RSS
 

Archiwum - Marzec, 2013

BOSKI Dąbrowski

29 mar

 

 

Julia Rybicka

Piotr Bartłomiej Dąbrowski – mój pierwszy gość, albo pierwsza ofiara cyklu „Jest wiele zawodów na A” tj. wywiadów o poznańskich aktorach.

Spotykamy się w zaprzyjaźnionej restauracji Piano Bar w Starym Browarze, gdzie po zjedzeniu pysznego obiadu i wymienieniu kilku prywatnych opowieści zaczynamy spowiedź aktora niepokornego.

Nie lubi, gdy mówi się do niego Piotruś. Niestety. A mnie się często zdarza, bo imię to zawsze kojarzyć mi się będzie z Piotrusiem Panem, którego fanką jestem. No i oczywiście z moim rodzicielem. Dlatego muszę się często pilnować, żeby nie nadużywać Piotrusiowania. Najczęściej mówią do niego Piotrek, albo Dąbrowski. Ja dodaje do nazwiska jeszcze przydomek Boski. Poznaliśmy się stosunkowo niedawno, ale od razu poczuliśmy się nawzajem. Czasem trzeba zjeść z kimś beczkę soli, a czasem wystarczy chwila. Ja średnio pamiętałam pierwsze spotkanie z Boskim, za to on doskonale. Połączyła nas miłość do sztuki. Banalne, ale prawdziwe. Cenię u Piotra zaangażowanie, wrodzoną skromność i niezwykły talent, a przede wszystkim fakt, że nie jest pospolity. Mimo kompleksów, które towarzyszą każdemu, Piotr potrafi stawić czoła niejednemu zadaniu i walczy ze swoimi słabościami. Jest inteligentnym, wrażliwym i przystojnym młodym facetem. Chociaż twierdzi, że czuje że się starzeje. Dowcipny, inteligentny,  elokwentny przeklnie kiedy czuje taką potrzebę.

Zwyczajny niezwykły : kolega-przyjaciel, aktor, dla wielu autorytet, a dla mnie jest jak starszy brat, którego nigdy nie miałam. Dlatego dziękuję, że jako pierwszy odważył się zmierzyć z moim pomysłem i udzielił mi wywiadu.

Aktor Teatru Polskiego w Poznaniu. Znany między innymi z ról w spektaklach:

„Mistrz i Małgorzata”, „Ich czworo”, „Chłopiec malowany”,” Śmierć pracownika”, „Wieczny Kwiecień”, „Samobójca”.

FiT-steria:

Dlaczego aktorstwo?

Piotr B. Dąbrowski:

Z przekory. Pamiętam takie sytuacje w moim domu, które mnie chyba naprowadziły na ten kierunek. Byłem przez rodziców i rodzinę nastawiony na to, że zostanę księdzem.  A dlaczego? Bo jak miałem dwa lata i rodzice wprowadzali się do nowego mieszkania, gdzie były na początku białe ściany… Ja wszedłem do swojego późniejszego pokoju, ukląkłem i zacząłem się modlić.

Z trudem powstrzymuję śmiech, którym rozpraszam Dąbrowskiego.

P.B.D:

Mi się wydawało, że jestem w kościele. No i rodzice „Ach Boże, Boże będzie księdzem. Powołany, powołany. Przez lata się tak ciągnęło. Cały czas mi wypominali: do seminarium i do seminarium. A ja, że żadnego seminarium nie pójdę. Tupnąłem nogą i jak zapytali co chcesz robić powiedziałem, ja zostanę aktorem. Szczena opadła i tyle.

To chyba dzięki Bogu Piotr nie został księdzem.

Generalnie moi rodzice nie wierzyli, że ja pójdę w tym kierunku, byli przeciwni nawet, a potem sami mnie na to namawiali. Była też taka historia, że jak chodziłem do liceum to uczęszczałem do kółka teatralnego, nie myśląc o tym, żeby przygotowywać się do szkół teatralnych na egzaminy. Po prostu to lubiłem.

Spotkania towarzyskie, działania artystyczne. W końcu ten instruktor – Jurek Siek – zaczął mnie namawiać usilnie, żeby zdawać do szkoły teatralnej, że się do tego nadaję. Zaczął mnie przygotowywać, ale później stwierdził, że on już nie jest pewny, czy ja powinienem… żebym się sam zastanowił. Wtedy powiedziałem sobie: pokażę wam,  że jestem w stanie to zrobić. Ja się wychowywałem na spektaklach Białostockiego Teatru Lalek. To była dla mnie totalna odskocznia i chyba wtedy rodził się pomysł, że lalki… że teatr lalkowy. O dramacie nie myślałem w ogóle.

Piotr B. Dąbrowski ukończył oddział Warszawskiej Szkoły Teatralnej w Białymstoku wydział lalkarki. Dostał się za pierwszym razem. Egzaminu dokładnie nie pamięta. Wie jak wyglądał, z ilu etapów. Kiedy zapytałam o etiudę, którą musiał wykonać, powiedział, że coś ze stołem i krzesłem. Na teorii rozmawiał o reklamie, bo się tym interesował.

FiT:

Dostałeś się i co? Co rodzice? Ucieszyli się? Przecież zawsze możesz zagrać księdza…?

P.B.D:

(śmiech) Tak, to jest też argument. Natomiast wszystko było pięknie na początku. Po trzech miesiącach, kiedy oni zauważyli, że mnie praktycznie nie ma w domu, mama zaczęła sugerować, że ja się nie dostałem na żadne studia i ich oszukałem, bo co to za studia, że siedzi się dniami i wieczorami.

Nie zdawał do innych szkół i na żadne inne uczelnie.

P.B.D.:

Dopiero po trzech miesiącach, jak przyszli na mój pierwszy egzamin, jak zobaczyli dlaczego nie ma mnie tak naprawdę po nocach, widząc efekt tego co robię pomyśleli : aha już wiemy. A jak już przyszli do teatru profesjonalnego, zobaczyli mój debiut na 3 roku to już wtedy był love. Wiedzieli, że trzeba dać spokój, że trzeba dać mi się realizować, a oni nie mogą kreślić mi życiorysu. I pamiętam jak mi powiedzieli, że są strasznie dumni z tego co robię, co wybrałem i jak to robię.

Nadal są. Niestety tata Piotra zmarł półtora roku temu, mama ma dużo obowiązków w rodzinnym mieście. Piotra marzeniem jest, żeby mama zobaczyła efekty jego pracy w Teatrze Polskim, bo póki co nie miała okazji. Od trzech lat Piotr gra w naszym teatrze, a wcześniej 5 i pół roku w Toruniu w Baju.

FiT:

Dlaczego Toruń?

P.B.D.:

Po szkole ciężko jest dostać się do teatru. Ja wiedziałem od początku, że ja muszę pracować w teatrze instytucjonalnym. Rozsyłałem jakieś zaproszenia dyrektorom na swoje dyplomy. Oczywiście jak to zwykle bywa ¾ nie przyjeżdża. Obserwowałem, co się dzieje w Toruniu, bo tam nastąpiła zmiana dyrektora i czułem, że tam mogą się dziać bardzo fajne rzeczy. Oczywiście zaprosiłem tamtego dyrektora na dyplom, nie przyjechał, dzwoniłem próbowałem umówić się na spotkanie. Powiedział, że nie ma takiej możliwości, że on teraz zwalnia ludzi. Ale zdarzyła się taka sytuacja, że na dyplom przyjechał dyrektor z Teatru Dramatycznego w Gorzowie Wielkopolskim. I zaproponował mi tam pracę od września. Ja stwierdziłem, że hmm mieć, a nie mieć, pójdę tam, muszę się gdzieś zahaczyć. Miałem już podpisaną umowę tam, ale w między czasie mój kolega, reżyser, zaczął robić „Kandyda” w Toruniu i potrzebował kogoś do głównej roli. Dyrektor tamtego teatru się zgodził, zacząłem przyjeżdżać na próby i zaraz po premierze dyrekcja zaproponowała mi etat u siebie. No, ale ja już mam etat, Co robimy? Wybrałem Toruń, a z Gorzowem jeszcze miałem jakieś tam nieprzyjemności. No i tak zostałem na prawie 6 lat. W Toruniu zdałem sobie sprawę, że moje potrzeby są większe. Miałem wrażenie, że stanąłem w miejscu, że przestałem się rozwijać przez to, że tam ciągle się spotykałem z tymi samymi reżyserami. Przychodziłem na próby i wszystko już wiedziałem. To nie jest rozwojowe. Zacząłem rozglądać się za innymi miejscami. Miałem propozycję przejścia do Guliwera w Warszawie, miała być Lalka w Warszawie no i wyszedł Poznań. Widzę co się dzieje w tamtych teatrach, w którym miałem być i niekoniecznie jest to pozytywne. Jednak w Poznaniu (jest na co narzekać oczywiście), ale najbardziej sobie cenię, że ciągle poznaje nowych ludzi, że się rozwijam i nie stoję w miejscu, jest jakaś walka wewnętrzna. Często mnie pytają ludzie dlaczego zmieniłem lalki na dramat: jakby nie ma konkretnej odpowiedzi na to. Fajnie jest jak się coś dzieje spontanicznie. Nie mówię, że będę tu siedział do emerytury. Myślę sobie czasem o czymś takim, że ja już wiem jak to jest być na etacie w teatrze, ale korci mnie z jednej strony bycie wolnym strzelcem. Jestem ciekaw jak w takiej sytuacji bym się odnalazł. To wymaga więcej wysiłku. Raz, żeby wyszukiwać sobie wyzwań, utrzymać się, szukać sobie wciąż nowej roboty itd, ale myślę że to jest bardziej mobilizujące.

FiT:

A nie myślałeś o Warszawie?

P.B.D.:

Myślałem, ale wiem jaka jest sytuacja w Warszawie. Mówiłem Ci, że mogłem być w Guliwerze, ale co z tego, że byłbym w Warszawie? Ja nie wiem czy ja pasuję do Warszawy. W sensie mentalnym. Nie wiem, czy ja jestem się w stanie rozpychać łokciami bardzo często.

FiT:

No, ale Warszawa daje większe możliwości ponoć…

P.B.D.:

Ponoć tak… ale widzisz mi wpadają czasem dodatkowe rzeczy z Warszawy. Czasami jest trudno, muszę odwoływać różne rzeczy. Tutaj mam jednak próby, spektakle… Ciężko logistycznie to jakoś rozwiązać, dlatego z wielu rzeczy muszę rezygnować.

FiT:

A nie myślisz, że tracisz coś w ten sposób?

P.B.D.:

Nie. Czasami jest coś takiego, takie pierwsze wrażenie. Jak muszę odmówić, a wiem, że to jest pewne, mam takie poczucie, że szybki, fajny zarobek. Ale mi to równie szybko mija, bo tutaj też się czasami dużo dzieje. Tutaj też zrobiłem dużo rzeczy dodatkowych. Ale rozmawiamy o innych pieniądzach. Tu są inne niż w Warszawie. Nie mam ciśnienia, absolutnie, na Warszawę.

FiT:

Ale tylko myślisz o teatrze?

 P.B.D.:

Nie. Jestem otwarty na wszelkie propozycje. Miałem styczność z kamerą, ale nie tak dużą styczność jak bym chciał.

FiT:        

 W Białymstoku nie miałeś styczności z kamerą?

P.B.D.:

Nie.

FiT:

No to jakie masz doświadczenia z nią?

 P.B.D.:

No na żywca (śmiech)

FiT:

Nie chwyciłeś bakcyla? Czy nie masz propozycji?

P.B.D.:

Bardzo chwyciłem

FiT:

Ja rozumiem,  siedzisz w teatrze – masz próby, spektakle… jesteś zobowiązany przede wszystkim etatem tutaj i pogodzenie tego, jak sam mówisz w logistyczny sposób, żeby jeszcze występować w filmie jest trudne. Jeśli jednak przyszłaby taka propozycja, możliwość i dogadałbyś się ze swoim dyrektorem chwyciłbyś to?

P.B.D.:

Pewnie, że tak.

FiT:

A co myślisz o serialach? Chciałbyś być aktorem serialowym?

P.B.D.:

Chciałbym zagrać w dobrym serialu.

FiT:

Co to jest dobry serial?

P.B.D.:

Dobry serial z dobrym scenariuszem, nie z Karolakiem i z tymi wszystkimi aktorami, których widzimy wszędzie i mylą się już: kto i kim jest… i w jakim serialu. Coś mądrego. Na pewno nie taką życiówkę.

FiT:

I nie tasiemca?

P.B.D.:

I nie tasiemca! Myślę, że nie jestem zupełnie odosobniony w tym. Są aktorzy, którzy się zupełnie wypierają seriali nawet takich tasiemcowych. Dla mnie to trochę trąci hipokryzją, bo uważam że ok, gdybym ja dostawał propozycje od świetnych reżyserów polskich i miałbym film za filmem, czy produkcję za produkcją to bym nie potrzebował reklamy. Nie powiedziałbym na pewno, że się tego wypieram. Reklama jest po prostu szybkim i świetnym zarobkiem. Zrobiłem w swojej karierze kilka, kilkanaście reklam. Żadnej się nie wstydzę. Chociaż wiem, że niektóre były lepsze drugie gorsze. Traktowałem to tak, że to jest moja praca. Ktoś to musi robić, po to też jesteśmy na rynku. Ja się cieszę z takich doświadczeń. Nie mam filmowych wiele. Jakieś tam dwie, trzy produkcje, epizody. Z reklamami było tego więcej. Tutaj działam, pracuję z kamerą. Dzięki temu nauczyłem się co to znaczy. Zmienia się aktorstwo. Na scenie gra się to wszystko szerzej. Mimika jest większa itd. W kamerze to wszystko trzeba ściągać do minimum. Mnie zawsze interesowało to, na jakiej zasadzie aktor musi pracować, żeby w kamerze było widać, że to jest prawdziwe. Pamiętam taką sytuację kiedy po raz pierwszy stanąłem na planie filmowym i zobaczyłem, jak koledzy aktorzy sobie pracują przed kamerą. Pomyślałem, że to jest płytkie, coś tam sobie bełkoczą pod nosem, że to wszystko jest tak minimalistyczne. Miałem wrażenie, że to się nie przenosi na ekran. Okazuje się, że właśnie tak! Kamera nie lubi tych szerokich gestów, emocji wybuchowych itd. Nie wzbraniam się ani przed serialem, ani przed reklamą. Uważam, że każdy aktor powinien doświadczyć czegoś takiego. To jest zupełnie inna robota.

Fajnie by było, jakbym miał możliwość popracowania z dobrym materiałem serialowym, dobrą ekipą i trochę dłużej. Nigdy nie doświadczyłem czegoś takiego, że zdjęcia np. trwają longiem 2 tygodnie, miesiąc. To mnie strasznie ciekawi. Wtedy się inaczej postać buduje. Inaczej docierasz do takiej postaci. Tak mi się wydaje. Zaczynasz nią tak naprawdę żyć. Wracasz z planu do hotelu, następnego dnia masz plan i cały czas masz to w głowie. W teatrze jak pracujemy nad rolą, wracamy do domu mamy gdzieś z tyłu głowy postać, ale jednak dla zdrowotności pewne rzeczy oddzielamy, trzymamy dystans. Nie wiem, ale kamera to jest jedno. Ale jest jeszcze jedna rzecz, która mnie ostatnio na nowo zaczęła interesować. RADIO. Praca z mikrofonem. Miałem w szkole teatralnej zajęcia z radia. Bardzo po omacku przeszliśmy przez to. Polegało to na tym, że przygotowywaliśmy słuchowiska radiowe. Reżyserowane przez naszego profesora, który się na mnie uwziął za nazwisko. Bo nosił takie samo jak ja, więc chciał mnie temperować, przez to zniechęcił mnie do pracy w radiu. Powiedziałem sobie, że ja do radia nie wchodzę. Później w Toruniu jak pracowałem, zaproszono mnie do współpracy w takim studenckim radiu… i ci młodzi ludzie odczarowali mi to radio. Tak samo w Poznaniu. Często nagrywam jakieś takie rzeczy w Radiu Merkury. Mam wrażenie, że teraz tak naprawdę uczę się tego radia, że dzięki tym ofertom, które teraz dostaję nabieram doświadczenia.

 FiT:

A gdybyś dostał propozycję dubbingu?

 P.B.D.:

Uważam, że to jest bardzo fajne. Dubbing robi fajną rzecz, bo ja – jako aktor – sprawdzam możliwości swojego głosu. Na scenie wiem, kiedy powiedzieć głośniej, kiedy ciszej, ale nie możemy modulować głosem jak w studiu przy nagraniu, Tutaj jest dużo szersza paleta możliwości. Ja tak naprawdę nie znam możliwości swojego głosu, wiem tylko tyle, że jakieś tam możliwości są. Ale potrzebowałbym osoby, która poprowadziłaby mnie w jakimś kierunku. Fajnie jest się bawić głosem w ogóle. Tylko tak rzadko mamy możliwość. Ja przynajmniej mam rzadko. Chyba założę swoje studio. (śmiech)

FiT:

Jak już mówimy o głosie, to mi się od razu „Samobójca” przypomina. Jesteś jedyną osobą, która mówi tam „normalnie”!

 P.B.D.:

Bo ja tak sobie wymyśliłem

FiT:

Ty to sobie wymyśliłeś? Oni wszyscy mówią inaczej. Ty jedyny nie.

 P.B.D.:

 Ja zaproponowałem to reżyserowi po przeczytaniu tekstu. Czułem, że takie grono postaci, które tam gra będzie szerokie. Gruba, gruba krecha. Czułem, że kolegów pociągnie w tę stronę, żeby przerysowywać, żeby głosem działać przesadnie. Stwierdziłem, że jako ta główna postać, nie mogę w to pójść . Byłoby mega karykaturalne. Nieprawdziwe. Taki normalny człowiek, zagubiony w świecie dziwnych marionet… form… Reżyser się zgodził. Byłoby za dużo, przegięte.

FiT:    

Poprowadziłbyś imprezę? Zostałbyś wodzirejem, czy to jest już na takiej granicy chałturzenia, że nie?

 P.B.D.:

No trochę tak. Ja się wzbraniam przed takimi rzeczami. Nie biorę się za  rzeczy, do których się nie nadaje. A wydaje mi się, że do prowadzenia imprez, wodzirejki…? To nie jest moja bajka. Co innego prowadzenie imprez na zasadzie zapowiadania, jako prezenter. Tylko żadnych wesel, imprez szeroko zakrojonych nie. Sam bym się źle czuł. Nie potrafiłbym się odnaleźć w tym. Chociaż niektórym zazdroszczę, kolegom którzy mają smykałkę do tego. To jest dodatkowa umiejętność. Nie ciągnie mnie do tego. Dostawałem propozycję i zawsze odmawiałem.

FiT:    

Aktorstwo traktujesz jako zawód czy też pasję. Są aktorzy, którzy nie czują pasji są – jak profesor Malajkat mówi – rzemieślnikami, odtwarzają coś.

P.B.D.:

Ja myślę, że gdyby to nie było moją pasją, to bym nie uprawiał tego zawodu. I jeśli kiedykolwiek poczuję, że gasnę, jestem w stanie, z dnia na dzień zostawić to i zająć się czymś innym. Nie potrafiłbym być rzemieślnikiem i przychodzić do teatru i podbijać kartę, czekać do godziny, kiedy kończy się próba.

FiT:

Masz jakiegoś mentora?

 P.B.D.:

Tak jak Ci mówiłem. Wychowałem się na białostockim teatrze lalek. Rzadko bywam, ale jeśli tylko mam okazję zawsze zaglądam tam do nich. Jestem ciekaw tego. Uczą cały czas, grają. Uczyli przecież mnie, ogromny pokład wrażliwości, wiedzy, pootwierani ludzie, z dużym, olbrzymim zmysłem pedagogicznym. Jeszcze była jedna osoba na studiach, absolutnie autorytet, to był profesor, który prowadził zajęcia z emisji głosu Cezary Szyfman, jest śpiewakiem operowym, wykładowcą w Białymstoku i prowadzi zajęcia w Akademii Muzycznej. Przychodziłem do niego na zajęcia z olbrzymią tęsknotą. Jak widziałem, że kończy zajęcia i następne mamy za tydzień dostawałem… nie chcę powiedzieć, że histerii, ale strasznie czekałem na te zajęcia. Miał olbrzymią wiedzę. Był nie dość, że świetnym pedagogiem, to psychologiem. Wyczuwał nas od razu. Zajęcia  z emisji nie wyglądały tak, że uczymy się tylko używać głosu itd. To były i zadania aktorskie i pewna terapia. Jak zdawałem do szkoły nie mówiłem tak jak teraz. Dużo cieńszym głosem, wyższym. To jego zasługa. On mnie nauczył używania swojego głosu, myśleć o swoim głosie. Uświadomił mi to, na czym w ogóle to polega – używanie swojego głosu. Przez 4 lata mnie cisnął „Piotr obniżaj głos, obniżaj głos”. Efekty przyniosło.

Bo trzeba oddać, że Piotrek ma niesamowitą barwę. Chętnie go zawsze słucham, czasem powoduje, że zasypiam (nie z nudów, a przez te magiczną barwę). Poza tym kobiety uważają, że jest to bardzo sexy głos. Hmm. Chyba mają rację…

FiT:

Śpiewasz? Lubisz śpiewać? Ale nie pod prysznicem?

 P.B.D.:

Tak lubię, ale właśnie pod prysznicem mnie nie ciągnie do śpiewania. Lubię i odkąd jestem w Poznaniu odłożyłem to na półkę.  Swego czasu robiłem recitale w Toruniu, gościnnie zagrałem w teatrze Rampa w spektaklu muzycznym. Nie jestem wybitnym wokalistą. Wiem, że słyszę i potrafię. Gdybym wybrał drogę wokalną, to nie potrafiłbym być solistą. Mój głos pasuje bardziej wiesz… z innymi głosami. Czuję się, jak śpiewam sam – taki ogołocony. Śpiewanie to mega intymna sprawa. Jak śpiewam w duecie, słysząc swój głos, to mi się podoba. W harmonii.

FiT:

Masz marzenia związane z teatrem? Czy chciałbyś coś konkretnego zagrać? Czy uważasz, że jesteś tak spełniony, że nie masz już co grać?

 P.B.D.:

Jak poczuję, że jestem spełniony to przestanę grać. Na pewno nie mam marzeń dotyczących ról jakiś konkretnych. Uważam, że każde zadanie, które dostaję daje mi satysfakcję. Czy mniejszą czy większą. Natomiast moim marzeniem jest to, żeby się ciągle rozwijać. Dotykać takich sfer, których jeszcze nie dotykałem. Przemieszczać się tam, gdzie jeszcze mnie nie było. Aby się nie znudziło.

FiT:

Przywary. Jakie wady ma zawód aktora?

 P.B.D.:

Mało płatny (śmiech). To akurat poważnie i niepoważnie. Coś w tym jest. Przez wiele osób ten zawód traktowany jest po macoszemu. Jak kończyłem studia i mówiłem w jakim teatrze pracuję to spotykałem się z takimi uwagami, „boże laleczkami się bawisz?”. Ludzie często nie traktują nas poważnie. Nie wiedzą na czym tak naprawdę ta praca polega. Im się wydaje, że my odpoczywamy, że jesteśmy wiecznie zrelaksowani i bierzemy kaskę za zagrane spektakle.

FiT:

Jesteś rozpoznawalnym aktorem w Poznaniu? Odczuwasz to? Pamiętam jak opowiadałeś jak jedna dziewczyna, kelnerka najpierw się tobie dziwnie przyglądała, po czym podziękowała Ci za jakąś rolę, przypomnij za co … ?

 P.B.D.:

Za Wolanda z „Mistrza i Małgorzaty”. Tak ta postać jest tak zakorzeniona w poznańskiej publiczności. Gramy to od 3 lat ciągle z wielkim powodzeniem. Co mnie oczywiście bardzo cieszy. Miałem wrażenie, że to tym Wolandem zapadam w pamięć.

FiT:    

Nie, że nie lubisz komplementów, ale nie umiesz się w takiej sytuacji odnaleźć?

 P.B.D.:

No, tak. To jest dla mnie cały czas nowe. Pracowałem prawie 6 lat w lalkach. Do nas przychodziła publiczność dziecięca. Kto z nas miałby być rozpoznawalny?

Inaczej jak widz dorosły przychodzi. Dziecko zapamiętuje bardziej postać niż aktora. Po charakteryzacji nie zawsze nas można było rozpoznać.

FiT:

Pytam teraz kiedy jesteś aktorem dramatycznym Teatru Polskiego

P.B.D.:

To jest nowa sytuacja dla mnie. Uczę się dopiero. Niewątpliwie czuję się skrępowany taką sytuacją, bo jakby… ja aż tak nie wierzę… nie wiem co ludzie myślą patrząc na mnie. Może przez swoją skromność. Nie wiem jak rozmawiać w takiej sytuacji z daną osobą. Zastanawiam się czy powinienem zaprosić tę osobę, porozmawiać. Taką czuję ochotę, nie jestem niedostępny. Jestem normlanym człowiekiem. Usiądź ze mną, porozmawiaj. Boję się proponować taką rzecz takiej dziewczynie z pociągu, bo pomyśli, że mam dziwne zamiary wobec niej.

FiT:

A w drugą stronę na słowa krytyki jak reagujesz?

 P.B.D.:

  Na pewno się nie zamykam. Nie blokuję. Zawsze się zastanawiam, czy faktycznie jest tak, jak pisze dany autor recenzji. Często nawet się zgadzam z takimi opiniami. Że Dąbrowski źle zagrał, ale nie boli mnie to… Daje napęd. Tu dałem ciała, to następnym razem inaczej.

FiT:

Czyli masz dystans do krytyki?

 P.B.D.:

Tak tak.

FiT:

Potrafisz zgodzić się z krytykiem i przyznać do błędu?

 P.B.D.:

Mogę, jestem w stanie.

FiT:

Czyli nie obraziłeś się kiedy napisałam, że w „Samobójcy” nie jesteś najlepszy. Bo Piotrek, nie jesteś.

 P.B.D.:

Wiesz, trochę terapeuta mnie kosztował. W tym wypadku (śmiech). Nie no coś Ty. My jesteśmy skazani na to.

FiT:

Ale wielu aktorów jednak nie potrafi przejść obojętnie …

 P.B.D.:

To już jest ich problem. Ja wiedziałem idąc do szkoły, że będę musiał uodpornić się na wiele rzeczy. Na krytykę, ocenę, złe emocje, na pracę w trudnych warunkach, dziwnej atmosferze. Nawiązuję do twojego pytania à propos przywar w tym zawodzie. My – jako aktorzy – bardzo często kiedy jesteśmy w ciągłych próbach bywamy wciąż ze sobą. 24 na dobę. Cały czas się widzimy, rozmawiamy. Trudne do przejścia, bardzo męczące. Nie rozmawiamy o czymś innym, bo cały czas jest ten sam temat. Często dochodzi do spięć między nami. Należy radzić sobie w takich sytuacjach. Jedni lepiej, drudzy gorzej, inni w ogóle sobie nie radzą. Sztuką jest to tak powiązać, żeby mimo trudnej atmosfery pracy stworzyć coś fajnego na scenie.

FiT:

Jak to jest między wami aktorami? Kumpelstwo, praca, czy rywalizacja? Pracujesz przecież z najczęściej wspominanym wśród poznańskiej publiczności (i wśród recenzentów…) Michałem Kaletą, który umówmy się gra najwięcej w Teatrze Polskim.

 P.B.D.:

I bardzo dobrze. W sumie zasłużenie. Bardzo sobie cenie Michała. Uwielbiam z nim pracować. Bardzo dużo się od niego uczę. Natomiast ja akurat nie czuję presji, że rywalizacja, konkurencja. Nie mam powodu, żeby narzekać. Sam dużo gram, próbuję. Będąc tutaj trzy lata premier się nazbierało trochę. Wiesz, jak podchodzę do tej sprawy, że my jako zespół tworzymy jakąś tam grupę ludzi, którzy ze sobą pracują. Nie musimy się kochać, nawet lubić. Bylebyśmy się szanowali i szanowali własną pracę. Nie poczułem ani razu, żeby ktoś z zespołu tutaj próbował konkurować ze mną, czy żeby był zazdrosny. W tym zespole podoba mi się to, że każdy z nas jest zupełnie inny i ma inną wrażliwość. I może nie tworzymy takiej paczki, która po każdej próbie siada pije wódkę razem.  Może nie ma takiej potrzeby. Chociaż ja trochę żałuję, bo w ten sposób może bardziej byśmy się poznali. Jest jak jest, ale mimo to, jeśli mamy coś zrobić to robimy. W tym jest dla mnie zespołowość tej grupy. Nie rozmieniamy się na drobne.

FiT:

A uważasz, że szkoły teatralne są potrzebne?

 P.B.D.:

Są różne zdania. Ja uważam, że szkoła coś daje. Uczy techniki. Dla mnie szkoła tworzy szkielet. Z tym szkieletem aktor wychodząc ze szkoły, idąc do teatru sobie ten szkielet dobudowuje. Oczywiście można próbować swoich sił w aktorstwie bez tego bagażu. Tylko to już jest wysiłek dwu, trzy albo nawet czterokrotny niż będąc po szkole.

FiT:

A studio aktorskie? Przygotowujące do egzaminów?

P.B.D.:

Myślę, że to jest bardzo potrzebne. To kształtuje młodego człowieka

FiT:

Sam prowadzisz warsztaty. Powiedziałeś kiedyś prywatnie, że chyba nie potrafisz uczyć.

P.B.D.:

Prowadziłem raz. I tak, tak powiedziałem. Ale to była dla mnie próba sprawdzenia się. Dwie rzeczy. Powrót do źródeł. Przypomnienie sobie skąd ja się wywodzę i co robiłem jeszcze do niedawna. Również próba przekazania tego tym ludziom, którzy uczestniczą w warsztatach. Ja czuję, że nie mam smykałki do tego. Może gdybym miał cykl takich warsztatów, wszedłbym w to. Nie wiem czy mnie ciągnie do tego. Inaczej mi się pracuje indywidulanie. Tak wolę. Przygotowywałem ludzi do egzaminów do szkoły. Jak mam jedną osobę, jest mi łatwiej ją odczytać, żeby ją odpowiednio ją ulepić. Z grupą jest o tyle trudniej, że energia musi się rozkładać szerzej. Tego jeszcze nie ogarniam, ale wszystko przede mną. Lubię pracę z młodymi ludźmi.

Próbuję sprowokować Piotra, do tego czego nie lubi za bardzo – czyli rozmowa o jego wyglądzie. Kiedyś prywatnie powiedział mi, że nie kuma dlaczego nazywam go Boskim. Przecież on jest normalny. Wszyscy rozpisują się nad jego „rzeźbą”, doskonałym ciałem, piękną buźką i oczami amanta. Tymczasem on nie rozumie skąd to się wzięło. Myślałam, że to kokieteria. Ale wiecie drodzy czytelnicy co? Wierze mu. Czerwieni się i jest mu niezwykle głupio, kiedy go chwalę i mówię co mówią o nim kobiety. Patrzy zawsze z wielkim zdziwieniem i niedowierzaniem.

FiT:

Ale wiesz, ze jesteś autorytetem dla niektórych? Że masz swoje fanki? Fanów?

 P.B.D.:

Nie, nie i nie. Docierają do mnie takie informacje. Dostaje listy, maile. Ale mam dystans do tego. Nie kolekcjonuje tego, ilu napisało.

FiT:

Dobra dobra Piotrek. To jest miłe i łechta ego, nie?

 P.B.D.:

No oczywiście, my jako aktorzy lubimy być chwaleni. To jest wpisane w nasz zawód, ale w ramach jakiejś takiej granicy. Nie potrafiłbym żyć tym. Nie rozpamiętuję tego. Dostaję listy, słyszę coś o sobie, pod teatrem rozdaję autografy. To jest miłe, ale tego nie rozpamiętuję. Nie oczekuję pochwał. Fakt – z czymś takim się spotkałem, że są aktorzy którzy chcąc się przypodobać fanom tak konstruują postać.

FiT:

Pod publikę?

 P.B.D.:

Pod publikę. Dla mnie to jest… nie… nie jestem z tych.

FiT:

No, ale dostałeś ksywkę boski Dąbrowski

Piotr oczywiście jak zawsze nie komentuje tego, tylko się uśmiecha. Mówię mu, że wielokrotnie słuchałam i nadal wysłuchuję samych pochlebnych zdań o nim, zwłaszcza od kobiet. Sama często go chwalę. Co przysparza mu dodatkowe zakłopotanie. Boski jednak twierdzi, że on tego nie widzi, ale jest to na pewno miłe. No to zamyka mi usta, co zrobić. Muszę mu uwierzyć, bo to nie pierwsza taka rozmowa. Odpowiedź jest zawsze jasna i klarowna. >>Nie Julia, ja tego nie czuję.<< Mówi, że widzi, ale nie na tyle, żeby czuć się jak „celebryta”. Nie potrzebuje tego. Nie spodziewa się nigdy po spektaklach kwiatów, ani rzeszy fanek pod teatrem. >>Bardziej doceniam takie sytuacje, że młodzież która mnie bardzo ceni, przychodzi na spektakle zaprasza mnie do siebie do szkoły na spotkanie. Bo chce się o mnie więcej dowiedzieć. To doceniam bardziej niż kogoś, kto w przelocie prosi o autograf. Żałuje, że nie ma już czasów kiedy w bufetach aktorzy i widzowie wspólnie dyskutowali o sztuce.<<

FiT:

Jaka część pracy aktora daje ci najwięcej satysfakcji?

P.B.D.: 

Fajne pytanie. Wydaje mi się, że takie momenty, kiedy czuję, że coś nie wyjdzie, coś mnie przerasta, wgryzam się, wgryzam. A potem okazuje się, że daję radę. Wiesz o co chodzi, że niemożliwe staje się możliwym.  A drugą rzeczą jest (powiem górnolotnie) to co ja chce pokazać przez postać przechodzi na drugą stronę. Jest rozczytywanie. Rozmawiam z widzem i mam satysfakcje, że to co chciałem przemycić – przechodzi. Nie jestem tak głupi jednak (nie no oczywiście żartuję), ale chyba mierzenie się z trudnościami. To daje satysfakcję. Ja np. nigdy kompletnie pamiętam spektakli premierowych. Dopiero później to ze mnie spływa. Momenty, kiedy ludzie dziękują za przeżycia to jest dla mnie…mega! W pracy w lalkach, jak widziałem jak się dzieciaki cieszyły, a one się CIESZĄ, jak rzucają się na aktorów. To można oddać wszystko za takie momenty.

FiT:

To teraz kończąc, coś o Poznaniu powiedz. Podoba Ci się w naszym mieście?

 P.B.D.:

(śmiech) Wciąż je poznaje. Z trudem mi to idzie. Jestem rozpieszczony przez Toruń. Przyzwyczaiłem się do klimatu bardziej intymnego. Poznań jest dużym miastem. Niby się sporo dzieje, ale czasami zerkam i myślę gdzie tu się skryć?

FiT:

   Masz bliższych znajomych w Poznaniu?

 P.B.D.:

Tak, ale nie tak bliskich jak w Toruniu. Rzadko się widujemy, ale mimo to jesteśmy siebie ciekawi. A tutaj nawet jeśli, że to nie jest Warszawa, jest też taki pęd… ale ludzie są bardziej towarzyscy. Co prawda – jak wypadasz z ruchu towarzyskiego to nikt nie zauważa i nie zabiega o ciebie. Trochę zimny ten Poznań. I nie otwiera się tak przede mną, mam wrażenie. Same początki moje w Poznaniu…nie mogłem się tutaj odnaleźć. Ale ja jestem typem indywidualisty. Jak wystrzelę imprezą… (śmiech)

 FiT:

To ja coś o tym wiem…

 P.B.D.:

Ale raczej taki domownik ze mnie…

FiT:

   34 lata tak?

 P.B.D.:

Jeszcze nie… ( z przekąsem)

FiT:

Już naprawdę na koniec. Rola w poznańskim teatrze, z której jesteś najbardziej dumny?

 P.B.D.:

Piętno największe zostawił na mnie Fedycki z „Ich czworo” mówię o samej pracy nad postacią. Była niesamowita.

FiT:

Moim zdaniem to jest tutaj Twoja najlepsza rola!

 P.B.D.:

To ciekawa historia powstawania postaci. Dużo dała mi Agnieszka Korytkowska (* reżyserka spektaklu). Bardzo ryzykownie podeszła tutaj do zadania, próbując nas otwierać. Myślę, że dało to efekt. Strasznie lubię tego buraka Fedyckiego. Mimo, że nie jest do mnie podobny.

FiT:

  Tym bardziej „szacun”, bo na tym ten zawód polega. Nie trzeba być mordercą, żeby go zagrać. A burakiem, z tego co wiem, nie jesteś.

 P.B.D.:

I to mnie strasznie cieszy… rajcuje. Jak mam takie zadanie: zagrać buraka. Można pójść schematami. Ale tutaj chodziło, żeby zagrać to głębiej. Miałem problem w scenie z Wdową – z Teresą Kwiatkowską, którą muszę dość brutalnie traktować. Nie przejdą mi takie słowa jako Piotr jej tego nie powiem. Musiałem przejść taki proces, żeby znaleźć buraka i to powiedzieć. Pamiętam kiedy pierwszy raz to zrobiłem, kiedy we mnie pękło. Ta satysfakcja, że nie tylko wyrzuciłem te słowa, a pogłębione to było czymś, o czym myślałem. Z tą rolą zostanę związany…

FiT:

Rozmawiamy przed premierą Otella, denerwujesz się?

P.B.D.:   

Nie. Praca z Pawłem (Szkotakiem) jest bezpieczna. Reżyser ma wszystko przemyślane. Fakt, że mam fajną postać mniej stresuję. Nie mam jeszcze snów przedpremierowych, ale lada moment pewnie się zaczną. Na razie jestem spokojny.

 

###

Rozmawialiśmy w Wielki Piątek, tuż po próbie do zbliżającej się premiery Otella w reżyserii Pawła Szkotaka. Fit-steria wybiera się i na pewno zda relację.

Zachęcam bardzo do oglądania spektakli z udziałem Piotra i jego kolegów i koleżanek. Teatr Polski stoi dla państwa otworem, więc pędźcie póki czas. Dąbrowski ma na koncie kilka produkcji filmowych, epizodycznych. Większość swojej kariery spędził w Toruniu, związany i zakochany w teatrze lalek osiadł na razie w naszym Poznaniu . Mam nadzieje, że zostanie w nim jak najdłużej. Piotrowi życzę wielkich premier, ról i spełnienia oraz żeby Poznań się dla niego trochę ocieplił.

Dodaje, że obiecałam mu, że napiszę o tym, że po spotkaniu z Boskim mam stygmaty na ręce od atramentu, bo tak działa właśnie na kobiety.

 

Sukcesów Piotrze!!!

Życzy FiT-steria

 

 

 

 

 

 

 

To, czego nie widać

27 mar

Julia Rybicka

Dlaczego nikt nie wymienia personelu teatralnego, którego nie widać?
Czy idąc na spektakl zastanawiasz się drogi widzu, że tam, za sceną działają też ludzie? Spektakl to nie tylko to co widzimy, ale też cała otoczka.

Żeby powstał spektakl musi być tekst, na którym bazuje reżyser z aktorami. Zatem ważny jest autor/scenariopisarz/dramaturg. Kolejny ktoś musi to wyreżyserować, oczywiście najbardziej widoczni są aktorzy. Jednak te trzy jednostki nadal nie tworzą całości, przynajmniej nie w teatrze instytucjonalnym. Scenograf odpowiedzialny jest za wymyślenie i stworzenie odpowiedniej scenografii. Kostiumolodzy pracują nad fatałaszkami dla aktorów. Panie charakteryzatorki, fryzjerki czuwają nad wizażem ekipy grającej. O tym wie nawet dziecko, a co dopiero przeciętny widz. Jest jednak szereg osób, o których się nie wspomina. Kierownik sceny, człowiek który ma na głowie dosłownie wszystko. Stanowisko dla osób odpowiedzialnych. Czuwa na próbach, podczas spektaklu, często mijam go biegnącego po korytarzu z punktu A do punktu B. W poznańskim Teatrze Wielkim np. kierownik sceny pracuje tu już pół wieku i jest kustoszem, który jak usłyszałam „odkurza eksponaty” (którymi są występujący tu artyści). Inspicjenci, czuwający nad aktorami i ekipą współtwórców spektakli, ażeby ci, w odpowiednim momencie wyszli na scenę, a nie przysypiali, tudzież zagadywali się w teatralnych bufetach z kolegami. Idąc dalej: ekipa techniczna, której jest zazwyczaj najwięcej. Od panów budujących scenę, montażystów dekoracji, oświetleniowców, po dźwiękowców, elektryków itd. Należy także pamiętać o obsłudze widowni, szatniarkach, bileterkach, paniach w kasach. Panie sprzątaczki, które dbają o czystość w całym teatrze. W teatrze pracują także kierowcy, bufetowe, portierzy etc. O nich wszystkich zapominamy, albo po prostu najzwyczajniej nie myślimy przychodząc na spektakl. Jednakże gdyby nie oni wszyscy, spektaklu by nie było.

Dochodzą kwestie administracji. Teatr to nie tylko artyści, nie można o tym zapominać. To także różnego rodzaju działy, które czuwają nad tym, żeby teatr miał rację bytu. Bo co z tego, że jest świetny zespół aktorski, muzyczny, reżyserski, kiedy nie jest to promowane? Od tego mn. są działy administracji: dział promocji, obsługi widzów, literacki, sekretariaty. Na czele wszystkiego oczywiście stoi dyrekcja. Najczęściej spotykamy podział na administrację i dział artystyczny. Różnie się składa – ale jeden z nich zawsze jest naczelnym. Przyglądając się dyrektorom z różnych teatrów można zauważyć, że często gęsto jest on także reżyserem – łączy więc dwie, a czasem i więcej funkcji.

Widownia – o tym napiszę kiedyś osobny tekst. To niesamowite zjawisko i osobny spektakl, który można oglądać w cenie jednego. Kobitki, które zmieniają obuwie z wygodnych na wyjściowe np. Albo zakochane pary, których nie interesuje co dzieje się na scenie, bo cały świat wokół nie istnieje. Staruszkowie, którzy trzymają się za ręce podczas całego spektaklu. Szkoły, które w większości przyszły za karę, albo po to, by zamiast czytać – obejrzeć jakąś „lekturę”. Kopalnia inspiracji i osobowości.

Każdy teatr rządzi się swoimi prawami, i w każdym wygląda to trochę inaczej. Próby zazwyczaj odbywają się dwa razy dziennie, w godzinach 10-14 oraz 18-22. Spektakle grane są wieczorami. Administracja działa jak typowe biura czyli od 8-16. Ekipa sprzątaczek i technicznych często zaczyna pracę już od bladego świtu. Podziwiam ich chyba najbardziej…

Teatr to nie tylko ludzie, ale także tajemnicze miejsca. Każdy teatr takowe ma, o których chyba nie powinnam pisać. Jedyne co mogę zdradzić, to tajemnicze korytarze (np. w Teatrze Wielkim) do kotłowni, miejsc gdzie pracują techniczni etc. Jak już tu jestem powiem państwu, że kiedy rozmawiałam z wiekowymi już wyjadaczami tego teatru usłyszałam kilka ciekawych historii. Na przykład gdzie przed wojną było wejście do teatru, lub o tym jak Niemcy organizowali sobie przejścia podziemne prowadzące do poznańskiego zamku czy na Cytadelę. Jeden z muzyków śmiał się, że jakby teraz przejść się tymi korytarzami można by się natknąć na niejeden szkielet. Myślę, że historycy powinni się temu bliżej przyjrzeć. Sama jestem ciekawa, co by znaleźli. Mnie jednak zaskoczył najbardziej korytarz, który prowadzi z Dużej Sceny Teatru Nowego do Sceny Nowej i Sceny Trzeciej. Na jego końcu znajduję się drzewo, przy którym aktorzy relaksują się podczas prób i spektaklu. Miejsce niezwykle magiczne. Zaś w Teatrze Polskim można z bufetu przedostać się na scenę Malarni. To niesamowite podziemia, które kryją w sobie tyle tajemnic, tworzą z Teatru miejsce nad wymiar wyjątkowe. W nich kryje się magiczny, artystyczny klimat.

To w murach zapisana jest cała historia teatrów poznańskich. Tutaj czuć ducha przeszłości. Niektórzy śmieją się, że zmarli aktorzy nawiedzają teatr dając wenę i siłę tym, którzy są w nim do teraz. Mnóstwo legend, historyjek, anegdot, które krążą po każdym z tych teatrów warta jest każdej mojej minuty czasu im poświęconego. Dlatego bardzo chętnie do nich wracam czekając na nowe opowieści i nowe doznania.

Pamiętajmy o tym, czego nie widać, bo przecież „najważniejsze jest niewidoczne dla oczu” („Mały Książę”)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Felietony

 

Aktor jest od grania, jak dupa jest od …

21 mar

 

Julia Rybicka

Tak się czasem zastanawiam: dlaczego aktorzy w tym kraju mają tak przekichane? Decydując się na ten zawód trzeba być trochę wariatem, a trochę jednak realistą. Przede wszystkim jednak, z czym szczerze się zgadzam, należy być pasjonatem. Bez tego to nie ma racji bytu.

Człowiek X, którym targają emocje (zakładam, że tak jest) i chęć zostania aktorem, udaje się na egzamin do wyższej  szkoły aktorskiej. W optymistycznej wersji dostaje się i podczas czterech lat szlifuje swój warsztat. Z sukcesem kończy. I co dalej? Zaczynają się schody… Pierwsza sprawa: etat w teatrze. Aktor X puka od drzwi, do drzwi. Jeździ po całej Polce, ażeby tylko go przyjęli. Na swojej mapce ma nawet plan B, z którego do ostatniej chwili nie chce korzystać, czyli małe teatrzyki, teatr unie, wręcz gdzieś w miasteczkach, których nazwy Wujek Google z trudem odnajduje. Niestety rzadko się zdarza, że aktor X od razu po szkole dostaje szansę od dyrektorów. Niemniej jednak – to jest Polska. Nie ma lekko. Nie chodzi nawet o zawód aktora, bowiem tak jest wszędzie. Absolwent-magister kończy studia i jest w ciemnej d…! Bo pracodawca chce z wyższym wykształceniem, znajomością pięciu języków i z doświadczeniem. Ja się pytam gdzie absolwent-magister ma znaleźć to doświadczenie jeśli od razu ma przyjść po studiach?! Absurd. I tak w każdej profesji.

Zdarza się jednak, że aktor X dostaje pracę w teatrze. I albo wrzucają go na głęboką wodę, albo gra drzewo, lub piątego halabardnika w trzecim rzędzie. To wersja zdecydowanie najgorsza, gdyż aktor X zastanawia się nad zmianą zawodu. Pojawiają się nękające go pytania; po co mi były te cztery lata studiów? Przecież ja chciałem być aktorem, chciałem zagrać Hamleta. A może to nie jest zawód dla mnie?

I ci mniej zdolni, mniej podatni na stres i presję rezygnują. Oj ilu ja takich znam. Inni się załamują, wpadają w depresję, a ci najbardziej szaleni po prostu przygryzają język i robią swoje. Jestem zdania, że drzewo też należy umieć zagrać. Aktor X najchętniej też od razu zrobiłby międzynarodową karierę filmową.  Dlatego biega po castingach do filmów klasy na początku A, później B i C. Kiedy nigdzie go nie chcą, wraca załamany do domu i czeka. Czeka na telefon…i czeka…czekając na Godota. On tak będzie czekał. Szczęście  w tym zawodzie jest niezwykle ważne, ale szczęściu należy dopomóc. Nie można siedzieć na przysłowiowej dupie i czekać aż Wajda, Zanussi czy Polański zadzwoni. Skąd oni mają wiedzieć, że aktor X w ogóle istnieje?

I tak wyglądają bezrobotni i bezsilni aktorzy. Jedni wiedzą, że należy ten etap przeczekać, drudzy szybko się poddają. Tych drugich mi nie szkoda, bo to znaczy że się do tego zawodu NIE-NA-DA-JĄ!

Kolejną sprawą są seriale. Dlaczego tak hejtujemy aktorów, którzy grają w serialach? Kilka lat temu powstała taka tendencja. Wysypały się różnorakie seriale we wszystkich możliwych stacjach telewizyjnych. „Klan”, „Złotopolscy” itd. Aktorzy teatralni, stara gwardia, teatralni i filmowi, ci, o których dawno zapomnieliśmy, ale także ci, którzy są i będę zawsze trendy. I wtedy było ok. Wtedy nikt nic nie mówił. Zasiadało się rodzinnie po południu w tygodniu przy stole i śledziło losy Lubiczów, a  w weekend Złotopolskich. To nawet scalało rodzinę. Była to jedyna chwila, kiedy wszyscy razem spotykali się przy jednym stole. W ciągu kilku lat seriale wyrosły jak grzyby po deszczu. Zaczęły się nawzajem (często nieumiejętnie) kopiować, parafrazować i stały się zwyczajnie nudne. Od czasu do czasu (moim zdaniem) pojawi się jakiś dobry serial. Jak: „Czas honoru”, „Ekipa” z tych bardziej komercyjnych „Przepis na życie” czy „Lekarze” (ostatnio bardzo modny).

Jednakże wciąż krytykujemy NIE kulejące telenowele, które czasem przyprawiają mnie o ból żołądka i głowy, ale aktorów, którzy tam grają. Kiedy pojawia się w serialu tak zwanej kategorii D- aktor, który zapadł nam w pamięci jako Andrzej Kmicic z Ziemi obiecanej w serialu „Na dobre i na złe” to przyznaję sama, nie wiadomo co myśleć. Długo byłam z tych, którzy tępili takich aktorów za brak klasy i totalne upodlenie. Z drugiej zaś strony, jak wybitny reżyser Kazimierz Dejmek ”Aktor jest od grania, jak dupa jest od srania”, to jest jego zawód. Skoro nie ma etatów (panowie dyrektorowie to do Was) w teatrze, nie ma dobrych scenarzystów, a polskie kino wypuszcza rocznie niewiele filmów, to co taki aktor ma robić? Może chałturzyć, grać w serialu, albo w reklamie. O i doszliśmy do kolejnej sprawy – reklama.

Gdzie jest napisane, że w reklamach powinni grać TYLKO amatorzy? To jest kolejna sprawa, do której musiałam dojrzeć. A pamiętajmy, że do wszystkiego w życiu należy dojrzeć (np. do jedzenia oliwek, słuchania Kabaretu Starszych Panów i miłości). Też byłam zwolennikiem nieoglądania na szklanych ekranach np. moich mentorów. Jednak kiedy zobaczyłam Gajosa, jak pięknie zagrał reklamę kawy z hasłem, które stało się szlagierem. Wtedy to uwierzyłam, że dobremu aktorowi nic nie zaszkodzi. Długo sami wielcy aktorzy mieli z tym problem potępiając swoich kolegów za udział w reklamach. Teraz ciężko byłoby mi znaleźć nazwisko ze świata filmu, teatru, które nie pojawiłoby się w reklamie. Nasi poznańscy teatralni aktorzy reklamują sklepy spożywcze i budowlane. Takie czasy, człowiek nie jest w stanie utrzymać się z etatu w teatrze instytucjonalnym. Zaś reklama, jak powszechnie wiadomo, jest bardzo dobrą formą szybkiego zastrzyku gotówki. Spoty reklamowe jednej z sieci telefonów komórkowych, które niedawno pojawiły się na ekranach, to przecież plejada polskich gwiazd. „Nawet” Maciej Stuhr w niej zagrał. No wow. A co to ma być to nawet? Każdemu A: jest potrzebna kasa, B: sodówa uderza, no i C: to jest dopiero ‘lans na mieście’. Jesteś rozpoznawany przez najmłodsze pokolenie, które teatr odwiedza w ramach kary, przymusowo ze szkołą.

Reasumując: aktorstwo to ciężki zawód. Czasem trzeba odwalić chałturę, żeby później zagrać Hamleta. Wszystko jednak w granicach normy i rozsądku drodzy aktorzy X. Nie zamieniajcie aktorstwa na chałturzenie, a tylko traktujcie to jako dodatek, to nikt wam nic po latach nie zarzuci.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Felietony

 

Kicz i tandeta – lubię to

17 mar

Julia Rybicka

Commedia dell’arte, bo tak bym nazwała „Samobójcę” rosyjskiego dramaturga Nikołaja Erdmana w Teatrze Polskim w Poznaniu iście wpasowuje się w gatunek jaki proponują twórcy. Grigorij Lifanow, który podjął się reżyserii wiedział dokładnie, że do tego rodzaju spektaklu należy podejść z innej strony. Mianowicie nakreślić go grubą krechą, inaczej będzie istna klapa. I tym, którym spektakl się nie podoba (bo oczywiście jest takie grono) nie lubią zapewne tak przesadzonych i plastycznych form. Ja do nich nie należę. Co prawda uważam, że sztuka jest kompilacją różnego rodzaju kiczowatych środków, ale i tak bawiłam się jak dziecko.

Znowu trafiłam na dziwną publiczność. W teatrze zawsze odbywają się równocześnie dwa spektakle. Jednym jest to co aktorzy pokazują na scenie, drugim zaś reakcje widowni. Po wejściu do teatru wita mnie z uśmiechem bileterka – Pani G. Myślę sobie, jest ok. Podchodzę do tak zwanych szatniar i znajome twarze śmieją się „czy nudzę się, że znowu przyszłam coś oglądać: Jest za spokojnie. Do czasu. Po chwili wpada grupa dwudziestoosobowej klasy licealnej. No tak, przyszli biedni za karę. Uciekam na balkon w nadziei, że wszystko co złe mam już za sobą. Niestety mój błąd. Przede mną zasiada starsze małżeństwo, które od początku do samego końca komentuje. Dodam, że kiedy ja wybucham śmiechem pani odwraca się w celu zwrócenia mi uwagi słowami “no wie pani?” . Czuję, że łapie mnie choroba, ale wytrwale siedzę w fotelu i patrzę na zespół aktorski  “z góry”.

W naprawdę tandetnej scenerii poznajemy głównego bohatera: Siemion Siemionowicz Podsiekalnikow ( w tej roli Piotr B. Dąbrowski). Młody intelektualista, bezrobotny, który stracił chęć życia i planuje samobójstwo. Od czynu próbuje odwieść go żona Maria Łukianowna (Ewa Szumska). Po drodze w życiu Siemona pojawiają się postaci, którym do tej pory był on całkowicie obojętny. Teściowa (Teresa Kwiatkowska), sąsiad Aleksandr Pietrowicz Kałabuszkin (Piotr Kaźmierczak), Margarita Iwanowna Pierieswietowa (Barbara Krasińska), inteligent Dominikowicz Grand-Skubik (Jakub Papuga),  rzeźnik Nikifor Arsientiewicz Pugaczow (Andrzej Szubski),  poeta Wiktor Wiktorowicz (Michał Kaleta), Ojciec Jełpidij (Wojciech Kalwat), Kleopatra Maksimowna (Anna Sandowicz), Raisa Filipowna (Barbara Prokopowicz), oraz w kilku dość mocno zarysowanych rolach Łukasz Chrzuszcz i Paweł Siwiak, role absolutnie najlepsze.

Oto wszyscy oni przywierają jakieś maski z wielkim zainteresowaniem czekając na śmierć bohatera. Studium śmierci pokazane przez reżysera nie jest tylko psychologicznym aspektem. Widz nie ma czasu, ani szansy żeby zastanowić się, co w zasadzie kieruje głównym bohaterem. Dlaczego ludzie postanawiają odebrać sobie życie. Śmierć pokazana jest tutaj jako pewnego rodzaju target. Moda, trend. Co może przynieść utrata życia? Jakie są z tego korzyści? Postaci, które do tej pory przechodziły obojętnie obok Siemiona, teraz czują w tym całym zamieszaniu interes. “Życie jest piękne” krzyczy Kaźmierczak, ale czy na pewno? Spektakl budzi salwy śmiechu, mimo iż porusza temat tak uniwersalny i stary jak świat motyw umierania.  I co tu jest do śmiania, przecież tam na scenie człowiek przez ponad dwie i pół godziny usiłuje popełnić samobójstwo? A może on już za życia został pogrzebany… zastanowiliście się nad tym?

Temat nie należy do lekkich, ale cały plus spektaklu na tym polega, że podano historię w  lekki sposób. To po kilku godzinach człowiek uświadamia sobie, że to, co zobaczył nie powinno budzić takich reakcji. Jest to zasługa świetnego zespołu aktorskiego, który przerysowuje postaci. Nakłada im maski, wyolbrzymione gesty. Jedno co mnie wkurza i czego nie rozumiem (z cyklu co autor miał na myśli) to modyfikacja głosów. Poza Dąbrowskim nikt z aktorów nie mówi tak dobrze mi już znanym wokalem. Operują na granicy absurdu, który czasem po prostu wkurza. Kiedy na scenie pojawia się Kaleta, nie poznaję go. A przecież w jego talencie to głos stanowi 80% całej roboty. Tego zabiegu nie rozumiem panie reżyserze. Bawmy się formą, ale niech to ma jakiś cel. Tutaj wybijał mnie z rytmu. Jeśli chodzi o aktorów to wszyscy grają bardzo poprawnie. Główna postać, kreowana przez Piotra B. Dąbrowskiego najlepsza niestety nie jest. Natomiast Łukasz Chrzuszcz i Paweł Siwiak to diamenty tego spektaklu. Chyba wszyscy, którzy widzieli poznańskiego „Samobójcę” przyznają mi rację. Jako stare babuchy, kobitki, które ubierają na pogrzeb wdowę, kelnerzy, muzykanci są po prostu perfekcyjni. Skromność i talent! To wielka sztuka z epizodu sprawić, że widz zapomina o głównych postaciach. A to właśnie obu panom się udało. Doprowadzili mnie do śmiechowej ekstazy, a patrząc po publiczności nie tylko mnie.

Muzyka, scenografia, kreacje aktorskie i dobrze napisany tekst. Z drugiej strony przesyt, kicz, tandeta.

Kiedy aktorzy wychodzą na oklaski zazwyczaj wychodzą już prywatnie. Tutaj do samego końca trzymali się formy. Kłaniali się w rolach, w dobrze znanych już gestach publiczności. Za konsekwencję i formę daję szkolne 5!

Spektakl jest idealny dla poznańskiej publiczności i nie składnia wybitnie do myślenia. Spełnia funkcję teatru, który ma sprawić, że widzowie przychodzą się odprężyć, zapomnieć o swoich problemach. To się twórcom udało. Ja zapomniałam, że mam gorączkę.  Dziękuję.

Zapraszam do teatru!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Przepraszam za Produktywność

16 mar

Julia Rybicka
Marysia Sadowska, absolwentka łódzkiej filmówki znana jest jako piosenkarka i… reżyserka. Wystartowała z filmem „Dzień kobiet”, który dane mi było ostatnio obejrzeć. Nie jestem w stanie wyliczyć wszystkich zarzutów dotyczących rzekomego kulenia polskiego kina. Jako fanka i patriotka staram się być wyrozumiała dla rodzimych twórców. Dlatego filmu Sadowskiej nie uważam za klapę.

Kilka lat temu w Polsce wybuchła afera dotycząca pewnej sieci dyskontów o nazwie Biedronka. Okazało się, że ponad dwustu kierowników zostało oskarżonych o oszustwa i znęcanie się nad pracownikami. To wszystko stało się pretekstem do zrobienia filmu, który w kinach dostępny jest od 8 marca.

Odsyłam :

http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/niewolnicy-biedronek-staja-na-nogi

Halina (Katarzyna Kwiatkowska), znana jest głównie z programów Szymona Majewskiego, parodiowała Dodę, czy Krystynę Jandę, w filmie Sadowskiej gra główna rolę. Samotna matka, wychowująca dorastającą córkę, pracuje w jednym ze sklepów wielkiej korporacji Motylek. Pewnego dnia nieoczekiwanie dostaje awans na stanowisko kierownika. Nie podejrzewając podstępu jaki się za tym kryje, bierze kredyt na wytęsknione, samodzielne mieszkanie i komputer dla ukochanej córki. Szybko jednak wymarzona praca stanie się dla niej karą i męczarnią. Z jeden strony bohaterka usiłuje być lojalna wobec koleżanek: Halina przecież, jeszcze do niedawna tak jak one musiała załatwiać się w pampersy, podczas sześciogodzinnej zmiany na kasie, z drugiej zaś jest zastraszana przez szefa (Eryk Lubos).

Dochodzi do dantejskich scen. Należy zwolnić personel, ponieważ szkodzi interesom sklepu oraz nie przynosi poprawy wyników sprzedaży. Na miejsce niedawno awansowanej Haliny lepsza będzie kobieta w ciąży Jadzia (Anita Jancia), czy wiecznie spóźniona i pod wpływem alkoholu Maryla (Dorota Kolok)? Dramatycznych wątków w filmie jest mnóstwo. Współczucie i złość wzbudza między innymi sytuacja mająca miejsce podczas nocnej inwentaryzacji – Jadzia traci dziecko. Muszę przyznać rację jednej z recenzji – autorki scenariusza Marysia Sadowska i Katarzyna Terechowicz próbują przedobrzyć. Lepiej czuć niedosyt niż przesyt. A tutaj niestety tego drugiego jest znacznie więcej.

http://www.kinoradio.pl/czytaj/notes/Swiat_w_ktorym_odechciewa_sie_zyc-4-887

Motyw walki Haliny z wielką korporacją, zbieranie świadków i dowodów uważam za udany zabieg. Zabawa w detektywa i pokazanie środowiska ekspedientek jako istnej komunę sprawił, że rzeczywiście żal mi było tych wszystkich ludzi z Biedronki. Postaciom nakreślonym grubą krechą brakuje konkretów. Lawirują między dobrem, a złem przez co są nijakie. Dlatego aktorom ciężko było cokolwiek zagrać.

Szkolenia, które musi odbywać główna bohaterka nie są przejaskrawione. Obok mnie zasiada koleżanka, która pracuje w banku i potwierdza, że na takich sytuacjach robią z ciebie totalnego idiotę. Na pytanie: jakie mamy słowo na p? Halina odpowiada nieśmiało: „przepraszam?” „Nie, PRO-DU-KTY-WNOŚĆ”. I tak działa cała ta machina wielkich przedsiębiorstw.

Jeśli chodzi o elementy zaskoczenia – praktycznie w filmie takowe nie występują. Wszystko ma swój rytm, czasem niezwykle rozciągający się w czasie. Ostatnie minuty filmu nadają tempa całości. Niestety długo to nie trwa, bo film nagle urywa się. Autorki zostawiły nam wiele niedokończonych wątków. Ja rozumiem, że pewnych rzeczy nie trzeba pokazywać, ale nie zostawiajmy widza z niejasnościami. Mogę się jedynie domyśleć, co autorki miały na myśli, bo przewidzieć ich wizji nie jestem w stanie. Dlatego tutaj stawiam duży minus.

Na ekranie pojawiają się wielkie osobowości znane z kina i teatru. Zobaczyć można: Grażynę Barszczewską, Agatę Kuleszę, Leonarda Pietraszaka, Elżbietę Romanowską, Marię Seweryn. Żadne nazwisko najlepszych aktorów w tym kraju nie uciągnie średnio napisanego scenariusza. Mnie się film jednak podobał, bo w końcu nie oglądałam Kota, Szyca, Adamczyka, a przypomniano mi o innych aktorach. Kwiatkowska dzielnie radzi sobie z zadaniem jako aktorki pierwszoplanowej, mimo iż fanką jej talentu nie jestem.

Film jest ok. Niezbyt porywający, ale tak jak wspominałam klapą bym tego nie nazwała.

Młodą parkę, która pomyliła sale kinowe pozdrawiam z tego miejsca. Nie chcecie mnie spotkać następnym razem. Rozmowy toczy się w kawiarni, ewentualnie przy piwie. Pozostawmy takiemu miejscu, jakim jest kino, magię ciszy ze strony publiczności, a nikomu nic się nie stanie.

Zapraszam do kin!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film

 

Gwiazdorski pojedynek

15 mar

 

Julia Rybicka

Sala wielka C.K Zamek, odnowiona i gotowa w nowych wnętrzach gościć widzów, zaprosiła tym razem na spektakl pt.” Pojedynek. Zabawa w detektywa”. W rolach głównych Jan i Błażej Peszek.

Dla mnie, osobiście, było to niezwykle ekscytujące. Po pierwsze dlatego, że Błażej Peszek był jednym z pierwszych moich nauczycieli i nie widziałam go na scenie odkąd wyprowadziłam się z Krakowa (zatem kilka ładnych lat). Po drugie, oglądać Jana Peszka na żywo to istny zaszczyt. Perspektywa zobaczenia na scenie duetu tych wspaniałych aktorów, już na samą myśl, może człowieka doprowadzić do ekstazy.

Po spektaklu, kiedy rozmawiam z panem Janem i gratulowałam mu mówiąc, że dawno się tak nie uśmiałam, w odpowiedzi usłyszałam (niezwykle skromne): „Tak? No widzi pani. Błażej chciał zrobić ten spektakl bez specjalnych fajerwerków”.
No nie zgodzę się z panem Janem. Wiem o co mu chodziło, ale fajerwerki właśnie były. I to jakie!

Reżyserem, jak się Państwo domyślacie, jest syn wielkiego artysty – Błażej. Panowie stanęli, nie po raz pierwszy, razem na scenie i przyznać trzeba, że niezwykle sprawnie im to wychodzi.

Gasną światła. Poznańska publiczność wstrzymuje oddech. Na scenie pojawia się Błażej Peszek, a z offu słyszymy głos Jana. Po chwili jest także i Jan. Prywatnie syn i ojciec, a na scenie dwóch rywali. Pojedynek uważam za rozpoczęty.
Skromna, ale wystarczająca scenografia. Trzy rzutniki i krzesło.

Adaptacja sztuki „Detektywi” z 1971 roku Anthonego Shaffera była aż dwukrotnie ekranizowana. Świetnym pomysłem było przeniesienie tej zabawnej i lekkiej z pozoru historii, na deski teatru.

Andrew Wyke (Jan Peszek) znany pisarz, inteligent, człowiek obrzydliwie bogaty, w swoim własnym domu staje oko w oko z kochankiem swojej żony – Milo Tindla (Błażej Peszek). Andrew próbuje poznać wroga pytając czy zna jego powieści. Jednocześnie myli jego profesję, uważając że Milo jest fryzjerem. Ten zaś okazuje się aktorem. Młody człowiek zwraca się do zdradzanego męża z prośbą – chce rozwodu dla swojej kochanki, a żony Andrew. Jednak Wyke proponuje młodzieńcowi deal. Ma on ukraść klejnoty z jego własnego domu. Milo po namowach zgadza się, ale staje się ofiarą intrygi wybitnego literata i ginie.
Wszystko to miało być tylko grą, hipotezą. Czy aby na pewno? Nic bardziej mylnego. Młody „fryzjer” przechytrza starego wygę i pozoruje własną śmierć. Powraca w przebraniu detektywa, żeby poznęcać się nad swoim wrogiem.

Niezwykle przekonywujący młodszy Peszek w dwóch rolach. Kiedy na scenie zjawia się jako detektyw z dość specyficznym, zmienionym głosem, publiczności trudno powstrzymać się od śmiechu.

Panowie mają świetne pole do popisu jako aktorzy, bowiem to oni są tu najważniejsi, a nie tekst (a ten został naprawdę dobrze i ciekawie napisany). Kilka rekwizytów jak: manekin z czerwonym płaszczem, pistolet, krzesło, czy szklanki z wybuchowymi napojami są tylko małym dodatkiem do kreacji aktorskich. Myślę sobie, że ci dwaj aktorzy, nawet jeśli nie mieliby na scenie żadnego przedmiotu, doskonale poradziliby sobie z zadaniem. Niewielkie wizualizacje, które towarzyszą aktorom są sprytnie wymyśloną częścią scenografii. Motyw windy, który wymyślił reżyser, uważam za genialny. Dodatkowym atutem jest muzyka oraz efekty specjalne. Nie, nie jest to teatr 4 czy tam 5D, ale pogłos i gra świateł tworzą idealną całość. Nie ma miejsca na przesadę, czy ściemę. Wszystko ma swoje wytłumaczenie.

Zabawnie prowadzona intryga, uniwersalne tematy jak: zdrada, pieniądze, żądza, miłość, nienawiść, władza. Niesamowity kunszt obu aktorów. To i wiele innych atutów umiliło mi wizytę w poznańskim Zamku.

Dodatkowo należy wspomnieć, że nie ma tu pojedynku na gwiazdorstwo. Błażej, który jest synem i uczniem Jana, nie stara się nam zaimponować na siłę. Pan Jan nie próbuje wrzucić w kąt Błażeja. Oboje grają, jak na zawodowych aktorów przystało, równo tworząc w ten sposób team i spójną całość spektaklu.
Pomimo momentu tak zwanego zgotowania (co przyprawiło mnie o wielki uśmiech) odnoszę wrażenie, że panowie bawią się równo z publicznością.

Pojedynek rodzinny był strzałem w dziesiątkę! Panowie – świetna robota. Polecam Państwu serdecznie. Wyjdziecie pełni wrażeń z przeponą, która da Wam się we znaki następnego dnia.

Jesteśmy też na Facebooku:


https://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Za rosołem przepadał ten chłopiec malowany

14 mar

Julia Rybicka

Konkurs Metafory Rzeczywistości organizowany przez Teatr Polski dla dramaturgów i nowatorskich pisarzy  to świetny pomysł, żeby spróbować swoich sił literackich. A nuż odkryjesz w sobie pasję i zrealizujesz marzenia? Tak powinien brzmieć spot reklamowy zachęcający młodych twórców do działania. Podczas kolejnej edycji tego konkursu znaleziono następną perłę (albo i diament) polskiej sceny dramatycznej. „Chłopiec malowany” Piotra Rowickiego zdobył nagrodę główną i nagrodę publiczności w 2010 roku. Nic dziwnego. Zasłużoną.

Naprawdę przerażały mnie innowacje w poznańskim teatrze. Nietypowe, do tej pory, spektakle zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu. Udziwnianie tekstów klasycznych, zwoływanie nowych, świeżych reżyserów, przerabianie języka klasyków na język współczesny stało się pewnego rodzaju trendem . Myślę sobie: no ok. Tylko czy to aby jest dobre? Chyba kwestia gustu, a o takowych ciężko dyskutować.

No, ale stało się. Dotarłam na kolejny spektakl Polskiego Teatru. W klimatycznej scenerii Malarni pojawiają się aktorzy. Dwóch żołnierzy, kobieta i młody chłopak. Żołnierze są bezimienni, co świadczy o tak zwanych no name-ach. Starszy żołnierz, nazywany Numerem Jeden, to doświadczony, fachowy wyjadacz polskiej armii. Szkoli on młodego żołnierza (Numer Dwa).
Sztukę rozpoczyna lekcja poprawnego obwieszczania nowiny. Starszy żołnierz (Michał Kaleta) przeżuwa wciąż nową gumę do żucia, na oczach ma słoneczne okulary i wygląda jak Bogusław Linda w „Psach” Pasikowskiego (do którego pojawia się nawiązanie później). Młody (Piotr B. Dąbrowski) bezskutecznie próbuje być perfekcyjny na tyle, żeby przełożony dał mu spokój. Wszystkiemu przygląda się duch poległego żołnierza – Jacka.

Kaleta zaczyna od słów:

„Nie lubią nas. Nigdzie nas nie lubią. Ani chleba, ani soli. Ani pocałuj mnie w dupę. Czy tak trudno zrozumieć, że to rozkaz. Że ja też mam kogoś nad sobą i że ten ktoś mi coś mówi i ja muszę to zrobić. Nie mogą tego zrozumieć. Pierwszy raz.”

Ci dwaj żołnierze mają za zadanie przekazać matce poległego chłopaka wiadomość o jego tragicznej, lecz jakby się wydawało honorowej śmierci. Matka Jacka to wdowa, gospodyni domowa, dla której najważniejszym zadaniem w domu było prasowanie czystych koszul swoim żołnierzom i gotowanie domowego rosołu. Zanim jednak dojdzie do przekazania złych wieści, usłyszymy wskazówki starszego rangą żołnierza dotyczące „pedalstwa” szerzącego się w armii polskiej, „chujowych” marek samochodów oraz „jebania żony żołnierza”, bo przecież
„(…) żonę wojskowego każdy chętnie pierdoli. Wiesz dlaczego? Bo to tak, jakby posuwał całą armię. Rozumiesz? (…)”.

Matka zmarłego żołnierza (Barbara Krasińska) wszystkie swoje ruchy wykonuje mechanicznie, co sprawia, że pod względem tempa i rytmu wyglądają one niczym chód wojskowy. Wszystkiemu przez cały czas przygląda się duch Jacka (Paweł Siwiak). Na scenie kartony poukładane równiutko, a na nich WY-malowani chłopcy: Kaczyński, Jan Paweł II, Jan III Sobieski, Komorowski, Jaruzelski i inni. Spoglądają na nas, widzów swoim czujnym okiem, stając się poniekąd bohaterami spektaklu. Wśród nich zdjęcie poległego Jacka. Z ust starszego żołnierza padają teksty pseudopolityczne między innymi osobowości jak: Komorowskiego, Piłsudskiego, czy wspominanego wcześniej Pasikowskiego.

Żołnierze pojawiają się, żeby przekazać tragiczną wiadomość. Zasiadają do obiadu, który staje im dosłownie w gardle. Dochodzi do zastrzelenia młodszego żołnierza. I tutaj rola Piotra B. Dąbrowskiego zasadniczo się kończy.

Druga część spektaklu jest popisem aktorskim Michała Kalety. Wypowiadane przez niego, w iście mistrzowski sposób, słowa podczas krztuszenia się, zaprezentowane fazy jakie ma człowiek podczas spożywania narkotyków, fale emocji od nienawiści i złości, poprzez śmiech, euforię, panikę aż do nostalgii i refleksji ukazują niezwykły kunszt aktorski Kalety. W końcu ekspresyjność aktora znalazła swoje miejsce w tym teatrze. To, do tej pory, jedna z najlepszych jego ról, jaką widziałam. Szapoba! Nie mniej jednak role Piotra B. Dąbrowskiego oraz Pawła Siwiaka (który dostaje szansę by się w końcu wypowiedzieć na finiszu sztuki) są równie godne pochwalenia. Nie umiem do końca odnieść się do roli Barbary Krasińskiej, której talent niezwykle cenię i szanuję, a tembr głosu wprawia mnie w osłupienie. Tutaj zagrała bardzo poprawnie. Trudno odbić się od tego co robi Kaleta w tym spektaklu. Niemniej jednak całe szanowne grono zasługuje na wielkie brawa. Reżyserowi Piotrowi Ratajczakowi należą się szczególne brawa za brawurowe przestawienie wizji dramaturga.

Sztuka pokazuje, że doceniani zostajemy po śmierci. Że Bóg, Honor i Ojczyzna to zasady, które są nieodłącznym elementem współczesnego wojska i naszego jakże katolickiego kraju. Świetnie obrazuje jak działa i funkcjonuje wojsko. Przecież tutaj jest wszystko:

„Młody człowieku. Czy chciałbyś nadać sens swojemu życiu? Czy zastanawiałeś się jaką drogą pójść? Nie chcesz egzystować w szarej rzeczywistości? Lubisz przygody i emocje? Potrzebujesz wyzwań? Spełnij swoje marzenia! Poznaj nowe kultury i kraje! Przyłącz się do ludzi, którzy rozumieją słowa lojalność, honor, odwaga, braterstwo…
Wstąp do armii. Armia cię wykarmi.
Młody człowieku, tu jest wszystko co lubisz: seks, prochy, wóda i honor. Tu będziesz mógł strzelać do różnych celów. A gdyby przydarzyło się nieszczęście, gdyby to do ciebie ktoś strzelił, w dodatku celnie, zapakujemy cię do czarnego worka i obiecujemy, że nic nie będzie wystawać.
Będzie flaga i hymn odegrany przez kilku wąsatych opojów w sile cztery trąby i bęben. Za przygody i emocje trzeba płacić. Za wszystko trzeba płacić.”

Tak brzmią hasła polskiego wojska. O tym o czym nie dowiesz się z telewizji, o tym o czym wiesz, a nie usłyszysz tego, o tym jak funkcjonuje nie tylko armia, ale cały ten kraj dowiesz się z tekstu Rowickiego. To niesamowita opowieść, która potrafi dotknąć każdego z racji swojego uniwersalizmu. Każdy z nas ma przecież kogoś, kto poległ za Ojczyznę. Osobiście trudno było mi powstrzymać łzy po wyjściu z teatru. Długo nie mogłam do siebie dojść. Sztuce zarzucano chaos i brak konsekwencji. Zupełnie się z tym nie zgadzam. Dla uważnych widzów wszystko staje się zrozumiałe, a to co dzieje się na scenie jest dla mnie ciągiem przyczynowo- skutkowym. Postać duchów z przeszłości (w tym Jacka), miłość matki do dziecka, polityka, wojsko, kościół, a nawet sama kinematografia to wszystko składa się na Polskę, a tu się naprawdę, jak już kiedyś cytowałam, ciężko oddycha.

Zasadniczo nie mam się do czego doczepić, może tylko do tego, że spektakl jest niezbyt często grany. I chętnie obejrzałabym go jeszcze raz. Państwa zapraszam do teatru.

Wszyscy mali chłopcy bawią się żołnierzykami, a większość z nich chce zostać nimi jak dorosną. Nie zawsze jednak marzenia z dzieciństwa w przyszłości spełniają nasze oczekiwania…

Jesteśmy na Facebooku:


https://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659?fref=ts

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Cyrk na kółkach

13 mar

Julia Rybicka

Przejezdne spektakle, które obejrzeć możemy np. w Teatrze Wielkim w Poznaniu, wywołują zazwyczaj dużo zamieszania i spore zainteresowanie publiczności. Bo oto w Poznaniu, mieście gdzie nie ma szkoły teatralnej, wielkich nazwisk na afiszach teatrów i celebrytów, raz na jakiś czas, możemy poczuć się jak w Warszawce. Tym razem, w miniony poniedziałek w Poznańskiej Operze, doszło do popełnienia „spektaklu” pt. ‘Szwedzki stół’.

Nie bez powodu słowo „spektakl” ubrane zostało w cudzysłów. Dalekie było to od teatru, a bliższe raczej kabaretowi. „Sztuka” ta ma być komedią, a staje się farsą. Aktorzy gotują się z własnych kwestii, publiczność zachowuje się jak na przeglądzie kabaretów Paka, a ja z państwem równie zażenowanym jak ja, zastanawiamy się o co tutaj chodzi?

Historia jest banalna. Dwóch kolegów z podstawówki spotyka się po latach by powspominać stare czasy. Pierwszy z nich to inteligent, a drugi to niezbyt rozgarnięty macho. Jak zawsze w takich sytuacjach, ilość promili pozwala im rozplątać język, co w konsekwencji przyniesie kłopoty. Okazuje się, że ten mniej oczytany spotyka się z żoną kolegi. Żona ta jest aktorką klasy B, albo i nawet C i przy ilorazie iq do tej pory nie zorientowała się, że panowie mogą się znać. Do tego wszystkiego pojawia się bogaty inwestor ze Szwecji, który przejawia homoseksualne skłonności. Istna farsa!

Publiczność nie może powstrzymać się od śmiechu. Kobieta przede mną płacze z tej radości, a ja nadal nie rozumiem. Dwóch estradowców z Kabaretu Moralnego Niepokoju to dwójka bohaterów ’spektaklu’. Naprawdę nie rozumiem dlaczego Robert Talarczyk (reżyser spektaklu) odważył się na ten krok.
„Mikołaj i Robert, przed rozpoczęciem prób, rzucili od niechcenia, że różnica pomiędzy aktorem a kabareciarzem jest taka, że aktor 90% procent próbuje a 10% gra, zaś artysta estradowy odwrotnie. No to łatwo nie będzie – pomyślałem. Pierwszą, niepokojącą oznaką, że nie warto ufać schematom był fakt, że dwójka kabareciarzy pojawiła się na pierwszej próbie grubo przed czasem. Następna, że znali na pamięć tekst, a kolejna, że domagali się przedłużenia prób ponad wyznaczone godziny” – mówi reżyser.

No ok. Jednak to są nadal kabareciarze bez odpowiedniego warsztatu, czego w teatrze nie da się ukryć. Obaj panowie mają zaplutą dykcję i mimo tego, że siedziałam w jednym z pierwszych rzędów, z trudem udawało mi się ich zrozumieć. Poza tym –jasne – nawet najlepszym aktorom czasem nie udaje się zachować powagi sytuacji, ale Górski robi ten trik notorycznie podczas swoich programów kabaretowych (które oczywiście uwielbiam). Uważam jednak, że tak jak film ma swoje wytyczne, tak i teatr takowe posiada. Dlatego nie powinno się robić w teatrze cyrku. Niestety wyszedł z tego kabaret. Anna Guzik, po raz kolejny, nie przekonała mnie do tego, że jest dobrą aktorką. Swoją postać, niezwykle infantylnej blondynki, zagrała poprawnie, ale drażniła mnie niemiłosiernie. Zaś Arkadiusz Janiczek, znany ze “Złotopolskich” oraz “Placu Zbawiciela”, ze szwedzkiego biznesmena zrobił kiepskiej jakości Rosjanina, który kaleczy język polski.
Inscenizacja pokazuje nasze przywary narodowe, osobowościowe. Obnaża kompleksy i ułomności. Wszystko to, podane w zabawny sposób, powoduje, że widzowi podoba się takie odbicie lustrzane. A ja myślałam, że do teatru przychodzi się po to by pomyśleć, nabrać dystansu i mieć chwilę na refleksję. Jeżeli jednak nie chcecie Państwo, broń Boże, doświadczyć absolutu podczas oglądania tego ‘dzieła’ i macie ochotę wybuchać śmiechem po usłyszeniu tanich żartów, to zapraszam do obejrzenia.

Jesteśmy na fejsie:

http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Zapolska może być dumna!

13 mar

 

Julia Rybicka

Budzi się we mnie jakiś nieokreślony niepokój, kiedy słyszę o uwspółcześnianiu dawnych dramatów. Istnieje przecież subtelna granica, którą naprawdę łatwo przekroczyć. Dlatego ostrożna jestem w dobieraniu repertuaru w takich wypadkach. Jednak i tak zawsze udaję się wtedy do teatru z lekkimi obawami. I tak było i tym razem. Poznański Teatr Polski zaproponował „Ich czworo. Obyczaje dzikich” Gabrieli Zapolskiej. Dana Łukasińska tekst zmodyfikowała, przystosowała do języka współczesnego i, przyznam szczerze, że wyszło jej to sprawnie. Reżyserii podjęła się Agnieszka Korytkowska- Mazur.

To taka kolejna, uniwersalna historia, która porusza nieodłączne tematy naszego życia. Dlatego twórcom nie było trudno wrzucić ją do współczesnego świata. Zdrada, której podejmuje się żona profesora. Pieniądze, które są prezentem za miłosne uniesienia. Żądza, która targa bohaterkami. Samotność, która jest bliska każdemu człowiekowi. Wszystkie te aspekty sprawiają, że język nie musi być zachowany zgodnie z oryginałem. To także wcale nie musiałoby się dziać w Polsce. Na tym właśnie polega uniwersalizm Zapolskiej (co świetnie wychwycili twórcy spektaklu).

Kiedy idziemy do teatru stajemy się także aktorami. Przebieramy maski, zakładamy eleganckie kostiumy, starsze panie tapirują włosy, perfumują się odświętnymi zapachami i tu uwaga… biorą buty na tak zwaną „zmianę”. Podczas stania w kolejce do szatni byłam świadkiem właśnie takiej sceny. Kobitki zmieniały pantofle na te odświętne, co by wejść w nich godnie do teatru. Ciekawe.

Zasiadam w loży z małżeństwem, które niezbyt cieszy się z mojej obecności. Klimat stał się trochę mniej intymny. Czuję się trochę jak w trójkącie, czyli idealnie wpasujemy się w klimat sztuki.

W ciekawej scenografii Jacka Malinowskiego dziać się będą dzikie obyczaje. Jeśli współczesność, to muszą być i multimedia. Spektakl rozpoczyna się od projekcji filmowej, na której profesor udziela wywiadu. Po chwili przenosimy się do jego domu.

Jest Wigilia. Przy stole zasiada: matka i żona (Barbara Krasińska), ojciec i mąż, profesor (Andrzej Szubski) oraz córka Lila (Dorota Kuduk). To jednak nie są wszyscy. W domu bowiem czuwają demony (a może raczej dobre duchy?), w których role wcielają się: Michał Kaleta, Paweł Siwiak, Wojciech Kalwat. Dzikie stwory, które przez cały czas towarzyszą postaciom  i czuwają „nad domowym ogniskiem” .
W domu, gdzie na pozór wszystko gra, nic nie jest tak jak być powinno. Profesor, który jest celebrytą, człowiekiem niezwykle utalentowanym oraz obeznanym w obyczajach dzikich, zapomina być po prostu ojcem i mężem. Zakochana w nim doktorantka (Barbara Prokopowicz) podbudowuje ego, które dawno zasnęło. Kobieta, która nie sprawdza się jako matka i żona, a swoje życie poświęciła roli gospodyni domowej, szuka szczęścia w ramionach innego mężczyzny. W końcu pojawia się ów przystojniak (Piotr B. Dąbrowski). Młody chłopak, którego ciało jest bez jakichkolwiek zastrzeżeń, sprawia, że wszystkie kobiety dosłownie padają mu do stóp. Żyje on z pieniędzy swojej kochanki nie przepracowując się zanadto. Zakochana w nim jest także stara wdówka (Teresa Kwiatkowska), u której młodzieniec wynajmuje pokój.

Ciekawe są relacje, jakie budują między sobą aktorzy. Fedecki, grany przez Piotra B. Dąbrowskiego, jest tutaj najciekawszą z postaci. Jako facet, ma on największą władzę w tej historii. Zakochane w nim kobiety (żona profesora, wdówka i Lila) wchodzą w nim w pewne układy. Zgadzają się na wyznaczone przez niego warunki, żeby tylko mieć chociaż kawałek tego mężczyzny dla siebie.
Piotr B. Dąbrowski, nie bez powodu, ma przydomek „boski”. Oprócz tego, że świetnie prezentuje się na scenie, to dodatkowo potrafi uwieść kobiety i poza nią. Przepiękna, liryczna scena Fedeckiego z Lily i wyszeptane przez Dąbrowskiego słowo „mandarynka” wywołują wśród damskiej części publiczności dreszcze. Chyba każda kobieta chciałaby wtedy wyskoczyć na scenę i znaleźć się na miejscu Doroty Kuduk. To jedna z piękniejszych scen spektaklu. Powoduje zatrzymanie jak w stopklatce, odetchnięcie od tego zamieszania na scenie i pozwala na chwilę refleksji. Zaś scena z wdówką sprawiła, że męska część widowni, odbierając kurtki, cytowała fragment: „przecież mężczyzna nie zdradza, tylko się zapomina”.
Młody Bóg, czasem liryczny, odrobinę szarmancki, szalony czyli postać Dąbrowskiego dała jednak największy popis aktorski w scenie z wdówką.

„Wiesz co? Nienawidzę Cię. Nie-na-wi-dzę. Tego twojego kłapania jęzorem. Kłap, kłap, kłap. Tego czekania, jakbym cienie miał dwa, jeden tu, a drugi za drzwiami, tego gapienia się na mnie wiernymi ślepiami, jak pies. Brzydzę się tym. Jedyne co masz seksi to mieszkanie. I tylko ono mnie tu trzyma. Ale już nie. Wolę między drzwi go włożyć… I wiesz co? Zrób coś z sobą. Powieś się, utop, zastrzel. Nie wiem. Ty… kurwo jebana suko stara ścierwo ty… wypierdalaj. Z mojego życia. „

Oto próba języka bohaterów, a zarazem fragment mojej ulubionej sceny, która ukazuje taki talent aktorski Piotra B. Dąbrowskiego, jakiego tylko ze świecą można szukać.
Jest jednak coś poza Piotrem, co sprawia, że spektakl naprawdę mi się podobał. To demony. Trzech wspaniałych aktorów wykonuje niesamowitą pracę. Kiedy widz ogląda jedną historię, druga toczy się symultanicznie. Pantomimiczne ruchy, ekspresyjność gestów, mimika twarzy – wszystko to składa się na równowartościową opowieść, którą śledzę między wierszami „ich czworo”. Operowanie światłem, zwłaszcza podczas scen demonów, uważam za majstersztyk. Aktorów, których do tej pory oglądałam w „poważnych rolach”, zobaczyłam z innej, komicznej perspektywy, za co bardzo dziękuję!

Polonistkom nie radzę zabierać dzieciaków na sztukę w celu poznania twórczości Zapolskiej zamiast przeczytania książki. Jako „lekturę” dodatkową – jak najbardziej. Świeże, innowacyjne i niezwykle zabawne spojrzenie na ten tekst uważam za nadzwyczaj udane!

a nas znajdziesz na Facebooku:


https://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659?ref=ts&fref=ts

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

I do tańca i do różańca

08 mar

Julia Rybicka

Kocham kino amerykańskie! Właśnie za to, że jest amerykańskie. Komedie romantyczne prawie od początku towarzyszą mojej podróży filmowej. Która kobieta nie marzy o pięknie zbudowanym mężczyźnie, wspaniałym kochanku i kochającym, mądrym ojcu dla swoich dzieci? Nawet nie próbujcie zaprzeczać.
Dzień Kobiet to komunistyczne święto. Jednak, podobnie jak o Walentynkach, tak i o tym święcie panom nie wypada zapomnieć. Dlatego możecie, drodzy Panowie, zabrać swoje ukochane na randkę do kina. Prawdopodobnie 80% kobiet będzie zachwyconych tym filmem. Ja, niestety, jestem w tej drugiej części, czyli w grupie kręcących nosem.

Kiedy zobaczyłam spot reklamujący film pomyślałam: „Wow! Dawno nie było komedii z taką ilością gwiazd kina.” No i co? Klapa! Pomysł okazał się całkowitym niewypałem.

Gabriele Muccino, reżyser filmu “Trener bardzo osobisty”, najwyraźniej nie wziął sobie do serca swojego zadania, ponieważ odstawił najzwyczajniej w świecie reżyserską chałę. Posiłkując się wielkimi nazwiskami kina amerykańskiego, postanowił wcisnąć widzom ściemę. Panie Reżyserze, tak się nie robi.

Główny bohater – George (Gerard Butler; znany np. z filmu ‘P.S Kocham Cię’) był piłkarzem Liverpoolu, jeszcze wcześniej prowadził Celtic, no i, rzecz jasna, poznał Beckhama. Jego kariera jednak dobiegła końca, a sława już dawno ucichła. Małżeństwo rozpadło się.  Nasz bohater postanawia wrócić na stare śmieci do swojego domu. Jest bez pracy, pieniędzy i perspektyw na przyszłość. W małym miasteczku zaczyna trenować młodzieżową grupę footbolową, w której gra także jego syn. Czterdziestoletni, były sportowiec wygląda jak facet z okładki „Men’s Health”, więc trudno się dziwić, że momentalnie wpada w oko rozwódkom, singielkom oraz mężatkom, które kręcą w pobliżu boiska, na którym trenują ich dzieci. Jednakże serce macho jest już od dawna zajęte. George stara się odzyskać miłość swojego życia – byłą żonę – Stacie (Jessica Biel)

Na ekranie pojawiają się również tak wielcy aktorzy jak: Dennis Quaid jako majętny i wpływowy facet; Uma Turman grająca jego szukającą wrażeń żonę; Judy Greer, która wciela się w rolę rozwodzącej się Barb, oraz Cathrine Zeta- Jones, która gra byłą dziennikarkę.

Film doskonale utrzymuje się w konwencji gatunku, zachowując jego charakterystyczne cechy. Utrata ukochanej osoby, wiara w przeznaczenie, miłość, rodzina, motyw relacji syn – ojciec etc. Oczywiście wszystko to jest prze-cukierkowo zagrane.  Akcja toczy się w scenerii małego domku z białym płotkiem (gdzieś w Luizjanie) z mieszkającą w nim kochającą kobietą, która została skrzywdzona, ale przede wszystkim jest  wzorem wspaniałej matki i żony.
Facet, który jest zapatrzonym w siebie dupkiem, zakochanym w sporcie i swojej karierze, zapomina o wartościach i rodzinie. No, taki hmm zły glina.. ale o gołębim sercu.
Tkliwa muzyka Andrea Guerra. Wielkie nazwiska kina. Związek przyczynowo – skutkowy. Szczęśliwe zakończenie. Wszystko to film ten oczywiście posiada!

Ale, niestety, wymagającego widza potrafi zanudzić. Nie do końca wiem z czego to może wynikać. Aktorzy grają tak jakby…siebie, albo są już dla mnie tak zaszufladkowani. Odnoszę wrażenie, że już ich w takich rolach widziałam. Na pewno duży wpływ na odbiór tego filmu ma tutaj sprawa kiepskiego scenariusza Robbie Foxa.
Film jest zlepkiem szablonów, stereotypów, standardów i gagów  dobrze znanych nam od lat. Motyw piłkarski, który tak bardzo kochają Amerykanie, wyczerpał się już dawno. Dlatego nie rozumiem ile jeszcze takich filmów trzeba zrobić, żeby powiedzieć STOP?

Jednak my, kobiety, lubimy oglądać takie pierdółki (no bo, przepraszam, kinem ambitnym tego nazwać nie można. Singielkom polecam dziś, w dniu naszego święta, zabrać koleżanki do kina, bo można przynajmniej oko nacieszyć Gerardem.

Polecam:


http://www.filmweb.pl/reviews/Skazany+na+sukces-13977

A nas znajdziecie na:


http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film