RSS
 

Archiwum - Maj, 2013

Każdy plemnik to podatnik! Obywatel Piszczyk, moje życie zniszczył!

26 maj

Julia Rybicka

Na początku było słowo…potem  dwa wspaniałe filmy, a teraz przyszedł czas na teatr. Chciałabym napisać tylko jedno słowo: REWELACYJNIE. I to uczynić swoją recenzją, ale to państwa może nie przekonać do odwiedzenia Teatru Polskiego, by zobaczyć mistrzowskie dzieło pt. „Piszczyk”.

Kiedy do poznańskiego teatru przybywają tłumy to wiedz, że coś się dzieje! Dziś premiera Piszczyka! Dodatkowo odbywa się ona podczas Festiwalu Bliscy Nieznajomi. Pięknie ubrane kobiety, wystrojeni w garnitury mężczyźni zasiadają w fotelach. Widzę w oddali Łukasza Chrzuszcza, który ma grać rolę tytułową w spektaklu tak długo przeze mnie oczekiwanym. I nie jest on NA scenie, a wśród publiczności. Pomyślałam „oho, będzie dobrze”. I było.

Na scenie pojawia się (prawie) pełna obsada. Piękni, kolorowi, wspaniali. Barbara Prokopowicz (żona), Teresa Kwiatkowska (matka), Wiesław Zanowicz (ojciec), Anna Sandowicz ( kochanka, dziennikarka), Piotr Dąbrowski (aktor, przyjaciel), Mariusz Adamski (ksiądz), Michał Kaleta ( dyrektor), Piotr Kaźmierczak ( były oficer SB,kolega), Andrzej Szubski (kolega z PZPR). Czyli doskonały team teatru.

Każdy po kolei opowiada kim dla niego jest Piszczyk. Co zrobił, gdzie pracował, dlaczego siedział w więzieniu etc. Po kilku minutach wprowadzenia,  pojawia się bohater całego zamieszania Jan, Jasiu Janek Piszczyk (Łukasz Chrzuszcz), który całemu zdarzeniu przysłuchiwał się z publiczności. Słychać pierwsze chichotania. „To kłamstwo, żeby w teatrze tak kłamać” krzyczy z oddali Chrzuszcz. Siedzę w pierwszym rzędzie, czego będę potem żałować, bo moi koledzy (genialni nomen omen) będą mieć niezwykłe wyzwanie, żeby znieść mój wzrok i uchachaną twarz. A od tego momentu, do końca spektaklu publiczność ogarnie śmiech.

Przecież dokładnie tak zaczyna się  film Andrzeja Kotkowskiego. Jan Piszczyk w sali kinowej ogląda film na podstawie jego biografii i nie zgadza się z tym, jak go przedstawiono. Kim był bohater narodowy tak naprawdę? Przede wszystkim był niedojdą, pechowcem, życiowym łamagą, którego nie opuszczało zezowate szczęście. Oportunista, buntownik, przyłapany na pisaniu złowrogich (dla rządzących) haseł propagandowych trafia do więzienia, z którego po wyjściu nie potrafi się odnaleźć kompletnie, popadając wciąż w nowe tarapaty.

Na scenie dzieje się dużo. Przede wszystkim tekst jest ważny! To zasługa Jana Czaplińskiego i Piotra Rowickiego, którzy poprowadzili tak te historię, że widz ani przez chwilę się nie nudzi. Reżyserii, która oczarowała widzów podjął się Piotr Ratajczak z czego może być dumny. W tym spektaklu ważni są wszyscy twórcy. Prosta, ale uderzająca scenografia Matyldy Kotlińskiej, projekcie wideo Aleksandra Grzebalskiego, światła, ruch, muzyka, ale przede wszystkim zespół aktorski. To, że grają lekko, rytmicznie zasługuje na dyplom. Jednakże fakt, że nie wyłania się z tego żadna gwiazda i widz czuje prace zespołową uważam za majstersztyk. Tutaj naprawdę nie ma się czego doczepić. Genialny Łukasz Chrzuszcz, który nie próbuje naśladować mistrzów: Kobieli i Stuhra, a po swojemu gra swoją postać. Każdy z tych aktorów to perełki. Zasadniczo cały spektakl jest taką jedną, wielką perłą, więc nie będę im już słodzić, bo o sodówę dzisiaj łatwo.  Z pełną odpowiedzialnością powiem, że nigdy nie widziałam czegoś równie zabawnego, zrobionego z taką klasą, lekkością i z pieprzem jak „Piszczyk”. I mimo iż osobiście przyjaźnię się mniej, lub bardziej z zespołem, moje uczucia nie mają tu nic do rzeczy. To było po prostu bardzo dobre.

Największym uznaniem można nazwać reakcję widzów, którzy potrafią być drętwi. Mamy specyficzną publiczność w Poznaniu, która przychodzi na te klasyki i po pierwszym wyjściu do oklasków wychodzi. Tutaj ku mojemu zaskoczeniu, kiedy aktorzy wyszli się ukłonić jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jakbyśmy się wszyscy umówili – cały teatr, balkony WSTAJĄ i nie mogą przestać klaskać. I to jest wytłumaczalne. Zaskoczenie polega jeszcze na tym, że podczas spektaklu widzowie poza śmiechem, który nie ustawał, dziękowali brawami. Podobno 12 lat temu podczas premiery „Portugalii” ostatni raz tak ożywiła się publiczność.

Teatr to nie tylko Szekspir! Czasami idąc do teatru, chcemy się po prostu odprężyć i odpocząć. Pośmiać, zapomnieć o szarej rzeczywistości. Piszczyk nie jest ani przesadzony, ani nabuzowany itd. Jest sztuką, którą będę pamiętać jeszcze długo i życzę sobie, żeby grany był jak najdłużej, żeby wszyscy mogli go zobaczyć, bo warto. Obywatel Piszczyk OFICJALNIE  moje życie zniszczył. Gratuluję wszystkim twórcom i aktorom, a państwa zapraszam do Polskiego!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Andrzej Szubski prawie górnik, jednak aktor

16 maj

 

Julia Rybicka

 

Andrzej Szubski skończył wydział aktorski we Wrocławiu w 1987 roku. Chciał być górnikiem, lotnikiem, biegał po grotach. Do aktorstwa trafił uciekając przed wojskiem. Na studiach aktorskich poczuł, że znalazł swoją drogę. W latach 1993-1998 aktor Teatru im. H. Modrzejewskiej w Legnicy. Do roku 2008 aktor Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu.

 

Od 2008 roku aktor Teatru Polskiego w Poznaniu. Aktor, który praktycznie wchodzi w każdy tytuł. Mąż, kumpel, pedagog, istny wariat J

Fit-steria:

 Andrzej, czytałam fajne rzeczy o tobie. Pracowałeś z wielkimi: z Kleczewską, Klatą…

 Andrzej Szubski:

Klata zaprosił mnie do trzech spektakli, a Maja do dwóch.

FiT:

 To są wielkie nazwiska…

 A. Sz.:

Tak,  to były ich wczesne spektakle. Wtedy stworzyli swoje najlepsze rzeczy, bo ja w tym grałem (śmiech). Ale poważnie. To były ich najświeższe spektakle. Oni się wtedy dopiero rodzili. Tak jest z każdym twórcą. Kiedy poszukuje, to jest najciekawiej. Myślę, że później spoczywają na laurach, ale w tym pozytywnym sensie, kiedy już nazwali, określili swój styl, i to w tym znaczeniu przestaje być świeże. Oczywiście jest mistrzowskie, perfekcyjne, dopracowane, ale nie jest już świeże. „Lot nad kukułczym gniazdem”  Kleczewskiej np. na Festiwalu Sztuki Aktorskiej  po raz pierwszy w historii, dostał zbiorową nagrodę aktorską. Dla całego zespołu. Zawsze są indywidualne.

 FiT:

 Niezwykłe wyróżnienie.

 A.Sz.:

Niezwykła energia. Tam nie było gwiazd. To była praca zespołowa. Aktor jest egoistą i chyba powinien być. Miło jest, kiedy się o nim mówi, by napisano później, że pan taki i taki był genialny, to jest normalne, ale tam było inaczej. To była praca na wspólny efekt.

 

Rozmowa toczy się wokół aktorstwa…

FiT:

 A nie uważasz, że im głębiej się wchodzi w rolę tym fajniejsze są kreacje na scenie?

 A.Sz.:

Tak, ale trzeba znać granice. Nie zapominajmy, że to jest sztuka udawania. Mój kolega po szkole trafił do jednego z dużych teatrów. I od razu wszedł w wielki repertuar. Facet po dwóch latach zrezygnował z zawodu, bo osiwiał i skończył na leczeniu psychiatrycznym. Nie wrócił do zawodu. On w rolę wchodził na stówę.  Musi być dystans, żebyśmy zdrowo i dobrze mogli wykonywać ten zawód.

FiT:

 A uczą tego w szkole?

 A.Sz.:

Przynajmniej się starają. A jednostki słabsze są eliminowane (śmiech). U mnie na 2 roku dziewczynie musieli podziękować. Dawali szansę, możliwość pomocy specjalistów, ale nie dało się. Świetna dziewczyna, ale nie potrafiła oddzielić roli od życia. A jak kreowana postać morduje, wchodzi w układy kazirodcze itp., np. Edyp, postaci szekspirowskie – tego jest pełno… Trzeba mieć dystans.

FiT:

 Gratuluję wpisałeś się w historię teatru polskiego poprzez pracę z takimi reżyserami. A jak się wszystko zaczęło?

 A.Sz.:

W Legincy zaczynało robić teatr dwóch młodych reżyserów po krakowskiej szkole – Jacek Głomb, który do dziś jest tam dyrektorem, i Robert Czechowski (również aktor). Oni byli na roku z Warlikowskim, Jarzyną. To był dobry rok, wyszło z niego dużo dobrych reżyserów. Legnica jako teatr się skończyła z powodów administracyjnych. Nie pamiętam szczegółów. Zwolniono zespół, dyrektora. Ci dwaj panowie zaczynali teatr na nowo. Ściągnęli młodych ludzi, po szkołach praktycznie, pomyślałem, że tam może być ciekawie… i było.

FiT:

 I się skończyło, bo?

 A.Sz.:

Parę lat tam byłem, a potem poszedłem do Kruszczyńskiego do Wałbrzycha, bo Piotr tam został dyrektorem.  To był ten złoty czas dla Wałbrzycha. Ściągnął  Klatę, Kleczewską, Tyszkiewicza, on sam zrobił kilka świetnych przedstawień. Przez kilka lat na wszystkich festiwalach teatralnych, czy to Opole, Kalisz, Katowice, Wałbrzych zdobywał pierwsze miejsca. „Lot nad kukułczym gniazdem” zebrał wszystko co możliwe. Tak samo „Rewizor” w reż. Klaty. Potem wielka „Iwona” Tyszkiewicza. Wreszcie Paweł Szkotak mnie w czymś zobaczył w Wałbrzychu i zaproponował przejście tutaj.

FiT:

 I tak płynnie sobie przeszedłeś do Poznania do Polskiego? Mimo tych wszystkich nagród?

 A.Sz.:

Chciałem zmienić klimat. Teatr w Wałbrzychu jest interesujący do dziś, ale miasto jest jakieś smutne. Nie powiem, że go nie kocham, przecież kupiłem tam dom, niedaleko się urodziłem, część rodziny tam mam. Chciałem jednak zmienić powietrze. Dyrektor z Poznania zaproponował mi pracę, chętnie tę propozycję przyjąłem. I tyle.

FiT:

 I przyjechałeś do Poznania i co? Lepsze miasto? Mniej destrukcyjne?

 A.Sz.:

Tak, na pewno. Chociaż przez pierwszy miesiąc, gdy chodziłem po ulicach, żeby zapoznać się z architekturą, topografią, to (być może to był przypadek), ale w ciągu tych paru pierwszych dni idąc ulicą, podchodziłem np. do kogoś i pytałem „przepraszam, która godzina?” ten ktoś się zatrzymywał, patrzył na mnie przez chwilę, odwracał się i odchodził bez słowa. No dobra myślałem, jakiś świr. Za drugim razem pytam o ulicę Marcinkowskiego… to samo – patrzy i odchodzi…Ale jak to się powtórzyło trzeci raz, myślę sobie, zaraz, gdzie ja jestem? Rozumiem, rachunek prawdopodobieństwa, miałem pecha. Później już się to nie zdarzało, ale na początku miałem na temat mieszkańców tego miasta nieciekawe zdanie.

FiT:

 To ciekawe, jak cię Poznań przywitał!

 A.Sz.:

No najgorsze, że bez słowa. Jakby powiedział „spier…” lub cokolwiek – to bym zrozumiał (śmiech).

Słuchaj – sprawa szukania mieszkania. To było cudowne. Wyszukaliśmy z żoną w Internecie interesujące nas propozycje wynajmu. Umówiliśmy się z ludźmi, żeby to obejrzeć. Ceny były różne, jak niskie to daleko itd. Idziemy pod pierwszy adres i… to jest to! Od razu się zachwyciliśmy. Pierwsza noc. Koniec sierpnia. Do dziś tego nie zapomnę. Budzi nas anielski śpiew. Ja rozumiem, że ten moment nad ranem, sen… ale otwieram oczy, widzę jasne słońce,  a śpiew wciąż trwa… Okazało się, że w Operze jakaś próba jest. Nie miałem bladego pojęcia, że wynajęliśmy mieszkanie w jej sąsiedztwie. Nawet nie zauważyłem tej Opery a przecież jest niemała.

FiT:

No dobrze, ale to raz anielski głos, a teraz? Nie wkurzasz się?

 A.Sz.:

No tak, gorzej jak się rozśpiewują… (śmiech), ale inna sprawa, że się przyzwyczaiłem. Wtedy tak się złożyło, że słoneczny poranek, anielski głos, pomyślałem, będzie dobrze i jest dobrze.

FiT:

 A czym zajmuje się twoja żona, bo też artystka…?

 A.Sz.:

Jest reżyserką. Skończyła Wydział Reżyserii na Warszawskiej Akademii Teatralnej. Ostatnio zrobiła „Królową ciast” Beli Pintera w Teatrze Horzycy w Toruniu, doktorat pisze, teraz jedzie na jakiś wykład do Helsinek, latem robi spektakl w Buenos Aires…

FiT:

 Dużo wyjeżdża w takim razie

 A.Sz.:.

No, tak. Zwykle praca nad spektaklem trwa od dwóch do trzech miesięcy. Wpada więc do domu raz na tydzień, raz na dwa tygodnie. Ale potem jesteśmy tylko dla siebie…

FiT:

 Pytam aktorów, którzy żyją z reżyserkami, aktorami czy nie ścierasz się z drugą artystką?

 A.Sz.:

Pod tym względem osiągnęliśmy pewien poziom dojrzałości. Staramy się nie przynosić pracy do domu. Tzn. nie ma siły, żeby się czasami, po kolacji, nie weszło na jakiś budzący kontrowersje temat, ale wtedy staramy się raczej nie brnąć w to. Raz się zdarzyło, że pracowaliśmy wspólnie, ale wtedy nie byliśmy jeszcze razem. Nie wiem jak będzie, jeśli będziemy znów pracować nad jednym spektaklem. Mam nadzieję, że się nawzajem nie zjemy (śmiech).

FiT:

 Wrócicie do domu i będziecie dalej Ulą Kijak i Andrzejem Szubskim?

 A.Sz.:

Oby. Mamy czasami inne spojrzenie na temat pracy, w ogóle – teatru. Ja z punktu widzenia aktora, ona reżysera. Ale to jest właśnie cenne; ona widzi w domu moje aktorskie frustracje, a ja obserwuję ciężką pracę koncepcyjną reżyserki. To pozwala nam mieć potem więcej szacunku dla innych ludzi.

FiT:

 Oglądasz sztuki, które żona robi i odwrotnie?

 A.Sz.:

Ona obejrzała wszystko, w czym grałem, a ja nie widziałem jej ostatnich dwóch premier, ponieważ dokładnie w tym samym dniu, kiedy ona miała swoje premiery, ja miałem swoje tutaj w Poznaniu.

FiT:

 A daje ci jakieś uwagi reżyserskie apropo twoich ról?

 A.Sz.:

(Śmiech) Z reguły mówi raczej o spektaklu w ogóle. Co się podobało, co się nie podobało, z punktu widzenia reżysera, widza. Czasami jednak jest bezwzględnym krytykiem. Najlepszym, bo najlepiej mnie zna i wie na co mnie stać. Poza tym…  wyobraź sobie, że jesteś malarką. Namalowałaś piękny obraz i jesteś tym dziełem zachwycona. I przychodzisz do mnie i pytasz jak mi się podoba. I ja widzę w twoich oczach taką radość… to nie powiem ci, że to jest do d…, znaczy niedobre. To jest delikatna sprawa. Ula jest delikatna (śmiech).

FiT:

 Grywasz małe role, ale czy wolisz główne role czy te małe, które nie raz są perłami w spektaklach, bo ja np. cenie sobie właśnie takie rzeczy. Zwłaszcza, że w Teatrze Polskim głównie oglądamy pana Michała Kaletę z całym szacunkiem dla aktora. Rozumiem, że w każdą rolę wkładasz 100%?

 A.Sz.:

Tak. Chociaż czasami 99%…

FiT:

 Ale nie masz parcia na duże rzeczy na scenie?

 A.Sz.:

Gdybym powiedział, że nie mam to pewnie bym kłamał, choć samo słowo nieszczególnie mi się podoba. Jest takie powiedzenie:  „nie ma małych ról, są tylko mali aktorzy”, każda rola jest dla mnie duża, jeśli sprawia mi przyjemność grania, nie ważne jak długo przebywam na scenie. Inna sprawa jest taka, że aktorowi grającemu główną rolę może jakaś scena nie wyjść. Ale nie ma problemu, bo może to nadrobić w następnej i następnej. Jak ktoś ma małą rolę, epizod, to niestety musi dać z siebie wszystko tu i teraz. Nie będzie miał możliwości poprawienia się, bo po prostu już się na scenie nie pojawi. Więc musi w tym jednym momencie zaistnieć. Ale faktem jest, że czasem pamięta się tylko epizod.

FiT:

 To chyba zależy od publiczności, przyznam Ci szczerze, że mnie publiczność wkurza kiedy dzieje się coś ważnego, aktor grający dużą rolę się napoci, a potem wychodzi drugi krzyknie „kurwa” i …

 A.Sz.::

…i komentują, że zrobił świetną rolę.

FiT:

 Ale niestety takich spektakli jest coraz więcej, jak tej słabej publiczności…

Moja pierwsza styczność z twoją osobą to był „Hamlet”. Grasz na początku ochroniarza. Ja wchodzę na spektakl, a Ty nie pozwalasz mi jeszcze usiąść w rzędzie krzeseł…

 A.Sz.:

 Aaaa no tak…

FiT:

 Ja jeszcze nie kumam o co tutaj chodzi. Jakiś facet mi nie pozwala usiąść?

 A.Sz.:

Widzowie wchodzą i chcą usiąść, bo mają do tego prawo. A ja muszę interweniować, że jeszcze nie. Takie jest założenie. A tak w ogóle to nie lubię zbytnio takiej bezpośredniej interakcji z widzem. Czasami wiem, że muszę, ale nie powiem abym za tym przepadał. W „Kotce” reżyser wymyślił sobie, że polewam wino widzom przy wejściu. No i super, może to jest fajne, ale wolę teatr gdzie publiczność nie miesza się z aktorami.

 FiT:

 Ale to nie znaczy, że masz gorszy kontakt  z widzem?

 A.Sz.:

Nie, ale wiesz, najciekawsze jest to, że ten dyskomfort odczuwam przed rozpoczęciem spektaklu. Potem już jest dobrze, rozmawiam z tymi widzami, wchodzę w jakieś interakcje, jest świetnie. Bywa, że jest się chorym, odczuwa się bóle, a wchodzisz na scenę i niedyspozycja znika. Oczywiście potem, w kulisach może na ciebie czekać tlen, jakiś masaż serca (śmiech), ale na scenie tego nie czujesz. To takie miejsce, które działa przeciwbólowo. Tak było ponoć z Ćwiklińską, która w kulisach miała swoją pielęgniarkę.

FiT:

 Zdarza się Tobie wchodzić na scenę, kiedy grasz spektakl, w którym no nie koniecznie czujesz się dobrze?

 A.Sz.:

Staram się realizować uwagi reżysera z okresu przedpremierowego nawet na setnym przedstawieniu. W momencie premiery jest koniec. Na próbach możemy się ścierać, dyskutować, ja mogę mu mówić, że się z czymś nie zgadzam itp.  Ale wypracowujemy wspólny efekt i wypuszczamy towar pt.:  premiera. To jest kompromis, może mi się to nie podobać, ale gram nawet przy setnym przedstawieniu to, co założyliśmy z reżyserem. Oczywiście rola rozwija się w sensie jakościowym, ale główne założenia pozostają niezmienne.

FiT:

 Wiesz, znam aktorów, którzy robią przekombinowane swoje role, przez co założenie spektaklu się zmienia.

 A.Sz.:

 Cóż, część kolegów jak poczuje widownie, to „pod nią” gra. Ważne jest zdyscyplinowanie zespołu i dbanie o jakość spektaklu.

Ja nie mówię, że konsekwentnie, wręcz matematycznie się trzymam przez sto spektakli premierowego schematu. To nie jest kino, gdzie jest tak samo zawsze. Jednakże podstawowe reżyserskie założenia muszą zostać zachowane.

FiT:

 Masz słabszy dzień, bo jesteś tylko człowiekiem. Wchodzisz zagrać setne przedstawienie i co wtedy?

 A.Sz.:

W ramach posiadanej energii w danym dniu staram się zrobić jak najwięcej. Załóżmy, że moim zadaniem w danej tej roli jest przejechanie z punktu A do punktu B i ja to zrealizuje. Nie przejadę mercedesem, ale starym polonezem. Jednak do celu dotrę. Pewnych rzeczy nie przeskoczysz. Jeżeli linoskoczek w cyrku robi potrójne salto ze śrubą w tył, a się źle czuje, to zrobi podwójne bo inaczej się zabije. Ale następnego dnia może zrobi poczwórne?

FiT:

 Widza TO konkretnie nie obchodzi, bo przyszedł obejrzeć spektakl…

 A.Sz.:

Widz może nie zauważyć. Pomyśli, że facet gra taką rolę i tak ma ona wyglądać, ale koledzy na scenie wiedzą. Jako partner sceniczny jestem wobec nich odpowiedzialny również za jakość ich pracy. Staram się zatem nigdy nie odpuszczać i grać najlepiej jak mogę.

FiT:

 A lubisz z tym zespołem pracować?

 A.Sz.:

Tak.

FiT:

 A przyjaźnisz się w tym zespole z kimś?

 A.Sz.:

Przyjaźń to duże słowo. Szanuję i lubię wszystkich. Dobrze się nam razem pracuje. Z kimś można pójść na piwo, kogoś zaprosić do domu, a jeszcze z innym pogadać w bufecie. W wielu teatrach byłem i obserwowałem złą, toksyczną atmosferę. I te relacje potem przenoszą się na scenę. Jak ktoś jest aktorem z dużą świadomością etyki zawodowej, to nawet nie lubiąc np. partnerki prywatnie, na scenie sobie poradzi i zagra z nią scenę miłosną, przekonująco i prawdziwie.

FiT:

 Sprawiasz wrażenie spokojnego i zrównoważonego człowieka. To tak jest?

 A.Sz.:

Nie byłem taki kiedyś. Może to jest sprawa wynikająca z tego, że należy wyciągnąć wnioski z życia i nie powtarzać błędów. Nabierać pewnej mądrości życiowej, dystansu. Ludzie tracą mnóstwo niepotrzebnej energii, zdrowia na bzdury. „Denerwowanie się to jest karanie swojego ciała za głupotę innych” wyczytałem gdzieś kiedyś. Jeśli nie mam na coś wpływu to się tym nie emocjonuję.

Odpoczynek, wakacje?

W Chorwacji odpoczywam. Zakochałem się w tym kraju, ludziach. Z żoną jeździmy tam co roku. Bezludna wysepka, na którą raz dziennie płyniemy. Badija. Niesamowite miejsce. Opalanie się, spacery, nurkowanie. Woda przeźroczysta do samego dna, ogromna ryba ci nagle koło nosa przepływa, chciało by się tam zostać na zawsze…

FiT:

 A jakieś sporty ekstremalne?

 A.Sz.:

Narciarstwo. Ale odkąd miałem kontuzję to już nie. Pierwsze narty kupiłem od kolegi za czekoladę. Miałem wtedy sześć lat (śmiech).

FiT:

 Skoczyłbyś na bungee?

 A.Sz.:

Skoczyłbym. Teraz, siedząc na kanapie, mogę to powiedzieć z całą stanowczością (śmiech).

FiT:

 A co z filmem, jesteś głównie aktorem teatralnym?

 A.Sz.:

 Zagrałem jakieś epizody w 10 serialach i paru filmach fabularnych. Bardzo dużo gram w teatrze. Ale jak chciałem nawiązałem parę kontaktów filmowych, to nie było roboty. A jak byłem tydzień przed premiera, to był telefon z propozycją z kina. I musiałem odmówić. Wierz mi, kilka razy tak było.

Tutaj mam co robić. Niedawno była premiera Otella, niedługo Piszczyka…

FiT:

 No i jak przed tym Piszczykiem?

 A.Sz.:

Wiesz, to może być bardzo dobre przedstawienie. Lubię ten rodzaj humoru. Kreacja Stuhra czy Kobieli mi się bardzo podoba. Piszczyk to taki every Polak- wszędzie był, wszystko widział i nic mu się nie udawało. To będzie mądre, gorzkie, atrakcyjne scenicznie i dowcipne. Zapraszam.

FiT:

 20 lat uczysz młodzież, warsztaty teatralne?

A.Sz.:

Chyba dłużej…

FiT:

 Lubisz uczyć? Widzę jak rozmawiasz ze studentami, oni chętnie przychodzą do ciebie po uwagi, jesteś autorytetem!

 A.Sz.:

Przede wszystkim bardzo ich lubię. Istotna jest też sprawa nawiązania kontaktu, słuchania ich. Wykorzystywania też ich wrażliwości, szczere mówienie o pewnych ułomnościach. Oni to bardzo cenią. Trzeba ich traktować bardzo poważnie i odpowiedzialnie.

FiT:

 Nie boisz się skrzywdzić takiego młodego studenta? Mówisz im, że się nie nadają na aktora?

 A.Sz.:

W taki sposób jak ty powiedziałaś to nigdy. Wykazuje mu wady i zalety.

Gdybym był członkiem komisji szkoły teatralnej, to pewnie byłbym zdecydowany i powiedział stanowczo, pani się nadaje bądź się nie nadaje. Tutaj jest inaczej. Zawsze mówię, żeby zdawali do szkoły, aby potem nie żałowali, że nie próbowali. Jeżeli wiem, że ktoś nie ma dużych szans, to radzę, aby pomyślał o jakimś alternatywnym kierunku studiów, a egzamin do PWST potraktował jako przygodę.

FiT:

 A co byś zrobił jakbyś się nie dostał do szkoły teatralnej?

 A.Sz.:

Ale ja nie chciałem zdawać do szkoły teatralnej.

FiT:

 (śmiech) to chyba od tego powinniśmy zacząć te rozmowę…

A.Sz.:

Ja wiem, że ty wiesz, że z reguły wszyscy aktorzy tak odpowiadają.

FiT:

 Ale ja niestety wiem, że z zazwyczaj tak jest…

 A.Sz.:

No, bo tak jest. Ja np. poszedłem do technikum mechanicznego, nie z miłości do mechaniki, tylko dlatego że mój kolega tam poszedł. Ja nawet do kopalni chciałem iść, bo brat pracował. Czujesz? Do kopani?! Kiedyś polonistka kazała nam się nauczyć ballady Mickiewicza. Powiedziała mi, że jest taki konkurs recytatorski im. Baczyńskiego w Dzierżoniowie i ja tam pojadę. Pojechałem i wygrałem. To był 78 rok, mało tego, dostałem nagrodę pieniężną w wysokości 3,5 tysiąca złotych. Mój ojciec zarabiał 2500 miesięcznie. Pomyślałem sobie, kurczę to jest niezła fucha. Potem znów na konkurs drugi, trzeci i zawsze byłem w tej pierwszej trójce. Kiedyś np. dostałem gramofon najwyższej klasy w nagrodę. Potem zaproszono mnie do amatorskiego teatru z Wałbrzychu. Zapisałem się, bo tam fajna dziewczyna była, która mi się podobała. Skończyła się szkoła średnia i ja dalej nie wiedziałem co robić. Wiele rzeczy mnie interesowało. W sumie dzięki strachowi przed wojskiem dostałem się do szkoły teatralnej. Szef tego amatorskiego teatru załatwił mi etat inspicjenta w teatrze Dramatycznym a ówczesny dyrektor przekonująco uzasadnił Komisji Wojskowej niezbędność mojej osoby w jego teatrze. Byłem tam przez rok. Kiedyś ktoś zachorował i musiałem wejść na scenę w nagłe zastępstwo. Później dyrektor, już świadomie, mnie obsadzał w mniejszych rolach. Aż zagrałem z ówczesną żoną Jana Englerta, panią Barbarą Sołtysik w „Fircyku w zalotach”. Duża rola, wierszem. Wtedy dowiedziałem się co to jest monolog wewnętrzny. I pani Barbara mi mówiła, że muszę zdawać. Aktorzy z zespołu za mną łazili i mędzili, czy już mam jakieś teksty przygotowane. Naprawdę to nie jest kokieteria. Wziąłem te teksty, żeby się odwalili. Zdawałem do szkoły do Wrocławia i się dostałem za pierwszym razem. I dopiero pod koniec pierwszego roku poczułem, że to jest to, co chcę w życiu robić…

 

Andrzejowi wróżę jeszcze nie jedną fajną rolę. Świetny pedagog, aktor, doskonały kolega, mentor, słuchacz. Oglądać go możecie państwo w Teatrze Polskim w Poznaniu. Już 25 maja tego roku premiera „Obywatela Piszczyka” mn. z jego udziałem. Dziękuję Andrzej za miłą rozmowę i ściskam.

 

 

 

 

 

 

Warszawski Paryż

14 maj

Julia Rybicka

Od premiery „Rezerwatu” minęło już ponad 6 lat, a ja dopiero teraz miałam okazję zobaczyć ten film. I lepiej późno niż wcale, bo byłoby żal przepuścić coś takiego. Nie chciałabym rozpisywać o mojej wrażliwości, ale mało jest rzeczy, które trafiają do mnie tak mocno jak to dzieło. Warszawa jako miasto zawsze wydawała mi się odarta z emocji, a mieszkańcy – głównie przejezdni. W tempie, którym poruszając się tutejsi przybysze trudno jest uchwycić chwilę refleksji. Z małych miasteczek przybywają młodzi ludzie, którym marzy się wielki świat. W Akademii Teatralnej trudno jest spotkać rodzonego warszawiaka. Każdemu marzy się sława, wielka kariera i występy na deskach najlepszych teatrów. Wielu artystów szuka tutaj spełnienia, inspiracji.

Tak też stało się z aktorem Marcinem Kwaśnym, który zamieszkując na warszawskiej Pradze jeszcze na studiach, zainspirowany a la paryską dzielnicą stworzył wraz z  Łukaszek Palkowskim, który również zajął się reżyserią. Scenariuszem zachwycony był Maciej Ślesicki to pozwoliło panom na urzeczywistnienie swoich marzeń i stworzenie filmu. Początkowo film nosił tytuł „Praskie miraże”. Aktor Teatru Kwadrat nie tylko napisał scenariusz, ale także zagrał główną rolę.

Marcin Wilczyński, młody fotograf wyrzucony z mieszkania swojej dziewczyny zmuszony jest do znalezienia własnego kąta. Wtedy warszawska Praga była najtańszym miejscem i dopiero stawała się trendy. Przyjeżdżali tutaj różnego rodzaju artyści: malarze, muzycy, fotograficy, aktorzy podnajmując za małe pieniądze strychy czyniąc z nich swoje domy i pracownie. Tak jak zrobił to główny bohater filmu „Rezerwat”.

Bardzo podoba mi się zabieg artystyczny, który rozpoczyna film – czyli retrospekcja. Film pomimo iż jest kolorowy przybiera szarych barw trochę smutnej Pragi. Odnoszę wrażenie, że przypominać ma sepię, a czasem niczym zatrzymany obraz w kadrze staje się symboliczną fotografią.

Historia jest dość prosta. Młody fotograf, który szuka pracy zatrzymuje się w biednej dzielnicy. Dogaduje się z odnalezionym po latach właścicielem kamienicy, że w zamian za reportaż o zniszczonym budynku i pokazaniu miejscowych meneli nie będzie płacił za trzy miesiące czynszu. Chłopak nie wie, że stanie się narzędziem w podstępie sprzedaży kamienicy i tym samym eksmisji lokatorów. Życie na Pradze płynie codziennie tak samo. Menele spod trzepaka zbierają złocisze na tanie napoje wybuchowe bieżącego rocznika, nazywając Marcina panem kierownikiem. Miejscowy łobuz, Grześ, przysparza fotografowi wielu problemów. Wita go „na dzielni” tłuczeniem szyby w szafie, następnie kradnie mu aparat. Poza reportażem, który jest spłatą długów  za mieszkanie, Marcin dostaje zlecenie od dawnego znajomego na zrelacjonowanie w postaci zdjęć życia na Pradze. Zdjęcia dostarczone przez niego nie są przekonujące. W pobliskim zakładzie fotograficznym wywołuje zdjęcia z odzyskanego, skradzionego aparatu. Okazują się one strzałem w dziesiątkę. Podpisuje się swoim nazwiskiem pod zdjęciami autorstwa miejscowego chuligana, wysyła je do redakcji i odnosi sukces. Na szczególną uwagę zasługuje postać Hanki, która prowadzi pobliski zakład fryzjerski, związana jest z byłym więźniem. To kolejna część patologii w tej historii. Między nią, a Marcinem ewidentnie działa chemia, mimo to, powiedzmy, że związek nie zostaje skonsumowany. W postać Hanki wcieliła się Sonia Bohosiewicz, która według mnie zasługuje na osobne brawa. Jest to jedna z jej lepszych ról, jeżeli nie najlepsza. Jeśli chodzi o Marcina Kwaśnego to gra bardzo naturalnie i nie wiem czy to podświadomość sprawiła, że czuję iż jest związany z historiami które dotykają jego bohatera czy po prostu jego aktorstwo. Nie razi mnie nawet przemykająca postać Tomasza Karolaka, którego ostatnio jest za dużo. Jest tam jeszcze kilka takich „typków”, którzy „umilają” życie bohatera, ale jest też ważna postać – stary fotograf, który okaże się jedną z kluczowych postaci w życiu Marcina.

To niesamowita historia o tym, żeby się nie zatracić siebie dla sławy i pieniędzy. O prawdziwym artyzmie, o pasji. To także opowieść o relacjach międzyludzkich. Ale przede wszystkim to niesamowite podpatrywanie jak żyją ludzie na Pradze. Opowiedziana w liryczny sposób, powolny jak na Warszawę przystało. Chwyta za serce i sprawia, że człowiek na chwilę zatrzymuje się i oddaje refleksji. Dobre, mocne, Polskie kino. Serdecznie polecam

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film

 

Michał Bałucki po warszawsku

12 maj

Julia Rybicka

Kiedy na studiach pisałam pracę z „Grubych ryb” Michała Bałuckiego, nie przypuszczałam, że będę miała okazję zobaczyć tę sztukę w Teatrze Polonia w Warszawie. Krystyna Janda podejmuje się reżyserii sztuki. I to krótko po otwarciu swojego teatru. Dlaczego ta tematyka? Bo przyciągnie widzów do teatru. XIX-wieczna sztuka bawi przecież do dziś. Jeśli ktoś interesuje się Bałuckim i jego twórczością to niestety dopatrzy się wielu błędów oraz dodanych do całej historii masy (nie wiem czy do końca potrzebnych) zabiegów. Jeśli chodzi o rozrywkę, której teatr powinien dostarczać to oczywiście „Grube Ryby” Jandy całkowicie spełniają założenia. Ja jednak nie tego szukam w teatrze. Utwór jest komediowy, ale w wykonaniu warszawskich aktorów staje się farsą. Czasem przekraczają granicę tego gatunku.

Scenografia Macieja Putkowskiego  wpasowuje się w historię. Bo tutaj nie można uwspółcześniać  za bardzo, żeby nie przegiąć. Rzecz dzieje się przecież dwa wieki temu. Zatem w ramach czasowych wszystko u Jandy gra. Stare meble, kostiumy z tamtej epoki zostały zachowane. Język, którym posługują się bohaterowie także. Nie wyobrażam sobie, że aktorzy starej daty, którzy grają starsze mieszczańskie małżeństwo Ciaputkiewiczów (w tych rolach bezbłędni I. Gogolewski, W. Mazurkiewicz) mówili językiem współczesnym. To mogłoby razić, a tak macie państwo okazję posłuchać staropolszczyzny świetnie podanej przez aktorów.

Rodzinę Ciaputkiewiczów namiętnie odwiedzają stare, samotne wygi, szukający rozrywki Pagatowicz (A. Barciś) i Wistowski  ( S. Orzechowski). Pewnego dnia do domu Ciaputkiewiczów przyjeżdża wnuczka z pensji Wandzia (M. Kocik) wraz z koleżanką Helenką (J. Schneider). Młode, figlarne panienki mają oczywiście pewien plan. Wandzia będzie próbowała oswoić dziadków z myślą zamążpójścia, a stryja narzeczonego  Wistowskiego przekonać do ślubu. Helena zaś  usiłuje wyłudzić na Pagatowiczu piękną, jedwabną suknię z Wiednia. Panowie jednak, którzy są tak zwanymi grubymi rybami czyli majętnymi kawalerami odbiorą intrygi młodych dziewcząt opatrznie, co przysporzy wiele zabawnych sytuacji.

To widz, wiedząc od początku jaka jest prawda będzie mieć największą frajdę.

To dość lekki utwór, który nie wymaga od nas specjalnej wiedzy i uruchomiania drugiej półkuli. Nie ma tutaj nic nadzwyczajnego. Ludzkie relacje, układy, nadinterpretacje to nie obce nam uczucia. Janda prowadzi poprawnie całą historię. Aktorzy dźwigają piętno postaci. Jednakże to Orzechowski jest dla mnie mistrzem tego rozdania. Pomimo iż wraz z Barcisiem są mocno przerysowani, prowadzeni grubą krechą to Orzechowski broni się w tym doskonale. Jego autentyzm w tym komizmie jest piorunujący i nie potrafiłam oderwać od niego wzroku. Mocne, duże, charakterystyczne gesty sprawiają, że „papa sama się śmieje”. Barciś łapie się oczywiście w to wszystko, ale tego błazeństwa in plus oczywiście, trochę już mam za dużo. Robi to perfekcyjnie, ale przyzwyczaił mnie już do tego, że gra takiego clowna i tutaj nawet wyglądem przypomina go w pełni. Co nie zmienia faktu, że wpisany jest idealnie.

Na koniec kilka słów o warszawskiej publiczności. Zawiodłam się i to bardzo. Panie za mną komentowały cały spektakl, mówiąc kto, kogo gra, w jakim serialu. Małżeństwo przede mną natomiast wchodziło w słowo, bądź dopowiadało aktorom z widowni. Wydawało mi się, że jednak ta publiczność jest już obyta ze znanymi twarzami i potrafi się w teatrze zachować. Nic bardziej mylnego. Mimo tego iż tematyka sztuki jest dość, nazwijmy to, luźna, nie zwalnia nas to z zachowania pewnej kultury zachowania w teatrze wymyślonej już wieki temu. Niestety widz staje się coraz bardziej rozluźniony i niesforny. Warszawskie salony pod tym względem zawiodły mnie. Jednakże do samej sztuki nie mam wybitnych zastrzeżeń. Kiedyś zrobię taki eksperyment. Postawię budkę z popcornem przed wejściem na widownię. Założę się, że 80 % publiczności nie zawaha się nad kupnem i wniesieniem tego na salę. Przykre, ale prawdziwie. Póki nie sprzedają jednak popcornu zapraszam do teatru…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Gejostwo i mohery

11 maj

Julia Rybicka

Kiedy poznańska Agencja Sollus zaprasza Teatr Kwadrat do naszej Opery, bilety sprzedają się jak świeże bułeczki. Tak stało się i tym razem. Pod teatrem gromadzą się fani Pawła Małaszyńskiego, ci sami którzy pojawiają się tutaj praktycznie za każdym razem. Fenomenu zdobywania autografów gwiazd, od których podpis się już posiada – nie rozumiem. Głodne fanki proszą mnie o zrobienie zdjęć z ich idolami. Pojawia się także aktorka Ilona Chojnowska, aktor Marcin Kwaśny i diva polskiego aktorstwa Ewa Kasprzyk. Zespół wywołuje emocje wśród fanów, tuż po rozdaniu autografów i pozowaniu do zdjęć udaje się do garderób, gdzie przygotowuje się do spektaklu. Fenomenem jest dla mnie fakt, że za każdym razem artystom towarzyszy dyrektor teatru Andrzej Nejman, który niczym ojciec rodziny dba o swoje dzieci.

Zasiadam wygodnie w środkowym balkonie dyrektorskim, żeby obejrzeć to „dzieło”. Scena podzielona na dwie części. Dekoracja z cyklu moich „ulubionych” drzwi, kanapa, paprotka jak mawia mój przyjaciel aktor. Oczywiście wiem, że nie będzie wymagało się ode mnie myślenia i będę uczestniczyć w farsie. Na poniedziałkowy wieczór uważam, że to doskonały sposób by z uśmiechem rozpocząć tydzień. I myślą też tak zgromadzeni widzowie. Sala Teatru Wielkiego obejmuje ponad 800 miejsc i z trudem znaleźć wolne miejsca. Jakieś pojedyncze oczywiście są. Ale poznańska publiczność, umówmy się, w naszym prowincjonalnym mieście pod względem kultury spragniona jest „warszawki”. I chociaż nie przepadam za farsami, to ich rozumiem całkowicie.

Historia jest prosta. W jednym bloku mieszka starsza pani, wyznawczyni religii Ojca Rydzyka, czyli tak zwany moherowy beret. Wścibska, niemiła, zrzędliwa, konserwatywna stara baba. Z drugiej strony nad jej mieszkaniem rezyduje młody chłopak: idealista, romantyk, homoseksualista. Trudno tak skrajne charaktery poskromić i okiełznać. Jeszcze trudniej dwojgu bohaterom będzie się zaprzyjaźnić. Różni ich dosłownie wszystko… ale czy oby na pewno?

„Berek czyli upiór w Moherze” to teatralna adaptacja książki „Berek” Marcina Szczygielskiego, który porusza wciąż aktualne tematy: hipokryzję, nagonkę dla gejostwo, nieszczerość. Anna – jest emerytowaną bufetową, Paweł – copywriterem. Ona – zakochana w Matce Boskiej, „Klanie” i nie uznająca żadnej mody młodych ludzi, w dodatku jako zatwardziała konserwatystka nienawidzi gejów. Uważa ich za zboczeńców, odchyleńców od normy. Muzyka, jakiej słucha Paweł (sąsiad homo) próbuje zagłuszyć „Porami Vivaldiego” z serialu. Potrafi wkurzyć się do tego stopnia, żeby napisać mu na drzwiach „PEDAŁ”. On wrażliwy do granic możliwości, gra na gitarze, słucha głośnej muzyki, po domu biega w dresie NIKE i szuka prawdziwej miłości, nieszczęśliwy, kopany przez życie. Obie postaci łączy jedno – brak akceptacji i samotność. Dlatego ich losy połączą się. Mistrzowski duet Ewy Kasprzyk i Pawła Małaszyńskiego wbija widza w fotel. Należy także pamiętać o postaciach drugoplanowych, takich małych perełkach Ilonie Chojnowskiej i Marcinie Kwaśnym.
Sztuka porusza tematy uniwersalne, które były, są i będą pojawiać się w ludzkiej naturze. Nie ma tu nic nowego, ale temat został potraktowany w dość zabawny sposób. Autorzy wywołali uśmiech na mojej twarzy.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Nie taka rzeź

04 maj

Julia Rybicka

 Kiedy do Poznania przyjeżdża stolica,  do poznańskiej opery walą drzwiami i oknami. Wygłodzeni czymś, do czego nie są przyzwyczajeni widzowie, chętnie odwiedzają Teatr Wielki z tej okazji. Tym razem przyjechał Teatr Szóste Piętro pod dyrekcją Michała Żebrowskiego. Przy służbowym wejściu do naszej opery gromadzą się od rana „wierni fani”, którzy Jolantę Fraszyńską mylą z Anną Dereszowską. Busem podjeżdża ekipa aktorska: dwie wyżej wymienione panie, pan dyrektor Żebrowski. Po chwili na miejsce dociera Cezary Pazura. Poznańska publiczność tłumnie zbiera się na pierwszy spektakl. Zasiadam wraz z techniczną ekipą Szóstego Piętra. Trochę się boję, bo bardzo spodobał mi się film „Rzeź” Polańskiego, na podstawie którego zaraz będę oglądać sztukę.

Obawy mijają bardzo szybko na szczęście. Świetnie zgrany zespół aktorski nie zawodzi, a wręcz podnosi mnie na duchu, że są jeszcze na tym świecie dobrzy aktorzy.

Historia jest banalna, chociaż zabawna. Dwa małżeństwa spotykają się, żeby załagodzić sprawę bójki ich dwóch synów. Wynika z tego masa śmiechu, dużo nieporozumień. Jedni są bardzo skromni, dość ekscentryczni. Ona zakochana w kulturze Bliskiego Wschodu, on sprzedawca spłuczek do toalety. Drudzy są tak zwanymi inteligentami. Ojciec-mąż to prawnik, który non stop odbiera telefon, czym tylko wkurza żonę. Przyszli dogadać się politycznie, bo przecież w dzisiejszych czasach wiadomo, że mogłoby dojść do niezłej rzezi w sądzie. Przecież jeden z chłopców stracił aż 2 zęby…

Wszystko dzieje się swoim tempem. Na początku powściągliwi rodzice próbują bronić swoich dzieci zwalając winę na tego drugiego. Przypomnę: mistrz spłuczek do toalet wyrzucił chomika na ulicę oszukując dziecko, że gdzieś się zapodział. W filmie ten chomik ma piękną ostatnią scenę, w sztuce niestety zostaje trochę zbagatelizowany, aczkolwiek dzięki Cezaremu Pazurze nietrudny do niezauważenia. Komizm Pazury świetnie pasuje do postaci, którą odtwarza połączony z posągowym Panem Tadeuszem-czyli Michałem Żebrowskim na zasadzie kontrastu sprawia, że widz bawi się świetnie. Kobiety w tej sztuce są dość mocne w swoich rolach. Jolanta Fraszyńska, nie pokazała nic nowego w swoim rozwoju warsztatu aktorskiego, ale jest świetna sama w sobie.  Zobaczyłam te samą „Frasię”, którą wielbię od lat. Anna Dereszowska za to uchyliła zabawną stronę swojego talentu, ale nie śmieszną. Aktorzy byli bardzo poprawni i mocno trzymali się filmowych wzorców moim zdaniem. Oczywiście zrobili to iście po polsku, ale w dobrym stylu.

To opowieść, którą warto obejrzeć nie tylko ze względów politycznych. Zabawnie pokazane sytuacje, które na każdym polu, nie tylko rodzinnym, toczymy każdego dnia. To jak facetów zostawić z wódką, czy whisky spowoduje, że zawsze się dogadają. O niezmiennym nieporozumieniu kobiet i walki w stadzie. Inteligentnie napisana sztuka w doborowym towarzystwie celebrytów warszawskich powoduje, że człowiek w poniedziałkowy wieczór wyłącza mózg i przychodzi do teatru się odprężyć. Co mi udało się zrobić podczas obu tych spektakli.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii