roll band, zapraszam w piątek o 17 grają. Powiedział mi, że jest taki festiwal. Potem poczytałam trochę o tym i tak się i gdzieś znalazłam. Jeszcze studium teatralne, w którym tutaj w Poznaniu w Zamku działałam u Bogdana Żyłkowskiego i oni mają vis-à-vis nas biuro. Nasłuchałam się, naoglądałam i stwierdziłam, że: no, to może być coś.

[N]: I tak zostało?

[J]: Tak zostało, no.

[N]: Uczestniczysz co roku?

[J]: Tak. Staram się, staram się. Nie było mnie, nie było mnie przez jakiś czas i nie powiem jaki to był czas, bo nie pamiętam, ale był taki rok, że coś takiego się w moim życiu wydarzyło, że… a nie, przepraszam. Dwa lata temu wyjechałam na Hel, i miałam jakieś tam zajawki i nie mogłam uczestniczyć w ogóle w Festiwalu, bo nie było mnie przez całe lato.

[N]: Powiedz mi w ilu wydarzeniach starasz się brać udział?

[J]: Jak najwięcej [śmiech]. Nie, interesuje mnie przede wszystkim teatr i muzyka. Gdzieś tam przypadkowo trafiam na jakieś tańce, filmy, które w większości są puszczane to są filmy, które widziałam ze względu na studia. Ale staram się na tyle, na ile mam siły, bo jak jeszcze robię milion innych rzeczy, ale no staram się jak najwięcej.

[N]: Są jakieś wydarzenia, które nie ciągną cię, żeby je zobaczyć?

[J]: Czy ciągną mnie? Tak.

[N]: Nie, właśnie nie ciągną…

[J]: Nie ciągną?

[N]: Jest coś takiego w ogóle na Malcie?

[J]: Tak, jest. Wszystkie te takie, które w ogóle się tutaj dzieją czasami czyli pieczemy chlebek, jakoś uczymy się szyć. No nie, to mnie nie kręci, kompletnie. Uważam, że to jest spoko, ale dla ludzi, którzy się tym zajmują.

[N]: Interesują…

[J]:Mnie to nie ciągnie, kompletnie.

[N]: Jak ogólnie, tak bardzo oceniasz Festiwal Maltę?

[J]: Uważam, że to jest przede wszystkim bardzo potrzebna inicjatywa. Kocham za to, że mogę poznać nowych ludzi, zobaczyć nowe miejsca w Poznaniu tak naprawdę, bo Festiwal ciągle… był nad Maltą swojego czasu, zmienia te miejsca. W ogóle jak byłam ostatnio na świetnym zresztą spektaklu Ceglorz to zwariowałam. Nie byłam tam nigdy w życiu i prawdopodobnie bym nie była, gdyby nie to, że Teatr Ósmego Dnia zagrał tam fantastyczny spektakl. Także uważam to za niesamowite… i przyciąga tutaj ludzi i jest świetna atmosfera i uwielbiam to jak się coś dzieje w tym mieście.

[N]: Można powiedzieć, że to są takie rzeczy, które lubisz w tym Festiwalu?

[J]: Tak.

[N]: A są jakieś, których nie lubisz?

[J]: Nie, chyba nie. Tak naprawdę chyba nie. Nie przeszkadzają mi, nie. Mogłabym powiedzieć za swoich sąsiadów, mieszkam ulicę stąd, dokładnie jakieś 500 metrów. Święty Marcin, jesteśmy na Placu Wolności w tej chwili. No głośno, nie? A starsi ludzie mieszkają na Świętym Marcinie.

[N]: Im to przeszkadza?

[J]: Ale oczywiście żartuję, im to przeszkadza, mi to nie przeszkadza kompletnie, może czasem, ale z racji tego, że wiem, że jest taki Festiwal no to…

[N]: Jak oceniasz program, ogólnie, artystyczny?

[J]: Nie podoba mi się to ostatnio, że teatry są w pierwszym tygodniu. No to mnie po prostu… Masz ognia? Nie?

[N]: [Kiwam głowom, że nie] Mam!

[J]: Uważam, że to powinno być trochę rozciągnięte w czasie. To było w takiej mega pigułce. Ja miałam taki tydzień, że nie wiedziałam za co się wziąć. Też musiałam wielu rzeczy odmówić, chociaż dostałam na większość  akredytację, bo to się pokrywało. Spektakle które się odbywały w Teatrze Polskim (to znaczy w Polskim był jeden) ale w Nowym widziałam wcześniej. … Mogę się wypowiedzieć, jeśli chodzi o nie, ale no nie może to być jednego tygodnia nagle rzucone takie i teraz się dzieje tak naprawdę niewiele według mnie. Dzieją się jakieś tańce, jest jakiś… fajfy. Fajne rzeczy bardzo, to co teraz nawet prawym okiem, lewym oglądamy, ale to było takie w pigułce to co mnie akurat interesuje. A Malta słynie głównie z teatrów, które przyprowadza, przywozi, zatrudnia jakkolwiek to zwał, zaprasza niesamowite postaci. Może się to podobać lub nie, nie powinny być w jednym tygodniu moim zdaniem. Powinno to być jakoś rozciągnięte w czasie. A z drugiej strony rozumiem, że jeszcze są tutaj aktorzy, i że są wakacje i w ogóle grają i tak dalej i tak dalej.

[N]: Z jednej strony…

[J]: To mnie wkurza!

[N]: …ludzie pracują w ciągu tygodnia. Też mają mniejsze możliwości, żeby uczestniczyć.

[J]: Ok, ale te spektakle nie idą, nie szły głównie w weekend. Musiałam oglądać w tygodniu, tylko to nie może być w ciągu jednego tygodnia, bo ten cały teatr maltowy w tym roku był w ciągu jednego tygodnia i tego było tyle, że ja nie wiedziałam za co się wziąć i to powinno być jakoś tak, nie wiem, uszeregowane, usformatyzowane, no nie wiem. No, myślę, że to powinno być rozciągnięte w czasie, a nie jednego tygodnia dostajesz taką bombę. Słuchaj, ja to kocham , ale też nie mogłam się w wielu zjawiskach zjawić…

[N]: W jednej godzinie?

[J]: W jednej godzinie. Rozumiem, że to jest kwestia wyboru i tak dalej, ale teraz to nic się nie dzieje aktualnie, teraz oglądamy jakieś takie małe rzeczy, które są też spoko, ale wszystkie te takie perełki były w jednym tygodniu. No nie, tego nie lubię.

[N]: Jak oceniasz bilety, ceny biletów na takie spektakle? Są drogie, niedrogie?

[J]: Bo ja wiem czy one są drogie? Pytasz osobę, która dostała akredytację, ale…

[N]: Na wszystko?

[J]: Nie na wszystko, na to co chciałam. Głównie. Ale uważam, że nie, jakieś 15 złotych widziałam Teatr Ósmego Dnia czy wysłałam przyjaciół na Chodź Na Słówko dla dzieci i uważam za genialny spektakl, który z resztą dostał nagrodę. Nie, uważam, że to nie są duże pieniądze. Ale na pewno są warte tego, co oglądają widzowie. Na pewno. I to nie są naprawdę duże pieniądze, jeśli chodzi o Festiwal. No jeśli chodzi o teatr czy jakieś inne artystyczne rzeczy. Może trochę drogie są te koncerty.

[N]: Podczas trwania Festiwalu… czy idzie w ogóle go zauważyć w mieście?

[J]: No i tu jest taka rzecz, że ja wiem o tym Festiwalu, bo wiem, bo w nim uczestniczę, ale tak średnio widać.  Jest niewiele tak naprawdę informacji. Wszyscy wiedzą w tym mieście, bo Poznaniacy wiedzą, że jest Malta i ci, co chcą wiedzieć, to wiedzą, ale jest tego mało, za mało.

[N]: Słyszałam, że jest bardzo mało plakatów na mieście, są tylko w miejscach, gdzie się coś dzieje.

[J]: Bardzo mało, jest naprawdę bardzo mało i to uważam za ich minus, nie. Jak  plusem można nazwać to, że mam do nich straszny szacunek to tutaj jest za mało informacji w mieście.

[N]: W poprzednich latach Centrum festiwalu było w Pasażu Kultury, jak oceniasz, bo na pewno tam byłaś, Pasaż Kultury do Placu Wolności?

[J]: No ok., ale tu mi się bardziej podoba, tak.

[N]: Mogę wiedzieć dlaczego?

[J]:  Nie potrafię tego powiedzieć. Powiedzmy, że jest takim niewykorzystanym dla mnie… To znaczy, potrafię. Jest dla mnie takim niewykorzystanym miejscem, gdzie tutaj znam historię tego miasta, gdzie się ludzie swojego czasu spotykali. Wszystko spieprzyli tą fontanną, która mi się bardzo nie podoba. Będę to powtarzać wszędzie, gdzie mogę. A tu się młodzi ludzie spotykają i to jest takie miejsce, gdzie chce się przychodzić. Jest centrum miasta, jest blisko rynku, jest tu Kapo, czyli Kaponiery. No super.

[Pan z ławki obok]: Przepraszam panie, palicie może? Palicie. Pożyczcie na chwilę zapałki albo zapaliczkę. Bo wszystko siada… dziękuję.

[N]: [zastanowienie] W tym roku jest idiom. Jak go oceniasz?

[J]: Nie uczestniczę jakoś wybitnie, ale śledzę i uważam, że bardzo ok.

[N]: Ok. Teraz pytania może o publiczność tutaj na Malcie. Jak myślisz kim są ci ludzie, którzy uczestniczą?

 

[N]: To też należy uwzględnić, gdzie uczestniczą.

[J]: Tak. To są jacyś strasznie pojechani ludzie, fantastyczni, którzy… przede wszystkim pasja nimi kieruje i alkohol. Idą tam, gdzie jest dużo ludzi i to są fajni ludzie. Nie mam pojęcia skąd są. Bardzo dużo studentów, którzy zostało, bardzo dużo aktorów, którzy grają w tych teatrach uczestniczy i moi koledzy, koleżanki także Zostali specjalnie, żeby to zobaczyć. Fajni ludzie.

[N]: Czy myślisz, że na tą publiczność ma na przykład wpływ biletowanie jakiś tam wydarzeń, koncertów?

[J]: Tak, na pewno.

[N]: Kontakty między widzami. Jak myślisz czy osoby, które się nie znają podczas festiwalu Malta mogą się jakoś…

[J]: Tak, jasne! Ja poznałam takich ludzi i myślę, że da się to połączyć. I to właśnie, to właśnie na tym polega cały bajer takich festiwali, że ludzie się łączą i poznają i fajne rzeczy później tworzą razem.

[N]: Powiedz mi czy zdarza ci się rozmawiać z kimś o festiwalu tak na co dzień?

[J]: Tak, zdarza mi się. Staram się i to nie nawet z kolegami z teatru, tylko z jakimiś ludźmi przejezdnymi

[N]: Normalnymi, tak?

[J]: …z normalnymi, jakkolwiek  zwał czym jest normalność. Tak, zdarza mi się.

[N]: Jakie jest dla ciebie znaczenie Festiwalu Malta? Tak ogólnie.

[J]: Ogólnie, ja wtedy odżywam. To jest taki moment, że zbliżają się wakacje, że wszystko obumiera, że teatry przestają istnieć na te dwa miesiące, zaczyna się sezon ogórkowy, a w tym miejscu zaczyna się coś dziać i bardzo to lubię, kiedy zaczyna się dziać, kiedy mogę obejrzeć coś spoza tego kraju, bardzo.

[N]: Można powiedzieć, że Malta przynosi jakieś korzyści…

[J]: To na pewno.

[N]: Jak myślisz jakie to są korzyści?

[J]: No przypływ ludzi tutaj, finansowy też, kulturalny. Ludzie mówią o tym mieście. Przyjeżdżają, spotykają się, poznają. Jest mnóstwo korzyści. Nie jestem w stanie ich wszystkich wymienić, ale uważam, że jest ich mnóstwo i szanuję ich za to.

[N]: Jak myślisz jak Poznań wypada, przez to, że jest tutaj Malta, na tle innych miast?

[J]: No tylko ma Maltę, także wypadamy zajebiście, tak mi się wydaje. Wszyscy kojarzą właśnie Poznań przez Maltę.

[N]: A jeśli chodzi o miasta, w których też są jakieś festiwale teatralne?

[J]: Myślę, że bardzo dobrze wypada, bo odsyłam od kolegów zajmujących się teatrem, że to bardzo dobrze wypada i ja też tak uważa.

 [N]: Różnie po Poznaniu są rozrzucone te wszystkie wydarzenia. Czy myślisz, że gdzieś powinno wydarzenie być, a go w tym roku akurat nie ma?

[J]: Na samej Malcie.

[N]: Tak, bo pierwotnie…

[J]: Tak i sądzę, że się z tym kojarzy i uważam, że to był świetny pomysł przeniesienie tego do centrum, ale niestety słucham tego z różnych źródeł i chociaż takie jedno „bum” powinno być na samej Malcie.

[N]: Taki początek?

[J]: Albo koniec, albo środek. Nie wiem, no. Coś na pewno powinno być na Malcie. Jakieś takie super wydarzenie.

[N]: To jakbyś miała na przykład coś zmienić w przyszłości w Festiwalu Malta, to co by to było?

[J]: Nie, to wiesz co, jedyne co bym zmieniła to… organizacja jest w miarę ok. Jeżeli miałabym zmienić, to naprawdę większą promocję, może żeby więcej powinni się na tym skupić, żeby więcej informacji było na ten temat w mieście rozmieszczonych. No i żeby ta jedna jakaś, nie wiem jaka oczywiście, ale coś powinno być na tej stricte Malcie. Ja rozumiem, że to jest nazewnictwo i tak dalej i symbolizm, ale nadal uważam, że powinno być coś na Malcie.

[N]: Dobrze, to tym pytaniem zakończymy. Bardzo ci dziękuję za rozmowę

[J]: Ja też dziękuję. Widzisz, nie było tak źle [śmiech].

[N]: Nie było [śmiech].

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii FiT-steria na Malcie

 

Nerw na nitce

01 lip

Julia Rybicka

Od dawna chodził mi po głowie ten felieton. Bang! No to napiszę. Podzielę się spostrzeżeniami. Chociaż nie wiem czy kogokolwiek one obchodzą. Może chociaż rodzina przeczyta. Znacie najbardziej „poczytalny” serwer plotkarski Pudelek zapewne? Tutaj psychofani (jak dla mnie), wypisują niesamowicie nikomu do szczęścia niepotrzebne, niekiedy wyssane z palca, tudzież z piersi matki : bzdury. Co mnie obchodzi kto lansuje się na ściance, albo że Grycanki na zmianę chudną i tyją. Ja też no i co w związku z tym? Ustaw status na fejsbóczku drogi kolego, a nie zawiadamiaj o tym prasy. O matko z córką obraziłam wszystkich dziennikarzy nazywając te brukowce prasą. Koledzy/Koleżanki proszę o łaskawy wymiar kary.

W internecie można wszystko napisać, tylko że nikt nie zdaje sobie sprawy pisząc, że robi w ten sposób krzywdę. Na przykład „Pewna aktorka o znanym nazwisku X podczas libacji alkoholowej dopuściła się cudzołóstwa” . Nawet jeśli się dopuściła ta pani aktorka X,  to ja się pytam po co mi to wiedzieć?  W takich chwilach mam nerwy na nitce, wiszą sobie i patrzą na ten bajzel, kogelmogel towarzyski no!

Co mnie jednak najbardziej intryguje i bawi to Plotka puszczona w teatrze. Ja bym te Plotki ponazywała jakimiś słowami, które drażnią moje ucho tak jak sama informacja w nich zawarta. Np. takie słowa, na które cierpię jak na wieczne przeziębienie to: włoszczyzna, szczawiowa, wydmuszka. Albo imionami AnDŻej, GraŻyna! Plotka rodzi się niczym niemowlak. Szkoda tylko, że tej Plotuni nie można wsadzić w inkubator i wystrzelić gdzieś w kosmos.

Obserwuje jak to świetnie funkcjonuje w teatrze. Rano wszyscy coś szepczą po kątach, obserwują, milkną kiedy przechodzisz. Kole południa spotykają się w bufecie „na raty”, jakby zmieniali wartę o strażnicy cnót wszelakich łączcie się! Tutaj coraz głośniej toczą się dyskusje pt. „co ona jej powiedziała, słyszałaś? –Nie, to nie ona! To ta druga”. Bufetowe oczywiście udają, że nie słuchają podczas gdy w swoich różowych pamiętniczkach wszystko dokładnie notują. Bo jak mówi stare porzekadło bufetowa i portier są w teatrze najważniejsi. O to to- portier. To jest mój ukochany zawód. Panowie wiedzą wszystko. W jednym z teatrów sprzedają nawet „ćmiki „ (papierosy) na sztuki. Ktoś mi kiedyś „sprzedał” Ploteczkę, że nawet pędzą sami bimber. I ci na końcu dnia mają poskładane różne wersje wypuszczonej rano Plotki. Plotka specjalnie pisana jest z dużej literki, gdyż to jest przecież ważna i nieodłączna postać teatralna. Nie przechadza się w prawdzie foyer, ale czasem nawet zagląda na widownię. Najlepszy jest moment, kiedy Plotka spotyka się z personą, z która zadarła. I tutaj mamy dwie możliwości. Albo persona zwyczajnie ignoruje Plotkę, albo z nią dyskutuje, a już w najgorszym przypadku rodzi jej siostrę Plotę numer dwa! Bang! Jak długo żyje w tej syntezie Plotka? Aż nie narodzi się mocarniejsza, która przebije te poprzednią. A, że teatr jest jej naturalnym środowiskiem to żyć będzie wiecznie. Eh… w piwnicy, w kantynie, na scenie, za sceną, na balkonie, pod balkonem, w portierni, w pokoju pań sprzątaczek, w szatni, pod ladą, na ladzie, na wieszaku i oczywiście tak zwiedza różne instytucje: kościoły, szkoły, uczelnie, knajpy, opery, kina, instytucje państwowe, prywatne, media, prasa, festiwale itd., itp… Zwołuję kongres i powołuję Związek Zawodowy na cześć Plotki.

Nerw mi się urwał z nitki…ups

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Felietony