RSS
 

Archiwum - Czerwiec, 2013

Miasto pełne kocic

30 cze

 

Julia Rybicka

Kolejny odcinek serialu Jeżyce Story, który wywołuje niesamowite emocje, za mną. Kolejna udana premiera Teatru Nowego kończąca ten jakże obfity teatralnie sezon. Ja już się nie boję kiedy idę na klimatyczną Trzecią Scenę poznańskiego teatru, bo wiem, że to będzie dobrze wykonana robota. I tak było tym razem.

„Miasto kobiet” (bo tak nazywa się najnowszy odcinek jeżycjady) wzrusza i bawi. Jak zawsze minimalistyczna scenografia Matyldy Kotlińskiej,  świetna muzyka Michała Litwińca no i przede wszystkim zasługa dwóch panów Marcina Wierzchowskiego reżysera oraz Romana Pawłowskiego scenarzysty. Ci dwaj stworzyli cztery odrębne odcinki niesamowitych opowieści zwyczajnych-niezwyczajnych poznaniaków.  W najnowszym odcinku dowiemy się więcej o Jeżycach z perspektywy kobiet.

Trzy silne i cudowne kobiety wchodzą na scenę: Agnieszka Różańska, Edyta Łukaszewska, Dorota Abbe. Zapraszają nas w niezwykłą podróż. Jako pierwsza startuje Różańska. Wcieliła się w postać jeżyckiej pani ginekolog Ewy Cieślak. Kobieta, która 2/3 jeżyckich dzieci „urodziła”. Przeurocza historia doktorki, jej miłości do Marilyn Monroe, do swojego zawodu, do swoich uroczych córek. Zagrana przez (moim zdaniem )bardzo utalentowana aktorsko Agnieszkę Różańską bawi do łez. Dawno tak nie chichotałam w teatrze na monologu!

Kolejna bohaterka to Joanna Słowik. Mieszkanka Jeżyc, samotna matka z piątką dzieciaczków, która ponad życie kocha macierzyństwo i to ono jest jej największą pasją. Asia to przede wszystkim cudowna mama i ciepła kobieta. Pośród historii, które mogłam wysłuchać ta chwyta niesamowicie za serce. Z jednej strony pani doktor, majętna i fantastyczna, z drugiej matka polka, która groszem nie śmierdzi, a robi wszystko żeby dzieci miały dom pełen miłości. Postać odtworzona została przez wciąż zaskakującą mnie Dorotę Abbe. To kolejny odcinek Jeżyc, kolejna postać grana przez aktorkę, która przyprawiła mnie o dreszcze i łzy w oczach. Bezapelacyjnie stałam się fanką aktorstwa Abbe.

Przyszła kolej na Lucynę Marzec. Młodą panią doktor nauk z poznańskiego Uniwersytetu Adama Mickiewicza interesuje głównie jej pasja. Zajmuje się ona bowiem właśnie feminizmem i wraz z koleżankami z instytutu wydała książkę. Trochę roztrzepana, niezwykle zabawna, urocza i inteligentna młoda kobieta sprawiła, że na chwilę świat zaczął się dla mnie na nowo. Zagrana przez Edytę Łukaszewską, która po raz kolejny pokazała że jest jednak świetną aktorką (mimo moich uprzedzeń po Domu lalki) i wywoływała w publiczności radość.

Na gościnne występy zaproszono Irenę Dudzińską, aktorkę z klasą, z tak zwanej starej szkoły, która przedstawiła niezwykle interesujący i chwytający za serce monolog autorstwa Macieja Rembarza, nieżyjącej od 2007 roku jeżycjanki Diany. Ta puentująca ostatni niestety odcinek poznańskich Jeżyc historia wbija widza w fotel.

Wszystko to przerywane jest małymi historyjkami perełkami, które nadają przedstawieniu rytmu i spójności. Mamy małe trzy dziewczynki z jeżyckiego przedszkola, których jedynym marzeniem i odpowiedzią na wszystko jest Michał (kolega, który rzuca je piaskiem). Z drugiej strony pokazana są trzy kociary Alina, Teresa i Danuta. Kobitki, które dokarmiają koty na podwórzu i których całym światem są te małe indywidualności. Aktorki dały popis aktorski w tej scenie, że chylę czoła.

W tym spektaklu dowiemy się także to co my, kobiety wiemy od dawna. To co cytując postaci „wkurwia” nas baby. Czyli codzienne golenie nóg, masturbacje naszych i nie naszych mężczyzn, ciągłe awantury o nic, bycie matką polką ubezwłasnowolnioną przy garach etc. Poznamy także po raz kolejny ciekawe, zabawne, wzruszające historie i nawet nie będąc mieszkańcem poznańskich Jeżyc na chwilę się nimi staniemy.

Dodatkowo niezwykle wzruszyłam się kiedy na scenę podczas oklasków autentyczne postaci zawitały, a na sam koniec pan dyrektor Kruszczyński powiedział, że ma nadzieje, że od środka każdy z nas właśnie coś zmienił i zbudował, naprawił świat. Tymi łapiącymi za serce chwycikami zakończyła się premiera w Teatrze Nowym i powoli kończy się sezon…

Życzę sobie i twórcom, żeby nadchodzący nie był gorszy i utrzymał tak wysoko poziom jak mieliśmy okazję podglądać w tym roku. Tymczasem Festiwal Malta trwa, zatem hey przygodo !

 
 

Współczesne ideały wyszły

27 cze

 

Julia Rybicka

Zaczął się 3 dzień Festiwalu Malta, a dla mnie tak naprawdę ten pierwszy tydzień ubrany w teatralne doznania jest tak ważny i intensywny. Chciałoby się obejrzeć wszystko i być wszędzie, ale jeszcze nie wymyślono jak to zrobić. Dlatego czasami staję przed trudnymi decyzjami. Biegłam na „Dyskretny urok burżuazji” do Nowego, ale awaria tramwaju sprawiła, że znalazłam się na „Wiecznym kwietniu” w Polskim.

Trochę się nasłuchałam o tej dość krótkiej, bo trzydziesto-minutowej sztuce. Koledzy mówili, że warto iść dla Dąbrowskiego. No i hmm, no tak warto. Ogólnie warto. Spektakl mną jakoś nie wstrząsnął, ani wybitnie nie zachwycił. Okazał się bardzo poprawnie zrobiony, bez przesady, bez tandety, momentami przezabawny. Chociaż to ja pierwsza zachichotałam niczym skrzat na jedną scenę Michała Kalety. No, ale o publiczności teatru polskiego kiedyś już wspominałam, trudno ich rozruszać. Po kilku minutach moich rechotów rozkręcili się i inni widzowie.

We współczesnym świecie, gdzie umiera Curt Cobain (Paweł Siwiak) nie ma już żadnych wartości. Wszystko się wymieszało. Nie wiadomo czyja śmierć jest ważniejsza. Rockowej gwiazdy czy papieża Polaka? A Smoleńsk? Można już z  niego żartować. Areczek ( Dąbrowski) to typowy buntownik, który podcina sobie żyły, słucha mocnej muzyki, narkotyzuje się, wyśmiewa religię. Rodzice  (Barbara Krasińska, Andrzej Szubski), to oczywiście zagorzeli katolicy, znajomy Pan Krzyś ( Michał Kaleta) obrońca krzyża z córeczką prostytutką u boku  (Barbara Prokopowicz). No i jak żyć? Nastąpiło przewartościowanie wartości.

Agnieszka Korytkowska –Mazur postawiła na aktora. I tym aktorem jest Piotr B. Dąbrowski przede wszystkim, który jest świetny w tej roli. Jednakże doskonale partneruje mu Michał Kaleta. Niezwykle podobał mi się również Andrzej Szubski i bawiła mnie Basia Prokopowicz.

Scena, kiedy Andrzej Szubski grający księdza nawraca lud na pielgrzymce, a pozostali aktorzy śpiewają pieśń kościelną przez folię od (przypuśćmy) papierosów wywołując salwy śmiechu na widowni – majstersztyk. Ubawiłam się jak dziecko.„Wieczny kwiecień” na pewno jest na pewno warty obejrzenia. W następnym sezonie zapraszam do Polskiego.

 

Po krótkiej przerwie na zjedzenie czegoś pobiegłam do CK Zamek, gdzie Romeo Castelucci przygotował dla nas, głodnych widzów The Four Seasons Restaurant.

Dużo się o nich mówi. Podobno są “pojechani” jak mawia młodzież. No I okazało się, że są.

Pod salą Wielką w Zamku zbierają się dosłownie tłumy. Spotykam zaprzyjaźnionych kolegów i koleżanki z obu poznańskich teatrów, którzy nie mają wejściówek, plakietek z napisem artysta i nie mogą wejść. Swoją drogą uważam, że artyści, którzy grają podczas Festiwalu Malta nie mają żadnych profitów na sam festiwal za małe fopa! No, ale ok. Miłe panie bileterki, kiedy zapełnia się sala wpuszczają artystów bez bilecików. W publiczności tuż za nami siedzi Maciej Nowak. Trafił tu przypadkiem?

Zaczęło się dość dziwnie i tak dziwnie będzie przez co najmniej godzinę. Grupa młodych kobiet, ubrana jak wieśniaczki odcina sobie język. Po chwili na scenę wbiega żywy należy dodać pies, które te fragment zjada. A potem już zasnęłam prawie… Przez niemal godzinę kobiety opowiadają o istocie człowieczeństwa, o tym jak człowiek się zatraca. O powierzchowności natury ludzkiej i całego świata to jest… Do tego dochodzi inspiracja i fascynacja sztuką, obrazami Marka Rothki, pojawiają się fragment Śmierci Empedoklesa Friedricha Hölderlina. Wszystko to nic. Wszystko to stara się być ruchome i plastyczne, a ja zasypiam w publiczności wraz z moim kolegą aktorem nudzę się. Ale uwaga – pojawia się na scenie zdechła krowa i nagle ożywam. I tak już zostanie do końca. Muzyka, efekty specjalne, które mam wrażenie uciskają mi mózg nie pozwolą mi już zasnąć nawet jakbym chciała. Ostatnia wspaniała scena (jedyna taka) pełna efektów, emocji, ekspresji i połączenia wielu już wcześniej znanych mi obrazów przyprawiła mnie o ciarki na rękach. I właśnie dla tej ceny warto było się przemęczyć…

A Festiwal Malta trwa…zachęcam

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii FiT-steria na Malcie

 

Ceglorz Teatru Ósmego dnia dał radę

26 cze

Julia Rybicka

To już 2 dzień Festiwalu za nami. Dla mnie był on niezwykle wyczerpujący. Udało mi się obejrzeć kilka koncertów, poznać historię świeżo wypiekanego chlebka, skosztować go. Następnie udałam się zrobić króciutki reportaż na temat tego, dlaczego akurat „Otello” w reżyserii Pawła Szkotaka można zobaczyć w tym roku na Festiwalu Malta. Sam Otello bardzo się spieszył więc nie zdążyłam z nim porozmawiać, za to mamy krótką wypowiedź Desdemony.

W ulewie, w kaloszach, z komputerem pod pachą, parasolem w ręku i czapką na głowie 12 godzin biegałam po naszym pięknym mieście aż udało mi się dotrzeć z pomocą zaprzyjaźnionego aktora do fabryki Hipolita Cegielskiego. Troszkę zamieszania i czasu nam to zajęło, bo owa hala, w której odbyć miał się spektakl była nam nieznana. Już na wstępie widzę pewnego ulubionego przeze mnie (mniej pewnie przez twórców) świetnego teatrologa i recenzenta B.M. I tak we dwójkę sprawdzimy co tu się będzie działo. A działo się, oj działo.

To bardzo ważne miejsce dla Poznaniaków. Rok 1956 kiedy to robotnicy wyszli na ulice nie zostanie wymazany z pamięci. Po publiczności, która jest ogromnie skupiona i pod wielkim wrażeniem, wzruszona wręcz widać, że poznaniaków nadal to boli. Wielu z nich tu obecnych to pamięta. Wśród widzą są też sami bohaterowie, pracownicy fabryki.

Wpuszczeni jak dzicy do tej świątyni poznaniaków, której historię czuje się w zapachu stęchlizny i spalin idziemy przed siebie. Teatr Ósmego Dnia przedstawi nam zaraz przecież ważny element historii tego miasta.
Na środku wielkiej hali wielki kocioł z herbatką≤ grochówką? , którą rozdają robotnicy. Na ścianach wizualizacje, pokazana fabryka z różnych stron. Wszystkiemu towarzyszy przekropny hałas co tylko podnosi mi ciśnienie we krwi. Do elementów wizualnych należy dodać efekty plastyczne, grę, ale przede wszystkim ruch i rytm, które współgrają ze sobą. Dla mnie muzyka była niesamowitym bohaterem, dlatego z tego miejsca gratuluje twórcom. Dodatkowo kończący motyw tańcu Zorby rozbroił mnie. Jak to powiedział ten mój ulubiony recenzent „Kocham ich za ironię”. JA też.

Pora o której był zagrany spektakl dodawała animuszu. 23:00 gdzie oczka mi się same mrużą ? Ale świetnie! Dzięki temu naprawdę czuło się niesamowity klimat. Kolejny udany dzień festiwalu. Ach…

A dziś to hmm ja wizualne sztuki mam zamiar obejrzeć, a o 18:00 w Teatrze Nowym Dyskretny Urok Burżuazji więc idźcie kochani. Poza tym jak zawsze coś dla maluchów, coś dla ducha- joga, coś dla oka-filmy, coś dla ciała-koncerty i coś na ząb-kuchnia Plac Wolności! Bawcie się Poznaniacy i goście, bawcie! ☺

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii FiT-steria na Malcie

 

Ibsenowska Nora według flamandzkiego tg STAN

24 cze

 

Julia Rybicka

Dobrze zacząć Festiwal Malta od teatru. Prosto z Placu Wolności z rockowego koncertu Żuki Rock&Roll Band wsiadłam na mój hipsterski rower zwany Amandą i niczym gazela znalazłam się pod Aulą Artist. Tam zgromadzeni byli już widzowie i dobrze znani w tym mieście recenzenci- grube ryby.

W publiczności dostrzec można było aktorów Teatru Nowego. Nic dziwnego, przyszła część obsady poznańskiej wersji Ibsena „Dom Lalki” w tym Ania Mierzwa odtwórczyni roli głównej.

Przyznam szczerze, że trudno mi było i nadal jest porównywać te dwie różne odsłony tego tekstu. Skąd inąd przeze mnie bardzo lubianego. Ale spróbujmy.

Nora” to opowieść o relacjach z mężczyznami, ale także o relacjach w ogóle. Piękna, młoda i zdolna kobieta zostaje gwiazdą, ale w zamian za to zamknięta jest w świecie najpierw swojego ojca, a później męża. Obaj panowie traktują ją jak zwyczajną lalkę, zapominając że to żywy człowiek, który czuje. To historia, która pokazuje złe strony ludzkiej natury, grzechy takie jak pycha, cudzołóstwo etc.

Teatr Nowy w Poznaniu umieścił Norę pośród znanych celebrytów, zamkniętą w domu Wielkiego Brata. Za sprawą Ani Mierzwy ta Nora miała taki pazur i histerię w oczach. Odsyłam do recenzji http://fit-steria.blog.pl/2013/01/30/gotowy-produkt-sztuczny/

 Jeśli chodzi o to co przed chwilą zobaczyłam to mam mieszane uczucia. Z jeden strony uwiodła mnie prosta dekoracja. Kolejny plus spektaklu to świetna reżyseria świateł, momentami banalna, ale wprowadzająca chaos tudzież rytm momentami. Muzyka, która była dla mnie drugoplanową rolą. Bardzo podobały mi się małe myki. Dwójka aktorów grała podwójne role. Żeby widzom się nie myliło zastosowali prosty zabieg. Albo np. zdejmowali część garderoby, albo dodawali jakiś charakterystyczny element. Proste, ale weź na to wpadnij.

Koprodukcja Flandrii i Holandii zrobiła jednak coś, co lubię w teatrze współczesnym najbardziej. Aktorzy wyszli do publiczności. Flirtowali z nami (zwłaszcza odtwórczyni roli Nory), rozmawiali, uśmiechali się i to wszystko w roli. Taki żywy teatr, gdzie przełamujemy te zasadę czterech ścian uważam za niezwykle interesujący.

Najważniejsi są jednak aktorzy. Ewidentnie reżyser postawił na nich. No i na słowo….które było czasem niezwykle trudno w odczytaniu. Ponieważ grupa mówiła po angielsku, akcenty tej bardzo fajnej koprodukcji czasem mnie raziły. Aktorzy jednak są w tym wszystkim najważniejsi. Uważam, że Nora była trochę zbyt rozhisteryzowana i jakby obok, za to Torwald skradł od razu moje serce (czego w Poznaniu nie zrobił niestety Andrzej Niemyt). Taniec uwalniający wszelkie emocje, zmysły, poszarpany, oderwany od rzeczywistości obudził mnie bardzo.

Żeby nie było, że aż tak mi się podobało ( bo wymieniłam trochę plusów).  Możecie myśleć, że szalenie mi się podobało- a to nie będzie prawdą,  czas na minusy. Przede wszystkim za długie. To refleksyjny tekst (chociaż czasem zabawny), który potrafi psychicznie zmęczyć. Człowiek się zastanawia nad swoimi relacjami z ojcem, mężczyznami i to akurat mnie bardzo cieszy, ale powinien więcej rozmyślać po spektaklu niż w trakcie. Spektakl momentami nużył także z braku akcji na scenie. Dwie mocne sceny widz zapamięta owszem, ale nie na dłuższą metę. Brakowało mi czegoś, co by nadawało większego tempa.

A o poznańskiej publiczności, która miała czelność w trakcie spektaklu wychodzić nie chcę już nawet pamiętać. To jest teatr kochani, a nie folwark zwierzęcy.

Pierwszy dzień  Festiwalu uważam za udany!

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii FiT-steria na Malcie

 

Festiwal Malta rozpoczęty

24 cze


Julia Rybicka

Jako urodzona poznaniara cieszę się ogromnie, że w tym roku przyszło mi uczestniczyć w Festiwalu Malta jako prasa. Dlatego podejmuje to wyzwanie z wielką radością i postaram się relacjonować Wam wydarzenia, którym będę się przyglądać.
Na Placu Wolności powstało biuro Festiwalowe, gdzie możecie uzyskać wszystkie najświeższe informację. No to zaczynamy relację z Festiwalu Malta!
każdy znajdzie w programie coś dla siebie. W tym roku dużo się dzieje. Widowiska rozstrzelone są po całym mieście, dzięki czemu my Poznaniacy możemy przypomnieć sobie zakurzone miejsca, a przyjezdni poznają nasze piękne miasto.
O godzinie 10 rano Polska Telewizja Publiczna Program Drugi w śniadaniowym cyklu pokazał relację z rozpoczęcia Festiwalu, gdzie poznański zespół Żuki Rock&Roll Band przywitał festiwalowych gości i miliony widzów przed telewizorami. Mnóstwo dziennikarzy z całego świata o godzinie 11 zjadło wspólne śniadanie , a już o 12 przystąpiło do odprawy. Fotoreporterzy zarejestrowali wszystko swoim czujnym okiem. Zatem zaczynamy.

Teatr, Muzyka, Taniec, Film, Sztuki Wizualne i Generator Malta ruszają pełną parą.

To co danego dnia możecie państwo obejrzeć wyczytacie na stronie Festiwalu


http://malta-festival.pl/pl/news/sprawdz-co-wolno-dzis-zobaczyc-na-malcie

To co JA dziś polecam to :

sztuki wizualne” Transnature is here” , które odbędą się w od godziny 17 w Starej Rzeźni. koncert zespołu Żuki Rock&Roll Band o 17:00 na Placu Wolności.
Co mnie jednak dziś najbardziej cieszy to „NORA” czyli Ibsen! sala Aula Artis godz. 19:00 !

No jestem bardzo ciekawa jak tegoroczny Festiwal wypadnie!
Widzimy się na miejscu?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii FiT-steria na Malcie

 

Nic się nie stało! Polacy, nic się nie stało

21 cze

 

 

 

Julia Rybicka

Trochę się boję kiedy tematem przewodnim spektaklu jest kościół katolicki. Chyba niepotrzebnie. Nic co ludzkie już nie jest w teatrze obce. Remigiusz Brzyk w Teatrze Nowym w Poznaniu proponuje swój „Testament psa”, w oryginale napisany przez Ariano Suassuna. Dlaczego swój? Ponieważ historia zostaje przełożona na warunki w Polsce, co mnie akurat bawiło.

Na początku na scenę wbiega BEZ koszulki Bartek Nowicki jako Pajac. Myślę sobie: będzie się działo. Zalotnie uśmiecha się do publiczności, flirtuje wręcz. Opowiada, że będzie to historia o Miłosiernej ( w tej roli Antonina Choroszy). Jak mantrę powtarza wciąż w kółko o czym będzie spektakl. Po chwili na scenę wchodzi owa Miłosierna. Zapraszają nas- widzów w niezwykłą podróż.

Kiedy kurtyna podnosi się w górę, widzę wiele postaci dobrze mi znanych z cyrku. Po chwili ten cyrk zamienia się w małe miasteczko.Wszystko dzieje się w polskiej wsi. Autor wspomina to co stało się w ubiegłych latach w naszym kościele. Korupcje, pedofilstwo księży etc.

Najważniejsze jest jednak to, że parafianie chcą ochrzcić psa. Co jest oczywiście niezgodne z prawem kościoła katolickiego. Podstępem wymyślają, że jest to pies Majora Antoni Moralny, którego miejscowy proboszcz ( Mariusz Zaniewski) boi się jak cholera. Efekt końcowy zostanie osiągnięty, a to co dzieje się po kolei na scenie wzbudza wiele kontrowersji, ale także śmiechu. Pies zostawił przecież testament, a w nim dla każdego znajdzie się spora sumka pieniężna. Reszty zdradzać państwu nie będę.

Kilka bardzo dobrze zrobionych scen skupia moją uwagę. Pojawienie się biskupa (świetny Szymon Piotr Warszawski), scena ordynarnego tańca Piekarzowej ( boska jak zawsze Anna Mierzwa) czy ostatnia scena  Miłosiernej (Antoniny Choroszy) i Jezusa (Aleksandra Machalicy). Zrobione zostały ze smaczkiem.

Tekst sztuki broni się sam. To zasługa Danuty Żmij, Witolda Wojciechowskiego.Scenografia, oprawa muzyczna, ruch sceniczny uważam za świetnie wykonaną pracę.

Czytając recenzję nie zgadzam się, że to „tani plakat publicystyczny”. Autorzy odważnie podeszli do sprawy kościoła i tego co dzieje się w tym niestety smutnym kraju. Uważam, że trzeba mieć jaja, żeby w tak zakompleksionym i moherowym państwie, w którym żyjemy wyjść na scenie z „Testamentem psa”.

Oczywiście najlepszą robotę robią aktorzy. Genialny moim zdaniem Mariusz Zaniewski jako Proboszcz sprawił, że chichotałam jak szalona. Uważam jego rolę za najlepszą. Jednakże koledzy z zespołu jak: Mierzwa, Warszawski, Choroszy godnie mu partnerują i dają popis swojemu kunsztu aktorskiemu. Co mnie jednak razi najbardziej i początkowo chciałam przemilczeć to duet Maksymiliany ( Julia Rybakowska) oraz  Zbója (Andrzej Niemyt), który uważam za kompletnie nie trafny. Postaci, które powinny dawać najwięcej publiczności, które są kluczowe po prostu dają ciała i są nijakie. Kompletnie nie przemyślane role niestety, a mogły być przecież perełkami. Może aktorzy mieli akurat słaby dzień… Tak czy siak zapraszam państwa na to zabawne i dające do myślenia widowisko do Teatru Nowego.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr