RSS
 

Archiwum - Luty, 2013

Historia lubi się powtarzać

28 lut

Julia Rybicka

Na kartach historii Polski widnieje wiele niepowodzeń i bardzo, ale to bardzo dużo bólu i cierpienia. Niestety nie możemy zapomnieć o wyrządzonej krzywdzie. I słusznie. To co Niemcy i Sowieci zrobili Polakom zasługuje na pamięć. Nie należy jednak epatować do nich nienawiścią, a z historii robić narzędzie komercyjne. A w przypadku niektórych twórców filmowych tak właśnie się dzieje.

Czym byłoby nasze kino, gdyby nie wojny? To praktycznie my, na całej kuli ziemskiej, mamy najwięcej do powiedzenia w tej sprawie. To dzięki temu co przyniosła nam historia mogliśmy stworzyć tak prężnie działającą kinematografię.  Ekranizację wielkich dzieł literackich takich  jak ‘Trylogia”,  „Pan Tadeusz” czy „Quo Vadis”, zawdzięczamy reżyserom: Hoffmanowi, Wajdzie, Kawalerowiczowi. Jednak ten nurt sięga dużo głębiej wraz z „Popiołem i diamentem”, „Kanałem”  czy „Eroicą”. Wojna stała się dla nas traumą, udręką, drzazgą, po której śladu nie można się pozbyć. Rozpamiętujemy to wciąż od nowa i od nowa. Wciąż powstają nowe ekranizacje. Tym razem do kin wszedł film Janusza Zaorskiego (świetnego obserwatora i wielkiego mentora naszego kina) pt. ” Syberiada Polska” na postawie powieści Zbigniewa Domino.

Przyznaje szczerze. Bałam się. No bo ile można oglądać filmów przypominających nam o tym, jak bardzo dostaliśmy po łapach? Jednak można. Na szczęście recenzje przeczytałam po, a nie przed seansem. Chociaż z niektórymi słowami muszę się zgodzić. Po krótce, bo chyba nikomu nie muszę robić lekcji historii.

10 lutego 1940 roku, do małej wsi na Podolu zawitało NKWD w celu zabrania mieszkańców do obozu pracy na Syberii. Podróż odbywała się różnymi środkami transportu i trwała ponad miesiąc , co spowodowało po drodze zgony części więźniów. Wiele rodzin nie dotarło w komplecie. Udało się to jednak rodzinie państwa Jana (Adam Woronowicz) i Antoniny  (Urszula Grabowska) Doliny i ich synom (Paweł Krucz i Marcin Walewski). Od tej chwili, to co się działo na Syberii, będziemy oglądać z ich perspektywy.

Całym obozem zarządza okropny Rosjanin (w tej roli doskonały Andrey Zhurba), który już na początku mówi, że Polaków nienawidzi, bo odebrali mu rodzinę i został sierotą. Polacy, według niego, mają za zadanie teraz pracować aż nie zdechną. ”Kto nie pracuje, ten nie je”.

Przychodzą choroby, zmęczenie organizmu w wyniku czego umiera żona Jana Doliny. Hitler zaatakował nasz kraj, zatem Jan Dolina wstępuje do wojska i jedzie ‘na Berlin’.

Zaorski jest bardzo ostrożny, jak pisze jeden z recenzentów, ale także niekonsekwentny. W jego historii nie ma ciągów przyczynowo – skutkowych, o czym wszędzie przeczytacie, drodzy Czytelnicy. Ale niestety taka jest prawda. Jeśli zaczyna on jakąś historię, to za chwilę poziom jej spada i czasem po prostu reżyser już do niej nie wraca.

Zahacza jednak o wiele problemów społecznych. Pokazuje, że był to nie tylko czas mordu i nienawiści, ale także czas wielkich, niespełnionych miłości. Pojawia się obrazek  Ukraińca odpowiedzialnego za roboty Polaków, który zakochuje się w Polce (Natalia Rybicka),  która zachodzi z nim w ciążę. Będzie to przyczyną mnóstwa komplikacji i kłopotów, ale czy miłość o coś pyta? Irenka (Sonia Bohasiewicz), uwięziona w obozie pracy oddaje się sołdatowi w zamian za to, że ten spełnia jej życzenia. Zapewnia w ten sposób przeżycie swoim dzieciom. Nazywana w obozie “ruską dziwką” pomaga także rodzinie Doliny.

Takich ludzkich problemów jest w filmie bardzo dużo.

Mnie martwi tylko ta przezroczystość, bezpłciowość postaci. Dlaczego Polacy wychodzą na tchórzy? Czy to jest normalne, że wojsko z innego państwa wdziera się do naszego domu w nocy każąc zabrać rzeczy, a my o nic nie pytamy i zgadzamy się na wszystko bez słowa? A kiedy już są na tej Syberii, nadal nie ma pytań dlaczego tutaj się znaleźli, po co mają harować jak przysłowiowe woły. Brak jakiegokolwiek buntu, z pokorą i spuszczoną głową znoszą wszelkie upokorzenia ze strony Ruskich żołnierzy. Nikt nawet nie próbuje uciec. Czy oby na pewno tak wyglądał wtedy ten syberyjsko – polski świat?

Zaorski stara się NIE wkładać w szufladki i mówić: to jest czarne, to jest białe. Nie ma szarego. A jednak niekiedy dochodzi do takich niezrozumiałych spraw.

Podczas dwugodzinnej projekcji nie pada dużo słów. Mnie to akurat nie przeszkadzało, bo wiele rzeczy widz może sobie dopowiedzieć sam. Jednak zgodzę się z tym, że nie słyszymy ważnych dialogów, które odbywały się za zamkniętymi drzwiami. Zapada decyzja, a my nie wiemy co było podstawą do jej podjęcia. Tutaj trochę reżyser pokolorował po swojemu.

Filmowi brak spójności. Można się pogubić, kiedy niektóre sceny pokazywane są z retrospekcji. Chociaż uważny widz nie powinien mieć z tym aż takich problemów. Jak zawsze mocna i uderzająca muzyka Krzesimira Dębskiego (no bo kogóż by innego). Aktorzy grają bezbłędnie, mimo iż mają tak kiepsko napisane postaci (co jest winą twórców scenariusza – Michała Komara i Macieja Dutkiewicza). Tym co jednak bardzo uspokaja oko i odciąga uwagę od błędów są zdjęcia. Zasługują one na specjalne wyróżnienie, a są efektem pracy Andrzeja Wolfa. Po reakcji widzów wychodzących z projekcji stwierdzam, że film robi piorunujące wrażenie. Przede wszystkim wzrusza. Sam temat, mimo iż opowiedziany z niedociągnięciami, wgniata w kinowe krzesła. Byłam świadkiem dwóch różnych reakcji: refleksji starszego pana ze złotą laską, chwili ciszy z jego strony zanim odezwał się do żony i wstał, oraz płaczu, a wręcz histerii, dwóch młodych dziewcząt w podziemnych korytarzach kina.

Należy jednak pamiętać, że sam temat nigdy się nie obroni. Należy mu pomóc. Historia opowiedziana jest dość sprawnie, chociaż naprawdę momentami człowiek odczuwa pewne zwątpienie i nie panuje nad sytuacją. Za dużo w niej chaosu (przynajmniej tego montażowego). Ja jednak jestem na tak. Uważam, że takie filmy powinniśmy robić, ale może opanujmy się z ich częstotliwością. Był taki czas w historii kina polskiego kiedy ten nurt ucichł, a teraz filmy historyczne znowu zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu. To też o czymś świadczy. Mam nadzieje, że takie filmy kręcone są po to byśmy pamiętali, a nie rozpamiętywali i po to żeby pokazywać je dzieciom, a nie robić na tym pieniądze. Konsekwencją robienia filmów jest przychód w postaci pieniędzy z biletów – jasna sprawa. Jednak ważne jest to, żeby ta cała komercjalizacja nie stała się priorytetem.

Pielęgnujmy historię, a nie róbmy z niej produktu.

Polecam:


http://film.org.pl/r/recenzje/syberiada-polska-24435/


http://wnas.pl/artykuly/1094-syberiada-polska-to-wazny-kawalek-polskiej-historii-nasza-recenzja

Zapraszam do kin.

A nas znajdziesz :


http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film

 

Wszyscy jesteśmy aktorami

27 lut

Julia Rybicka

W Polsce istnieje kilka szkół średnich, gdzie znajdują się klasy teatralne, które posiadają głównie przedmiot pt. Kultura i Sztuka albo Zajęcia Teatralne. Co kryje się pod tymi nazwami? Zazwyczaj niewiele. Niespełnione aktorki, czyli obecne polonistki prowadzą zajęcia z wyobraźni, wybierają okrojone tematy z historii teatru, a co najważniejsze z okazji każdego święta przygotowują przedstawienia plusując tym samym u pana dyrektora. Nie ma mowy o zajęciach z ruchu, impostacji, dykcji czyli z praktycznie najważniejszych, w pierwszych fazach rozwoju przyszłego aktora, zajęciach. Dlatego nie należy przywiązywać się za bardzo do szkół z rozszerzeniem teatralnym.

Dzieciaki, które interesują się aktorstwem, mają w większych miastach do czynienia jeszcze z tak zwanymi ‘pałacami kultury’, gdzie aktorzy w podeszłym już wieku, bądź młoda gwardia, która dopiero zaczyna swoją karierę, przyuczają do zawodu. Oczywiście jest to świetna forma zapełniania sobie wolnego czasu i poznania nowych ludzi. Nie mówię, że wszystkie te centra kultury są zbędne czy słabe. Jako poznanianka mogę wypowiedzieć się tylko o swoim mieście, gdzie od prawie dwudziestu lat w Centrum Kultury Zamek istnieje Studio Teatralne Próby pod kierownictwem Bogdana Żyłkowskiego i przynosi ono zabawę oraz naukę. Tutaj młodzież od 16go roku życia odbywa swój pierwszy w życiu casting. Przychodzi do poznańskiego Zamku z dwoma przygotowanymi tekstami: wierszem klasycznym i prozą oraz piosenką. Komisja, w składzie której zasiada Żyłkowski i jego pomocnicy tacy jak Agnieszka Gierach, czy Tomasz Mazur, oraz młodzi ludzie, uczestnicy studia. Czasami jesteśmy zbyt surowi dla przyszłych kolegów. Mówiąc „my” mam na myśli też i siebie, która czasem zasiada w tych szanownym gronie. Wynika to z frustracji, która siedzi w nas i zakorzeniła się mocno jeszcze podczas egzaminów do szkół teatralnych. Wielu z nas, w tym ja,  nie dostało się do wymarzonej „teatralki” na aktorski. Część całe życie spędza w Studiu lecząc kompleksy, inni zaś zacierają bliznę, którą zrobili egzaminatorzy PWST, a dla innych jest to odskocznia od codzienności, zabawa. Są też tacy, którzy spędzają tu większość swojego życia. I nie wyobrażam sobie, żeby kiedyś tego miejsca miało zabraknąć. Bo co się stanie z tą zdolną, pełną pasji i zakochaną w Poznaniu młodzieżą? Żyłkowski, zwany przez swoich ‘studentów’ Mistrzem, wzbudza respekt i jest ich/naszym mentorem. Tutaj uczysz się nie tylko warsztatu, ale także świadomości. Mottem studia jest: „Należy kochać teatr w sobie, a nie siebie w teatrze”. <Cytat K. Stanisławskiego>. Nie ma miejsca dla gwiazd. Wszyscy są równi i każdy może być aktorem. Trzeba się tylko postarać.

I tak zaczyna się droga do marzeń. Od małych spektakli, ćwiczeń nad wymową, głosem, ciałem, wyobraźnią kończymy szkoły średnie i postanawiamy zdawać na wyższe uczelnie, rzecz jasna, stricte teatralne. W naszym kraju są najważniejsze trzy uczelnie:

Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna im. L. Solskiego w Krakowie i jej odziały:

-Wydział Aktorski i Lalkarski we Wrocławiu oraz Wydział Teatru Tańca w Bytomiu,

Akademia Teatralna im. A. Zelwerowicza w Warszawie i oddział:

-Wydział Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku,

Państwowa Wyższa Szkoła Filmowa, Telewizyjna i Teatralna im. L. Schillera w Łodzi.

Co roku rośnie liczba zdających do szkół teatralnych. Pamiętam, że dziesięć lat temu zdawało około maksymalnie 400-500 ludzi. Teraz zdaje ponad 1000 kandydatów. Na miejsce przypada jakieś 53-54 osoby, a indeksów jest tylko 20. Wszyscy chcą zostać aktorami. Ale nie wszyscy jednak powinni, co pokazuje nam historia…

Jak dobrze przygotować się do egzaminów? Poprzez zajęcia w pałacach kultury? Samemu, czy może z pomocą niespełnionych polonistek, które nauczą takich „geniuszy zbrodni” ładnie recytować? Nie ma sprawdzonego sposobu, który da 100% gwarancję, że się do takiej szkoły dostaniesz, drogi Czytelniku. Są studia, które są przystosowane i skonstruowane typowo pod szkoły teatralne, które  przygotowują gagatków do egzaminów na PWST. Takim studiem, które mogę polecić jest krakowskie Lart Studio. Sama, prawie 8 lat temu, do niego uczęszczałam, ale na aktorski się nie dostałam. To może nie jest najlepsza reklama…Otóż nie. Lart ma najlepszą kadrę treningową. Uczył tu kiedyś Błażej Peszek, Przemysław Redkowski, Piotr Grabowski etc. Z tego co wiem nadal uczy tam pan dyrektor Leszek Zdybał, pani Gena Wydrych, Piotr Waligórski itd. Zajęcia, które szkoła proponuje to: sceny i technika improwizacji, piosenka, wymowa, monologi, dykcja, balet, emisja głosu. Ponad 500 absolwentów Lartu dostało się do wymarzonych szkół wyższych. Szkoła chwali się nazwiskami takimi jak: Boczarska, Małaszyński, Warchulska, Młynarczyk, Frycz itd. Trzeba jednak pamiętać o tym, że studium uczy jak zachowywać się na egzaminach, pomaga dobrać odpowiednie teksty, uczy podstaw, techniki, a nie przygotowuje do zawodu. To jest zajęcie szkół wyższych. Wielu moich kolegów przeszło egzaminy pomyślnie, ale w szkole nie potrafili się odnaleźć i sprostać wymaganiom. Co nie znaczy, że Lart nie jest wymagający. Bardziej próbuję powiedzieć, że to jednak nie jest zawód dla wszystkich.

Kiedy kandydat jest już przygotowany, wysyła odpowiednie dokumenty najczęściej do wszystkich szkół w Polsce (łącznie z kierunkami wokalnymi i lalkarskimi). Mimo iż go to nie interesuje, najważniejszy jest cel. A celem, jak wiadomo, jest znalezienie się w szkole teatralnej.

Zaczynają się egzaminy. Z perspektywy lat stwierdzam, że momentami wyglądało to absurdalnie, czasem wręcz dramatycznie. Otóż stojąc przed komisją składającą się z wielkich, znanych i cenionych aktorów dowiadujesz się jaki jesteś beznadziejny, albo jaki wspaniały. Każda szkoła ma swoje zasady, kolejne etapy egzaminów. Są one jednak zbliżone i zmieniają się czasem tylko kolejnością.

Na przykład w Krakowie, na pierwszym etapie rekrutacji, który składa się z dwóch części, człowiek czasem czuje się jak przysłowiowy debil. Dziesięć dziewcząt ubranych bardzo podobnie (obcisłe stroje gimnastyczne) staje przed komisją w rzędzie jak przed rozstrzelaniem. Zaczyna się egzekucja. W różnych kolejnościach są przesłuchiwane: z dykcji, słuchu, wymowy. Następnie w grupach muszą powtórzyć fragment układu choreograficznego (najczęściej współczesnego), zatańczyć jeden z pięciu wcześniej przygotowanych tańców narodowych. Na forum proszone są o fragmenty przygotowanych tekstów (zazwyczaj jest ich około dwunastu, z różnych epok) oraz odśpiewanie fragmentu piosenki. W ostatniej części tego etapu sprawdza się ich sprawność fizyczną. Fikołki, stanie na rękach, głowie, najlepiej na rzęsach – jak któraś potrafi. Po tym wykańczającym, 45 minutowym egzaminku, udają się do sali, gdzie przywdziewają piękne, zwiewne (bo mamy czerwiec) kreacje, malują się, perfumują i tapirują włosy. W tej części komisja skupia się na interpretacji tekstów i piosenek. W każdej szkole wygląda to trochę inaczej. Kolejne etapy (w zależności od szkoły) to sprawdzenie sprawności potencjalnego aktora, rytmiki, wyobraźni na konkretnych zadaniach aktorskich oraz historii teatru. Wszystko to rozgrywa się w całej Polsce w przeciągu 2-3 tygodni pomiędzy czerwcem, a lipcem.

Wydaje mi się jednak, że trzeba być bardzo mocno pewnym tego, że chce się zostać aktorem. To nie jest łatwy orzech do zgryzienia. Szkoła eliminuje często zachcianki młodych ludzi, którzy popełnili błąd chcąc uprawiać taki zawód. Często jednak zdarza się, że tego nie wychwytuje. Mam takie dwa dobre przykłady. Młoda dziewczyna, przepiękna. Kiedy kilka lat temu zdawała do krakowskiej szkoły teatralnej, na pytanie Krzysztofa Globisza „Dlaczego chce zostać aktorką?” odpowiedziała – Bo pani w szkole powiedziała, że ładnie recytuję. A drugi: jedna z dziewczyn w warszawskiej szkole (na 3 roku studiów) stwierdziła, że ona to już skończy tę szkołę, ale w zawodzie nie chce jednak pracować. To ja się pytam: po co szła do takiej szkoły? I gdzieś tam na świecie jest osoba, która przez nią się nie dostała. Także radziłabym przemyśleć decyzję bardzo poważnie. Tylu zdolnych ludzi ci profesorowie odrzucają i zabijają ich marzenia. To świadczy także o Was, drodzy Kandydaci. Nie dajcie w sobie zabić tych pragnień. Jak w ciągu 5 minut możecie komuś udowodnić, że się nadajecie? A jednak trzeba. Jako kandydatka byłam wielokrotnie rozczarowana. Wybiegałam z sal egzaminacyjnych zapłakana, rozżalona, wściekła, obrażona. Nie należy się jednak załamywać. Może to nie twój czas Czytelniku, a może to nie tędy droga?  Jest wiele zawodów na „A”.

Krążą oczywiście anegdoty związane z egzaminami.

Pewien chłopak bardzo ekspresyjnie i niezwykle wiarygodnie mówił tekst mordercy. W kieszeni miał nożyczki, o czym nikt nie wiedział. Podobno wskoczył na stół, przy którym zasiadała szanowna komisja i przyciął przy samej szyi krawat jednemu z egzaminatorów… Przeszedł do kolejnego etapu? Sprzedał się?  A to, że kiedy komisja kazała zagrać dziewczynie mleko, a ona zwariowała i w szoku usiadła, znacie? Na pytanie: co pani zrobiła? Odpowiedziała: zsiadłam.

Kiedyś myślałam, że robią ze mnie idiotkę karząc mi zagrać mleko, kolor czerwony, albo mewę na molo łapiącą pokarm od gapiów. Dziś myślę sobie: Boże kochany, oni mają ponad tysiąc ludzi do przesłuchania! Muszą jakąś metodę na to mieć. Ale metody chyba nie ma tak naprawdę. To kwestia wyobraźni czy może raczej szczęścia? To czasem też zależy od humorów i gustów egzaminatorów. Jak na każdej innej uczelni, jesteśmy tylko ludźmi nie zawsze musi nam się wszystko podobać. Dlatego czasami można przeoczyć diament, albo wziąć do zespołu kogoś, kto minął się z powołaniem.

Dlatego nie można się poddawać i należy w siebie uwierzyć, żeby inni w was uwierzyli, drodzy Czytelnicy. Szkoła jest potrzebna, bo uczy warsztatu, ale jeśli naprawdę kochacie teatr to będziecie go i tak nosić w sobie. Bez względu na wyniki. Pamiętajmy bowiem co mówił Michael Shurtlef: „Zdecydowanie się na aktorstwo jest jak prośba o przyjęcie do domu wariatów. Każdy może się starać, lecz tylko patentowani pomyleńcy zostają przyjęci…” .

A nas znajdziecie na:


http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Felietony

 

11 grzechów Goslinga

26 lut

Julia Rybicka

Ryan Gosling rozpoczął swoją karierę, jak większość amerykańskich aktorów, już jako młody chłopak. Pierwszy jego występ można było oglądać w programie telewizyjnym pt. „The Mickey Mouse Club”. W 1987 roku zadebiutował filmem „Frankenstein i ja”, ale wszystko zaczęło się tak naprawdę w 2000 roku od dzieła „Tytani”, gdzie zagrał m.in. z Denzelem Washingtonem. Ta rola przyniosła mu popularność. Kolejno zagrał jeszcze w dwóch filmach m.in. „Fanatyk”,  ale to „Odmienne stany moralności” Matthew Ryana Hogea zwróciły oczy Amerykanów (a później Europejczyków) na niezwykły talent aktorski młodziutkiego Ryana.

Obraz  Matthew Ryana Hogea,  to historia obok której nie można przejść obojętnie. Młody, zdolny i obiecujący uczeń szkoły średniej dokonuje morderstwa z premedytacją. Mord popełnia na chorym na autyzm bracie swojej dziewczyny. Dlaczego to robi? Czuje się niezrozumiany w otaczającym go świecie, sam nie rozumiejąc tego co dzieje się wokół niego. Przez swój karygodny czyn zmieni nie tylko swoje życie. Trafia do poprawczaka, gdzie nawiązuje nić porozumienia z tutejszym pracownikiem, który jest pisarzem, którego opuściło natchnienie i owładnęła pustka. Stany emocjonalne, które władają młodym Lelandem stają się inspiracją dla zapomnianego już artysty.

To był przełomowy moment w karierze Goslinga i ważny dla niego i jego twórczości film. Uważam, że oddał znakomicie odgrywaną przez siebie postać, ale fanką filmu niestety nie jestem.

Zainteresowanych odsyłam:
http://stacjakultura.pl/4,21,712,Odmienne_Stany_Moralnosci_recenzja_filmu,artykul.html

Dziełem, które przyniosło mu największą sławę i zdobyło serca miliona kobiet, jest słynny ‘Pamiętnik’ w reżyserii Nicka Cassavetesa z 2004 roku. Za tę rolę dostał aż 5 nagród, w tym jedną od MTV za najlepszy pocałunek.

Odsyłam:

Film ten stanowi jednak pewien fenomen. Internauci rozpisują się, że Filmweb daje wysokie noty filmowi, a tak naprawdę nie ma za co.

<
http://www.filmweb.pl/Pamietnik/discussion
>

‘Notebook’, bo tak brzmi oryginalny tytuł ‘Pamiętnika’, to niesamowity film o prawdziwej miłości. Tej, na którą czekamy i o której marzymy. Kto? My wszystkie kobiety. Historia pokazana jest na zasadzie retrospekcji. Starszy mężczyzna, który przebywa w domu spokojnej starości, każdą wolną chwilę spędza z pewną kobietą, czytając jej pamiętnik. Na zapisanych kartkach widnieje niesamowicie ciepła, piękna, wzruszająca i momentami smutna miłosna historia.

Wszystko to dzieje się w Południowej Karolinie w latach 40-tych co sprawia, że nie jest to hollywoodzka, tkliwa historyjka wyssana z palca. To szaleńcza miłość dwojga ludzi z innych sfer, którzy zostają rozdzieleni aż na siedem lat.Gosling genialnie pokazuje co dzieje się z mężczyzną, który naprawdę kocha i nagle tą miłość traci. Od radości po rozczarowanie, niezrozumienie i złość. Mamy tu całą paletę emocji. Uważam, że jest to jedna z jego najlepszych ról.

Film opowiadany jest z perspektywy starszego mężczyzny jest to jego dodatkowym atutem.
Daje do zrozumienia, że prawdziwa miłość naprawdę nie zna granic, nawet kiedy dotyka nas choroba.Świetnie dobrana muzyka oraz partnerka  życiowa (później, obecnie już nie) aktora -Rachel McAdams w roli Allie.Film godny polecenia.

Do poczytania: http://film.wp.pl/id,24819,rid,48581,title,Pamietnik-nareszcie-dobry-film-o-milosci,type,editor,film_recenzja.html
Tutaj na chwilę się zatrzymam, by wspomnieć o tym, że Gosling jest niezwykle utalentowany muzycznie. Śpiewa, oraz gra na kilku instrumentach.

O zaprezentowanie swoich umiejętności często proszą go gospodarze programów, w których występuje:


http://www.youtube.com/watch?v=SPsmfP5gUck

Poniżej link do piosenki w jego wykonaniu. Mocny, silny głos:



Wróćmy do filmów. Miano „artystycznego thrillera” zyskał film ‘Zostań’ z 2005 roku w reżyserii Marca Forstera. Film przeszedł niezauważony (niestety) tak w Polsce jak i na świecie. A szkoda, bo jest ciekawie zrobiony, a fabuła jest niezwykle wciągająca i porywająca. Dla mnie osobiście to bardzo znaczący film patrząc na aktorstwo Goslinga.

Krótko o fabule. 21-letni student z problemami natury psychicznej (słyszy głosy, jest niezrozumiany przez otoczenie i  dawno stracił nadzieje na lepsze jutro) postanawia popełnić samobójstwo. Zanim to jednak uczyni wybiera się poinformować o tym swoją terapeutkę. Natrafia jednak na jej zastępstwo – Sama Fostera (w tej roli Evan McGregor). To w sumie on stanie się najważniejszą postacią filmu. Młodzieniec, który postanawia odebrać sobie życie sprawi, że życie psychiatry diametralnie się zmieni. Tak się składa, że ów psychiatra uratował przed popełnieniem samobójstwa swoją obecną partnerkę. Czy to przypadek, że akurat do niego trafia ta sprawa? Henry, grany przez Goslinga, jest postacią surrealistyczną, ale niezwykle prawdziwą. To paradoks – tak, wiem, ale właśnie w ten sposób to widzę. Tego rodzaju kino jest dość specyficzne, dużo tu oniryzmu. Pojawiają się duchy z przeszłości, zmarli mieszają się z żywymi. Trudno się czasem połapać, chociaż dla uważnego widza wszystko jest zrozumiałe. Bohaterowie żyją na pograniczu kilku światów. Zakończenie staje się niespodzianką dla widza. Niestety w większości recenzji czytam, że na minus. Sam Gosling o swojej postaci mówi:

”Henry to bardzo ciekawa postać dla aktora, bo to, co przychodzi mu do głowy, często zaczyna żyć własnym życiem. Stopniowo pozostali bohaterowie filmu – Sam, Lila i Leon – zaczynają odnajdować się w rzeczywistości Henry’ego. „Zostań” jest niczym ogromny labirynt. Niewiele jest takich filmów”.

Całość na:
http://www.film.gildia.pl/filmy/stay/bohaterowie

Bardzo trafne spostrzeżenie, że jest to film na zasadzie labiryntu. Można się łatwo zgubić, ale jak z każdego labiryntu jest zawsze jakieś wyjście. Należy po prostu być uważnym. Mimo że to nie Gosling jest najważniejszy w tym filmie, uważam że doskonale towarzyszy swojemu filmowemu partnerowi McGregorowi.

Gosling jest również niesamowitym komikiem. Potrafi rozbawić publiczność do łez. Do tego jest, rzecz jasna, szalenie skromny. W każdym wywiadzie potrafi rozbawić publiczność i prowadzących.

Ten utalentowany przystojniaczek jest jednak przede wszystkim aktorem. Chociaż porównywany jest do Davida Beckhama. „Żurnalistom” jednak zostawmy rozstrzygnięcie tej sprawy.

Kolejny projekt, w którym wziął udział to „Szkolny chwyt” w reżyserii Ryana Flecka. Film został nagrodzony ponad 20 filmowymi nagrodami, w tym nominacją Goslinga do Oscara. Jeżeli ktokolwiek do tej pory miał jakiekolwiek wątpliwości co do warsztatu aktora, zapraszam do obejrzenia “Szkolnego chwytu”. Film został zrealizowany za niewielki budżet, a wywołał sporo emocji wśród widzów, dziennikarzy i krytyków. Okrzyknięty został najlepszym filmem 2006 roku, a w moim sercu ma szczególne miejsce.

Nauczyciel historii, Dan, pracuje w szkole na Brooklynie. Domyślacie się państwo co to oznacza. Uczy on biedne dzieciaki o różnych kolorach skóry. Nie ma z nimi lekko, bo dzieciaki są nieznośne, niesubordynowane i dochodzi między nimi cały czas do walk na tle rasistowskim. Przypomina mi to film z ‘95 roku Johna N. Smitha „Młodzi gniewni”. Dan jest szanowany wśród swoich uczniów. Traktują go jak mentora, ale też jak przyjaciela. Jest doskonałym nauczycielem, chociaż jego sposoby nauczania bywają niekonwencjonalne. Najważniejsze jednak jest to, że są skuteczne. Pechowo się składa, że poza szkołą jest zwykłym, nieradzącym sobie ze swoimi problemami, słabym człowiekiem uzależnionym od lat od narkotyków. Uczniowie i współpracownicy nie domyślają się nawet, że chodzący autorytet coś przed nimi ukrywa. Tajemnicy jednak nie daje się dochować. Dziewczynka z jego klasy przypadkowo odkrywa czarny sekret Dana. Nie informuje władz i rówieśników o tym co zobaczyła. Od tej chwili między nauczycielem, a uczennicą zawiąże się szczególna więź. Z jednej strony będą na stopie uczeń-nauczyciel, z drugiej będzie to coś na pograniczu przyjaźni z fascynacją (przynajmniej dla dziewczynki). Wygląda na to, że Dan po prostu musi być od czegoś/kogoś uzależniony. Tak się stanie w stosunkach między nimi.

Film budzi wielki respekt i wnosi nutkę nostalgii. Gosling stworzył postać, której nie można nie lubić. Widz wie, że branie narkotyków nie jest dla niego dobre, że relacja w którą wchodzi z nieletnią może skończyć się tragedią. Mimo to lubimy go. Może dlatego, że jest nam go żal? A może dlatego, że to dobry facet, tylko kompletnie zagubiony? To kolejna maska, którą zdejmuje przed nami Ryan jako aktor. Rola, która wymagała od niego wielu obserwacji młodych ludzi mieszkających na Brooklynie. Wiem coś o tym, bo kiedy sama mieszkałam w Nowym Yorku widziałam różnicę pomiędzy dzieciakami z Manhattanu, a dzieciakami z Brooklynu. Tym bardziej podziwiam Goslinga za tę kreację. Do poczytania:
http://www.stopklatka.pl/dvd/recenzja.asp?wi=37289

http://www.filmweb.pl/Szkolny.Chwyt

„Miłość Larsa” przez większość nazywany filmem nudnym. „Kiedy mężczyzna zakocha się w lale” to tytuł recenzji, którą polecam:
http://www.filmweb.pl/user/Bialy_Pielgrzym/reviews/Kiedy+mężczyzna+kocha+lalkę-6385

To niezwykle ciekawa historia, a odtwórca tytułowej roli poradził sobie z nią bezbłędnie.Facet w średnim wieku żyje w garażu swojego brata. Od zawsze było z nim „coś nie tak”. Nie spotka się z kobietami, nie spędza wolnego czasu z przyjaciółmi. Chodzi codziennie do pracy i tak wyglądają jego dni. Jeden podobny do drugiego. Pewnego dnia oświadcza bratu, że poznał dziewczynę o imieniu Blanka. Pojawia się pytanie gdzie, kiedy, jak? Kiedy przyprowadza ją do domu brata i bratowej wszystko staje się jasne. To duża, dmuchana lalka. Początkowo wszyscy uznają to za żart, ale Lars jest niezwykle poważny w kwestiach Blanki. Lalka, a właściwie dziewczyna bohatera jest częściowo sparaliżowana, przyjechała ze Wschodu i ma cały szereg historii oczywiście wymyślonych przez Larsa. Otoczenie będzie się łudzić, że to przejściowe załamanie, podśmiechiwać po kątach, a ostatecznie zwiąże się i przyzwyczai do lalki traktując ją jak każdego innego mieszkańca.

Film jest niezwykle ciepły, ale tematyka wymaga dużej wyrozumiałości, jak piszą recenzenci, z czym się w pełni zgadzam. To nie jest film dla wszystkich. Trzeba mieć ogromne serce i duży dystans, żeby zrozumieć świat, który stworzył dla nas, albo raczej dla siebie świat. Świat, w którym czuje się w końcu kochany, bezpieczny, rozumiany. Lalka jest oczywiście tylko powierzchownym zakryciem głęboko tkwiących w nim problemów. I tutaj po raz kolejny Ryan Gosling zdobył moje zaufanie. Pokazał, że jest aktorem wszechstronnym. Potrafi zagrać emocjonalnie rozstrojonego 21-latka, który chce popełnić samobójstwo, może też być szanowanym i kochanym nauczycielem uzależnionym od narkotyków, tkliwym kochankiem i romantykiem, ale także i Larsem- zakompleksionym człowiekiem z problemami o podłożu psychicznym.

Zachęcam:
http://stacjakultura.pl/4,21,2785,Milosc_Larsa_recenzja_filmu,artykul.html

Gregory Hoblit zrobił w 2007 roku film ‘Słaby punkt’. Wiele o tym dziele można powiedzieć, ale na pewno nie to, że był on słaby. Fabuła: Zamożny inżynier nie ma prawa na nic narzekać. A jednak! Dowiaduje się, że jest zdradzany przez żonę i postanawia ją zabić. Okazuje się, że policjant, który uczestniczy w akcji, miał z nią romans, co wszystko tylko skomplikuje. Sprawę prowadzi i przygląda się jej młody “glinarz”, ale za to najlepszy w tym co robi.

Fabuła filmu nie zmusza widzów do myślenia, nie ma w nim nic zaskakującego i tak naprawdę jest taka sobie opowiastką. Co jest jednak genialne to ekipa aktorów. Toczy się walka na poziomie emocjonalnym dwóch bohaterów, a przed uważnymi widzami na poziomie aktorskim. Dwaj wyjadacze amerykańskiego kina zapewniają nam rewelacyjne przeżycia. I nieważne, że to taki sobie film. To, jakie napięcie buduje Anthony Hopkins w kontrze do Ryana Goslinga, zasługuje na wyróżnienie. Dla samej historii filmu nie polecam, ale żeby ujrzeć mistrzów w jednym filmie – zachęcam! Kilka słów:
http://paradoks.net.pl/read/4421

http://film.wp.pl/id,26178,rid,62774,title,Zaskakujaco-dobry-film,type,editor,film_recenzja.html

Nominację do Złotego Globa przyniósł Goslingowi niestandardowy film o miłości ‘Blue Valentine’ Dereka Cianfrancea z 2010 roku. Aktor jest w świetnej formie i u szczytu swojej kariery. Wykazał się już tyloma atutami, wciąż szlifującym warsztatem i skradł serca już nie tylko kobiet, ale scenarzystów i reżyserów, którzy marzą wręcz o tym, żeby u nich zagrał. Kiedy zaczynał swoją karierę obiecał sobie, że będzie brał tylko ambitne filmy. Takie, w których będzie mógł pokazać jakim aktorem jest naprawdę. I jak dotąd słowa dotrzymał.

Dużo słyszałam o ‘ Blue Valentine’, ale jakoś nigdy nie mogłam się do niego zabrać. Czułam, że to nie będzie zwyczajna historia o miłości, chociaż plakaty mówiły coś innego. Instynkt mnie nie zawiódł. Miałam wrażenie jakbym oglądała dwie, różne historie. I trochę tak jest, bo film opowiada o jednej parze pokazanej w dwóch różnych momentach swojego życia. Dean i Cindy poznają się i zakochują. Zasadniczo to on dostaje na jej punkcie przysłowiowego bzika. Na przemian doświadczamy najpierw wspaniałej miłości dwojga ludzi, którzy walczą z kryzysem w ich małżeństwie kilka lat później.  Recenzenci rozpisują się nad metaforami znaczenia tytułu. Zauważają, że podczas kolejno zmieniających się scen zmienia kolor na różne odcienie niebieskiego. Ja tego nie widzę. Czytaj:
http://kinofil.pl/blue-valentine-2010-bolesnie-o-koncu-milosci/

To, że tytuł odnosi się do albumu Toma Waitsa natomiast dowiaduję się od reżysera. Love story bym tego nie nazwała. Raczej dramatem rozgrywającym się między uzależnionym od alkoholu mężczyzną, a kobietą która pracuje na dwa etaty, żeby utrzymać jego i dziecko. Co ich trzyma nadal razem? Dziecko (jak to zazwyczaj bywa), czy przyzwyczajenie? Jest taka książka, “Kobiety, które kochają za bardzo”, którą okazję miałam przeczytać. Robin Norwood opisuje w niej wiele takich związków. Czasem ma to podłoże psychiczne, niekiedy tkwi w naszym dzieciństwie. Powtarzamy wzorce, których byliśmy świadkami, a czasami boimy się samotności więc wybieramy mniejsze zło. Czym kieruje się bohaterka ‘Blue Valentine’ nie wiem. Chyba jednak miłością do córeczki. Bohater, grany przez Goslinga, bywa porywczy i niezrównoważony, co widać już na samym początku, kiedy dopiero się poznają,  zakochują. Potrafi doskonale grać na emocjach dziewczyny i pociąga nimi jak sznureczkami w kukiełce. Zakochana kobieta poddaje się czarowi, urokowi i temu czemuś, czego nigdy my kobiety wyjaśnić nie potrafimy. Wszystko się zmienia z biegiem lat. Ten drugi poziom jest dużo trudniejszy. On jeszcze walczy o tę miłość, która jest dla niego wszystkim. Zabiera żonę za miasto do hotelu, żeby przypomnieć sobie jak to było kiedyś. Nadaremnie. Pewnych rzeczy nie da się już zmienić. Jeżeli dwoje ludzi nie pracuje nad związkiem, to nic dobrego z tego nie wyniknie.

Gosling w tej drugiej “części” filmu jest ciekawszy. Przede wszystkim bywa nie do poznania, przyznaje, że miałam wątpliwości. Jeśli chodzi o jego grę, to jest dużo intensywniejsza, bardzo prawdziwa i nadal budzi sympatię u widza. Nie wiem jak on to robi. Nie jest to felieton o niej, ale jestem bezwzględną fanką talentu Michaelle Williams  i w ‘Blue Valentine’ jest po prostu boska. Film na pewno nie jest filmem romantycznym, więc drodzy panowie nie fundujcie na rocznice swoich związków takiej niespodzianki ukochanej. Może zostać źle odebrana. Film natomiast z całego serca polecam.
http://www.filmweb.pl/user/slodkadziecinka/reviews/Miłość+w+kolorze+blue-13456


http://film.onet.pl/recenzje/2-aff-blue-valentine-zmierzch-milosci,1,4910687,wiadomosc.html

http://www.stopklatka.pl/film/film.asp?fi=43917&sekcja=recenzja&ri=7307

Film “Wszystko co dobre”, który wyreżyserował Andrew Jarecki,  niestety nie pojawił się na polskich ekranach, ale łatwo było do niego dotrzeć.

Koniec lat 70-tych początek 80-tych. Młody biznesmen odziedzicza spadek, zakochuje się w pięknej kobiecie, która nie jest z tym samych sfer co on. Wkrótce, mimo sprzeciwu rodziny, para bierze ślub. Wszystko wygląda pięknie z zewnątrz, ale w środku dzieją się rozmaite rzeczy. Mężczyzna ma problem ze sobą, jest zazdrosny, zaborczy i najchętniej trzymałby żonę w klatce. To wszystko doprowadzi do niezwykłego dramatu – morderstwa. Nie będzie ono jedynym w tym obrazku. Film oparty jest na prawdziwej historii co sprawia, że jest bardzo wiarygodny i przerażający. Całej ekipie należą się gromkie brawa, ale Gosling grający “psychola” i to w dodatku odrażającego, jest wart wszystkiego. Po raz kolejny udowodnił, że jest wart miana świetnego aktora i przysłowiowego miliona dolców.

Dla zainteresowanych:
http://creativemagazine.pl/wszystko-co-dobre-recenzja,21

Rok 2011 był dla Rayana szczególny. Z jego udziałem, do kin weszły aż trzy filmy i każdy z nich odniósł sukces. Dodatkowo były one tak różne, że pokazały całemu światu jaką różnorodnością wykazuje się aktor i jaki wachlarz talentów posiada. Pierwszy, z tych trzech filmów, to oczywiście ‘Idy marcowe’ w reżyserii Georgea Clooneya (jednocześnie odtwórcy pierwszoplanowej roli). To cyniczna opowieść o sztabie demokratów prowadzącym kampanię przedwyborczą jednego z polityków w stanie Ohio. “Idy” to nic innego jak psychologiczna gra mająca na celu pokazać jak walczy się o miejsce w Białym Domu. Do czego jest zdolny kandydat, ile jesteśmy warci, ile poświęcić możemy? Jak wiele masek nosi człowiek, który dąży do sukcesu? Co jesteśmy w stanie sprzedać? Komu i za co? W imię czego? Sławy? Pieniędzy? Przede wszystkim władzy. Clooney zrobił ekranizację słynnego dramatu “Farragut North” Beau Willimona i wyszło mu to całkiem sprawnie. Dodatkowo wziął swojego konkurenta, a właściwie można by stwierdzić, że następcę Ryana Goslinga, o którym w tym felietonie cały czas mowa.

Po raz kolejny dostał on rolę, dzięki której nie możemy go nie lubić. Uwodzicielski, czarujący, a do tego uczciwy doradca staje się żywą tarczą i ofiarą spisku. Tytuł odwołuje się do zabójstwa Cezara, a co za tym idzie do tragedii szekspirowskich. Wszystko sprowadza się do tego, że wszyscy jesteśmy aktorami, nieważne jaką funkcję pełnimy. Film bardzo amerykański, ale jakby to przenieść na polskie realia, to niewiele by się zmieniło w scenariuszu. Gosling godnie partneruje Clooneyowi i to jest dla mnie najważniejsze.
http://www.filmweb.pl/reviews/O+uwodzeniu-11655

To taka rola, która każdy aktor chciałby zagrać, a udało się Goslingowi. Wracają stare, dobre czasy Clinta Eastwooda. ‘Drive’ Nicolasa Windinga Refna to świetne kino akcji.  Łukasz Muszyński pisze:

“Każde ujęcie to perfekcyjnie działający tłok w filmowym silniku. Nakręcone bez pomocy komputerów sceny akcji są adrenalinową bombą,  a ekranowa przemoc wydaje się… piękna.” Całość dostępna na: 
http://www.filmweb.pl/reviews/Szybki+i+wściekły-11743

Z każdym tym zdaniem się zgadzam. Dobre kino akcji to dobre efekty. Ale czasem nie trzeba wydawać milionów dolarów, żeby je osiągnąć. Doskonałe zdjęcia i montaż sprawiły, że ogląda się ten film jakby był ulepszany komputerowo. Jednak nie to jest w tym filmie najważniejsze i najlepsze. Gwiazdorska obsada. Historia jest zwyczajna. Młody kaskader na planach filmowych oraz mechanik, w nocy bawi się w taksówkarza dla miejscowych gangsterów. Jest zamkniętym w sobie, samotnym facetem, który stara się zapełnić sobie czas. Kamienna twarz Goslinga i zniewalający uśmiech tworzą postać macho i prawdziwego skurwysyna. Ale jak każdy badboy ma swoje słabe strony. Zakochuje się w mężatce, której mąż po wyjściu z więzienia musi spłacić dług mafii. To on – bezimienny bohater wszystkim się zajmie i będzie wyznaczał swoją “sprawiedliwość”. To oskarowa, jak dla mnie, rola Goslinga, a  film wart każdej jego minuty. Bez dwóch zdań. Zainteresowani:
http://www.rp.pl/artykul/717878.html

http://www.polityka.pl/kultura/film/1519326,1,recenzja-filmu-drive-rez-nicolas-winding-refn.read

Ostatnim filmem z 2011 roku jest lekka komedyjka pt. ‘Kocha, lubi, szanuje’, gdzie Gosling nie tylko pokazuje swoje piękne ciało, ale znowu uwodzi i czaruje … swoim talentem. Historia bogatego faceta, który ubiera się w najlepszych sklepach, używa najlepszych perfum i przemieszcza się najlepszymi markami samochodów. A przede wszystkim wybiera najlepsze kobiety. Średnio dwie minuty zajmuje mu uwiedzenie kobiety, a cały czas pozostaje przy tym w pełni dżentelmenem. Tak oto żyje Jackob. Z drugiej strony pojawia się facet, któremu życie się zawaliło. Zdradziła go żona, a on postanawia ją opuścić. Szczęścia szuka w pobliskim barze. Wyglądając jednak jak nieudacznik nie ma na co liczyć. Pewnego dnia spotyka Jackoba, który daje mu propozycję, że zrobi z niego prawdziwego macho, na co ten się godzi. Niestety nie ma tyle klasy i “tego czegoś” co Jackob, ale usilnie się stara. Perypetie obu panów będą się przeplatać. Jak to zawsze bywa, Jackobowi w końcu skradnie ktoś serce i stanie się zwyczajnym, miłym facetem… To naprawdę urocza komedia w gwiazdorskiej obsadzie. Inna komedia niż te, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Polecam:
http://www.plasterlodzki.pl/fillm/recenzje-filmow/3641-kocha-lubi-szanuje-recenzja

http://www.filmweb.pl/reviews/Uwierz+w+miłość-11656

Na tę chwilę jest jeszcze jeden film z Goslingiem, który opisałam już wcześniej na blogu. W kwietniu kolejna premiera. Z niecierpliwością czekam.

Podsumowując.Ryan Thomas Gosling, 32-letni kanadyjczyk to naprawdę nie tylko boskie ciało. I przyzna mi to niejeden mężczyzna, który doceni go przede wszystkim jako aktora. Potrafi zagrać dosłownie wszystko. Uwodzi, czaruje, budzi litość, wzruszenie, chwyta za serce. Jednocześnie potrafi być grubiański i nieokrzesany. Wie jak zagrać chama. Umie być milczący, ale wygrywać mimiką. To właśnie cały urok i czar. Po prostu klasa, doskonały warsztat i  kunszt. Głos naszego pokolenia. Lata 2000-2012 to najlepsze lata w jego karierze, a filmy z jego udziałem przynoszą nie tylko kasę, ale przede wszystkim miliony fanów dobrego kina. Dlatego zachęcam do śledzenia Ryana Goslinga, myślę że jeszcze nie raz nas zaskoczy.
Filmografia dostępna na:
http://www.filmweb.pl/person/Ryan.Gosling

A nas znajdziecie na:


http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Felietony

 

Zapomniany artysta

25 lut

Julia Rybicka

Wyobraźcie sobie, że jesteście muzykami.  Swoją drogę zaczynacie „na ulicy”, grając dla przechodniów. Nagrywacie płyty, które kupuje tylko rodzina. Ewentualnie najbliżsi znajomi. Słuch o Was ginie. Natomiast gdzieś, na innym kontynencie, jesteście bogami! Madonną, Beatlesami, Presleyem, Dylanem. To wprost niewiarygodne. Historia zna jednak i takie przypadki. I właśnie o jednym z nich jest film „Sugar Man” w reżyserii Malika Bendjelloula. Jako córka muzyka nie mogłam tej pozycji ominąć i nie mogła mi się ona nie spodobać. W polskich kinach film dostępny jest od 22 lutego.

Jest to niezwykle interesujący dokument o pewnym muzyku o imieniu Sixto Díaz Rodríguez znanym również  jako Rodríguez, czy też Jesús Rodríguez. Urodzony w Detroit, z pochodzenia Meksykanin. W środowisku muzycznym jest bezwzględnym fenomenem. Jego historia brzmi wręcz nieprawdopodobnie.

Mężczyzna ten pogrywał na ulicy, wyglądał jak okoliczny “żul” i nie budził większego zainteresowania w Stanach Zjednoczonych, a stał się ikoną lat 60-tych. Zauważony, w jednym z nocnych klubów, przez pewnego producenta podpisał kontrakt z wytwórnią Sussex Records. Niestety jego muzyka się nie sprzedawała. Musiał porzucić marzenia i zarobić na chleb. Pracował na budowach, brał „do ręki” każdą pracę, która przynosiła mu pieniądze. Pod koniec lat 80-tych startował nawet na stanowisko burmistrza. Niestety nie udało mu się spełnić i tego pragnienia. Życie zawodowe artysty wydawać by się mogło serią porażek i przeciwności losu. Nic podobnego. Podczas gdy on pracował, żeby przeżyć i utrzymać rodzinę, w RPA był gwiazdą. Pierwsza płyta dotarła tam razem z pewną Amerykanką i została skopiowana w milionach egzemplarzy. Przypominam, że wtedy nośnikiem były winyle i kasety. Teksty Rodrígueza zrobiły rewolucję wśród tamtejszych słuchaczy. Pisał on prosto z serca, a nie, jak piszą niektórzy artyści dzisiaj, pod publikę. Teksty dotyczyły apartheidu, były zaangażowane społecznie. Nawiązywały do wolności, pokoju, uprawiania miłości. Często były pisane pod wpływem impulsu, zdarzenia jak np. piosenka, której słowa brzmią: “zwolnili mnie przed Świętami Bożego Narodzenia”. Okazała się ona autentyczną historią muzyka.

Naród RPA poszukiwał śladów o swoim idolu. Zaczynali naprawdę małymi krokami. Nie mieli żadnego źródła. Zaczynali od małych naklejek z tyłu płyty, zdjęcia na okładce, od nazwy wytwórni. Próbowali dociec prawdy – kim był Sugar Man?

Legenda głosiła, że dokonał samopodpalenia na jednym ze swoich koncertów. Fani, przekonani o tym, że Rodriguez nie żyje, szukali jego rodziny. Dotarli do jednej z córek artysty, a ta przekazała im dobra wiadomość, że muzyk wcale nie umarł i ma się dobrze. Mężczyzna żył przez prawie 40 lat w nieświadomości, że na innym kontynencie spełniło się jego marzenie i został gwiazdą. W 1998 roku został zaproszony do RPA i zagrał koncert, podczas którego frekwencji publiczności mogłaby zazdrościć mu nawet Madonna. A na pewno nie powstydziłaby się. Rodríguez został tam zaproszony jeszcze czterokrotnie i zagrał około 30 koncertów. Nie zmieniło go to w celebrytę, nadal pozostał skromnym człowiekiem.

To niesamowite jakie los płata figle. W Ameryce nieznany nikomu, niedoceniony, zwykły Meksykanin, gdzieś poza granicami “wielkiego świata” staje się wielkim muzykiem.

Historia brzmi jak bajka. I trochę nią jest. Ze szczęśliwym zakończeniem. Film budzi wielką nadzieję na to, że marzenia się spełniają. Jednocześnie budzi niepokój i zwątpienie. Czy prawdziwy artysta musi umrzeć, żeby go doceniono? Czy jego płyty należy sprzedawać w innych krajach, żeby został zauważony w kraju w którym żyje na co dzień? Taki jest “szołbiznes?” Jeżeli tak traktujemy prawdziwych artystów (pod hasłem „prawdziwy” mam na myśli takiego, który pisze od serca i robi to z miłości do muzyki, a nie dla kasy), to pytanie brzmi jakich artystów mamy na rynku w chwili obecnej?  To nie jest kwestia Stanów Zjednoczonych, to tak naprawdę mogło wydarzyć się gdziekolwiek na świecie. Wydaje mi się, że tak po prostu się dzieje. Muzyków, którym się nie udaje, wywiewa za Ocean, gdzie robią karierę jako Meg Kowalski etc. Wielu się załamuje i zmienia zawód, a inni (jak Sugar Man) po prostu żyją dalej. Nie każdy jednak ma taka historię i tyle szczęścia co bohater filmu.

Film naprawdę zrobiony jest z pasją i z wielkim szacunkiem do osoby Rodrigueza i jego muzyki, która towarzyszy przez niecałe 90 minut seansu. Założę się, że niektórzy po wyjściu z kina pobiegli kupić płyty cd z jego twórczością. Trudno się dziwić.

Obraz zlepiony jest z wywiadów, fragmentów koncertów, zdjęć itd. Warto też przyjrzeć się animacji, która w pewnym momencie robi pauzę i tym samym powoduje ogromną refleksję u widza.

A oto fragment recenzji:

“Gdy natomiast przychodzi do konfrontacji owej legendy z rzeczywistością, to postać Rodrigueza nie wytrzymuje balastu mityzacji, jakim obarczył go twórca filmu. Niemniej dla fanów muzyki to kawał porządnego materiału do obejrzenia – poznają oni bowiem dość frapującą historię o zapomnianym artyście, a na dodatek posłuchają kilku świetnych kawałków.” I takich recenzji należy się wystrzegać dopóki nie obejrzy się filmu.

Całość dostępna na :
http://www.magazyngitarzysta.pl/muzyka/recenzje/12304-rodriguez-searching-for-sugar-man.html

Wczorajszej nocy ‘Sugar Man’ dostał Oskara za najlepszy film dokumentalny. I na tę nagrodę absolutnie zasłużył.

Zapraszam do oglądania.

A nas znajdziecie na:


http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film

 

To jest Polska. Tu się ciężko oddycha

20 lut

Julia Rybicka

Od kilku lat, pod patronatem Teatru Polskiego, w Poznaniu odbywa się konkurs Metafory Rzeczywistości na najlepszy dramat. W jury zasiadają specjaliści: Przemysław Czapliński – krytyk literacki, profesor literatury współczesnej z Instytutu Filologii Polskiej UAM; Łukasz Drewniak – krytyk teatralny, oraz Paweł Szkotak – reżyser i dyrektor Teatru Polskiego. W 2011 główną nagrodę zdobył młody twórca Michał Kmiecik tekstem pt. „Śmierć pracownika”. Od roku spektakl grany jest w poznańskim teatrze.

Skoro Teatr Polski się zmienia, to muszę się tym zainteresować. I tak przyjrzałam się wybierając „Śmierć pracownika”. Na początku przeraziłam się faktem, że na sali siedzi znowu jakaś klasa, którą polonistki wysłały tam za karę. Podczas show była jednak absolutna cisza. Albo to ja już nie słyszę szeptania młodych ludzi.

Zaczyna się interesująco. Kobieta w średnim wieku bawi się taśmą od kasety. Jest tak zwaną panią z offu, czyli narratorem. Prowadzi monolog trochę z historii Aten, trochę zaczepia o współczesność, zaś ciągnąca się taśma ma być nicią Ariadny, którą ta podarowała Tezeuszowi by wydostał się z labiryntu, gdy zabije Minotaura. Myślę sobie, co to ma być? Zaczyna się lekcją historii, albo raczej znajomością mitologii. Po chwili, w pomieszczeniu, które służy jako palarnia, pojawia się Minotaur w czapce zasłaniającej twarz. Potencjalny pracownik, nazywany tym, który przyszedł w sprawie pracy. Na scenie widoczny jest jeszcze POSIADACZ (czyli pan dyrektor) oraz przemyka asystentka. Dialog prowadzony między narratorką, a bezrobotnym przeradza się w seksualny akt zwany po prostu orgazmem, który przerywa fragment Hymnu Polskiego. Takich zabiegów symboliczno- artystycznych jest tu dużo więcej.

Jest to historia tego co dzieje się z młodym człowiekiem po studiach. To opowieść o tym, jak wielkie bezrobocie mamy w Polsce. Mowa tu także o wielkich korporacjach, do których żeby się dostać, należy wejść w pewne układy, znać kogoś, albo po prostu się sprzedać. Czasem brutalnie dosłownie. Wszystko zaczerpnięte z protestami jakie miały miejsce w 2011 roku w Europie. Jak sam autor mówi, od tamtego czasu przecież nic się nie zmieniło. Albo przynajmniej niewiele.

Chciałabym się skupić na symbolice, której w tej sztuce jest tak dużo. Odczuwałam wręcz przesyt takich wariantów, które zafundowali mi twórcy.
Facet starający się o prace, co jakiś czas drze się do mikrofonu, co ma być rodzajem protest songu, buntu i uwolnieniem wszelakich emocji, które głęboko tkwią w młodym człowieku. Bardzo spodobał mi się ten pomysł. Dzisiaj młodzi ludzie, nie wiadomo jak zdolni, muszą walczyć o swój byt i przepychać się rękami i nogami, by zostać zauważonymi. Posiadacz to dość ciekawa postać. Za pomocą suflera mówi teksty, z którymi się nie zgadza, wygłasza morały, które zostały mu przez kogoś innego napisane. Czy tak właśnie nie jest we współczesnym świecie? Asystentka, która staje naga przed panem prezesem i robi wszystko, żeby te pracę utrzymać, bo przecież może zjawić się młodsza i ładniejsza. Oraz postać sfrustrowanego człowieka stojącego przed perspektywą awansu, który ma zaplanowaną każdą minutę, każdą sekundę swojego życia. To oznaka pracoholizmu, monotonności i rutyny. Małżeństwo, które poddaje się codziennym czynnościom porannym/wieczornym. Czyli mycie zębów, kąpiel, seks. Aktorzy, którzy smarują się pianką do golenia i wypluwają płyn dentystyczny po uprzednim myciu zębów. Wszystko niezwykle namacalne i dosłowne. Niektóre elementy wyjęte z teatru Warlikowskiego, który jest fanem dramatów antycznych i mistrzem symboliki.

W całej opowieści pojawiają się sprawy życia codziennego. Korupcja, seks, brak zrozumienia, pieniądze, brak czasu dla rodziny, luksus i przepych. Wzruszyłam się kiedy mowa jest o samym teatrze, bo kto dziś chodzi tak naprawdę do teatru? I po co to komu? U mistrza Barei pada tekst ‘w życiu bym do teatru nie poszedł’, zaś u młodego twórcy „ do teatru chodzą laski ze swoimi pedałami’. Eh, jak to się język w sztuce zmienia. A jeśli mowa o języku to jest mieszaniną stylów wszelkiego rodzaju. Przypomina czasem język Masłowskiej. Z resztą mam wrażenie, że jej ‘Paw królowej’ był też inspiracją. Język niezwykle współczesny, bywa wulgarny, młodzieżowy, ale także zaopatrzony w teksty klasyków, filozofów, pisarzy, poetów. Razem to tworzy nowatorski kolaż językowy młodego Michała Kmiecika. Uważam, że chłopak miał niezwykłe wyczucie czasu i dużo intuicji pisząc ten tekst. Wykazał się ogromną wiedzą z dziedziny językoznawstwa, historii, literaturoznawstwa. Poruszył on problemy społeczne, co sprawia, że ten teatr stał się teatrem zaangażowanym.

W jednej z recenzji znalazłam słowa Michała czym jest dla niego teatr:

„Teatr to trybuna, publicystyka, ma być aktualny. Wypali się po dwóch miesiącach, nie ma problemu. Nie wierzę w spektakle wychowujące pokolenia widzów. Coś z nimi jest nie tak. Mój zagramy kilka razy i zejdzie z afisza. Po co mam silić się na jakiś uniwersalizm? Trzeba uderzyć konkretem. Chcę robić sztukę, która koresponduje z codziennością widzów”.

Całość na:

http://www.obliczakultury.pl/publicystyka/felietony-i-eseje/2120-michal-kmiecik-tworczosc

Jeśli chodzi o realizację, to wielkie brawa dla reżysera Ivo Vedrala, za fajnie zbudowane i (mam nadzieje) przemyślane metafory, którymi aż ocieka ten performance Piotr Dąbrowski i Jakub Papuga to moje odkrycia aktorskie, które w tej sztuce wykonały masę roboty i przeprowadziły mnie przez całą historię z przyjemnością.
Wojciech Kalwat hipnotyzował mnie swym wzrokiem, a Anna Sandowicz uwiodła nie tylko POSIADACZA, ale także męską część widowni i chyba trochę uwodziła i mnie.

Sztuka bywa momentami zabawna, ale wbrew pozorom jest bardzo smutna. Zakończenie trochę wybiło mnie z rytmu, bo oczekiwałam że ów młodzieńczy bunt przyniesie nadzieję na lepsze jutro, ale niestety wyszło jak zawsze. Smutno i podporządkowując się systemowi, czyli jak śpiewa Kazik ‘Polska, jestem w Polsce’. Dzięki twórcom, do samego końca, o tym nie zapomniałam.

Zapraszam do oglądania.

Odsyłam:

http://m.onet.pl/wiedza-swiat/kultura,3wzb4

http://teatr-polski.pl/plays,details,53,0,1,smierc-pracownika.html

A nas znajdziecie na :


http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Zatrzymana sekunda

19 lut

 

Julia Rybicka

 

Brytyjskie komedie romantyczne są dość specyficzne. Może ze względu na ich humor? Do mnie akurat tego typu kino mocno trafia. Zwłaszcza taki serial jak „Office” Rickiego Gervaisa i Stephena Merchanta, czy “Latający cyrk Monty Pythona”. A z komedii romantycznych wymienię „Love Actually”, bo uważam, że fanów, tego dania głównego w brytyjskim menu, nie może zabraknąć.

Jest jeszcze jeden film, który zasługuje na wyróżnienie i o którym przypomniał mi mój tato. Nigdy nie był super hitem, ale jeśli ktoś go oglądał, to wie, że nie sposób wyrzucić go z pamięci. Przyznaje, że w pierwszej chwili zastanawiałam się o jakim filmie mówimy. Kiedy jednak go włączyłam, po 3 sekundach przypomniało mi się nawet jego zakończenie. To jeden z “tych” niezapomnianych obrazów. Mowa o filmie „Cashback” w reżyserii Seana Ellisa.

Historia prozaiczna. Młody chłopak, student ostatniego roku Akademii Sztuk Pięknych, zostaje porzucony przez swoją dziewczynę. Po tym, jakże wstrząsającym dla niego wydarzeniu, zaczyna mieć problemy ze snem. Nie sypia całymi tygodniami. Wszystko przypomina mu jego miłość. Czytanie wciąż tych samych książek, powtarzanie tych samych czynności, zajmowanie się czymkolwiek byle nie myśleniem – nie przynosi rezultatów. Dlatego chłopak zatrudnia się na nocną zmianę w supermarkecie. Jak sam mówi: “Musiałem sprzedać mój czas”.

Tam poznaje dwóch mało rozgarniętych pracowników, którym tylko “dupy” w głowie, którzy również robią wszystko by zapełnić czas w pracy. Sam kierownik, niedowartościowany palant, nie jest inwazyjny. Jego postać praktycznie nie wnosi wiele. To kobieta – Sharon, która pracuje na kasie, wszystko zmieni w życiu Bena  Przede wszystkim wyleczy go z bezsenności.

W filmie, tak naprawdę, nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Ben posiada jednak niezwykłą moc. Potrafi zatrzymywać czas. Wszyscy, tam gdzie się znajduje, tkwią nieruchomo w miejscu. I tak, kiedy zrobi to pierwszy raz w supermarkecie, opowiada o tym jak, jako 7-latek, zakochał się w pięknie. A pod hasłem „piękno” ma na myśli kobiece ciało. Wspomina swoje pierwsze miłości: lekkoatletyczkę z TV, panią od biologii i koleżankę z klasy, którą rodzice zabrali do USA i której potem już nigdy nie zobaczył. Prawdopodobnie z potrzeby obcowania w pobliżu kobiecego piękna został malarzem.

Kiedy Ben zatrzymuje czas, przemierza pomiędzy nieruchomo stojącymi klientami sklepu, jak między figurami woskowymi w Muzeum Madame Tussauds. Co jest jednak najciekawsze to to, że rozbiera on kobiety znajdujące się w supermarkecie i… maluje je.

Kierownik sklepu ogłasza, że musi odbyć się mecz footballowy, a przeciwnikami będzie drużyna konkurencyjnego sklepu i  zjawić się  muszą wszyscy. Po meczu, w szatni okazuje się, że nie tylko Ben ma zdolności do zatrzymywania czasu. Wszyscy zjawią się na pewnym przyjęciu urodzinowym, podczas którego wiele rzeczy się zmieni.

Gra aktorska bez większych zarzutów (zwłaszcza Seana Biggerstaffa i Emilii Fox). Nie na nich bym się jednak skupiała. Dla mnie film został bardzo sprytnie zmontowany. Wszystkie płynne przejścia, przyspieszenia, zwalniania, pauzy. To zasługa Carlosa Domeque i Scotta Thomasa. Chciałabym także pogratulować twórcy muzyki – Guyowi Farleyowi, bo jest ona elementem bezwzględnie dopełniającym stanów emocjonalnych bohatera.

O czym jest film? To banał – o poszukiwaniu miłości. Albo może raczej o tęsknocie po jej utraceniu. Bo to, że banał to niestety prawda. Ale właśnie taki ten film miał być. Nie zmuszać nas do głębszych refleksji i nie wymagać od nas “grzebania” w sobie.

Zastanawia mnie, jakby tak podrążyć temat, czy nie jest to przypadkiem historia o samotności, o której tak wielu z nas tyle wie? A z drugiej strony to także opowieść o upływającym czasie. Bohater na samym końcu mówi, że czas można zatrzymać, ale nie można go cofnąć. Czyli jednak jest w tym filmie trochę refleksji, mimo całego tego banału. Sporo tu brytyjskiego humoru, ale to trzeba zobaczyć.

Osobiście lubię ten film, bo podoba mi się to co proste i wzruszające. Nawet jeśli miałoby to otrzeć się o kiczowatość i przesadność. A mam wrażenie, że „Cashback” czasem do takiego kina należy.

Znajdziecie nas na :


http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film

 

Trochę słońca tej zimy, czyli duch Felliniego dla pań.

18 lut

Julia Rybicka

Ten film ma dziesięć lat (jest z 2003 roku), ale nie zestarzał się ani trochę. W taką szaroburą pogodę jak dziś, nie powinno oglądać się ambitnego i trudnego kina. Dlatego chwyciłam za mój ukochany film romantyczny pt. „Pod słońcem Toskanii”. Najchętniej napisałabym tylko: Moje drogie, włączajcie bez chwili wahania! Jednak narobię tym paniom, które filmu jeszcze nie widziały, trochę smaku. Może i któryś z panów spróbuje? Adaptacja głośnej książki, którą pokochał cały świat.

Film opowiada uroczą historię pewnej pisarki Frances Mayes, która przypadkiem odkrywa, że mąż ją zdradza. Postanawia natychmiast się z nim rozwieść. Początkowo jej życie legnie w gruzach, ale ona bardzo szybko się z tego podniesie.

Eksmałżonek domaga się alimentów. Frances sprzedaje dom i dzielą się majątkiem. Nasza bohaterka wyprowadza się do „umieralni rozwodników” – miejsca, z którego należy szybko uciekać. Przyjaciółki lesbijki namawiają ją na kilkudniowy wyjazd do Toskanii. Początkowo Frances nie chce się zgodzić, ale w końcu dziewczynom udaje się ją przekonać.

Na wycieczkę jadą sami homoseksualiści, co ma być gwarancją tego, że bohaterka filmu się nie zakocha. Podczas zwiedzania pięknych, włoskich miasteczek, na jednej z maleńkich uliczek Frances znajduje ogłoszenie: „Villa Toskania na sprzedaż”. Amerykańską turystkę, przyglądającą się obwieszczeniu, zauważa pewna urodziwa, tajemnicza i ekscentryczna Włoszka. Postać niezwykła, piękna w swoim jestestwie, podająca się za jedną z kobiet Felliniego.

Amerykanka jednak nie da się zwieść pozorom, nie podda się pokusie zakupu domu i wróci z powrotem do homo-busu. Los jednak lubi płatać figle i sprawi, że kobieta na własne oczy ujrzy Villa Toskania. Bez chwili wahania karze zatrzymać autobus i uda się w kierunku domu. Nie zastanawiając się i działając pod wpływem impulsu, złoży ofertę kupna nieruchomości. Starej Włoszce jednak nie będzie odpowiadała cena. Kiedy zrezygnowana Frances postanowi opuścić ruinę, zostanie, za przeproszeniem, obsrana przez ptaka. Włosi wierzą w przesądy, a ptak robiący na kogoś kupę to znak szczęścia. Dlatego starsza kobieta zdecyduje się sprzedać Frances swój dom. I tutaj zaczynie się farsa połączona z melodramatem.

Dom jest kompletną ruiną, w której niefortunnie zamontowany w ścianie kran przyprawi niejednego o siniaki na ramieniu. Z odrobiną wiary, pieniędzy i wsparcia ze strony ekipy remontowej, da się jednak wydobyć z niej prawdziwe piękno. A jeśli już jest mowa o ekipie, to jak to w życiu bywa, będą nią Polacy. Student oraz doktor nauk, który w wolnych chwilach czyta Dostojewskiego i Miłosza. To oni staną się nową rodziną Frances.

Kobieta zapozna się z tamtejszymi zwyczajami, pozna i zaprzyjaźni się z włoskimi sąsiadami, będzie matkować najmłodszemu ze swojej ekipy remontowej. Zaznajomi się z nowymi smakami i nauczy się gotować po włosku. No i oczywiście się zakocha… we Francesco. O tym, czy będzie to miłość szczęśliwa, przekonajcie się sami.

Dla mnie to piękna historia o kobiecej sile, inteligencji, wierze w samą siebie. O determinacji i dążeniu do celu. O nie poddawaniu się, o przyjaźni i miłości. Prawdziwej, namiętnej, gorącej jak cała Toskania. Myślę, że kobietom po rozwodzie film ten powinien posłużyć jako poradnik.

To co, moim zdaniem, jest najcenniejsze to kolory i smaki. I zaraz znajdą się ci, którzy mi będą udowadniać, że to tylko telewizja i że od tej całej Toskanii dzieli mnie szklane pudło. Otóż nie. Sposób w jaki ten film jest zrobiony, opisywana narracja i monologi bohaterki sprawiają, że się go wręcz czuje. O książce nie wspomnę, tyle tam tego. Polecam także lekturę.

Osobiście nie mam się do czego doczepić. Świetna obsada aktorska, dobra reżyseria, wspaniałe zdjęcia. Na chandrę, w takie szare dni jak dziś, wprost idealna pozycja. Piękni aktorzy, dużo kolorów, słońca i masa uśmiechu.

Czuje się tutaj ducha Felliniego, jest on kilkakrotnie cytowany, a scena z La Dolce Vita wywołuje uśmiech, ale także wzruszenie… jedna z moich ukochanych scen… ach…chyba sobie włączę jeszcze raz…

Polecam:


http://www.stopklatka.pl/film/film.asp?fi=13737&sekcja=recenzja&ri=1570

Nas znajdziecie na:


http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film

 

Historyczny Happening w poznańskim Zamku

17 lut

 

Julia Rybicka

Teatr posiada różne formy. I to jest właśnie jego największy atut. Przyzwyczajeni jesteśmy do tak zwanego teatru tradycyjnego, gdzie mamy scenę oddzieloną od publiczności, gdzie siadamy w wygodnych fotelach, a aktorzy podają nam, jak na tacy, słowo. Historia mówi, że początków teatru należy szukać już w starożytnej Grecji. Wydaje mi się, że Grecy nie powstydziliby się tego co przedstawił w niedzielny wieczór Teatr Usta Usta Republika w Poznańskim Zamku.
Zabawa formą, światłem, muzyką, a przede wszystkim gestem – to najważniejsze czynniki, które reprezentuje ten teatr.

Zatem ruszamy w niezwykłą podróż jaką zafundowali nam jego twórcy.
Zbiórka odbywa się w wieży zegarowej. To tutaj gromadzą się adepci sztuki, widzowie o wyszukanym smaku teatralnym. W korytarzu zostają nam rozdane słuchawki i podzieleni zostajemy na pięć grup.

Na samym początku wita nas iście diabelska postać. Opowiada nam o tym, że jako duch zamieszkuje zamek od dawien dawna i że nie każdemu może się spodobać to co zobaczy, bo ten piękny budynek, ukrywa swoje mroczne tajemnice.

Za jego „namową” cała publiczność rusza naprzód. Czuję się jak marionetka, która pociągana za sznurki podąża za aktorem, ale wcale a wcale mi to nie przeszkadza. Znajdujemy się w korytarzu gigantycznego zamczyska, w którym witają nas różne postaci. Lektor z nośnika mówi, że mamy się udać do dwóch niemieckich żołnierzy, co też czynimy. Jestem w grupie numer trzy. Idziemy za wojskowymi. W słuchawkach słychać niemieckie : „Schneller, schneller nicht schlafen!”. Nie trzeba być poliglotą, żeby zrozumieć rozkaz. Dwóch mundurowych przyprowadza nas do pokoju, w którym czeka na nas ich dowódca… domyślcie się państwo kim jest ten faszysta. Tam przygląda się nam – widzom i wybiera sobie jedna „ofiarę”, z która zje kolację. Następnie otwiera, wcześniej przez nas niezauważone, drzwi i strzela do człowieka, który właśnie bierze prysznic.

Kolejna postać to tajemniczy człowiek w masce, który opowie nam historię pewnego skazańca z roku 1946. Domyślacie się o kim mowa? To Arthur Greiser – niemiecki polityk, namiestnik Rzeszy, który działał na szkodę naszego miasta i został stracony 2 lipca 1946 roku na poznańskiej Cytadeli. Kolejno odwiedzimy aż trzy sale, żeby zobaczyć obozy przejściowe dla niemieckich jeńców, a w rezultacie trafimy do gabinetu Hitlera, gdzie spotka nas wolność … Pojawi się robotnica, która wraz z towarzyszem wręczy nam transparenty i „uczestniczyć” będziemy w strajku Cegielskiego, czyli Czerwcu ’56. Obejrzymy filmik historyczny z tamtego okresu, a następnie znajdziemy się na audiencji u cesarza Wilhelma i jego żony. Mimo iż performance dzieje się w lutym, a na dworze jest zimno (jak mawia klasyk – „jak jest zima to musi być zimno” ), widzowie wychodzą na balkon za cesarstwem, by wysłuchać przemówienia władcy. Ostatnią sytuacją w jakiej uczestniczymy to wykład z matematyki. Na samym końcu wszystkie postaci gromadzą się w oknach starego zamczyska…

Spośród niewielu recenzji, które na temat tego spektaklu (a raczej widowiska) miałam okazję przeczytać, nikt nie zdradza „fabuły”, którą częstują nas twórcy. Zrobiłam to celowo. Nie odbieram państwu tak naprawdę za wiele, bo to po prostu należy przeżyć. Tego się nie ogląda, w tym się uczestniczy.

Reżyser Wojciech Wiński, po raz kolejny wykazał się niesamowitą wyobraźnią i precyzją w swoim działaniu. Zgromadził on wyrafinowaną, doborową ekipę. Współscenarzystą jest Ewa Kaczmarek. Tekst jednak nie jest najważniejszy moim zdaniem. Świetna muzyka to zasługa Michała Kowalonka, zaś doskonałe wizualizacje stworzył Arek Nowakowski. Za kostiumy odpowiedzialna jest Idallia Mantas, zaś scenografię popełnili Krzysztof Blok oraz Paweł Jerzy Bocian.
Dla ekipy aktorskiej (państwo wybaczą, że nie z nazwisk – tak wielu Was jest) wielkie, wielkie gratulacje. Mimo iż,  przepraszam, nie jest to aktorstwo „wysokich lotów” – umówmy się.

To oczywiście opowieść o poznańskim zamku, o historii tego miasta podczas i po II wojnie światowej, przywoływanie motywów oraz przenikających przez mury zamierzchłych duchów przeszłości.

Pomysł przeganiania widzów po tej ogromnej przecież budowli, bawienia się z nami, wchodzenia w interakcje, wodzenia za nos, a przede wszystkim tak niesamowitego zainteresowania całej grupy, uważam za arcydzieło. Ciekawi mnie jak wyglądały przygotowania i próby, bo moi drodzy, zsynchronizować jednocześnie pięć grup, które przemierzają zamek w tym samym tempie, ale na różnych piętrach, poziomach by spotkać się w jednym miejscu na końcu spektaklu jest nie lada wyczynem. To co towarzyszyło mi podczas tej podróży jest nie do opisania. Targały mną wszystkie emocje.

Chciałabym, żeby każdy poznaniak, ale także po prostu obywatel, patriota i miłośnik teatru mógł chociaż raz w życiu przeżyć to, co my przeżyliśmy dzisiejszego wieczoru. Jeśli tak uczono by historii, to mielibyśmy wykształconą młodzież. Zachęcam do śledzenia działań Teatru Usta Usta Republika. Moje serce zdobyli.

Odsyłam:


http://epoznan.pl/kultura-wydarzenie-42446-Szepty-Szmery-Krzyki_czyli_Glosolalia


http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,10234938,Szepty__szmery_i_krzyki_z_przeszlosci_zamku.html

strona Teatru:
http://www.ustausta.pl

A nas znajdziecie na:


http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

M jak mdłe

17 lut

Julia Rybicka

Małgorzata Pieńkowska, wraz ze swoją aktorską ekipą, zawitała na poznańskie salony. Założyła firmę „Ma Production”, gdzie występuje w roli producentki oraz aktorki, co nie jest już, w naszej rzeczywistości, jakimś specjalnym osiągnięciem. Gratuluję odwagi. Pani Małgorzata mówi:

„Moja wizja – to teatr nie przywiązany do miejsca. Uwielbiam grać dla publiczności nie tylko w Warszawie, ale także poza Warszawą. Doceniam nowe miejsca i nowe spotkania.” (
http://www.malgorzatapienkowska.pl/p/manpi
)

W poznańskim kinie Apollo, można było obejrzeć spektakl „Więzi rodzinne” na podstawie sztuki Daniela Dan Gordona. Spektakl wyreżyserował Jakub Kamiński – aktor teatralny i filmowy. Zainteresowanych odsyłam tu:
http://www.youtube.com/watch?v=1YWu5lwFEMghttp://

O czym jest sztuka? O życiu. I to dosłownie. Cztery kobiety, trzy pokolenia. Dwie córki, matka i wnuczka po kolei pojawiają się na scenie. Senior rodu nie żyje. Marilyn Ferguson (w tej roli Małgorzata Niemirska) dowiaduje się, że mąż zostawił ją z tysiącami długów, a dom aż dwa razy zastawił. Żona wiedziała, że miał on problem z hazardem, że przepuszczał pieniądze na wyścigach, ale to że mają aż takie długi było dla niej sporym zaskoczeniem. Na scenie zjawia się najmłodsza córka – Barbara Casey (Kinga Tabor). Już od samego początku widać w niej pełno emocji i dużo energii. Kolejno przybywają wnuczka – Christy Ferguson (Joanna Pokojska) i najstarsza córka – Ellen Casey Ferguson (Małgorzata Pieńkowska). Matka informuje rodzinę do jakich czynów zdolny był zmarły Senior rodu i jakie są teraz konsekwencje jego wybryków. Wszystkie kobiety są w szoku, ale czy aby na pewno? Doskonale wiedzą jakiego miały A – męża, B – ojca, C – dziadka. Kobiety mają za zadanie zaplanować pogrzeb i, co najważniejsze, napisać mowę pożegnalną. I tutaj zaczyna się cała farsa. To w słowie jest zabawa. Tekst przetłumaczono mistrzowsko, z wielką precyzją, za co wielkie brawa należą się Bogusławie Góral. Kobiety tak bawią się językiem, że wychodzi z tego wiele zabawnych sytuacji. Seniorka rodu mówi np., że jej zmarły mąż dostał dyplom doktorski za “skurwysyństwo”, albo zamiast mowy pogrzebowej mowa jest o mowie pojebowej. I wiele takich zabaw słowotwórczych można w tekście odnaleźć. Cała zabawa polega na tym, że podczas gry w Scrabble padają słowa, do których później rozgoryczone panie po kolei dopowiadają zdania, które obrażają nieboszczka.

To czarny humor. I to ma swoje atuty. Nie jest łatwą sprawą połączyć komedię z dramatem tak, żeby to wszystko nadal było prawdziwe, a nie przekłamane i sztuczne. A autorowi się to udało. Na plus tego spektaklu przemawia świetne aktorstwo. Dla mnie perłą spektaklu jest Małgorzata Niemirska, a zaraz za nią Kinga Tabor. Panie pokazują klasę i wielki talent aktorski. Jeśli chodzi o najmłodszą z rodu, to niestety aktorka jest mało przekonywująca. Małgorzata Pieńkowska jest tu po prostu ok. Ale trzeba umieć być ok.

Co mnie jednak najbardziej raziło to czasem niepotrzebne przekleństwa w spektaklu. Rozumiem pomysł, ale głębszej idei w tym nie ma. A co najgorsze mam wrażenie, że taki jest właśnie target. Po reakcji widowni, która płacze ze śmiechu kiedy Pieńkowska krzyczy “ja pierdole” czuję się fatalnie. Wystarczy, że znana osoba, “gwiazda” krzyknie przysłowiowe “o kurwa” i naród pęka ze śmiechu? Coś jest chyba nie tak. Idąc dalej – historii nie uważam za zabawną. Owszem, było kilka momentów, gdzie buzia mi się uśmiechnęła, a raz nawet kino mogło usłyszeć mój charakterystyczny śmiech. I nie do końca wiem w czym tkwi problem. Być może we mnie. Mam inne poczucie humoru.

Wzruszył mnie monolog seniorki rodu, wspaniałej aktorki, wybitnej wręcz pani Małgorzaty Niemirskiej. W tym śmiechu publiczności, ta scena przełamała moja wewnętrzną walkę samej z sobą i dała chwilę na refleksję. Kobieta opowiada o tym jak jej mama powiedziała kiedyś, że musi sobie znaleźć męża, bo on się o nią zatroszczy. I że może nie będzie szczęśliwa, ale on się będzie o nią troszczył. Pada hasło, że to małżeństwo było ‘układem biznesowym’. Podczas gdy mąż gwałcił ją, zdradzał i okłamywał ona była przy nim, bo on się o nią troszczył. Wniosek – mężczyznę, “przejmując” po matce, należy wziąć i się nim zaopiekować, a on odwdzięczy się tym samym. Smutne.

Amerykańska komedia stała się dla mnie polskim dramatem. Ale na sobotni wieczór była jak znalazł. Mam mieszane odczucia, ale państwo powinni sami się przekonać. Dlatego do teatru zapraszam.

 

A nas znajdziesz na:


https://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659?ref=ts&fref=ts

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Usta Angeliny, nogi Monroe

16 lut


Julia Rybicka

Wiecie gdzie w Poznaniu mieści się “Mój teatr”? ha! Też nie wiedziałam. I na tym polega cała zabawa. To specyficzne miejsce. Czuje się to już od momentu poszukiwania go gdzieś między Bukowską, a Polną.
Wśród blokowisk, gdzie kiedyś była myjnia samochodowa, stoi sobie “Mój Teatr”. Niesamowite miejsce. Od samego wejścia, kiedy pani sprzedająca mi bilet uśmiecha się od ucha do ucha czuję, że będę się dobrze bawić. I tak też się dzieje.

Na scenie pojawiają się dwie aktorki: Agnieszka Różańska oraz Katarzyna Terlecka.
Agnieszkę znam z ról w Teatrze Nowym i popisów wokalnych, a panią Katarzynę widzę pierwszy raz, ale na pewno nie ostatni. Jestem pod wrażeniem charyzmy i warsztatu pani Terleckiej.
“Usta Angeliny” (napisane i wyreżyserowane przez Marka Zgaińskiego) – taki tytuł nosi sztuka na którą przybyłam.

Dwie kobitki, które są zupełnie od siebie różne. Postać grana przez Różańską nosi, jak sama mówi, buty od Gucciego. Wysokie, skórzane kozaki i czerwoną sukieneczkę z cekinami. Krótką, rzecz jasna. Sam seks. Druga pani ma na sobie niskie buty zatrzymane gdzieś w czasach PRL i takową garsonkę. Przeciętna babeczka. I właśnie na zasadzie kontrastu te dwie panie będą nam opowiadać różne historie.

A historii to one znają dość sporo. Cała zabawa zaczyna się od tego, że mąż jednej z nich kończy właśnie 69 lat. Dziewczęta są dla siebie szwagierkami. No i jak na szwagierki przystało, jedna drugiej czegoś zazdrości i się wciąż przekomarza.
Niesamowicie ogląda się to jak Agnieszka Różańska i Katarzyna Terlecka wchodzą ze sobą w taką swobodną, lekką i przezabawną relację.

Kobiety poruszają motywy takie jak przemijająca młodość. Zastanawiają się czy usta Angeliny są prawdziwe czy też nie. Dlaczego facetów kręci Angelina? Wielokrotnie słyszymy słowo botoks. Starsza z nich (odgrywana przez Katarzynę Terlecką) nie rozumie na przykład dlaczego ta druga tak o siebie dba. Zarzuca jej, że robi to dla męża i dzięki mężowi (a raczej za pomocą jego pieniędzy). W odpowiedzi słyszy, że robi to dla siebie. W tym momencie wybucham śmiechem, bo zawsze sama tak odpowiadałam. To jest czyste kłamstwo, proszę państwa. Kobieta robi to dla innej kobiety. Taką mam teorię i jej się będę trzymać.

Kolejny wątek, który przykuł moją uwagę, to opowiadanie o wspólnych, rodzinnych wakacjach. Każdy z nas to zna. Jedziemy na wakacje za granicę i pstrykamy ile wlezie fotek, żeby później rodzinie i znajomym mieć co pokazywać. Niestety, często zdarza się i tak, że po tych wymarzonych wakacjach bardzo chcemy naszych ukochanych uszczęśliwić i organizujemy, pod jakimś pretekstem, przyjęcie. Wtedy to atakujemy zasypując ich milionami zdjęć i opowieściami co, gdzie, z kim i za ile. To takie typowe. Dlatego autorowi dziękuję za uwzględnienie tego w swoim inteligentnym i zabawnym tekście.

Takich historii jest dużo więcej. Cała opowieść jest nimi nasączona. Dlaczego kupujemy buty przez internet, a nie, jak przystało, w sklepach? Dlaczego tak bardzo przywiązujemy wagę do tego jak wyglądamy, próbujemy cofnąć czas, zamiast się z nim pogodzić? No i ci mężczyźni… jacy oni są naprawdę? I nie odczuwa się, że jest to nagonka na facetów, czy wręcz obrona tego słabszego gatunku. A można tak pomyśleć biorąc pod uwagę, że to właśnie mężczyzna napisał sztukę. Nie dowiedziałam się po tym tekście niczego czego bym wcześniej nie wiedziała. Jednak powiedziane jest to w tak mądry i dowcipny sposób, że łzy leciały mi po same kolana. Tekst, który utkwił mi najbardziej w pamięci to to, że „instrukcję obsługi faceta można zapisać na bilecie tramwajowym”. Coś w tym jest panowie…
Kobietom, wspaniałym aktorkom dziękuję za emocje, a reżyserowi i autorowi tekstu za litry łez, które zaschły na podłodze Waszego teatru, a które pojawią się już dziś przy kolejnym spektaklu.

Podsumowując. Zabawne. Liryczne. Inteligentne. Wzruszające. Poruszające. Komiczne. Prawdziwe… oto moja recenzja.

I taki jest właśnie „Mój Teatr” – prawdziwy. Zapytałam Marka Zgaińskiego (dyrektora, reżysera, autora tekstów do spektaklu) skąd pomysł i dlaczego tak? W odpowiedzi usłyszałam mniej więcej tak, że ten teatr ma być elitarny i powinien się podobać przez swój klimat. Co mnie jednak najbardziej rozbawiło to słowa, że bilet do teatru powinien kosztować tyle, co butelka wódki. Bilety kosztują w “Moim teatrze” mniej niż dobrej jakości wódka, ale za to wykonanie i całokształt są na najwyższym poziomie. Koniecznie, drodzy Poznaniacy, wpadnijcie do “Mojego Teatru”, a gwarantuję Wam, że zostaniecie jego stałymi bywalcami.

Odsyłam:


http://mojteatr.pl/teatr/

A nas znajdziecie na:


http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659
9

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr