RSS
 

Archiwum - Kwiecień, 2013

Kameleon Kocur-ek

29 kwi

 

 

Julia Rybicka 

Michał Kocurek od 2009 roku aktor Teatru Nowego w Poznaniu. Mąż i ojciec.Mój „tata teatralny”. Człowiek, który charakteryzuje się niezwykłą barwą głosu i przez którego przemawia pasja i wielka wrażliwość zarówno sceniczna jak w życiu prywatnym. Świadomie wybrał zawód aktora  i studia w Krakowie. Jego największa rola to Św. Franciszek w Teatrze Muzycznym w Gdyni. W poznańskim teatrze znamy go z Don Juana, który wczoraj (tj. 21.04.2013) miał swoją ostatnią odsłonę w tym sezonie, ale także z „12 gniewnych ludzi”, „Imperium” i od niedawna w premierowym „Domie Bernardy Alba”. Przyjechał do Poznania, gdzie poznał swoją żonę i razem z nią i ich dziećmi podąża swoją drogą. O tym jak to jest grać kobietę, czy nagość sprawia mu trudność opowiada FiT-sterii,  z którą jest zaprzyjaźniony. Spotykamy się w bufecie Teatru Nowego…

Michał Kocurek: Może ja też będę nagrywał ten wywiad, jak Ci się po 20 minutach znudzi… Z  Chrzuszczem na pewno lepiej ci się gadało niż będzie ze mną, nie jestem taki rozmowny i wesoły

FiT-steria: Nie wiem od czego zacząć… Zacznijmy od piosenki aktorskiej…

 M.K.: Z grubej rury

FiT: (śmiech) Traktujesz to jako porażkę czy sukces? Jak dla mnie to jest sukces!

 M.K.:  Ja nie traktuję tego w kategorii porażki. Absolutnie nie. Fajnie mi się to śpiewało z czym pojechałem.

FiT: A z czym pojechałeś?

M.K.: Z Waniuszą z „Imperium” tym pierwszym punkowym numerem, oczywiście bez tej całej otoczki imperialnej. Po prostu stanąłem przed mikrofonem i zawyłem. A drugi utwór to był numer Pawła Dampca, który kiedyś śpiewała Ewa Szumska z Polskiego. Fajna kompozycja do wiersza Czechowicza i myśmy to wykręcili na drugą stronę (aranż był bardzo fortepianowy, a my zrobiliśmy na gitarę elektryczną i wiolonczelę). Moim zdaniem było bardzo spoko. Nie tylko moim… na szczęście. Ludziom ogarniętym w zakresie piosenki aktorskiej bardzo się to podobało, ale mieli inny pomysł w tym roku. Jak zobaczyłem później finalistów to to był bardziej klasyczny repertuar, taki znany z piosenki aktorskiej we Wrocławiu. Nie interesuje mnie takie śpiewanie. Mam inny pogląd. Nie wiem, może za namową Szafranki (tj.Justyna Szafran), która mnie namawiała żebym jeszcze raz tam przyjechał – to być może pojadę. Jednak bardziej chciałbym zrobić offa, czyli po prostu cały spektakl, który tam startuje w konkursie. Jest od A do Z jakąś całością, a nie dwoma numerami, które śpiewasz albo przypasujesz, albo nie. A spektakl jest już czymś fajniejszym. Na razie mam poczucie, że fajnie wyszło.

FiT: Jesteś po wydziale aktorskim…

 M.K.: Specjalizacja wokalno-estradowa. Fatalna nazwa.

FiT: Jak się czujesz z tym, że złośliwi nazywają cię śpiewającym aktorem, TYLKO śpiewającym. To chyba nie jest fajna przylepka

 M.K.: No niefajna. Ale ja już się z nią rozprawiłem w czasie studiów. Jak i moja cała grupa, którą miło wspominam i cieszę się, że studiowałem wtedy kiedy studiowałem. Dokładnie z tymi ludźmi z którymi byłem i nie zamieniłbym ich na żadnych innych. Mieliśmy taki jeden ukryty cel, nigdy o tym nie mówiliśmy, ale każdy z nas chciał w tym Krakowie coś… gdzie się o nas mówiło : „o to Ci co śpiewają” . Zabiegaliśmy o to, żeby było więcej zajęć z dramatu. Wcale nie byliśmy poszkodowani, może mieliśmy o jeden semestr mniej prozy niż tak zwany dramat. Wszystkie zajęcia aktorskie, sceny, wiersz, prozę mieliśmy w takim samym wymiarze godzin jak dramat, tylko mieliśmy więcej piosenki i więcej tańca. Wydaje mi się, że byliśmy na dużym plusie. Na pierwszym roku wywalczyliśmy seminarium ze scen. Globisz, który był wtedy dziekanem nie mógł nam znaleźć żywcem żadnego pedagoga, który był wolny i mógł dodatkowe zajęcia robić postanowił po naszej siódmej wizycie i kolejnej petycji poprowadzić z nami zajęcia. Skończyło się tym, że się tak nami zajął, że postanowił zrobić z nami dyplom. Mieliśmy fajne zajęcia. Myślę, że to właśnie my spiliśmy całą  śmietankę. Mieliśmy najfajniejszych profesorów, a to jest klucz. Bo możesz trafić kulą w płot. A możesz trafić na Globisza etc.

FiT:  Świadomie wybierałeś Kraków? Dlaczego, bo blisko domu?

 M.K.: Świadomie – bo blisko do domu raz, ale też zawsze chciałem studiować w Krakowie, w tej konkretnej uczelni. I nie zdawałem do żadnej innej.

FiT: Dostałeś się za pierwszym razem?

 M.K.: Nie dostałem się za pierwszym razem. Dwa lata wcześniej zdawałem, ale byłem tak fatalnie przygotowany, że nie dziwie się, że się nie dostałem. Jak już zdawałem  kolejny raz to już miałem poczucie, że to będzie tym razem to. Dostałem się w prawdzie pod krechę, ale wtedy brali jeszcze spod krechy.

FiT: Masz być asystentem Zbigniewa Grochala w szkole muzycznej.

 M.K.: Są takie plany. Na razie jest to omawiane, ale możliwe, że będę asystentem  Zbigniewa Grochala. Później jak to się wszystko poukłada będę samodzielnie prowadził zajęcia.

FiT: Myślisz, że umiesz uczyć?

 M.K.: Czarek (tj. Cezary Łukaszewicz) twierdzi, że umiem uczyć. Prowadziliśmy zajęcia z licealistami przez 2 lata. Kiedyś, w złości, oświadczyłem rodzicom, że nigdy nie będę nauczycielem, bo oboje są nauczycielami. Niepotrzebnie to powiedziałem. Zobaczymy…

 

FiT: A opowiedz jak to się stało, że jesteś w Poznaniu?

 M.K.: Przypadkiem. Nie no nie do końca. Nasz dyplom „Sen nocy letniej” zobaczył na Festiwalu Szkół Teatralnych (ja jeszcze wtedy nie byłem rokiem dyplomowym, ale grałem na 3 roku z nimi ten dyplom) – Maziego, Oksany i my z Jagodą byliśmy dokoptowani, bo nie mieli tyle osób do obsady i zobaczył ten dyplom Janusz Wiśniewski, który był wtedy w jury. Strasznie mu się ten dyplom spodobał i powiedział, że on nas wszystkich ściągnie do Poznania. Myśmy tak troszkę przez palce patrzyli. Ale zaraz po festiwalu wziął Jagodę i Maziego na etat i oni tutaj z nim pracowali nad „Burzą” , a po roku zaczęli się do nas odzywać jego asystenci, że i owszem że chce kupić ten dyplom i zmodyfikowany wrzuci go w repertuar. Na początku grałem  przez 6 czy 7 miesięcy gościnnie, a potem mi zaproponował etat. I jakoś tak mi się spodobało tutaj. Tutaj jest bardzo przyjemna atmosfera do pracy, naprawdę. Poznałem kilka innych teatrów grając gościnnie i nie widziałem tak przyjemnej atmosfery w pracy.

FiT: Ale to nie był twój debiut tutaj?

 M.K.: Nie, ja debiutowałem rolą Św. Franciszka w Gdyni. To był mój debiut po calaku. Raczej się debiutuje w głównej roli, będąc na początku wytypowanym na dublera. (tak zakładałem, a podczas pracy okazało się, że ja byłem pierwszą obsadą. Co mnie bardzo ucieszyło, nie ukrywam).

FiT: Przyjechałeś tutaj, był „Sen”, a potem co?

 M.K.: A potem był Don Juan, na koniec sezonu właśnie. Z końcem maja graliśmy „Don Juana”. 31 maja 2009. Muszę pamiętać te datę, wtedy poznałem moją żonę.

FiT:  I co było dalej ? Pytam o teatr… Nie grałeś za dużo za czasów Janusza Wiśniewskiego?

 M.K.: Nie grałem za dużo, ale nikt z młodych wtedy nie grał.

FiT: To dyrektor Kruszczyński dał ci szansę?

 M.K.: Tak jest – bezdyskusyjne. Myślę, że zrobił tak, jak obiecał na naszym pierwszym spotkaniu. Mówił, że chciałby zrobić sezon równych szans. Brzmi jak utopia, ale w większym stopniu mu się to udało. Każdy dostał jakieś większe zadanie. Sprawdzał możliwości adaptacyjne. To chyba o to chodzi, oprócz tego, czy ktoś ma talent czy coś więcej.  Konieczna była akceptacja nowych warunków, które nastąpiły po Januszu Wiśniewskim. Za jego dyrektury grono twórców było dość hermetyczne, przyzwyczaili się do pewnych schematów. Trzeba było przekombinować współpracę. Zupełnie inni reżyserzy, inni ludzie. Albo się łapiesz i umiesz zaadoptować do nowych warunków albo nie.

FiT: Na pewno podoba ci się to, że dał ci szansę, grasz więcej, grasz fajne rzeczy. Wiem, że chciałbyś zagrać Otella?

 M.K.: Tak od jakiegoś czasu.

FiT: W „Otellu” Otella?

M.K.: W „Otellu” Otella. Chciałbym zagrać Otella pod warunkiem, że Jago to byłby rudy (Cezary Łukaszewicz-przyp.red.) Bo on jest naprawdę urodzony, żeby zagrać te rolę. Jest to niby ciekawsza rola w „Otellu” niż Otello, ale ja myślę, że poradziłbym sobie z Otellem-Otellem. Tak, żeby było 50/50. Mam czuja do tego konkretnego tekstu. Bardzo go lubię.

FiT: A z tego co teraz grasz coś tak na maxa czujesz?

 M.K.: Wiesz, na pewno „Imperium”, bo w bardzo dużej mierze – i tu wielkie ukłony dla Ceziego, bo on potrafi coś ciekawego zrobić. Potrafi pogodzić wizję reżyserską, którą miał od początku i konsekwentnie się trzymał tego, że szyje dużo z aktorów i z ich stanów, które potrafią ukuć historię którą on chciał. „Imperium” jest takim spektaklem, w którym mogę się obiema „ręcami i nogami” podpisać. To jest bardzo moje. Ale też ulubiłem sobie ostatnio moją postać z „Domu Bernardy Alba”.

FiT:  Jak zahaczyliśmy o te dwa spektakle, to powiedziałeś mi kiedyś przy okazji „Imperium”, a niedawno „Domu”, że lubisz bardzo grać z Anią Mierzwą. Z czego to wynika?

 M.K.: Bo się bardzo dobrze dogadujemy w pracy. Mamy niby troszkę inną filozofię budowania roli, ale to jest taka kontra zdrowa, która tworzy nową jakość.

FiT: Czujesz się bezpiecznie z nią tak? Można tak powiedzieć?

 M.K.: No tak, jest bardzo bezpieczną partnerką. We wszelakim sensie. Gramy często ciężkie sceny, różne. To jest bardzo dobra aktorzyca, bardzo dobrze się gra z dobrymi aktorzycami. Komfortowo.

FiT: Czujesz się odpowiedzialny za swoje role?

 M.K.: O Jezu bardzo, aż za bardzo. Może nie powinienem tak bardzo jak się czuje, ale tak.  Podchodzę strasznie ambitnie, co momentami miało skutki opłakane. Teraz już wiem, że tak nie można… „za bardzo chcieć”.

FiT: Jesteś bardzo ekspresyjnym aktorem, wiesz o tym. Wolisz grać drani, krzyczeć, czy te liryczne tematy są ci bliskie…

 M.K.: …Nie no są mi bardzo bliskie. Kiedyś byłem chodzącą poezją. Uwielbiam i dobrze się czuję w takich klimatach liryczno-poetyckich. Oczywiście każdy aktor ma coś takiego, że pewne stany przychodzą mu na pstryk. Są takie momenty ekspresyjne, bo jest je łatwiej osiągnąć, ale ja bardziej lubię jak się muszę mocniej postarać, wkręcić się. Taką pracą był dla mnie Franczesco. Nie miał we mnie krzty agresji. To było wyzwanie, duża rola. Z tą postacią się mocno zbratałem. Zrozumiałem, że nie trzeba krzyczeć, że ten spokój to też jest duża siła.

FiT: Jesteś furiatem?

 M.K.: Chyba jestem furiatem.

FiT: Wzięłam cię pod włos. Wiem, że w życiu jesteś.

 M.K.: Na scenie nie jestem furiatem. Jestem nim w życiu. Muszę się z tym pogodzić. I moi bliscy. Na scenie jestem nawet wyliczony w furiach.

 FiT: Nie jesteś „lekkim” człowiekiem, ja o tym wiem

 M.K.: Nie jestem lekki, prawie 90 kilo, nie jest lekko. Nie no jasne, nie jestem. Przyznaje się bez bicia.

FiT: Potrafisz to okiełznać, że bywasz ciężki? Sam ze sobą jak sobie radzisz. Jak siebie widzi/uspokaja Michał Kocurek? Jak sobie radzi ze swoimi stanami?

M.K.: Raz lepiej, raz gorzej

FiT: Nie masz złotej recepty?

 M.K.: No jeszcze nie, to nie jest etap bycia cichym staruszkiem, który nie musi już niczego zapisywać w swoim kajeciku pięknym piórem z atramentem. Myślę, że kiedy będę się uczył to ten zawód będzie mi sprawiał przyjemność. Niby mówi się, że jak artysta głodny, to artysta płodny. A artysta pokręcony, to tym bardziej ciekawy. Pewnie tak jest, bo na scenie ludzi interesuje taki freak niż poukładany. Wydaje mi się, że jak masz w głowie spokój to jest ci łatwiej osiągać stany sinusoidalne, chimeryczne, paniczne i furiatyczne. Potem zejść sobie. Na scenie to jest łatwo zrobić tylko jak masz w głowie spokojne, poukładane myśli. Tylko wtedy możesz sobie wchodzić bez kosztów własnych. Nie zupełnie bez kosztów. Wyznaję taką zasadę i mam nadzieję, że będę ją zawsze wyznawał, że mnie prywatnie to kosztuje na scenie. Nie wyobrażam sobie, żebym wszedł zagrał tak sobie pojechał technicznie, sprawdzonymi mykami, bo bym się czuł nie w porządku. Może nawet nie w stosunku do widza, bo widz nie wie, czy mnie to kosztuje czy nie. Widz nie powinien widzieć, że się aktor męczy. Ale ja w garderobie po spektaklu mogę sobie powiedzieć, że dzisiaj dałem z siebie wszystko.

FiT: Przez ciebie przemawia taka wrażliwość, która np. mnie ujmuje. Po premierach swoich kolegów, ciężko przychodzi ci powiedzenie im, że „chała”…. Przecież nie musisz tego robić, ale Ty bardzo to przeżywasz. I widzę jak się zbierasz w sobie, żeby im to powiedzieć. Z czego to wynika?

 M.K.: Z prostej sprawy, że ja się tutaj bardzo dobrze poczułem w tym właśnie zespole. To wynika z jakiegoś naszego zżycia. Czuję się bardziej zżyty z młodszą częścią zespołu. Znam ich, pracuję z nimi przy różnych spektaklach i wiem do czego są zdolni, co sobą reprezentują jako aktorzy. Jak ich widzę na scenie to jednoznaczne jest dla mnie, że ktoś, w tym wypadku reżyser, nie zadał sobie trudu, żeby ich poznać, zobaczyć co jest ich mocną, a co słabą stroną.

I wrzuca ich w takie zadania, których nie są w stanie załapać, bo nie dostali narzędzi. I mnie to boli i wkurza, bo wiem do czego są moi koledzy zdolni. Nie rozumiem. Jest taka zasada. Ja nie rozgraniczam premier w tym teatrze na te, w których gram i te w których nie. Fajnie jest jak robimy ileś premier w sezonie i wszystkie są ok. Ale tak nie jest zawsze. Im więcej się udaje tym lepiej. Ważne, żeby się udała premiera. Żeby ludzie chodzili i im się podobało. Tyle.

FiT: Twoja wrażliwość przejawia się czasami łzami, wstydzisz się tego?

M.K.:  Nie, nie wstydzę.

FiT: Cezary Łukaszewicz (aktor Teatru Nowego – przyp. red.), jest twoim przyjacielem. Jak to jest grać z kumplem? Rywalizujecie? Na pewno tak, nie powiesz mi, że nie.

M.K.: Oczywiście, że tak. Do tej pory mieliśmy jedno spotkanie sceniczne, gdzie jesteśmy razem na scenie. Chociaż nasze postaci raczej się mijają (mówię o „Dwunastu”). Bo tak raczej się nie zdarzyło, żebyśmy razem grali. W zasadzie ja z Czarkiem nie pograłem i nie pogram w najbliższym czasie, czego żałuję.

FiT: Jaki masz kontakt  z publicznością? Pozasceniczny?

M.K.: Dobry…

(śmiech z obu stron)

Z przyczyn oczywistych , że jest mnie teraz więcej na scenie i mam większe zadania i kluczowe zadania, jest pozytyw.

FiT: (szyderczo) radzisz sobie z popularnością?

M.K.: Radzę sobie. Z popularnością w cudzysłowie.

FiT: Lubisz swoich fanów, lubisz rozmawiać. Zawód aktora polega na łechtaniu, wam aktorom, ego.  Wiesz, że jestem Twoją najwierniejszą fanką i obiecałam, że o tym napiszę ?(śmiech)

M.K.: (śmiech) wiem. Absolutnie lubię swoich fanów i nie-fanów. Bo też się czasami zdarzają, ale pod warunkiem, że są konstruktywnymi nie-fanami. Spotykałem się z  mocno krytycznymi uwagami na temat tego co robię na scenie, ale jeśli były to konstruktywne słowa to ok.

FiT:  O jesteśmy przy krytyce. Zauważyłam jak reagujesz na krytykę, ale powiedz moim czytelnikom, a swoim fanom. Aktorzy, którzy mówią że nie czytają kłamią.

 M.K.: To niektórzy reżyserzy nie czytują. Aktorzy zazwyczaj czytają, może się nie przyznają.

FiT: Wiem, że czytasz moje teksty…

M.K.: Tak czytam.

FiT: Pochlebnie czasem się wypowiadam, albo unikam tematów. Nie mam w sobie tego jadu, jeszcze…

M.K.: Jeszcze… Spoko spoko, z czasem przyjdzie…

FiT: Oby jak najpóźniej.  Boli Cię, jak ktoś napisze, że zrobiłeś na scenie coś niefajnego?

 M.K.: Jak traktujesz ten zawód poważnie to cię to boli w sposób oczywisty. Wykonujesz jakąś pracę i chcesz, żeby ta praca się podobała. A jak się nie podoba, to jest jakieś takie ukłucie, ale warto nauczyć się z tym żyć. I nie dać się temu upupić. Jak się nie dajesz temu upupić i to daje tobie jakąś mobilizację. To jest dobry wpływ krytyki. Wtedy to ma sens. Po coś się podkładamy, jesteśmy na odstrzale przed tymi reflektorami, to też warto wyciągnąć wnioski. Nie jesteśmy obiektywni wobec swojej pracy. Subiektywnie myślimy o swoich rolach. A co myśli widownia to już inna bajka…

FiT: Masz problem z nagością? Pytam o „Imperium”. Widziałam cię wtedy pierwszy raz na scenie i lubię ten spektakl, o czym wiesz.  Wow. Ta scena, kiedy się rozbierasz nie jest chyba najłatwiejszą sceną. A może jest, może się mylę?

 M.K.: Wiesz co jakbyś mi zadała to pytanie rok temu to był miał inną odpowiedź. Ale z racji tego, że jesteśmy kilka ładnych miesięcy po premierze „Imperium”  ten motyw został włączony na samym końcu. Wcześniej o niej rozmawialiśmy, ale nie napieraliśmy na to. Po którejś rozmowie Ceziego (Cezi Studniak) i naszym dyrektorem (Piotr Kruszczyński) doszli do wniosku, że warto spróbować. Cezi mnie zapytał czy tak jest ok? Pomyślałem sobie, że dla tej postaci to jest bardzo ważne, żeby było aż tak radyklane. Jeśli pytasz mnie czy mam problemy z nagością, to jeżeli jest to uzasadniane tak jak w „Imperium”, a moim zdaniem jest to nie mam żadnego problemu.

FiT: To idąc dalej, jeżeli coś jest uzasadnione to pogadajmy o twojej ostatniej premierze. „Dom Bernardy Alba” . Biorąc powierzchownie i na pierwszy rzut oka grasz kobietę.

M.K.: Powierzchownie tak. Jakby tak się w to wczytać to nie do końca.

FiT: To jest wyzwanie. Robisz to  z niezwykłą precyzją. Jestem bardzo ciekawa twojego przygotowania do kobiecej strony tej roli. Masz niezwykły zmysł, bo zagrałeś je bardzo zgrabnie. Jest to zabawne, ale nie jest to śmieszne.

M.K.: To się cieszę, że tak mówisz, bo na tym mi bardzo zależało.

FiT: Ja to tak odbieram, ale nie znam założeń.

M.K.: Założenia były dokładnie takie. Reżyserka ma taki pomysł, żebym zagrał służącą. Znamy się ze szkoły, lubię z nią pracować. Jestem już po kilku spektaklach i mogę powiedzieć, że strasznie lubię tę postać. Mimo iż było to dla mnie spore wyzwanie.

FiT: Dowiedziałeś się czegoś więcej po tym spektaklu o kobietach? Pracowałeś z samymi babami.

M.K.: Oj sporo. Dużo. Mnóstwo. Zawsze byłem ogromnym fanem kobiet. Można powiedzieć, że feministą. Mój męski łebek czasem nie mógł ogarnąć tych oceanów, z którymi miałem do czynienia, ale potem postanowiłem, że będę z tego czerpał siłę, dla tej postaci. Przetrawiłem to w sobie i potrafiłem je ukochać. Uwielbiam je wszystkie i podziwiam, że się nie pozabijały. Doprowadziły do fajnego finału, doprowadziliśmy w sumie. W którymś momencie zostałem traktowany przez reżyserkę i koleżanki ze sceny jak kolejną koleżankę. To może lepiej.

FiT: Trudno jest się nie odzywać cały spektakl?

M.K.: Nie. Jest dużo prościej grać. Dużo prościej odpalać stany emocjonalne.

FiT: Dla mnie mistrzostwo Kocurze! Scena, która otwiera i niemy krzyk uważam za majstersztyk. Ale zastanawiałam się, czy właśnie to nie było większe wyzwanie niż przyjść i sobie pogadać…

M.K.: Nie wiem czy większe, na pewno inne. Ale naprawdę, mogę Ci to już powiedzieć w tej chwili, bo to przepróbowałem, że jest dużo łatwiej tu i teraz i taką uwagę i skupienie jest dużo łatwiej uzyskać kiedy nic nie mówisz.

FiT: Jak długo mieszkasz w Poznaniu?

M.K.: Ze 4 lata?

FiT: Utożsamiasz się już  z tym miastem?

M.K.: Tak, ale wiesz ja mam dużo rodziny na Wielkopolsce, w samym Poznaniu też. To nie jest miasto., które nagle poznałem. Znam je od maleńkości

FiT: Tutaj poznałeś miłość swego życia.

 M.K.: I się okazało, że jest z Warszawy.

FiT: Ale jest artystką!

 M.K.: Na całe szczęście jest artystką i na całe szczęście nie jest aktorką.

FiT: Na całe szczęście?

 M.K.: Tak, bo próbowałem. I moim zdaniem to się nie może udać. Uważam, że z kimś tak niestałym jak aktor trudno wytrzymać. Tylko ktoś, kto ma tego typu inklinację i czasami bywa w maksymalnej dolinie, czasami na maksymalnym haju jest w stanie znieść.

FiT:Nie uważasz, że dwóch artystów to zbyt wiele?

 M.K.:Na gospodarstwo domowe? Nasze daje radę, choć jest dalekie od normalności. Mogłoby być bliżej normalności i pracujemy nad tym, ale gdyby było tak normalnie to by mi się nie podobało. Magdzie też nie. Jesteśmy bardzo włoskim małżeństwem. I bardzo to sobie cenię. Nie mógłbym mieć potulnej żony, która zapatrzona we mnie jak w obrazek na wszystko by mi pozwalała. Byłaby moją fanką… oczywiście Magda jest moją fanką, ale momentami okrutnym krytykiem. Myślę, że dobiłem do takiego portu, który mi odpowiada. Jest dobrze tak jak jest.

FiT: No i jest mała Tosia. Jest oczkiem w głowie tatusia i „aktorzy”.

M.K.: Jest oczkiem i tak, „aktorzy”. To chyba nieuniknione. Niby mówi się, że wszystkie dzieci tak mają. Ale ona rzeczywiście ma ku temu predyspozycje. Jej mama też inaczej pokierowała swoje życie. Byłaby świetną aktorką tak sobie myślę. Miejmy nadzieje, że ją Madzia nauczyć pięknie grać na pianinie. To było zawsze moje marzenie i mam nadzieje, że ją popchniemy w tym kierunku. Zawsze się śmiałem, że dzieci spełniają niespełnione marzenia rodziców. Ale gdybym widział, że moje dziecko nie ma w tym kierunku inklinacji, to bym odpuścił.

FiT: Co się w tobie zmieniło kiedy na świat przyszła Tosia?

 M.K.: Pomyślałem sobie, że żarty się skończyły. W krótkich 3 słowach. Jest teraz takie małe coś, co chce jeść, wybawić się i ma do tego pełne prawo.

FiT: Macie jeszcze Zuzię, z pierwszego małżeństwa twojej żony. Czyli jest twoją (brzydkie słowo) pasierbicą…

 M.K.: Fatalne słowo. Chociaż słowo macocha jest najsłabszym słowem, ojczym najładniejsze, a pasierbica jest pomiędzy, ale to są i tak słabe słowa.

FiT: Zuzia jest w takim wieku, że za chwilę zacznie się bunt.

M.K.: Zuzia jest bardzo dojrzała jak na swój wiek.

FiT: Trochę jej ojcujesz

M.K.: No tak zanim się Tosia pojawiła tak już było.

FiT: Ale rozumiecie się? W miarę? Nie ma zgrzytów?

M.K.: Oczywiście, że się rozumiemy w miarę. Jest to o tyle trudne, że mam w domu babiniec. I babiniec ma to do siebie, czego momentami doświadczyłem na próbach do Domu Alby. Kobiety się jednoczą wtedy, czasami jest to wytłumaczalne, czasami nie. Ale bardzo kocham te moje kobietki. Zawsze miałem takie inklinacje, na podwórku bawiłam się z dziewczynkami. Byłem spoko, miałem największy arsenał pistoletów bawiliśmy się. Wszyscy chłopcy byli moimi przyjaciółmi, bo miałem giwery na każdą okazję. W piłę od biedy się grało, ale z koleżankami zawsze się dobrze dogadywałem. Może było mi pisane mieć dom z samych bab złożony i zagrać kobietę w spektaklu.

FiT: Hmm..

M.K.: Dawaj jakiś hardocore…

FiT: Głownie widać Cię w teatrze. Nie powiesz mi, że nie myślałeś o filmie albo nie marzysz o roli  filmowej?

 M.K.: Marzę, marzę! Ale chyba mam poczucie, że dopiero się zacząłem w miarę komfortowo czuć sam ze sobą na scenie, wiem że jeszcze mnóstwo drogi przede mną i odkryć samego siebie. Trochę może brzmi jak truizm, ale tak sobie myślę, że nie wiem co zagram w następnej roli, jaka będzie. Nawiążę do czegoś o czym często myślę. Jesteśmy w takim, a nie innym teatrze, imienia takiego, nie innego aktora, który jest oczywiście legendą i wzorem niedoścignionym. To ja bym chciał umieć się tak przeistoczyć, wyobraźnię uruchomić, żeby za każdym razem być innym na tej scenie. W tym sezonie miałem taką okazję, bo dostałem tak kompletnie różne zadania i cieszę się z tego. Chciałbym za każdym razem uruchomić w sobie coś innego, poznać te postaci z innych stron. Zawsze sobie przechodząc nocami po spektaklach przez ciemną dużą scenę mówię Łomowi dobranoc (Tadeusz Łomnicki przyp. red.). I się staram w takim kierunku kombinować. Oczywiście na miarę tego co mogę. To w moim mniemaniu jest jedyna droga. Nie grać tego samego! Wkurza mnie, jak ktoś gra to samo. Znam wielu ludzi, którzy dużo grają trzeci, czwarty spektakl grają to samo! Myślę sobie, że to są bardzo zdolni ludzie i mogliby pokombinować, a nie robią tego. Nie wiem może im się nie chce. To ja mam takie marzenie, żeby mi się zawsze chciało.

FiT: To co z tym filmem? (śmiech)

 M.K.:A z filmem? No wiadomo jestem w Poznaniu, a nie w Warszawie…

FiT: Nie myślałeś o Warszawce?

M.K.: Myślałem o tym, że dobrze by było (jeżeli chciałbym grać w dobrych filmach) to musiałbym być w Warszawie, ale tego już sobie kompletnie nie wyobrażałem. Nie moja bajka. Podejrzewam, że nadejdzie taki czas. Mam taką aparycję i waruny, że mogę sobie jeszcze poczekać i nauczyć zawodu. Pewnie w końcu zacznę się częściej pojawiać na Chełmskiej. Coś może się sypnie z tego woreczka. Muszę być tak bardzo gotowy. Na razie sobie nie wyobrażam siebie poza sceną. przed kamerą parę rzeczy zrobiłem, myślałem że się do tego nie nadaję. Ale po kilku etiudach. Jak zobaczyłem efekt końcowy stwierdziłem, że jest ok. Na razie nie mój target, tak jak jest – jest dobrze. Zdaje sobie sprawę, że skazuję się na rozpoznawalną banicję. Mogę być rozpoznawalny w Poznaniu, ale poza nie. Podejrzewam, że przyjdzie w naturalny sposób wszystko. Tak to zostało wymyślone kiedyś, że teatr to była podstawowa jednostka bytności aktora nie można od tego odejść. Przykład największych, którzy zrobili filmy. Ci co są odjęci od sceny to są gwiazdami przez sezon przez 2, 3. Jak wyskakują z lodówki to widzowie nie mogą na to patrzeć. A tacy, którzy mają cały czas styczność ze sceną, wiedzą co znaczy grać dla widza jednego wieczoru takiego, drugiego innego to wpisuje się to w rdzeń kręgowy. Nie ma czegoś takiego, że aktor teatralny przed kamerą sobie nie poradzi, bo ma jakieś przerysowane gesty, przyzwyczajony do innej gry. Nie ma innej gry, możesz użyć innych środków do zagrania tego samego, bo wiesz że masz najazd do twarzy, zbliżenie na oko. Wiesz, że nie musisz tak bardzo zagrać, bo kamera to ściągnie. Nie ma czegoś takiego, że ktoś jest aktorem teatralnym, bądź filmowym. W drugą stronę to chyba bardziej działa. Znam takich, którzy przed kamerą są ok, a w teatrze nie ma czego zbierać. Kompletnie żadni. To ja wolę być jakiś na scenie, a szkolić swój warsztat. W tę stronę… uważam to za naturalniejsze. Just like that.

FiT: Dzięki Kocur za rozmowę.

 M.K.: Już wszystko?

(śmiech z obu stron)

Michała można oglądać w wielu spektaklach Teatru Nowego. Jest świetnym aktorem, ojcem, mężem i moim serdecznym kolegą, którego mocno wspieram w każdym działaniu. Był jednym z pierwszych fanów mojego pisania i nakręca mnie do rozwoju w tym kierunku. Oglądanie go to czysta przyjemność. FiT-steria dziękuje Kocurowi za miły wywiad i wsparcie. Trzymam kciuki! Samych sukcesów!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Niezłych mamy graczy w tym Poznaniu

29 kwi

Julia Rybicka

Pomysł utworzenia serialu teatralnego na podstawie prawdziwych historii poznaniaków przypadł mi niezwykle do gustu.  Poznańskie Jeżyce dla nas, mieszkańców są miejscem dość specyficznym. To przepiękna lokalizacja, gdzie dzieją się tak zwane cuda wianki, a ludzie mieszkający tutaj przez pół wieku to naprawdę skarbnice wiedzy i postaci, których historii postanowili opowiedzieć nam twórcy Teatru Nowego.

Trzeci odcinek z edycji : Jeżyce Story, Posłuchaj miasta nosi tytuł „Gracze”.To opowieść kilku mieszkańców, którzy mają problemy z różnego rodzaju uzależnieniami.

Serial jak zwykle rozpoczyna troszkę ekscentryczna, absurdalna opowieść o zwierzętach: tym razem o szczurach, które zamieszkują jeżycką dzielnicę. Aktorzy starej gwardii przybierają „maski” w tym wypadku „ogony” małych stworzeń, które chociaż wszystkich wkurzają, są nieodłącznym elementem życia miasta. Całej opowieści aż do ostatnich minut spektaklu towarzyszą jak zawsze świetnie przygotowane wizualizacje Darii Kopeć oraz niezwykła muzyka Michała Litwy.

Kilka różnych historii w jednym obrazku. Na początku wita nas pewien inwestor, który opowiada jak zarabia na życie oraz swojej wieloletniej przyjaźni i tego jaki wpływ miała na niego muzyka Jacka Kaczmarskiego. W tej roli niezwykle szybko mówiący Paweł Binkowski, znany z poprzednich części jako Peja. Zaraz za nim pojawia się ksiądz ( świetny Paweł Hadyński), którego przyznaję historii nie pamiętam, jakoś tak mi umknęła, Bóg wiedzieć czemu.

Postać, która skupiła moją uwagę to hazardzista. W tej roli Dorota Abbe. Po raz kolejny twórcy pokusili się o zabieg artystyczny, który ma na celu podmiankę. W poprzednim odcinku Jeżyc, facet zagrał kobitkę, tutaj Dorota Abbe gra mężczyznę. Aktorka ma specyficzną i mocną urodę. Na końcu spektaklu, kiedy na scenie zespół składający się ze szczurów wykonuje na instrumentach zrobionych z narzędzi codziennego użytku piosenkę zaśpiewaną przez Abbe – jej męskość zatraca się w niezwykłej kobiecości. Historia hazardzisty opowiedziana ze szklącymi się oczami aktorki przyprawić może momentami o dreszcze.

Taką postacią, która daje nam chwilę odetchnąć od dramatów jest kiniarz grany przez Andrzeja Lajborka. Precyzyjnie przedstawiona opowieść o pasji do muzyki country oraz starego, dobrego kina przypomina mi historię postaci odtwarzaną przez tego samego aktora w części poprzedniej, gdzie mowa była o starym treserze słoni. Kiedy słyszę poznańskie zwroty: szneka, albo mocno zaintonowane, że jest coś „DO GÓRY” papa mi się sama śmieje. Aktor ten ma szczęście do takich moim zdaniem perełek.

Dwie kolejne historie to istne diamenty. Na scenę wjeżdża na wózku inwalidzkim Sebastian Grek, którego postać doznała wypadku podczas przemieszczania się motocyklem. To spowodowało paraliż i mężczyzna od kilku dobrych lat porusza się na wózku. Opowiada jak mu było ciężko na początku, o tym jak winił najpierw siebie, później rodzinę, a na końcu Boga. O swoich załamaniach, rozstaniach, a przede wszystkim o tym jak z tego wyszedł obronną ręką i jak poznał miłość życia, zaczął trenować rugby i jest szczęśliwy. Ta niezwykła opowieść skłania do refleksji, ale daje także nadzieję, na lepsze jutro. W życiu nie należy się nigdy poddawać. Rola mistrzowska Greka. Na samym końcu opowie nam swoją historię tanatopraktora w tej roli Mariusz Puchalski. Opowieść faceta, którego codziennym zadaniem jest upiększanie zwłok, o tym że przez znajomych postrzegany był jako wysłannik diabła i o tym, jak bardzo nadal boimy się śmierci. To jedna z poruszających najbardziej serca publiczności historia. Zamyka ona kolejny, wspaniały odcinek poznańskich Jeżyc-e Story!

Pełen pomysłów, drobnostek, gagów, czasami improwizacji, drobnych gestów, niezwykłej precyzji w odtwarzaniu ról, muzykalności, rytmu i wspaniałych aktorskich ról jest spektakl GRACZE. Dlatego nic więcej nie napiszę, zaproszę Was za to chętnie do Teatru Nowego.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Wiosna w końcu przyszła

29 kwi

 

Julia Rybicka

Za oknem pogoda przypomina bardziej jesień niż wiosnę, co akurat mnie osobiście nie przeszkadza. Tak zwanych „recenzentów” mamy od ‘zakichania’, bo przecież pisać każdy może, jednak nie każdy powinien. Niestety. No, ale takie czasy więc pojawia się tych tekstów w sieci co nie miara. W większości ( nad czym ubolewam) wypowiadają się ludzie, którzy nie mają wykształcenia w tym kierunku, a ich mocne słowa potrafią przekreślić karierę, albo przynajmniej bardzo mocno skrzywdzić. I to zazwyczaj robią młodzi ludzie, czyli z mojego pokolenia, za co artystów mogę jedynie przeprosić.

Nie znam się na operze, ale jest to swojego rodzaju teatr. Obserwując od środka przygotowania do Wieczoru Strawińskiego pomyślałam sobie, że nie wolno mi pisać, bo zwyczajnie nie znam się na tej muzyce i tego rodzaju spektaklach. Na premierę udałam się po prostu z ciekawości. Coś jednak po wszystkim we mnie pękło i stąd możecie państwo przeczytać co myślę. Nie będę udawać jak moi koledzy, że skończyłam pięć fakultetów i jestem muzykologiem, bo tak nie jest. Nie wiem czy dyrygent dobrze machał, czy soliści śpiewali obok, a balet popieprzył choreografię. Wydaje mi się, że nic takiego nie miało miejsca w Teatrze Wielkim dziś wieczór.

Kiedy zobaczyłam naród poznański (jak przypuszczam) przepięknie ubrany, to dech mi odebrało. Tak zwana „wysoka kultura” czyli wybierzmy się do opery. Część publiczności przyszła na tak zwany lans, a część widać było, że należy do melomanów i wielkich fanów Strawińskiego. W moim odczuciu to była ciężka muzyka. Depresyjna, grobowa, mocna. Ale to nie ma być zarzut. Taka jest historia króla Edypa…

Miasto ogarnęła zaraza. Do Edypa zgłasza się o pomoc chór. Raz już przecież rozwiązał zagadkę Sphinxa. Edyp bez chwili wahania postanawia działać. Kreon zostaje wysłany na zwiady. Przynosi wiadomość, że miasto cierpli z powodu niewyjaśnionego zabójstwa króla Lajosa. Edyp obiecuje znaleźć winowajcę!

W roli Edypa występuje gwiazda sceny operowej Jacek Laszczkowski, którego wokal niesie się aż w podziemiach poznańskiej opery. Na scenie świetni soliści i solistka: Agnieszka Zwierko, Jerzy Mechliński, Andrzej Ogórkiewicz, Jaromir Trafankowski. Narratorem całego wydarzenia jest aktor Teatru Nowego Aleksander Machalica. Te wielkie nazwiska i wspaniałe głosy nie poradziłby sobie bez pomocy wspaniałego chóru oraz niesamowitej orkiestry, która kryje się w orkiestronie, a  w drugiej części spektaklu jest jak dla mnie jego bohaterem.

To wielka odwaga połączyć ze sobą tyle zespołów i gałęzi operowych. Zasługą tego jest Jacek Przybyłowicz reżyser i choreograf, który w jednym czasie, w jednym miejscu wrzuca na scenę: orkiestrę, solistów, chór i balet, który jest w tej historii dopowiedzeniem tego, czego narrator czy soliści nie wypowiedzieli. Dodatkowo są świetnie wykorzystywani do technicznych zabiegów całego spektaklu.

Po przerwie w dwóch setach obejrzeć można układy choreograficzne Paul Julius  oraz Jacka Przybyłowicza, w których baletmistrzowie i baletnice lekkim tańcem przypominają nam o odwiecznych prawach natury. O tym, że człowiek z nią zawsze przegra, Pokazane są zabawy młodych ludzi, zachowania człowieka w świecie, ale także walkę plemion. Wybranka, która ma zwiewne i lekkie solówki zatańczy najlepszy taniec wiosny tej wiosny w naszej operze. Krótka historia, ale jakże emocjonująca.

Całej ekipie mocno gratuluję. Po latach nie uczestniczenia w życiu operowym swój debiut uważam za udany. Mimo iż muzyka była niezwykle ciężka, za ciężka dla mnie to efekt końcowy był szalenie teatralny I połączenie jak pisałam wcześniej tych różnych jednostek w jeden spektakl uważam za dobre posunięcie.

Zapraszam do poznańskiej opery

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Szalony poniedziałek w Teatrze Wielkim w Poznaniu

13 kwi

 

Julia Rybicka

 

Na gościnne występy przyjechał do poznańskiej Opery Teatr Kwadrat. O godzinie 9 rano zjawiła się ekipa techniczna, a zaraz za nimi dyrektor Andrzej Nejman. Panowie zajęli się ustawianiem dekoracji według pomysłu Józefa Napiórkowskiego. Gwiazdy przyjechały około 15. Jako pierwszy zjawił się wyczekiwany przez poznańskich paparazzich i fanów Paweł Małaszyński. Kolejno przybywali aktorzy spektaklu: Lucyna Malec, Ewa Wencel, Maciej Kujawski, Jacek Łuczak, Grzegorz Wons. Wiecie już moi drodzy czytelnicy o czym mowa? „Szalone nożyczki” wciąż żywy spektakl autorstwa Paul Portner’a, w reżyserii Marcina Sławińskiego zawitał na naszą scenę. Przyznaję, że słyszałam o nim tyle dobrego, że byłam przerażona. Co takiego fenomenalnego ma w sobie ten spektakl, że cały naród tak bardzo go wychwala? No po obejrzeniu już wiem.

Przede wszystkim ma „to coś”. Ma świetnie napisany tekst. Zabawny, inteligentny, ukazujący przywary ludzi, ale nie infantylny i głupi.  Widz naprawdę odpoczywa na tej sztuce i śmieje się sam z siebie.

Rzecz dzieje się w salonie fryzjerskim, gdzie mamy do czynienia ze stereotypowym fryzjerem gejem (Jacek Łuczak) i infantylną fryzjerką (Lucyna Malec). Ich klientami są: handlarz antykami (Maciej Kujawski) i żona polityka (Ewa Wencel). W mieszkaniu na piętrze, nad salonem dochodzi do zabójstwa. Podejrzenie pada na znajdujących się wtedy w salonie fryzjerskim ludzi. Łącznie z właścicielem.  Do salonu wpadają dwaj policjanci (Grzegorz Wons i Paweł Małaszyński), którzy najpierw incognito, później oficjalnie przeprowadzają śledztwo.  Wszystko odbywa się w towarzystwie i pod czujnym okiem publiczności.

Aktorzy mają niesamowitą okazję wykazać się wyobraźnią, bo spektakl momentami wymaga improwizacji. Grzegorz Wons w pewnym momencie spektaklu prosi o więcej światła na scenę. Zwraca się bezpośrednio do publiczności pytając o szczegóły, które mają ułatwić śledztwo. Zabawa z publicznością trwa podczas drugiej części spektaklu. W przerwie można zadawać pytania detektywowi. Każdy ma swoją teorię: kto zabił.

Przedstawienie jest wiecznie żywe, bo zmieniają się realia i zmienia się publiczność. Jacek Łuczak zadaje sobie tyle trudu, żeby każdy spektakl wyraźnie różnił się od poprzedniego. W swoich scenicznych żartach porusza problemy, które dzieją się w danym mieście, w którym gra zespół. Np. w Poznaniu wspominał o półmaratonie, wyzywał detektywa od eleganta z Mosiny, wymienił słynny zakład pogrzebowy Universum, a poznaniaków nazwał pyrami. Sam mówi, że tak już ma. Jak mu coś przychodzi do głowy to musi to powiedzieć. Jest mistrzem improwizacji i bystrości. Do tego jego rola rozwala dosłownie wszystkich. Pozytywnie. Kochają go kobiety, ale też kochają go geje.

Plejada aktorów, która od 1999 roku kiedy to w Kwadracie „Szalone nożyczki” miały premierę bawi się spektaklem za każdym razem. I to widać! My, widzowie, to kupujemy. Świetne aktorstwo, dowcipny tekst, miła dla oka scenografia. Jestem na tak! Obejrzałam dwa spektakle pod rząd, żeby poczuć różnice i czuć. Widać, że ten spektakl jest wiecznie żywy. Ciągle ruchomy, ciągle można dopowiedzieć jeszcze coś, zażartować jeszcze z czegoś i może zabić jednak ktoś inny. To od publiczności zależy, kto jest zabójcą. Polecam wszystkim „Szalone nożyczki”. Warte są każdej ceny!

 

Poniżej krótki wywiad z Pawłem Małaszczyńskim:

 

Paweł Małaszyński:

Dopiero dowiedziałem się co to blog.

FiT-steria:

To miło. Skończyłam filmoznawstwo, ale bardziej kręci mnie teatr.

 P.M.:

No to współczuje.

 FiT:

Dlaczego?

 P.M.:

To znaczy, że jesteś wrogiem. Przyjacielem? Tak się mówi, że dziennikarz to wróg. Dobra pytaj. „Jak to się stało, że zostałeś aktorem, muzyka czy film? Co jest dla ciebie ważniejsze?”

 FiT:

No tak… Albo nie – czy Lart – który ukończyłeś – takie szkoły są potrzebne?

 P.M:

Uważam, że Lart spełnia swoje zadanie w 100%. Leszek Zdybał, czyli szef, to niesamowity człowiek, który potrafi ukierunkować młodzież (nie mówię o liceum) mówię o ludziach, którzy są po liceum. On spełnia zadanie jeśli chodzi o przygotowanie człowieka do egzaminów wstępnych. A nie do bycia aktorem i szkoły teatralnej. Jest to kawał dobrej roboty przez ludzi, którzy tam są. Przygotować bardzo dobrze, profesjonalnie (o ile ty masz ochotę się przygotować wspólnie z nimi) do egzaminów wstępnych. Jestem z Lartem całym sercem od zawsze. I bardzo polecam wszystkim, którym się nie udaje, którym potrzebna jest pomoc. Jeżeli stać ich finansowo, żeby wyjechać na rok do Lart Studio, do Krakowa to polecam bardzo. Na pewno dużo z tego wyniosą. Ale też jest nie powiedziane, że się dostaną. Praca przez rok z tymi profesorami bardzo, bardzo mi pomogła. Nauczyła mnie wielu rzeczy, przede wszystkim jednej: stać na scenie.

FiT:

Poza Zdybałem ktoś jeszcze był dla Ciebie ważny tam?

P.M.:

Marcin Kuźmiński, Paweł Miśkiewicz, Beata Fudalej, która miała ze mną prozę. Poznałem z Genę Wydrych, świetną panią pedagog. Chyba nikt już tam nie uczy…

 FiT:

Jak to Gena na pewno
P.M.:

Gena uczy? No tak, przecież byłem tam na spotkaniu. Niestety nie mogłem być na XX leciu, ale zawsze sobie obiecuję, że jak przyjadę z zespołem, czy teatrem to tam zajrzę.

FiT:

Dlaczego typowo nie poszedłeś w stronę muzyki?

P.M.:

Dlatego, że nie miałem ludzi wokół siebie, z którymi mógłbym stworzyć taki twardy zespół, który wierzyłby w to, że potrafi coś osiągnąć, a uważałem wtedy, że to był najlepszy czas na to, a to był początek lat 90tych, gdzie muzyka rockowa wiodła prym na polskim rynku. Wtedy zacząłem interesować się bardzo mocno muzyką i tak powoli wiesz, zaczęły kształtować się pewne składy. Wszyscy byliśmy młodzi, próbowałem coś zrobić w tym kierunku, ale to wszystko się rozpływało. Chociaż, jak się zastanawiam po 10 latach istnienia Cochise to dobrze, żeśmy się spotkali tu i teraz. To znaczy te 10 lat temu, a nie 20 lat temu. Być może byśmy teraz już nie istnieli, a z pewnym bagażem doświadczeń, z kręgosłupami dorosłych facetów potrafimy dogadać się już nie tylko jako muzycy, ale jako ludzie. Dlatego pod tym względem jest łatwiej. Wiemy już, że jakby którakolwiek osoba odeszłaby z Cochise, to Cochise by nie było.

FiT:

Jaki jest twój stosunek do krytyki?

 P.M.:

Ja uważam, że nie ma konstruktywnej krytyki. Krytyka jest potrzebna tak jak pochwały, tylko w Polsce nie ma czegoś takiego jak konstruktywna krytyka, tylko trzeba zgnieść. Mnie się zawsze krytyka kojarzyła z rozmową. Dajmy taką, jak my sobie teraz siedzimy i rozmawiamy. Ja też zdaję sobie sprawę, że pewne rzeczy mi nie wyszły, ale to jest wpisane w ten zawód.

FiT:

Jak popełnisz błąd nie masz z tym problemu by się przyznać?

P.M.:

Nie, no popełniłem błąd bo jestem tylko człowiekiem, który je popełnia. Pracuję w takim, a nie innym zawodzie. Jestem na świeczniku. Najważniejsze w tym zawodzie to trzeba się przyzwyczaić, że zawsze będziesz krytykowany i oceniany. Pozytywnie czy negatywnie, taki zawód uprawiasz. Straszne by to było, gdyby wszyscy cie kochali, a z drugiej strony nienawidzili. Zawsze jest pół na pół. Połowa cie kocha, połowa nienawidzi. Trzeba nauczyć się z tym żyć. Tak samo jak podejmowanie decyzji w tym zawodzie. Nie jesteś w stanie przewidzieć czy sztuka czy film, w które wchodzisz się będzie podobać. Tobie się to podoba, wchodzisz w to, ale za tobą jest jeszcze 100 innych osób, które to tworzą i efekt znany będzie na końcu. Ale komu się zawsze obrywa? Nam. Trzeba się do tego przyzwyczaić.

 FiT:

Zdawałeś do szkoły w Białymstoku?

P.M.:

Tak, zdawałem. Nawet przeszedłem chyba do 2 etapu. Dla mnie nie było ważne, czy się dostanę na lalkarski, czy do teatralnej. Nie rozróżniałem tego wtedy. Jakbym się dostał do lalek, to miałem plan, że się przeniosę po 1 roku. Jeżeli miałbym taką możliwość. Interesowała mnie szkoła artystyczna, żebym rozwijał swoją wyobraźnię i wrażliwość.

FiT:

Wielu aktorów kończy lalki, a i tak są aktorami dramatycznymi. Myślisz, ze jest jakaś różnica?

 P.M.:

Wiesz, ciężko mi powiedzieć. Jest wielu takich aktorów. Wielu moich kolegów zrobiło tak jak ja mówiłem – przeniosło się z lalek na dramat. Człowiek jest utalentowany to może mieć nawet dwie specjalizacje, lalkarstwo i dramat. Super, żeby tylko był szczęśliwy.

 FiT:

„Szalone nożyczki”  to niezwykła improwizacja, szalone wyzwanie, gotujecie się na sztuce.

P.M.:

A widzisz – to jest założenie spektaklu. Za chwilę idziesz drugi raz, zobaczysz to znowu. To jest założenie spektaklu. To nie jest nasze prywatne gotowanie, wpisane w spektakl.

FiT:

A jak się gotujecie po prostu?

P.M.:

Tutaj jest to improwizowanie z publicznością, nie wiadomo co się wydarzy. Każdy jest zupełnie inny, bo ten spektakl zależy od publiczności i to jest fenomenalne. Rzadko może się przydarzyć aktorowi spektakl, w którym główna rolę odgrywa publiczność. I on jest na tyle interesujący i gramy „Szalone nożyczki” od 10 lat ponad 600 spektakli, a mi się nigdzie nie znudziło.

To jest wielka niewiadoma kiedy otwiera się kurtyna, wiesz? To jest też magia teatru, a ja uwielbiam mieć kontakt z publicznością. W tym może nie mam go aż tyle, ale w innym np. „Berek, upiór w moherze” kocham to robić, bawić publiczność. Żeby zapomnieli na dwie godziny o szarej rzeczywistości i żeby się uchachali na śmierć. Takie mamy zadanie w tym teatrze. Staramy się je spełniać na wysokim poziomie.

FiT:

Jesteś człowiekiem z pasją, a nie „robolem” od do?

P.M.:

Nie umiem robić takich rzeczy.  Jeżeli w coś wchodzę to całym sercem. Nie potrafię oszukać samego siebie i swojej własnej wrażliwości. To by było chyba najgorsze. Nigdy nie robiłem niczego dla pieniędzy. Ja muszę czuć coś. Jeśli przy okazji da się zarobić jakieś pieniądze to super. Ale to musi być w zgodzie ze mną. Staram się wybierać co jest dobre, a co złe. Ale jak powiedziałem wcześniej, podejmować w tym zawodzie decyzje jest bardzo trudno, zawsze poniesiesz konsekwencję. Dlaczego? Bo jesteś na świeczniku. Naprawdę nie warto wchodzić poniżej pewnych artykułów w tak zwanym Internecie (śmiech) itd., ja nie wchodzę od wielu lat…

 FiT:

Wyprzedzasz moje pytanie…

P.M.:

Już ci mówię – moja nieświadomość jest święta. Kocham się kochać ze swoją nieświadomością tego, co się o mnie wypisuje na tak zwanych portalach, czy tam blogach. Z dwóch powodów: nie obrastać w piórka : „uuu jaki jestem zajebisty”

FiT:

I się nie załamywać

P.M.:

Tak,  „nie załamywać”. Nie przejmować. Każdy ma prawo do własnej opinii. To się przez ostatnie lata stało, to paranoja. Ja mam nadzieję i wiem, że tak będzie, że Internet za chwilę przestanie istnieć, nie wiem czy wiesz? Już są badania na ten temat. Pokazać Ci Internet? Za rok, za dwa…10, 20 jutro?

 

Paweł pyta mnie czy może z mojego notesu wyrwać kartkę. Za moją zgodą to czyni i wyrzuca na podłogę.

 

Wszystko się stworzy od nowa. Wiesz dlaczego? Bo już nie ma miejsca w sieci.

FiT:

No tego jest strasznie dużo…

P.M.:

Przestań… wolę posiedzieć sobie i z tobą pogadać.

FiT:

Fajnie, że jesteś taki normlany

P.M.:

Jestem normalny dla ludzi, którzy mnie znają. Dla ludzi, którzy mnie nie znają mogę być taki na jakiego mam ochotę. Jeżeli mi wejdziesz w życie z butami to cię zapie*** , bo nie znasz mojego życia prywatnego. Ale zdaje sobie sprawę, że jestem aktorem, jestem osobą popularną, jestem osobą publiczną i każdy ma prawo krytykować… czy też chwalić moją pracę. Absolutnie. Idziesz do kina, teatru, oglądasz serial masz do tego prawo.

 FiT:

A czytasz recenzje?

P.M.:

Nie. Zdarza mi się. Każda jest taka sama, to już się stało nudne. (śmiech)

Nie ma konstruktywnych recenzji. Znaczy takich normalnych. Ja odnoszę wrażenie, że w recenzji trzeba przypierdolić. Bo to jest ciekawe. Jakie wiadomości się najlepiej sprzedają?

FiT:

Złe!

P.M.:

Złe. Przyzwyczaiłem się do tego i nie robię sobie z tego problemu, bo uwierz mi, jest więcej problemów na świecie niż Paweł Małaszyński. Dajcie mi święty spokój. Jestem w stanie zapłacić za święty spokój i już to zrobiłem. Bo jestem nieświadomy, ja się dowiaduje od kolegów, czy od osób w sklepie. Eee czytałem o panu dziś w gazecie. W której gazecie? Nie znam tych tytułów. No to zajrzę. Często się śmiejemy, ale biedni ludzie w to wierzą. Trochę mi żal tych ludzi. Ale co z tym zrobisz. Na tym to polega, na tym polega nasz mały szołbiznes, w którym ja egzystuję, ale na swoich własnych prawach. Rozumiesz? To ja wyznaczam sobie powiedzmy ścieżki w tym szołbiznesie, idę ciemnymi uliczkami. Staram się chodzić pochylony niż wyprostowany. Bezpiecznie.

 FiT:

Ale mówisz, że lubisz mieć kontakt z publicznością. Widziałam dzisiaj jak rozmawiasz przed teatrem chętnie.

P.M.:

Bardzo lubię. Zawsze szanuje ludzi. W końcu dzięki nim istnieję. Ludzi nie interesuje jaki mam dzisiaj dzień, a też jestem człowiekiem. Mogę mieć zły dzień, coś się wydarzyć, że nie mam ochoty na kontakt. Ale zawsze staram się podejść z uśmiechem, poświęcić czas na zdjęcia, rozdawanie autografów to jest dla mnie naturalne. W końcu taki zawód wybrałem, a ci ludzie mnie oglądają przychodzą do teatru, na koncerty zespołu. I zawsze staram się znaleźć dla nich czas, nawet kiedy jestem padnięty. Bo wiem, że w pewien sposób należę też do nich, mówiąc w przenośni.

 FiT:

Grasz w serialach, więc nie masz z tym problemu. A należysz do tych aktorów hipokrytów? Co to się zarzekają, że nie zagrają?

P.M.:

Jeżeli dobry serial to czemu nie. Nigdy nie powiedziałem, że nie zagram w serialu itd. To wszystko musiało być zgodne ze mną. Multum seriali amerykańskich oglądam i sobie myślę: Boże jakbym chciał, żeby taki serial był w Polsce.  Dlaczego miałbym nie zagrać w serialu, co jest w tym złego? Oczywiście odżegnuje się i mam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie żebym musiał wystąpić w serialu który ma 3,5 tysiąca odcinków tak zwana telenowela, czy opera mydlana. Ale takie sezonowe jak „Oficer”, „Lekarze”, „Twarzą w twarz” „Tajemnica Twierdzy Szyfrów” … nigdy nie mówiłem, że nie zagram. W reklamie zagram jeśli będzie spójna ze mną, była taka. Zdecydowałem się na Lexusa. Tu się czuję pewnie, dobrze. Wiem, że nigdy nie poprowadzę żadnej imprezy, bo się do tego nie nadaję. Nie umiem tego robić. Może gdzieś jakąś aukcję dla kolegi. Ale to ciężka robota i podziwiam kolegów, którzy potrafią to robić i robią to świetnie. Uważam, że takim konferansjerem jest Maciej Stuhr – wybitny, którego kupuję. Kocham Maćka, w kabarecie,  zapowiadacza w Sopocie, na Wiktorach, Orłach, wiesz… uwielbiam go! Nie dość, że jest świetnym aktorem, to jeszcze super robi takie rzeczy estradowe. Ja nie umiem i się nie pcham do tego. Zdarzyło mi się zrobić kabaret z Czarkiem Pazurą, tylko ze względu na naszą wieloletnią przyjaźń i zrobiłem to dla niego. Wszedłem w pewne towarzystwo i czuje się dziwnie, ale to było doświadczenie poznać ludzi, których podziwiałem od wielu lat: Kabaret Ani Mru Mru, Piotra Bałtroczyka, Jurka Kryszaka, Kabaret Moralnego Niepokoju, z którymi się zaprzyjaźniłem i spędziliśmy wspaniały rok. Czego absolutnie nie żałuję. A czy zrobiłem to dobrze, czy źle to nie mnie to oceniać. To był jednorazowy strzał dla Czarka.

FiT:

Zjechali „Sępa”, ja oglądałam i …

P.M.:

Tak zjechali? Ja jeszcze nie oglądałem…

FiT:

Fajna robota?

P.M.:

(śmiech) Bycie aktorem?

Każda robota jest fajna, czy to jest „Sęp”, „Lekarze” lub „Misja Afganistan” robota jest zawsze przyjemna i ciężka. Bycie aktorem to jest cholernie ciężka robota. Wszystkim się wydaje, że jest łatwo, przyjemnie palniesz parę zdań i kupujesz sobie trzy domy. To jest bzdura. To bardzo bardzo ciężka praca. Harówa przez 12 godzin dziennie! Jak nie więcej. Nie jestem w stanie siebie ocenić, bo na siebie patrzę z perspektywy totalnego krytycyzmu i wszystko co robię, robię źle. Ale nie jestem godną osobą, żeby oceniać siebie, od tego właśnie są ci ludzie. Mają prawo. Tylko gorzej  jeśli wchodzą w życie prywatne, na szczęście nie mam aż takich wielkich przypałów. A z 2 strony nie będę spędzał pól życia w sądach. Takie gówno, które napiszą żyje jeden dzień. Po co mi podnosić to gówno, ręce potem będą śmierdziały. Jak się zacznie tłumaczyć, to jeszcze ku***ciężej.

FiT:

Masz dużo roboty! Masz czas dla siebie?

P.M.:

Kalendarz mam zapełniony, ale wiem, kiedy odpuścić i zrobić sobie przerwę. Ja znajduję sobie czas dla syna i rodziny i teatru Kwadrat. Od czasu do czasu pokazać się w filmie, telewizji i dla zespołu… cały czas.

FiT:

Zobaczymy cię jakoś w kinie?

P.M.:

Nie. Na razie zostaje 3 seria „Lekarzy”, na pewno nieduża rola u Pasikowskiego, na jesień nowa płyta zespołu Cochise, i najprawdopodobniej na jesieni nowy spektakl w Teatrze Kwadrat. Także wiesz, spokojnie. Najważniejsze, że jeszcze oddycham… Jeszcze  w zielone gram…

 

 I tego grania życzę Ci Paweł ze szczerego serca! I dziękuję za rozmowę! 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Dom Bernardy Alba czyli baby, ach te baby!

06 kwi

Julia Rybicka

 

Teatr Nowy w Poznaniu pokusił się o kolejną premierę w tym sezonie. Tym razem „Dom Bernardy Alba” Federico Garcia Lorca, w reżyserii Magdaleny Miklasz.  Abbe, Choroszy, Łukaszewska, Mierzwa, Rybakowska, Kwaśniewska, Borowska-Kropielnicka, Łodej- Stachowiak, Pawlicka- Hamade i Michał Kocurek – aktorzy spektaklu, na który czekałam z niecierpliwością.

Podążam zatem zaułkiem Krystyny Feldman na Scenę Nową. Cała sala wypełniona po brzegi. Trudno się dziwić skoro to premiera. Jestem niezwykle ciekawa, bo oprócz zaprzyjaźnionych aktorów pojawia się nowa twarz – gościnnie Justyna Pawlicka- Hamade. Już na wstępnie intryguje mnie scenografia i nie jestem przekonana, czy w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Spektakl zaczyna piękna scena – niemy krzyk wiernej służącej (Michał Kocurek), której trudno pogodzić się ze śmiercią swojego „pana”.

W małym miasteczku w Hiszpanii zmarł mąż i ojciec. Ukochane córki opłakują zmarłego, a apodyktyczna matka, wręcz nakazuje przeżywanie żałoby w odosobnieniu. Zawsze dumna i bardzo honorowa, ambitna, surowa kobieta nie pozwala córkom wychodzić z domu. Stosuje kary cielesne, maltretuje psychicznie i zamyka w małej przestrzeni. Największym jednak dramatem jest to, że kobiety nie mogą znaleźć sobie męża. Po pierwsze w miasteczku żyją tylko ubodzy rzemieślnicy, bez wykształcenia i majątku i matka nigdy by się na to nie zgodziła, po drugie pierwszą świeżością już nie pachną, swoje lata mają. Zmuszone do żałoby w osamotnieniu wchodzą w dziwne stany emocjonalne, gry, pogrywania, zabawy, erotyzm. Kroczą czasami na granicy absurdu, nienormalności i popadają ze skrajności w skrajność. W całej tej maskaradzie uczestniczy duch zmarłego ojca oraz babcia dziewcząt niezbyt sprawna psychicznie, zamknięta w osobnym pomieszczeniu.

Tekst, jeśli w nim pogrzebać, to bardzo smutna opowieść o samotności i namiętności. Jedynie na pozór sprawia wrażenie zabawnego. Słowo, które kryje w sobie magię, pod maską próbuje oszukać widza i wywołać śmiech. W głębi duszy SŁOWO ukrywa wiele cierpienia i smutku tego świata. Mistrzowsko napisany tekst sprawił, że nawet kiedy tempo było nużące, z przyjemnością słuchałam tego co działo się na scenie. A działo się oj działo…

…a właściwie na początku nie działo się nic. Poza piękną liryczną sceną w wykonaniu Michała Kocurka pierwsze 20minut – nuda! Rozciągnięte w czasie, nużące jak przysłowiowe flaki z olejem. Natomiast na stypach przecież jest nuda, to dlaczego by tego tak nie zagrać. Założenia prawdopodobnie były właśnie takie. Mnie panie usypiały. Jednak nastąpił przełom. Zaczęła się na scenie szarpanina, krzyki, trzaskanie krzesłami, co sprawiło, że spektakl nabrał tempa, rytmu. Rytm to kolejny ukryty bohater tej inscenizacji, który uważam za majstersztyk. Wszystko dzieje się w określonym do sytuacji tempie. Muzyka, która dodaje dramaturgii, jednocześnie przerywa niektóre farsowe sceny. Myślę, że muzyce wiele ten spektakl zawdzięcza, bo na pewno nie scenografii.

Jest wiele smaczków, których nie chcę państwu zdradzać, ale dla których warto zobaczyć ten spektakl i które sprawiły, że nie jest to mdła historia w wykonaniu kilku aktorek Teatru Nowego. Kolory, które ze sobą rywalizują, na przemian oddziałują na podświadomość widza, odwieczna walka czarnego z białym. Kolor zielony, kolor młodości i nadziei. Wiele kontrastów, paradoksów czasem niepotrzebnych, ale silnych. Hałas kontra cisza, biały kontra czarny, zło kontra dobro, normalność kontra choroba, życie kontra śmierć.

Jestem niezwykle pozytywnie zaskoczona rolą Edyty Łukaszewskiej, której przyznam fanką talentu nie byłam, a która tutaj wpasowała się jak sukienka szyta na miarę. Wszystkie panie na swój sposób i bardzo poprawnie zagrały. Jednak moją uwagę przyciągnęła Justyna Pawlicka – Hamade, która gościnnie zagrała w poznańskim teatrze, którą od razu kupiłam, w ciemno. Może jakiś angaż? Coś większego? Wato by nad tym pomyśleć, naprawdę miło się na nią patrzy. Świetna rola Julii Rybakowskiej, która schowana w wielkim, drewnianym pudle wystawia tylko swoją kudłatą głowę, żeby obserwować zachowania sióstr. Michał Kocurek, będąc służącą/służącym, Matką Boską i jego wspominany już niemy krzyk, łzy, wzruszenie i podśmiechiwanie się z całej sytuacji po prostu perła! Pani Sława Kwaśniewska, której na scenie nie ma niestety dużo, nad czym ubolewam, jak zawsze wspaniała i nieoceniona, czysta – szapoba!

Natomiast patosu pani Antoniny Choroszy nie mogę już znieść i mimo, iż próbowała „zagrać to jeszcze raz sama”, usiłując resztę kobiet wrzucić w cień, mówię stanowcze nie. Z całym szacunkiem do talentu, tego wysokiego tonu mam już w teatrze dość.

Zasadniczo nie wiem czy mi się podobało, czy nie. Kilka naprawdę ciekawych rozwiązań i ról sprawia, że tak, ale z drugiej strony momentami kiedy tempo spada czułam się znużona. Szału nie ma, ale ostatnio w ogóle ciężko o szał w naszych teatrach. Niemniej jednak uważam, że należy do Teatru Nowego wybrać się i samemu poczuć smak dzikich żądz, które pałętają się po scenie i za kulisami zapewne także.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Szambiarz Chrzuszcz

06 kwi

 

Julia Rybicka

Łukasz Chrzuszcz urodzony łodzianin, od kilku lat mieszkaniec Poznania. Czy czuje się poznaniakiem? Trudno stwierdzić. Wybitny aktor, ulubieniec publiczności i krytyki. Wychowanek, asystent profesora Malajkata. Żyje tym, co przyniesie mu dzień. W życiu nie opuszcza go szczęście. Niedawno skończył 30 lat, nie czuje się ani stary, ani spełniony. Wszystko jeszcze przed nim. Niezwykły optymista, pasjonat. Odkąd go znam zawsze uśmiechnięty, do zawodu podchodzi z wielką pokorą i jest perfekcjonistą w każdym calu. Żartowniś, inteligent, aktor, mąż i ojciec. Odkąd w jego życiu pojawił się Tymek (syn) przewartościował swoje życie. To on daje mu siłę i jest jego największą miłością. Na wywiad umawiamy się w bufecie „U aktorów” przy Teatrze Polskim. Okazuje się, że czeka mnie niespodzianka. Z Łukaszem jest jego synek. Wywiad będzie niezwykle interesujący i ekstremalny.

 Już na samym początku Tymek woła „Tato, Tato”. Czuję, że będzie się działo. Tymuś jak każde dziecko wymaga atencji, a że jest synem aktora to doskonale wodzi nas za nos. Potrafi przewrócić się po aktorsku. Jak on nie zostanie aktorem, to będzie jakiś cud. Ma zadatki, no co zrobić… Udaje nam się „sprzedać” Tymka jego Mamie, żonie Łukasza – Magdzie Chrzuszcz, która w Teatrze Polskim jest charakteryzatorką. Zacznijmy.

Łukasz Chrzuszcz:

Dzień dobry, nazywam się Łukasz Chrzuszcz będę rozmawiał z Julią Rybicką.

Jak zawsze ironizuje, wygłupia się, rozprasza mnie.

FiT-steria:

Łukasz, dobrze powiedz mi grasz na perkusji, dlaczego nie szkoła muzyczna? Miałeś jakąś styczność ze szkołą muzyczną?

Ł.Ch.:

12 lat się uczyłem gry na instrumentach perkusyjnych i perkusji, ponieważ moja cała rodzina to muzycy z dziada pradziada, wujkowie, dziadkowie, rodzice. Cały czas uczyłem się najpierw w szkole pierwszego stopnia, potem drugiego na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Miałem rewelacyjnego profesora w drugim stopniu, który też namawiał mnie cały czas żebym szedł na Akademię Muzyczną, a to jest dosyć wąskie środowisko (muzyków). Dlatego, jeśli ktoś kończy drugi stopień to zazwyczaj te same osoby wchodzą do Akademii Muzycznej. Wszyscy się tam znają, dlatego wszyscy byli pewni, że i ja będę tam zdawał. Ale złożyłem sobie papiery do łódzkiej filmówki. I tylko tam. Na żadne inne studia nie. I się udało.

FiT:

Za pierwszym razem?

Ł.Ch.:

Za pierwszym razem. Dlatego później jak przyszedłem (już pewny tego, że będę na aktorskim) do mojego profesora z Akademii, troszeczkę był niepocieszony tym faktem. Ponieważ też strasznie się lubiliśmy, dobrze nam się pracowało. Ale ja muzyki nie zapomniałem. Muzyka cały czas jest w moim sercu. Cały czas gram, może teraz trochę mniej, bo dużo pracuję, ale tak to cały czas ta perkusja … ( Łukasz przerywa: „Sms’a dostałem. Ooo od ciebie. Dostałem SMS’a od Julii Rybickiej” no i drogi czytelniku weź tu prowadź wywiad). Także ta muzyka cały czas gdzieś głęboko w sercu jest. Z resztą, ta muzyka bardzo się przydaje przy pracy. Też jak zdawałem egzaminy wstępne do szkoły aktorskiej, to profesor od umuzykalnienia zapytał, czy mam coś wspólnego z muzyką. Kiedy powiedziałem, że ukończyłem drugi stopień to powiedział, że to nie ma sensu, zadał mi proste ćwiczenie i dał mi maksymalną punktację. Tak samo te wszystkie rytmiczne egzaminy, czy później zajęcia – z tym nie było żadnego problemu. A dlaczego nie muzyka? Nie wiem. Moje życie jest strasznie pokrzywione i trudno je czasami racjonalnie wytłumaczyć, dlatego, że ja się w życiu kieruję intuicją i przeczuciem. Na czwartym roku zrezygnowałem z dyplomu, bo chciałem zostać jednak muzykiem. Dużo koncertowałem z wieloma zespołami po całym kraju i wtedy czułem, że chce zostać muzykiem. A potem, że nie… że chce zostać jednak aktorem. No i dostałem rolę u Griegoriewa Lifanowa, potem u Michała Staszczaka w dyplomach i później poleciało.

FiT:

A przywiozłeś perkusję do Poznania?

 Ł.Ch.:

Jest w teatrze. Pierwszy raz ją przywiozłem jak robiliśmy „Trupa”  i  dyrektor pomyślał, że można wykorzystać moje zdolności perkusyjne. Nic trudno do zagrania, ale podobno to efektownie wygląda.

FiT:

Pamiętasz swój egzamin do szkoły teatralnej?

 Ł.Ch.:

Chyba pamiętam. Pamiętam pierwszy etap. Drugi był zwariowany. Wtedy ten drugi etap był rozłożony na jeden dzień. W ciągu jednego dnia chyba od 7 rano, skończyły się o 21, także przechodziliśmy z komisji do komisji. A pierwszy etap pamiętam. Akurat miałem koncert w Łodzi w takim klubie Dżazga i w południe miałem egzamin…

Tu następuje przerwa, bo mały Tymek musi udać się tam, gdzie król chodzi piechotą.

Ł.Ch.:

Na początku egzaminu byłem tak „zesrany” jak studenci powiedzieli, że mam wejść i powiedzieć fragment prozy i zaśpiewać piosenkę ludową, że zapomniałem czy Kordian to proza czy wiersz. I zadzwoniłem wtedy do mojej przyjaciółki z Łodzi – Ani Ciszowskiej, która mnie przygotowywała i w pełnym stresie zapytałem się „Ania, Kordian to jest wiersz czy to jest proza?”, a ona „Człowieku, Ty weź… masz przygotowane wszystko, nie przejmuj się. Tak, to jest wiersz i niczym się nie przejmuj”. I tak sobie pomyślałem jak tak siedziałem na tym korytarzu i popatrzyłem jak ci ludzie się nakręcają, stresują, włączyłem sobie muzykę i sobie pomyślałem, że kompletnie mam to gdzieś i jeśli się nie dostanę, to trudno to będę muzykiem, a jak się dostanę to będę aktorem i podszedłem na wielkim luzie do tego egzaminu. Powiedziałem fragment wiersza, fragment prozy,  zaśpiewałem piosenkę ludową „Piosenka jest dobra na wszystko” , bo zapomniałem, co miałem zaśpiewać. I śpiewałem tylko „piosenka jest dobra na wszystko, piosenka jest dobra na wszystko, piosenka jest dobra na wszystko”  i komisja zaczęła się śmiać, bo widziała, że się zestresowałem i stwierdziłem, że piosenka jest dobra na wszystko i… wszystko. Po egzaminie wyszedłem ze szkoły i poszedłem na koncert.

Drugiego etapu tak nie przeżywałem. Bardziej wtedy moja dziewczyna. Jej zależało, żeby się dostać do szkoły aktorskiej. Nie przeszła tego etapu, rok później dostała się do szkoły. Ja wziąłem później dziekankę i byliśmy razem na roku i taka anegdotka z samego ogłoszenia wyników. Jak Bronek (Bronisław Wrocławski) potasował wszystkie te zaświadczenia o tym, że się dostało do szkoły aktorskiej i było trzech Łukaszów na tym roku i na trzecim etapie było 27 osób no i przy 17 osobie, a 18  przyjęli już zacząłem być pewny, że się nie dostanę. Ponieważ siedziałem sam, nikogo już przy mnie nie było. No, ale Bronek na sam koniec powiedział pan Łukasz Chrzuszcz i mi się fajnie zrobiło. Wszystko poszło naturalnie, nie było napinki strasznej. Z resztą miesiąc przed egzaminami byłem pewny, że nie będę zdawał na aktorski, tylko myślałem o fotografii w ogóle. (śmiech)

FiT:

Dobrze wspominasz słynną „fuksówkę”?

 Ł.Ch.:

Bardzo dobrze. Mieliśmy bardzo fajny czwarty rok, bardzo fajna fuksówka. Bawiłem się rewelacyjnie. Do domu rzadko wracałem. A jeśli już to bardzo późno. Uważam, że jest to potrzebne, ale bez nękania, jeśli to jest mądrze poprowadzone z dowcipem to jest fajne.

FiT:

Profesorowie, którzy w łódzkiej filmówce byli dla Ciebie mentorami? Nie mówimy jeszcze o profesorze Malajkacie.

 Ł.Ch.:

No to na pewno Ewa Mirowska, która piętno swoje odcisnęła na mnie. Miałem z nią niezłe przeboje i bardziej walczyliśmy ze sobą niż współpracowaliśmy. Było to niesłychane przeżycie. Ja z resztą mam niewyparzoną gębę i się jej często stawiałem w różnych zdarzeniach, było dosyć śmiesznie, czasami przykro, ale jest to jedna z ważniejszych profesorek w łódzkiej szkole filmowej, jak nie w Polsce i cieszę się, że mogłem z nią popracować i się od niej nauczyć. No Malajkat był mentorem…

FiT:

U kogo byłeś na roku jak się dostałeś?

Ł.Ch.:

Przyjmował mnie ś.p. profesor Jan Machulski. Był przekochanym, przeuroczym profesorem. Fantastycznie się zagrywał. Bardzo miło go wspominam. Jak kończyłem szkołę, a nie byłem u niego na roku dał mi swoją, wszystkim znaną „Stówę”. Sto dolarów. To była dla mnie najważniejsza nagroda, dostałem od Machula stówę! Bardzo prestiżowa nagroda na Festiwalu. I chyba byłem ostatnią osobą, której wręczył te stówę. Duże wyróżnienie.

FiT:

Co się stało, że wziąłeś dziekankę?

 Ł.Ch.:

Stwierdziłem, że za szybko się dostałem do szkoły. Szkoła aktorska to jest zawsze marzenie tysięcy młodych ludzi. I dostać się tam, to jest olbrzymi wyczyn. Zobaczyłem jak to wygląda od środka i troszeczkę moje ambicje i wyobrażenia na temat aktorstwa nie pokryły się z tym, co zobaczyłem w szkole. Nie ma co ukrywać (pewnie wielu profesorom się narażę), ale jest tam i to nie tylko w łódzkiej szkole, wielu profesorów, którzy nie powinni wykładać, jeżeli od wielu wielu lat nie weszli na deski teatru, są aktorami niepraktykującymi, nie idą za tym postępem aktorskim. Nie widzą, co się dzieje w świecie teatru i uczą kłamać. Ale kłamać w takim złym znaczeniu. Tak naprawdę te zajęcia polegały na tym, że musieliśmy ich naśladować i wtedy było dobrze. Nie było tam żadnej prawdy. I to mi się nie podobało. Większość moich kolegów ma podobne zdanie. Z racji tego, że mam niewyparzoną gębę, często mówiłem tym profesorom, co o tym myślę no i wielu z nich chciało mnie usadzić. Ale Machulski wtedy obronił mnie. Powiedział, że 18 przyjął i 18 skończy. Wybierałem sobie profesorów, do których chodziłem. To miało plusy i minusy. Minusem było to, że wielu chciało mnie usadzić. Nie udało im się to. Stwierdziłem, że nie będę się dalej męczył z tymi profesorami, bo rok był fantastyczny. Na tym roku nauczyliśmy się samodzielnej pracy. Wziąłem dziekankę za namową Marcina Brzozowskiego (który teraz wykłada w filmówce) i powiem szczerze, że jak złożyłem papiery w dziekanacie to mi ulżyło. Żałowałem, że zostawiam przyjaciół. Z resztą zachowali się fantastycznie, kocham ich za to. Oni będąc na 4 roku, ja na 3, zadzwonili kiedyś w nocy i powiedzieli: Chrzuszczu zacząłeś z nami i z nami i z nami skończysz. To był dyplom Łukasza Kosa. Zagrałem w „Pawiu Królowej”, fantastyczny dyplom, dużo sukcesów odniósł. Dlaczego ta dziekanka? Różne powody: profesorowie, ja nie czułem się na siłach, dostałem depresji, osoba, którą kochałem była na 1 roku i chciałem z nią pracować. Nie żałuję tego.

FiT:

No to profesor Malajkat…

 Ł.Ch.:

Malaj!

 FiT:

No Malaj powiedział przy naszym ostatnim spotkaniu, że to Ty go wybrałeś. Porozmawiajmy o tym…

 Ł.Ch.:

To ja wybrałem Malaja, żeby mnie uczył. Będąc na 1 roku patrzyłem jak uczy.

FiT:

Biorąc dziekankę, wiedziałeś że  profesor Malajkat przejmuje przyszły rok?

 Ł.Ch.:

Tak. Wziąłem dziekankę na początku 2 roku. Już wiedziałem, że Malaj wziął pierwszy rok. Nie poszedłem do niego i mu tego nie powiedziałem, bo się go bałem, ale będąc na 1 roku miał zajęcia z 3 rokiem. Widziałem ich egzaminy, opowiadali o zajęciach z Malajem. To była legenda. Zajęcia z Malajem były zawsze fantastyczne, wszyscy o tym wiedzieli. No i stwierdziłem, że jeśli jest taka szansa, to dlaczego nie? Nigdy nie żałowałem tej decyzji. Dzięki temu jestem tym kim teraz jestem, aktorsko. Dużo by mówić o Malaju. Ma swoje wady, ma swoje zalety, ale dla mnie jest profesorem Malajkatem. Wielokrotnie prosił mnie, żebyśmy przechodzili na „ty”, ale nie jestem w stanie. Chcę o nim mówić jak o swoim profesorze, mentorze.

FiT:

Profesor mówi do ciebie mały albo młody?

 Ł.Ch.:

Mały, młody, chory, różnie mówi. I wymyślał: szambiarz (bo grałem w egzaminie u niego szambiarza).  Raz tylko powiedział do mnie na „pan” na 3 roku na zajęciach, kiedy naprawdę się nie przygotowałem na zajęcia. Jeszcze wtedy wizytacje zrobił Zamachowski z Polkiem, dwoje jego przyjaciół. Byłem nieprzygotowany, dukałem jakiś monolog z Mizantropa i jedyne co zrobił to powiedział „panie Łukaszu zawiodłem się na panu”.

FiT:

Zabolało?

 Ł.Ch.:

O Jezus, jak to zabolało. Nigdy do mnie tak nie powiedział. Ten jeden raz. Zawsze zapieprzałem u niego na 1200%. I mówił mi później, przez miesiąc, na pan zanim zapracowałem, żeby znów mówił mi po imieniu. W końcu się zapomniał i dobra już koniec kary. Ale potrafił umiejętnie, inteligentnie, mądrze karać. Trzeba było się postarać. Czasami mu się nie chciało i też był fantastyczny jak się motywował i sam się na to nakręcał. Bardzo dużo się od niego nauczyłem.

FiT:

Jak to się stało, że stałeś się jego asystentem? Przez ile lat? Na czym to polegało?

 Ł.Ch.:

To było na 4 roku jak zrobiliśmy dyplom „Boboka” później mieliśmy rozmowy z Malajkatem na osobności i on się pytał co będziemy dalej robić po szkole. Ja powiedziałem, że planów sprecyzowanych nie mam i chwytam się tego, co przyniesie dzień i ważne, żeby wykonywać swoją robotę dobrze. Ktoś to zauważy i mnie pewnie zaangażuje. Opieprzył mnie, że muszę gdzieś składać papiery. Powiedziałem, że nie złożę. A on, że ma taka propozycję: „Chcę, żebyś został moim asystentem”. A ja mówię: „ja się na tym nie znam, nauczanie mnie nie kręci i to nie jest mój klimat”. Na to on, że wie że to będzie mój klimat i wiem, że sprostasz temu i to będzie dobra decyzja. W końcu doszło do tego, że od października następnego roku – on wziął pierwszy rok, a ja byłem jego asystentem na 1, 2, 3 roku… i zobaczyłem jak to wygląda z drugiej strony. Dawał mi dużo swobody, pokazywał mi jak trzeba różne rzeczy konstruować. Złapałem bakcyla.

FiT:

Uczysz do dzisiaj.

Ł.Ch.:

Ja nie lubię tego nazywać nauczaniem, raczej dzieleniem się doświadczeniami, bo ja się też cały czas uczę. Dzielę się spostrzeżeniami, ale to jest nieustająca nauka. Uczę się od ludzi, z którymi pracowałem i pracuje.

FiT:

Skąd pomysł, żeby założyć Studio STA (Studio Aktorskie Stowarzyszenia The Art)?

 Ł.Ch.:

Szczerze i boleśnie odpowiedzieć? Będę się już z Poznania pakował. Z STA zaczęło się to chyba w lipcu, kiedy ja już stwierdziłem, że nie chcę uczyć, prowadzić studia, byłem w dołku. Kilka osób się zgłosiło, że chce u mnie pobierać korepetycje. Cały czas mówiłem, że nie. No, ale jeśli znajdzie się jakaś grupa to mogę prowadzić wspólne zajęcia, bo nie lubię prowadzić zajęć indywidualnych. Uważam, że trzeba mieć widza. Należy pracować nad kontaktem z widownią, żeby to nie stresowało czy zamykało. Zauważyłem, że efekty tej pracy są fantastyczne. Indywidualnie możemy sobie popracować, ale później ta osoba wchodzi na scenę i jest zesrana. Tutaj prowadzę troszeczkę inaczej te zajęcia. No i złożyła się taka grupa osób. Na początku było to z 10 osób, później 20, teraz jest ponad 30. Nadal to rośnie. To miały być konsultacje aktorskie, z wiersza, prozy, emisji głosu, a zrobiła się z tego szkoła.

FiT:

Masz plan rozbudować te szkołę?

 Ł.Ch.:

Mam, cały czas ją rozbudowuję. Staram się z pieniędzy czesnych zorganizować im jak najwięcej warsztatów i zajęć. Plany są duże. Nie chcę o nich teraz mówić, z resztą doskonale o tym wiesz…

FiT:

Wiem, ale podpuszczam żebyś coś zdradził czytelnikom. Dobrze, to jak to się stało, że wylądowałeś w Poznaniu? To jest Twój pierwszy teatr?

 Ł.Ch.:  Współpracowałem w Teatrze Nowym w Łodzi, dostałem rolę w „Komedii omyłek” , później dostałem rolę w „Dożywociu” i tak sobie pogrywałem. Dużo się tam nauczyłem. Konfrontując rok studiów z pracą w teatrze to jest dzień do nocy, zupełnie inna praca. Zobaczyłem czego my się musimy nauczyć w szkole, żeby wejść na scenę. Teatr Nowy w Łodzi był wtedy jednym z najlepszych teatrów w Polsce. Ś.p Kazimierz Dejmek wtedy był dyrektorem. Później zaczęły się przewroty. Zespół był fantastyczny jeszcze po Grabowskim. To była spuścizna po wielkich dyrektorach i strasznie dużo się od nich nauczyłem. Z resztą te znajomości do dziś podtrzymuję. Z Irkiem Czopem na przykład… i z innymi aktorami, niesamowite doświadczenie. Po festiwalu szkół, gdzie nie złożyłem żadnej teczki nagle dostałem wiele propozycji w różnych teatrach. I w Bydgoszczy, w Wybrzeżu, w Kielcach, w Łodzi i w Poznaniu w Nowym od Wiśniewskiego. Moja dziewczyna też dostała propozycję, byliśmy przekonani, że chcemy być tutaj. Bo chcemy być dalej razem, w tym samym teatrze i, że to się tak dalej będzie toczyć. I czekaliśmy… i czekaliśmy jak to się rozwinie. Z niecierpliwością czekaliśmy na ten telefon. Nie było tego telefonu, sami zadzwoniliśmy. On w ogóle nie chciał odbierać od nas telefonów. W końcu Marta jakoś się tam zakręciła i miała z nim spotkanie, przyjechała tutaj do Poznania. A ja wtedy dostałem Złotą Maskę w Łodzi. To się pierwszy raz zdarzyło, żeby student dostał Złotą Maskę. To była zawsze nagroda dla najlepszego aktora sezonu w Łodzi. Dostał to student! To była dla mnie nobilitująca nagroda. Wszystkie te nagrody ma moja mama. I przyjechałem do Poznania, do Nowego, żeby się spotkać z dyrektorem Wiśniewskim. Ale on nie chciał się ze mną spotkać. To ja stwierdziłem, że „….” (następuje zdanie, które hmm przetłumaczę tak „pewien męski organ mu w tylną część człowieka”) pójdę do konkurencji.  No i poszedłem na rozmowę do dyrektora Szkotaka no i co? I  się udało.

FiT:

Łukasz opowiedz historię z Warszawą…

 Ł. Ch.:

A z Warszawą… Z Narodowym tak?

FiT:

No tak! To jest moja ulubiona historia

 Ł.Ch.:

Wiele osób w nią nie wierzy, ale to jest prawda.  Mam świadków na to. Jeździliśmy po Warszawie, żeby rozwozić te teczki. No i przejeżdżamy koło Narodowego i ja sobie powiedziałem: „ku***. Ja jeszcze dzisiaj z Endżim (Jan Englert) sobie pogadam i przyjmie do teatru, będę z Malajem, z Gajosem będziemy sobie grać i będzie fajnie”. I tak sobie żartowałem, ale to, że dziewczyny zaczęły się ze mnie wyśmiewać to to mnie tak wkurzyło, że sobie powiedziałem  o nie nie nie! Dzisiaj będę miał rozmowę z Englertem. One nie chciały w to uwierzyć. Cały czas miałem w głowie to, co Malaj mówił: „walczyć o swoje marzenia i pamiętać, że nie ma się nic do stracenia”. No, bo co ja mam do stracenia? Co najwyżej on ma do stracenia, że mnie nie przyjmie. Tak Malaj zawsze mówił.

Wchodzę na portiernię i mówię:

- Dzień dobry nazywam się Łukasz Chrzuszcz chciałbym rozmawiać z dyrektorem Englertem.

- No, ale czy był pan umówiony?

- Nie, ale dyrektor chciałby się ze mną dzisiaj zobaczyć.

- Jak to chciałby?

- Jestem święcie przekonany, ja z resztą znam profesora Malajkata, on tutaj gra i ja będę dzisiaj rozmawiał z profesorem Englertem. A proszę mi wierzyć, że on też chce.

Oni patrzyli na mnie jak na debila, powiedziałem, że nie odejdę dopóki nie porozmawiam z Englertem. Zadzwonili do sekretariatu, miła pani powiedziała, że nie ma w ogóle takiej możliwości, żebym ja rozmawiał z dyrektorem Englertem. Powiedziałem – „No to mamy problem. Bo ja stoję na dole i czekam i będę czekał do momentu, kiedy nie zobaczę dyrektora Englerta i z nim nie porozmawiam”

- Pan sobie chyba żartuję.

- Nie żartuję mówię całkiem poważnie.

- Dobra to niech pan za 10minut do mnie wejdzie.

Ja mówię no ok, no dobra. No to od razu na fajkę i do koleżanek mówię” ja pie*** sekretariat Narodowca dzisiaj zaliczony, jaka jazda”. No i wchodzę na pewniaka przez te wszystkie bramki, wjeżdżam do sekretariatu… no i ta pani tak na mnie patrzy i mówi: „Wie pan co? Dwadzieścia ileś tam lat pracuję tutaj i nigdy mi się nie zdarzyło, żeby ktoś tak bezczelnie chciał wejść, z ulicy i rozmawiać z dyrektorem”. Mówię: „no to zawsze jest ten pierwszy raz, widzę tutaj jest gabinet dyrektora ja sobie wejdę pogadam nic się nie stanie”. Ona mówi: „nie no stanie się, nie mogę pana tam wpuścić”. „No to mamy problem, bo ja muszę”.

Zaczęliśmy się śmiać, mówię do pani, że mi na tym naprawdę zależy. A ona z kolei, nie mogę pana wpuścić, bo jak pana wpuszczę, to on mnie wyrzuci.

- CO pani proponuje?

- Nie no, że jeszcze ja mam proponować? Niech pan zostawi teczkę i tyle. Jak dyrektor będzie zainteresowany to się odezwie.

- Dobra dobra znam te rozmowy.

- Przyrzekam panu, że mu przedłożę pana teczkę – No i jeszcze pomogła mi wybrać jakieś zdjęcia. Mówię: do zobaczenia”. Wyszedłem podniecony „ja pie*** byłem w sekretariacie Englerta” i się śmiejemy z dziewczynami, że nie będę teraz odbierał telefonu, mama nie dzwoń, bo Englert będzie dzwonił. I dzwoni telefon (ja rozbawiony jeszcze).

- Dzień dobry dzwonię z sekretariatu dyrektora Englerta. Dyrektor wyszedł przed chwilą i zobaczył pana teczkę (z resztą chyba słyszał naszą rozmowę) i chciałby się z panem jeszcze dzisiaj zobaczyć. Czy pan dziś może o 14.30?

…mnie zatkało. No chyba mogę…no mogę…no mogę tak! Będę!

Mówię do dziewczyn: „będę z nim rozmawiał i będzie czad!”

Pojechaliśmy na Chełmską do agencji aktorskich i tak opowiadam agentce o tej historii, a ona: a o której ? A ja no o 14.30, a ona Łukasz jest 14.30. „O kur***” nie wiem… nie znam Warszawy… nie wiem gdzie jechać co i jak. Był z nami jeszcze chłopak, który robił reportaż o mnie i mojej dziewczynie jak to jest być po szkole itd. Wsiedliśmy w taksówkę, jedziemy do centrum patrzę na zegarek widzę 14.30, z oddali widzę Narodowy. Biegnę. Deszcz jeszcze zacinał. Wpadam spóźniony do sekretariatu, przepraszam, ale nie znam Warszawy, korki (nawijam totalną ściemę). A pani mówi:

- Wie pan co nie wiem dlaczego to robię, ale to zrobię – Wzięła telefon i zadzwoniła do dyrektora – dyrektorze przepraszam z Łukaszem się trochę zagadałam, Łukasz już jest i może wejść do pana dyrektora.

No i wychodzi Englert. Chrzuszcz-Englert. Może herbatki, kawki? A ja nie – wody,wody… (zadyszany cały spocony). On nie patrząc mi w oczy mówi:

- No panie Łukaszu, ja nie wiem wolnych etatów. – Pomyślałem sobie, że skoro doszedłem aż tutaj to dalej, to co Malaj mówił: jedź po swoje. I mówię: – no to mamy problem – i w tym momencie spojrzał na mnie, zaczęliśmy się śmiać, długo rozmawialiśmy. Powiedział, że decyzja będzie po stronie profesora Malajkata czy Gajosa, z którymi miałem zajęcia. Mówi, że wszystko jest na dobrej drodze, że raczej się spotkamy. Opowiadał o nowym sezonie, że w coś tam wejdę. Ale rewelacja, będę w Narodowym.

Wracamy do Łodzi, dzwonił Malaj i mówi:

- Młody co ty żeś odj***?

- Jak to co profesorze?

- Gram spektakl, przychodzi do mnie Englert i mówi: Ty znasz Chrzuszcza? Mówię, no znam to mój student. Englert do mnie mówi tak: przyszedł do mnie… że chce etat i że mamy problem.

Malaj zaczął się śmiać.

- Przecież profesor zawsze mówił, że należy iść po swoje.

- No tak, ale nie myślałem, że ty od razu pójdziesz i to zrobisz!

Mówił, że wydał dobrą opinie, że będziemy razem pracować…

FiT:

Nie żałujesz, że nie ma Cię w Narodowym?

 Ł.Ch.:

Nie, nie żałuję. Tu jest fantastyczny zespół, rewelacyjne rzeczy można robić z nimi. Warszawa nie jest chyba dla mnie.

FiT:

Czym debiutowałeś w Poznaniu?

 Ł.Ch.:

Nie miałem takiej typowej premiery, wszedłem na zastępstwo do „Portugalii” w rolę Szatana, taki tutaj sztandarowy spektakl. Wszyscy w Poznaniu widzieli „Portugalię”, a później wszedłem w „Ferdydurke” Artura Tyszkiewicza. I to była moja pierwsza premiera w tym teatrze.

FiT:

„Bobok” to Twój dyplom tak?

 Ł.Ch.:

Tak, to mój dyplom, ale Paweł Szkotak kupił go i graliśmy go tu w teatrze.

FiT:

Grałeś bardzo dużo na początku w teatrze, tak?

 Ł.Ch.:

Tak.

FiT:

A później zniknąłeś, tak?

 Ł.Ch.:

Tak…

FiT:

Dlaczego?

 Ł.Ch.:

To chyba nie jest pytanie do mnie.

FiT:

A teraz grasz dużo?

 Ł.Ch.:

Nie (śmiech).

FiT:

Hmm, to może nie napisze tego? Wiem jak jest podpuszczam Cię.

 Ł.Ch.:

Nie dlaczego, napisz. Ja się tego nie wstydzę. Gdybym ja miał się czegoś wstydzić i czegoś żałować to po pierwsze nie udzielałbym wywiadu, dwa nie czerpałbym takiej radości z tego, co robię teraz. Bo to wszystko, co się stało w moim życiu spowodowało, że jestem gdzie jestem. Oczywiście zrobiłem bardzo dużo głupich rzeczy, ale to też było po coś. Żebym się czegoś nauczył, dowiedział o sobie. Staram się to traktować jako naukę i dobrą kartę. Nie żałuję niczego co zrobiłem. Ale tak, gram teraz mniej, mogę powiedzieć od kiedy to się zaczęło…

(śmiech)

FiT:

Nie będziemy wkładać kija w mrowisko. Nie chciałbyś grać w Warszawie?

 Ł.Ch.:

Nie wiem, czy bym nie chciał…

FiT:

Ale tam nie pasujesz?

 Ł.Ch.:

Mówię o mieście, dla mnie to jest strasznie szybkie miasto. Może dlatego, że nie poznałem tych fantastycznych miejsc, o których opowiadają moi koledzy, myślę, że jakbym posiedział tam trochę dłużej to inaczej bym na to patrzył. Na pewno Poznań zrobił na mnie inne wrażenie. Nie wiem czy lepsze, ale inne. Jak mówiłem wcześniej, kieruje się intuicją (przerywa nam krzyczący Tymek „Mama”)

Poczułem, że muszę tu trochę posiedzieć.

FiT:

A nie myślisz, że role Ci przepadają?

 Ł.Ch.:

Przepadają, oczywiście. Jakbym miał przeliczyć ile mi rzeczy przepadło: na pewno 2 seriale, gdzie już podpisywałem umowę na stałe, są grane do dziś, spektakle, role, które odmówiłem. Z tego powodu, że tutaj pracowałem, tutaj miałem próby, z tym miejscem czuje się związany, tutaj się oddaję jeśli chodzi o pracę. Dlatego musiałem rezygnować. I to ma swoje odzwierciedlenie  w tym, co się dzieje teraz. Mniej do mnie dzwonią. Musiałem ostatnio odrzucić propozycję w dwóch teatrach w Warszawie. No, ale zaczynamy za chwilę „Piszczyka” (Obywatel Piszczyk) , chcę popracować nad tym, duże wyzwanie. To są decyzje, które podejmuje się pod wpływem chwili, czy intuicji.

FiT:

Ale jakbyś dostał propozycję w Warszawie, którą logistycznie byś rozwiązał z tym teatrem – nie odmówiłbyś?

 Ł.Ch.:

Nie. Gdybym dostał ciekawą propozycję, żeby jakieś aspiracje, fajny skład też bym się zastanowił.

À propos przywiązania do miejsca. Nie czuję się jakoś mega związany na stałe tutaj, bo uważam, że jak człowiek się przyzwyczai za bardzo do miejsca (teatru) to się nie rozwija. Nie ma świeżości, zaskoczenia. Czasem dobrze jest zmienić miejsce pracy. Na tym polega zawód aktora: żeby mierzył się z nowymi aktorami, reżyserami.

FiT:

Seriale i reklamy. To nie jest tobie obce. Należysz do tych, co to się wypierają?

 Ł.Ch.:

Wiesz co, kiedyś się wypierałem… O reklama! Jakaś nagonka była, że w reklamach zagrać to obciach. Ja myślę, że to jest kwestia podejścia do pracy. Jeżeli podchodzisz do pracy z nastawieniem „a to obciach, ale to tylko kilka kwestii, kasa jest, zgadza się” no to lepiej nie uprawiać tego zawodu, albo zmienić nastawienie. Ja do każdej pracy czy to jest reklama banku, proszku do prania (nie wystąpiłem w proszku do prania), ale jeśli dostałbym fajną propozycję, to dlaczego nie? Każdą pracę staram się wykonywać najlepiej jak potrafię aktorsko i to jest tylko i wyłącznie kwestia  podejścia. Jeżeli coś fajnego zaproponujesz reżyserowi to nie będzie obciachu. Taki jest nasz zawód.

FiT:

Ktoś to musi robić

 Ł.Ch.:

Ktoś musi, a chyba lepiej, jak robią to profesjonalni aktorzy po szkole, zarabiają pieniądze, niż osoby, które mają to w dupie, z ulicy przyszły sobie na casting i sobie tam zarabiają. Jednak do czegoś byliśmy szkoleni. Fakt, że do gry w filmie, teatrze to są bardziej nobilitujące rzeczy, ale teraz reklamy też się kręci  fajne. Z fajnym pomysłem, z fajnymi dialogami. Często te reklamy są lepiej zrealizowane niż niejeden polski serial. Myślę, że nie ma się czego wstydzić, najważniejsze żeby podchodzić z zaangażowaniem i mieć fan. Robiłem dużo reklam, których nikt nie zobaczy, a ja miałem fan na planie. Te dwie reklamy, które ukazały się w telewizji czyli Aviva i WBK te wersje, które są to nie te wersje, które były w scenariuszu. To ja je zaproponowałem reżyserowi. Na zasadzie improwizacji. Ja bardzo rzadko bywam na castingach, ale jednak ta praca wciąż jest. Dobra opinia się często bardziej sprawdza, niż ilość castingów.

FiT:

Jesteś z jakąś rolą szczególnie związany?

Ł.Ch.:

Myślę, że „Bobok”. Praca z Grigoriem Lifanowem, to była bardzo ważna praca w moim życiu.

FiT:

Lekcja?

 Ł.Ch.:

Bardzo ważna lekcja aktorstwa, pokory, niesamowitej pracy. Bardzo dużo pracy włożyłem w tę rolę, z resztą dzięki Grigorijowi bardzo dużo nagród zdobyłem, które pociągnęły za sobą resztę różnych propozycji pracy, uznania w oczach widowni to była bardzo ważna rola i wtedy się nauczyłem ile trzeba pracować, wkładać serca, zaangażowania, żeby był z tego efekt.

FiT:

Czujesz się rozpoznawalnym aktorem w Poznaniu? Zaczepiają cię ludzie na ulicy? Kojarzą z teatrem, z rolami?

 Ł.Ch.:

Wiesz co, kiedyś może częściej, bo częściej wychodziłem na miasto, na imprezy. Czy czułem się rozpoznawalnym aktorem w Poznaniu? Nie wiem, cały czas siedziałem w teatrze. Noc, dzień. Dopiero od kiedy z Madzią staliśmy się małżeństwem, mamy Tymka tych wyjść jest o wiele wiele mniej. Nie czuję tak tego. Zdarza się. Z reklamy bardziej mnie kojarzą. Coś o Chacku Norisie, albo Pikuś z Avivy. Niestety ludzie częściej oglądają telewizję niż chodzą do teatru. Miałem taki okres, że zagrałem 3 teatry telewizji pod rząd i to główne role. Ja najbardziej się cieszę, jak mnie nie rozpoznają to wydaje mi się, że jest to dobrą oceną mojej pracy. Bo jak po spektaklu idę ulicą, czy mijam widzów, którzy było na spektaklu i widzę, że oni mnie kompletnie nie kojarzą to strasznie się z tego cieszę. To znaczy, że nie przyszli tutaj oglądać gębę Chrzuszcza tylko zapamiętali postać, którą gram to jest dla mnie najważniejsze. Jeżeli zaczną mnie rozpoznawać na ulicy, ooo to ten Chrzuszcz, idziemy do teatru na Chrzuszcza, to należałoby się nad tym głęboko zastanowić, co trzeba zmienić. Ale póki co ludzie często mnie nie poznają na ulicy, zwłaszcza po spektaklu to jest najważniejsze.

FiT:

Zostałeś nagrodzony przez poznańską publiczność…

 Ł.Ch. :

Tak, Medal Młodej Sztuki, dwa razy Biały Bez, nie pamiętam co tam jeszcze było. Trochę się tego z Poznania zgromadziło. Ja nie patrzę na nagrody jak na mistrzostwo świata. Kiedyś profesor w łódzkiej filmówce powiedział: każdy sukces jest początkiem porażki, a porażka początkiem sukcesu i tego się trzymam. Myślę, że te nagrody są ważne dla mojej mamy, która mieszka w Łodzi i wie, że jej syn jest doceniany, to jest chyba najważniejsze dla rodzica. I ja się z tego cieszę, że mogę ją pocieszyć i ona ma się czym pochwalić przed koleżankami w pracy i wie, że jej syn kroczy jakąś tam drogą i jest szczęśliwy. Myślę, że to jest dla niej najważniejsze. Nagrody nie zmieniają mojego podejścia do pracy.

FiT:

Chciałbyś zrobić jakąś rewolucję w teatrze? Poznańskim teatrze?

 Ł.Ch.:

Chciałbym, żeby się zmieniło podejście do pracy. Ponieważ, będąc w teatrze instytucjonalnym, widzę, że traktuje się aktorstwo jak pracę w biurze od 9 – 16 ani minuty dłużej. No tak to nie wygląda. To, że mamy próbę od 10 – 14 nie znaczy, że po 14 nie pracujemy. Pracujemy nieustannie. Na ulicy, w domu cały czas myślimy o roli, o scenach, które mamy do zrobienia. No kur***, jesteśmy artystami jakby nie było. My mamy tym ludziom, którzy tutaj przychodzą dostarczać emocji, przeżyć, dziwnych innych rzeczy. Nie można podchodzić do tego ja 10 -14 i spadam, albo mam spektakl do zagrania i gówno mnie obchodzi ile osób przyjdzie, co będą myśleć o tym spektaklu. No nie. Jak będę tak podchodził to widz zobaczy to z widowni, bo to się przerzuca na drugą stronę. Uważam, że nie powinno się do tego podchodzić jak do pracy biurowej, a troszeczeczkę to się zagubiło. I też życzyłbym sobie, żeby reżyserzy byli lepiej przygotowani do tej pracy. Troszeczkę jest tak, że reżyser przychodzi i mówi: no i zaproponujcie mi coś. Zróbcie coś, zaimprowizujcie.

FiT:

Sami siebie reżyserujecie czasami?

 Ł.Ch.:

Bardzo często. Bardzo często jest tak, że to my przejmujemy kontrolę. Z tego powodu, że widzimy, że reżyser sobie kompletnie nie radzi. Nie wie o czym chce zrobić spektakl. To wynika z tego, że ludzie coraz rzadziej chcą powiedzieć o jakimś problemie, o tym co ich dotyczy. Robią spektakl, bo robią. Przeczytali sztukę i pomyśleli, o będzie fajnie. Tak się nie da. Tak się nie robi. Najpierw trzeba siebie zapytać co chcę powiedzieć.

FiT:

To takie powierzchowne traktowanie tematu?

 Ł.Ch.:

No tak, ale to jest i wśród reżyserów i wśród aktorów również. Ja się z tym nie utożsamiam i tego nie uznaję. Oczywiście my mamy życie prywatne, trzeba to cenić i pielęgnować, ale przede wszystkim jesteśmy artystami. A żeby być artystą, trzeba mieć co powiedzieć widzowi. Wielu moich kolegów nie zdaje sobie sprawy, co przez scenę można człowiekowi wrzucić do głowy, jeżeli chodzi o widownię. Jeżeli chociażby jeden widz przyjdzie, który ma bardzo poważny problem wewnętrzny i na scenie zobaczy rozwiązanie tego problemu i pójdzie do domu i zacznie rozwiązywać go, bo widział to na scenie to to jest rewelacja. To jak nauczyciel w szkołach, który ma bardzo odpowiedzialne zadanie, bo naucza, kształtuje. Tak samo my, reżyser, wszyscy, którzy tu pracują kształtują widownię i dajemy pytania, odpowiedzi na różne ważne rzeczy. Jeżeli reżyser, czy aktor  nie zadaje sobie pytania po co ja wchodzę na scenę  to kur*** o czym my mamy mówić? Mamy sobie pierdnąć na scenie, żeby widz poszedł do domu i miał to w dupie?

FiT:

Czujesz się odpowiedzialny w tym zawodzie? Aktorstwo jest jakiegoś rodzaju odpowiedzialnością?

 Ł.Ch.:

Czuje się bardzo odpowiedzialny, Aktorstwo jest niebywałą odpowiedzialnością. Przychodzi na spektakl ok 200 osób, które myślą, analizują i biorą to do siebie. Jeżeli aktorzy nie dają nic z siebie, nie wierzą w to co robią, no to kur***, to ten widz przychodzi po nic. A jednak płaci za ten bilet, chce mieć rozrywkę, coś poczuć, chce coś przeżyć.

FiT:

Boli Cię krytyka? Dotyka jakoś?

 Ł.Ch.:

Myślę, że jak każdego, ale zawsze podchodzę na maxa rzetelnie do swojej pracy. Dlatego czasami się z tą krytyką zgadzam, czasami się nie zgadzam. Nie dyskutuje, to nie ma sensu, bo to jest na takiej zasadzie: stworzyłem coś i mam się z tego tłumaczyć? Moja rola, spektakl to jest tłumaczenie co chcę powiedzieć. To rodzaj przekazu. Ktoś to może oceniać, pozytywnie, negatywnie ok, to jest jego sprawa. Dostałem w życiu chyba jedną, czy dwie negatywne recenzje. I bardzo mnie to dotknęło. Powiedziałem sobie „o nie kur*** i jeszcze mocniej, jeszcze więcej pracy i mobilizacji”. Aktorzy nieraz mówią: nie… ja nie czytam gazet, krytyki. Gówno prawda! Kur*** każdy czyta, tylko się do tego nie przyznaje i każdego obchodzi jakie są recenzje i jak to wyszło. No nie oszukujmy się, aktor to jest egoista, który jest kimś pysznym i lubi jak jest połechtane trochę jego ego, jak ta praca jest doceniona i jak się o nim mówi dobrze. Czuje się wtedy ważny, potrzebny (lepsze słowo) Chyba o to chodzi. Jak ktoś mówi o tobie źle, to to jest zawsze niemiłe. Czy to aktor, czy kumpel, czy rodzina, te słowa zawsze bolą. Pamiętam jeden profesor powiedział na studiach – nie przejmujcie się krytyką, musicie się uodpornić na to. Recenzja krócej zostaje w pamięci widza niż twoja rola. I ty ten spektakl, jak będziesz w nim dobry, grał po kilka, kilkanaście lat. A recenzja? Ktoś to przeczyta i ona zniknie w natłoku tych różnych innych recenzji, gazet itd. Dlatego ty myśl o tym co ty masz do wykonania na scenie. A ja też mam grono osób, którym najbardziej wierzę i którzy podchodzą do mojej pracy bardzo krytycznie i im najbardziej wierzę. Bo ktoś może mieć zły dzień, jak każdy człowiek, ja mogę mieć zły dzień i inaczej to zagrać i komuś to się może nie spodobać, ma zły dzień, bo coś go wkurzyło chwilę przed spektaklem i nie napisze dobrej recenzji. Jesteśmy tylko ludźmi. Nie ma co się na to wkurzać, oburzać, czy dyskutować, bo krytyk jest od tego, żeby opisać spektakl albo zachęcić albo zniechęcić. A ja jestem od tego, żeby przekonać widza do czegoś ważnego.

FiT:

Poznałeś żonę w Poznaniu, w pracy? Mówi się, że 80 % ludzi poznaje się w pracy.

 Ł.Ch.:

Tak w pracy. Jest charakteryzatorką. Strasznie się cieszę, że nie jest aktorką, bo byśmy się pozabijali. Z jeden strony wie jaka to jest praca, siedzi w tym klimacie artystów i rozumie co robię na scenie. Nigdy nie jest zazdrosna kiedy całuje się z koleżanką na scenie, to jest zupełnie inny świat, jestem wtedy innym człowiekiem. Nie traktuje tego w charakterze zdrady. Jest fantastyczna, wyrozumiała, ale jednocześnie też ma dystans do tego co dzieje się w teatrze. Jest także nauczycielką. Jest tak samo świrnięta jak ja.

FiT:

Przenosicie pracę do domu? Retoryczne pytanie

 Ł.Ch.:

No oczywiście, że tak. To nie jest tak, że tu praca, a tam dom. Wszystko się przenosi. Bardzo często rozmawiamy o teatrze, tutaj pracujemy. Mamy też inne tematy pasje, swoje sprawy. Mamy synka, to jest nasze oczko w głowie, o nim chyba najwięcej rozmawiamy. Jak go wychować, jaki jest fantastyczny. Ale to się przenosi.

FiT:

Na pewno Tymek zmienił w tobie dużo, jako w człowieku, stałeś się ojcem. A wpłynęło to jakoś na twoje aktorstwo?

 Ł.Ch.:

Nie wiem. Chyba nie. Na pewno jak pojawił się Tymek, powiedziałem sobie jedno – nie chciałbym, żeby kiedykolwiek mój syn, czy w internecie, czy gdzieś zobaczył mój spektakl, fil, reklamę, serial i powiedział: „Tato dałeś dupy”. Też tak sobie myślę o różnych spektaklach jak wychodzę na scenę, jakby to mój syn oglądał i żeby mi nigdy nie powiedział, że to było słabe, tylko raczej żeby miał ubaw i był z tego dumny ze swojego ojca. Raczej tak o tym myślę.

 FiT:

A jeśli w przyszłości będzie chciał zostać aktorem?

 Ł.Ch.:

No to co ja mogę zrobić., To będzie! (śmiech) Ja chcę, żeby on sobie tę swoją drogę jakoś wypracował. On siedzi cały czas w teatrze, słyszy jak się rozmawia o teatrze, przecież ma pokręconych rodziców. Umie się aktorsko przewrócić, robi miny. Też z nami gra, także kłamie, ale wierzy w to, co mówi albo pokazuje. Widać, że geny aktorskie odziedziczył, ale jaka będzie jego droga – nie wiem. Nie będę go do niczego zmuszał, ale też nie będę mu pomagał w tym, żeby nieczysto się dostał do szkoły, czy żeby po znajomości coś załatwiać. Uważam, że nie będzie z tego w  100% zadowolony.

FiT:

Skończyłeś niedawno 30 lat no i przerażony jesteś ? Facetom niby przy okrągłych latach odbija…

 Ł.Ch.:

Nie jestem przerażony. Wiesz co… motor sobie kupiłem przed 30stką, jak miałem 28 lat. Nie było spowodowane kryzysem wieku średniego, zawsze marzyłem żeby jeździć na motorze. Motor mam. Jak sobie tak pomyślę, że mam 30 lat i dużo rzeczy udało mi się do tej 30stki zrealizować to jakoś lepiej mi się robi. Mam jeszcze do 40stki, do kolejnego bilansu, powiedzmy mam 10 lat. W te 10 lat można jeszcze dużo strasznie fajnych rzeczy zrobić, raczej tak o tym myślę. Wiele rzeczy już udało mi się zrobić, wielu nie. Co będzie dalej zobaczymy. Staram się podchodzić do mojej pracy intuicyjnie. Co przyniesie dzień zobaczymy. Staram się pozytywnie podchodzić. Im więcej przeszkód, tym więcej dla mnie dobrego, bo mam więcej radochy z pokonania tych przeszkód. A, że 30stka? To jest dopiero 30stka… Jeszcze mnóstwo, mam nadzieje, ról przede mną, chociaż kto wie, może mi jutro odpierd*** i będę kucharzem? I też będę czerpał mnóstwo radości i się angażował? Nie wiem, zobaczymy.

FiT:

Dla każdego szczęście jest czymś innym. Czujesz się szczęściarzem?

 Ł.Ch.:

Chyba jestem szczęściarzem. Pomyślałem, żeby zdawać  do liceum z profilem humanistycznym o klasie teatralno-filmowej, pomyślałem – zdałem, później szkoła aktorska pomyślałem – zdałem, później teatr pomyślałem – zdałem. Dziele swoje życie na pewne etapy i cele. Mam teraz swoje kolejne cele, ale to wszystko jakoś się układa. W podświadomości koduje te swoje cele, nie na zabój, czy po trupach, ale to się wszystko toczy i dzieje. Im bardziej się w to wierzy, to się to robi, nawet nie wiedząc, że to się robi. Mam dziecko – fantastyczne . Mam fantastyczną żonę, mam co jeść, mam gdzie wracać do domu, mam motor (śmiech), mam rodzinę, mam teatr, tak naprawdę…

FiT:

A czego nie masz jeszcze?

Ł.Ch.:

No strasznie dużo rzeczy nie mam, ale chyba do pełni szczęścia mi nic nie potrzeba. Chyba najważniejsze rzeczy, o których marzyłem to mam. Nie mogę powiedzieć, że czuje się spełniony, że już w ogóle kropka, do domu pod kocyk i być szczęśliwym. Bo z każdym dniem są nowe cele, nowe marzenia, nowe działania i tego na pewno jest jeszcze sporo. Jest w porządku. Ja mam chyba strasznie nudne życie, bo jakoś się to wszystko udaje. Ale nie podchodzę do tego jak się nie uda w kategoriach porażki, ale raczej pozytyw, że mnie to dużo nauczyło i zamieniam to na to dobre. (Przybiega Tymek i przytula się do Taty)

I zajebiście jak przybiega rano takie małe coś i mówi „Tato, ogigo”.

Łukasza Chrzuszcza będziecie państwo mogli zobaczyć w maju w Teatrze Polskim w spektaklu „Obywatel Piszczyk”. Niesamowita charyzma, optymizm, witalność przemawia przez Łukasza. Osobiście trzymam za niego kciuki zwłaszcza za projekt, którego szczegółów zdradzić nie mogę, bardzo kibicuje! Samych dobrych ról, wyrozumiałych dyrektorów, reżyserów, współpracowników no i studentów!

 FiT-steria wspiera stowarzyszenie The Art, którego Łukasz jest prezesem oraz Studio STA! Żeby takich aktorów z pasją i pomysłami na to miasto było jak najwięcej! Życzę tego sobie i Wam drodzy czytelnicy!

 

Stowarzyszenie inteligencji w pudełku po zapałkach

01 kwi

 

Julia Rybicka

Wielokrotnie podczas pisania wspominam publiczność. To są dopiero aktorzy! To jest dopiero spektakl! Chyba nie było takiego wyjścia do teatru, żeby mnie zawiedli. Są absolutnie częścią sztuki, na którą przychodzę.

Z jeden strony wśród publiczności pojawiają się szkoły. To jest zjawisko, które mnie najbardziej chyba przeraża. Podczas, gdy widzę kolejkę młodych ludzi do szatni czuje, że będzie się działo. Czasami jednak potrafili mnie zaskoczyć. Najbardziej nie mogę zapomnieć poznańskiej publiczności z „Hamleta” w Teatrze Polskim. Przyszła wtedy chyba cała klasa. Za karę jak przypuszczam. Dziewczęta ubrane w dosyć skąpe fatałaszki. Pamiętam jak ja dziesięć lat temu szłam do teatru, ubrana w białą koszulę podpiętą pod samą szyję i czarną spódnicę. Koniecznie zasłaniając kolana. No, ale czasy się zmieniły. Jest zima, a zimą musi być zimno i te młode panienki wyskakują w przerwie z dziurami na plecach, na wysokiej szpilce, zara se giry połamią, ale twardo „palą peta tej”. Świat zwariował, przysięgam. No to „zagajam rozmowę”. Dziewczęta macie może ognia? I chyba wolałabym tego nie słyszeć, ale niestety stało się: Mamy, w sobie ( a towarzyszy im Dodowy śmiech). Panie nauczycielki są zajęte komentowaniem urody młodych aktorów i kompletnie ignorują młodociane wybryki, a mnie aż mdli. Kiedyś to ‘pety’ się nad Wartą paliło, ale pod teatrem?
Ta sama młodzież, podana jako przykład w mojej recenzji „Hamleta” opowiadała mi, że przyszła na spektakl, argumentując: lepiej przeżyć trzy godziny oglądania, niż trzy tygodnie czytania. Czy to ja się postarzałam, czy być albo nie być?

W sumie, szkoły w teatrach to zawsze jest śmiech, albo wielkie rozczarowanie. Innym razem w Teatrze Nowym przy okazji „Dwunastu Gniewnych” , przerażona widokiem kolejkowego sznurka – pomyślałam: o nie, znowu jakaś klasa coś nabroiła. Tymczasem młodzież kulturalnie czekała na trzeci dzwonek, zasiadła wygodnie w fotelach i siedzieli cicho, jak myszki pod miotłą. To moja, obok siedząca, dwunastoletnia siostra więcej dźwięków z siebie wydała, chociażby oddychając, niż oni. I tutaj pojawia się pytanie. Byli tacy spokojni (w co trudno mi uwierzyć), przeżywali tak sztukę? (no chyba bym zwariowała) Może jednak nic nie zrozumieli… albo zwyczajnie zasnęli? Czy zastraszani przez nauczycielkę polskiego pałą z przedmiotu dnia następnego? Dziwne to było, ale nie powiem – dość miłe.
Ale w widzach-szkołach najlepsze są przecież te panie polonistki, co to wszystko przeczytały, zjadły wszystkie rozumy, a do teatru przychodzą, bo dyrektor płaci im przecież za godziny. Po wspomnianym „Hamlecie” usłyszałam jak jedna do drugiej mówi: Wiesz Kryśka, Jarek z 2 c zagrałby to lepiej. Także szkoły w teatrze to zawsze są emocje.

Wzruszają mnie natomiast staruszkowie. Najczęściej ich widać w Teatrze Polskim. Ja nie rozumiem – przez Zapolską? Wygląda to czasem przezabawnie kiedy rozejrzę się wokół i z trudem dostrzegam jakąś młodą twarz. Mam wrażenie, że jestem na podwieczorku w domu spokojnej starości, z czego nie szydzę teraz, bo naprawdę, niezwykle mnie to wzrusza. Chociaż trochę też i niepokoi. Bo co to oznacza, że młodzi ludzie mają teatr w dupie? A starsi mają przecież plenty of time to i teatr sobie obskoczą? Chyba nie chcę się nad tym zastanawiać…

Jednak staruszkowie mają niezwykle dużo ciepła i tej radości życia w sobie, której brakuje dziś wielu młodym ludziom. I jeśli nie są to narzekania na „kibel w teatrze” czy rozmowy w stylu „pacz Stasiu, krzesła wymienili” to z czystym sumieniem zasiadam obok takiej widowni. Wyjścia zasadniczo nie mam. No nie –mam. Mogę wyjść. Ale z teatru? Wstyd! Są i oczywiście tacy zakochani staruszkowie. To dopiero heca! Oni komentują cały spektakl, trzymają się za rączki, uśmiechają, czule dają sobie mini całusy. Rozkoszne. Co to są mini całusy? To takie muśnięcia, że ledwo co widać… Takich lubię. Jasne, są też przekupy z rynku, które dosłownie drą się na pół teatru. Mało, że często zmieniają odzież w szatni, zwłaszcza buty z tych „na dwór” na te „na salony” to jeszcze najczęściej psikną mi się tą naftaliną prosto przed twarzą. Później to i ja psikam pół spektaklu. Jak już się zaczną wołać, szukając odpowiednich miejsc, to przypomina to zakupy na rynku wielkopolskim w godzinach szczytu. Masakra babcią mechaniczną część setna. Stowarzyszenie kółek wiejskich zaprasza.

Wojsko. Zakłady karne. Ci to są po prostu nieocenieni. Od razu przypomina mi się odcinek „40latka” Gruzy, jak Stefan Karwowski zabrał swoją kompanię na „Zemstę Nietoperza” „A tancerki będą?” I tutaj podobnie. Słyszę w szatni rozmowy, czy będą gołe dupy i cycki, bo jak nie to nuda. „Jak porucznik nie będzie widział to se trzea chlapnąć i komara walnąć”. Przypomina mi się, jak niedawno, przy okazji spektaklu „Chłopiec malowany” w Teatrze Polskim uczestniczyłam w spektaklu z zakładem karnym. Trudno ich nie poznać. Wytatuowani prawie na powiekach, łysi, wielcy panowie bez dwóch zębów na przedzie uśmiechają się na gołe plecy maturzystki, która ich mija. A w celach na pewno Goethego w oryginale czytają. Kiedy Michał Kaleta krzyczy co drugie słowo kurwa, suka, kurwa na przemian – mam wrażenie, że zaraz znajdę się pod sufitem Malarni, w której rzecz się dzieje. Rechot więźniów powoduje, że krzesła się podnoszą.

Randki. Nie ma to jak zaimponować dziewczynie, zabrać ją najlepiej na coś alternatywnego, tak żeby później Boże broń nie chciała z nim o tym rozmawiać. Tych to po prostu kocham. Ona ucharakteryzowana lepiej niż aktorki na scenie, w kostiumie przypominającym tancerkę go-go, na oczach ma Rajbany, udając inteligentną. On – gang, który ostatni raz miał na komunii… brata, kiepski antyperspirant, co niestety, dość szybko staje się widoczne. I te delikatne spojrzenia w jej dekolt, udając, że śledzi poruszającą się po scenie postać. Bezcenne. Tutaj słuszna uwaga mojej koleżanki. Czy oni później np. po takich „Zażynkach” (których tematyka jest daleko od romantyzmu) idą do łóżka? A może kochają się wtedy z autorem? Nie wiem sama… strach pytać, strach myśleć.

Publiczność w teatrach jest naprawdę spektaklem, za który nie płacę dodatkowo, a w cenie biletu obserwuję dwie równoległe sztuki. Dlatego jak nie na sztuki teatralne, to na te spektakle publiczności zachęcam chodzić do teatru. Czasami naprawdę warto!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Felietony