RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2013

Czy oby komedia i czy po amerykańsku?

31 sty

 

Julia Rybicka

 

Jestem kobietą, więc jak każda szanująca się kobieta lubię filmy o miłości. Nie muszą to być komedie, chociaż wiadomo, że te wywołują u nas więcej uśmiechu niż łez. Ale czy zawsze? Niestety często spotykam się z opinią, zwłaszcza wśród panów piszących, „hejterską” dotyczącą amerykańskich komedii romantycznych. W argumentach pojawiają się osądy, iż są to filmy przewidywalne, nieskłaniające do większego wysiłku intelektualnego, nasycone tandetą i kiczem, tkliwe i nic nie znaczące. A przede wszystkim to bajki dla rozchwianych emocjonalnie singielek, czekających na swojego wyidealizowanego księcia.

 

Osobiście jestem fanką komedii romantycznych, bo bawią mnie one i podnoszą na duchu w trudnych chwilach. A kiedy mam naprawdę ochotę się odmóżdżyć- stanowią dla mnie panaceum. Dlatego halo, panowie piszący – bez takiej ostrej krytyki. To nasza jazda i jak już wiadomo od dawna, nie zrozumiecie nigdy świata kobiet.

 

Polecono mi film „ Lola Versus” właśnie amerykańskiej produkcji film z 2012 roku, nieznanego mi Daryl Wain’a (odsyłam do filmografii :
http://www.filmweb.pl/person/Daryl+Wein-188429
).

 

Początek  nietypowy. Bo zazwyczaj samotna kobitka szuka samotnego faceta. A tu zonk! Kobitka lat 29 ma już faceta i jest z nim mega szczęśliwa. Więc zastanawiam się na co ja mam „paczeć” ? No i bęc! Facet oświadcza się bohaterce (Lola), a ta oczywiście te oświadczyny przyjmuje. Jednak prawie, że dosłownie chwilę później bohater (Luka) zrywa zaręczyny. No i to ja rozumiem.

Zaczyna się nietuzinkowo jak na amerykańskie love story, pozostając jednak w konwencji tego gatunku. Jedźmy dalej. Kobieta oczywiście stereotypowo zajada się lodami, chipsami, godzinami wpatruje się w sufit, płacze (żeby nie powiedzieć, że ryczy) i w ogóle dramat. Serce pęka. Kiedy rusza do przodu, zakochuje się w najlepszym kumplu swojej ex miłości, co w niedalekiej przyszłości przyniesie sporo zmian w życiu jej oraz jej najbliższych.

Kolejno poznaje i „spotyka się” z przypadkowo poznanymi kolesiami i poprzez seks wyrzuca swoje frustracje i próbuje zapomnieć o swojej miłości, do której („baj de łej”) wróci podczas filmu niejednokrotnie. I tak w kółko. Finału nie będę zdradzać, powiem tylko że nie jest typowo amerykański. A może właśnie jest? Zależy do jakiego typu filmów o miłości jesteśmy przyzwyczajONE/ przyzwyczajENI?

 

Film nie zaskakuje, jest przewidywalny jak na gatunek przystało. Nie ma w nim nic co mogłabym jakoś wybitnie opisywać. Scenariusz napisany poprawnie, muzyka w porządku, zdjęcia zwyczajne, gra aktorów jakoś mnie nie porwała. No dobra, bardzo fajnie odegrana postać głównej bohaterki przez aktorkę- Gretę Gerwing. Osobiście kocham ją w „Zakochani w Rzymie”. Totalnie nietrafna moim zdaniem kreacja Joel’a Kinnaman’a. Przykre, że postać genialnego Bill’a Pullman’a nie została rozwinięta, ale cieszę się, że w ogóle była;) Film na zimowe wieczory taki do poduchy. Obawiam się tylko, że niektórych może znużyć i wprawić w szybki sen. Przyjęłam ten film na miło, ani nie rozczarował, ani nie padłam po nim na kolana. Ale warto obejrzeć, żeby się przekonać. Zwłaszcza, gdy na dworze tak chłodno…

 

 

Niestety brak recenzji godnych polecenia. Odsyłam do obejrzenia zwiastuna:

Znajdziesz nas też:

http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film

 

Gotowy produkt sztuczny

30 sty

Julia Rybicka

 

„Szołbiznes” to specyficzne miejsce, pełne przesady, przepychu, złośliwości, kłamstwa, wyrzeczeń, poświęceń… W tym świecie przeżyją tylko Ci najsilniejsi. Nie ma tutaj miejsca dla słabeuszy. To hermetyczne środowisko skupia wokół siebie wiele zawodów tj. muzycy, aktorzy, dziennikarze i ci najbardziej znani, którzy nic nie osiągnęli, po prostu są: celebryci. Ci ostatni są dzisiaj w mediach najbardziej rozpoznawani i promowani, Bóg wiedzieć dlaczego. Weźmy chociażby Natalię Siwiec, która pojawiła się jako kibic na Warszawskim stadionie, a  zasłynęła głównie jako gwiazda  „odbytu” ( reklamująca krem do odbytu ). To ja może podziękuję za takich celebrytów. W świecie, gdzie nie ma litości, poszanowania jakichkolwiek wartości, gdzie każda z tych „gwiazdeczek” czuje się prawdziwym artystą, pojawiają się także często beztalencia, które wynoszone są na ołtarze i ja nie potrafię zrozumieć tego fenomenu.

 

Pamiętamy dokładnie, jak w Polsce kilka lat temu telewizja TVN wyemitowała pierwsze reality show- „Big Brother”.  Spośród setki tysięcy debilnych obywateli naszego coraz zabawniejszego kraju, którzy przeszli miliony castingów wybrano pewną grupę stereotypów. Była grubaska- fryzjerka, był rockowiec na motorze, plastikowa infantylna idiotka, boski metroseksulany macho itd. Zamknięto ich w domu, odseparowanym od reszty świata i obserwowano za pomocą kamer przez 24h. Ja się pytam, PO CO? Po co robimy takie programy? Ludzie, którzy w prawdzie sami zgodzili się na występowanie przed kamerami, wystawiają swoje „dobre” imię  na pośmiewisko.W imię czego? Kasy? Popularności?

 

„Dom lalki” spektakl Teatru Nowego w reżyserii Michała Siegoczyńskiego, na podstawie dramatu Henryka Ibsena, to właśnie taki Big Brother. Jest to historia kobiety, która chce zostać piosenkarką, gwiazdą. Poznaje faceta, który chce zostać wielkim  producentem i oto właśnie sądzi, że dzięki kobiecie- Nora- znalazł złoty klucz do raju bram. Oczywiście jak to zazwyczaj bywa, para bierze ślub, on promuje żonę jako wielką piosenkarkę dzięki czemu sam staje się znanym w środowisku producentem. Para ma piękny dom, jak z bajki, żyje godnie i luksusowo, a co najważniejsze (dla mnie) ma trójkę dzieci, które są niewidzialne. Małżeństwo  tak pochłonięte swoją karierą nie ma czasu na wychowywanie swoich dzieci. Jest to jakby część dodatkowa. Ponadprogramowa. Dodatek taki. Jak codzienna siłownia. Oczywiście parze towarzyszą zmory przeszłości. Dawna koleżanka, również piosenkarka która pojawia się w chwili, kiedy Nora jest u szczytu sławy, gdy zaś jej blask dawno zgasł, lub właściwie nigdy nie zabłysł. Oczywiście koleżanki są wobec siebie czułe, udają że nic się nie zmieniło, na zmianę przekomarzając  się która ma lepiej/ tudzież gorzej. W „ekipie” wielkiego brata znajduje się tez psycholog- terapeuta właściwie. Zakochany w naszej gwieździe, sam posiadający problemy natury psychologicznej. Stereotypowo jest i gej, trener gwiazdeczki- największe utrapienie Nory, dzięki któremu cała farsa zamieni się w dramat. Nie obyłoby się bez wiernej psychofanki, która tak głęboko zakochana w Norze nie wie już kim jest. Ich życiu towarzyszą kamery. To przecież program o wielkiej piosenkarce, której życie prywatne chcą zobaczyć wszyscy.

 

Cały knyf polega na tym, że technicznie spektakl jest zrobiony doskonale. Po pierwsze Anna Mierzwa, wcielająca się w postać Nory wszystkie kawałki śpiewa na żywo. Żeby było zabawniej- uważam, że dużo lepiej brzmią w jej wykonaniu niż oryginały. Po wtóre- kamery faktycznie towarzyszą Norze wszędzie. Nawet kiedy aktorka przebywa poza „planem” (sceną) to my- widzowie i tak widzimy co się z nią dzieje. Efekt finalny pod względem technicznym robi wrażenie.

 

Przypomina mi się od razu scena z filmu Stuhra „Pogoda na jutro”, kiedy jedna z córek bohatera bierze udział właśnie w takim show. W finale ma dojść do stosunku płciowego pomiędzy nią,  a przypadkowym bohaterem. Scena kończy się jednak tragicznie, podobnie jak w „Domu lalki”.

 

Ze swojej strony chciałam powiedzieć, że sztuka mnie bardzo wzruszyła, zwłaszcza ostatnie minuty spektaklu. Wszystko to zasługa Ani Mierzwy, której fanką talentu jestem. Koledzy „zdzierali łacha” ze mnie, że jestem tandeciarą, że to tylko środki artystyczne, teatr- otóż drodzy koledzy, tak jestem tandeciarą. Sami z trudem przyznają się do upuszczenia łezki.

 

Spektakl uważam za dobrze zrobiony, wyreżyserowany i nie trudny w odczytaniu. Ma wzruszać, ma zastanawiać, ma smucić, daje do myślenia. Zasługą tego wszystkiego jest ogromna praca, siła, talent i kunszt aktorski tytułowej lalki – Ani Mierzwy, której głos podczas śpiewania tych wszystkich „hitów” wywołuje u mnie ciarki. Niestety zgadzam się jednak, że spektakl nie jest równy. To znaczy, pozostali aktorzy są daleko od Ani i nie tworzą jednej całości, ba nawet partnerów do grania,  co powoduje, że to właśnie Mierzwa ma takie odbicie od nich, że jest gwiazdą tego spektaklu w 100%. Jeśli poza nią miałabym kogoś wymienić, to chyba Nikodem Kasprowicz w roli geja zasługuje na wyróżnienie. Reszta aktorów była po prostu poprawna i zwyczajna, nie przeszkadzała mi po prostu. Daleko im (postaciom tak charakterystycznym w końcu) do przekonania widza do siebie. Wszystko jednak można naprawić…  A język jakim się posługują, niejednokrotnie wulgarny- zupełnie nie przeszkadza, a wręcz uzupełnia całość. Zapraszam do TN.

 

Ostanie 5 minut monodramu samej Ani Mierzwy uważam za mistrzostwo gry aktorskiej, nie przesadzając kompletnie. Wielki talent i siła tkwiąca w tej małej osóbce to wielki dar dla teatru i totalny odjazd emocjonalny dla widza. Dzięki Anka! Całej obsadzie i reżyserowi gratuluję mimo kilku błędów spektakl zasługuje na uznanie.

 

 

Odsyłam do innych piszących :

 


http://www.cp.ontv.pl/dom-lalki-na-deskach-teatru-nowego,2726,18,akt.html


http://www.mmpoznan.pl/425848/2012/9/16/dom-lalki-czyli-nora-w-domu-wielkiego-brata?category=news

Znajdziesz nas też:

http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Winny? Niewinny!- Spór dwunastu ławników

29 sty

Julia Rybicka

Jeżeli wybieracie się państwo na „Dwunastu gniewnych ludzi” do teatru z przekonaniem, że zobaczycie kopię filmu Sidneya Lumeta to jesteście w grubym błędzie. Otóż teatr rządzi się swoimi prawami. Wydawało mi się, że doprawdy ciężkie będzie przeniesienie tej historii z kina do teatru. Nic bardziej błędnego. Film oprócz świetnych kreacji aktorskich, co nie ulega wątpliwości, charakteryzuje się pewnymi filmowymi kruczkami. Klaustrofobiczna, magiczna przez to, ograniczona przestrzeń, doskonałe operowanie światłem, dźwiękiem, wszelkiego rodzaju zbliżeniami, planami. No to zadałam sobie pytanie jak Radosław Rychcik, reżyser chce to umieścić w przestrzeni teatralnej?

 

Otóż można? Da się! W sobotę wchodzę to Teatru Nowego. Biletów już nie ma ( o czymś to świadczy),  kupuję wejściówki i zasiadam „wygodnie na schodach”. Od samego początku irytuje mnie, wkur**ia wręcz siedząca za mną i podśmiechująca się z każdym gestem aktorów mło- rzeź! Poznańska, hipsterska, bananowa młodzież. Staram się wyłączyć mózg, który zmęczony całym dniem na uczelni jest i tak dość wyczerpany.

Po trzecim dzwonku zapada cisza. (powiedzmy). Z głośników słychać muzykę, która stanie się odrębnym, jakby 13 gniewnym bohaterem spektaklu. W zadymionej przestrzeni pojawiają się ONI- 12 ławników, śmietanka aktorska Teatru Nowego. Wszyscy tak samo wspaniale, dostojnie ubrani w smokingach. Wrażenie, zwłaszcza dla pań- piorunujące. Wyglądają wspaniale. Maszyna ruszyła.

Dwunastu ławników ma podjąć decyzję czy młody chłopak zabił swojego ojca i zasługuję na karę śmierci. Początkowo wydaje się, że sprawa jest oczywista. Chłopak jest WINNY. Z czasem jednak po kolei dochodzi do wahań, cienia wątpliwości, coraz większych poszukiwań i rozważań, że a może jednak jest NIEWINNY. Kłótnie dwunastu panów, wymieniających poglądy na temat sprawiedliwości pokazuje nam właśnie reżyser spektaklu. Cały bajer mam wrażenie polega na aktorstwie wszystkich panów. Po pierwsze to niezwykła sprawa. Dwunastu facetów w różnym wieku zebrać ze sobą i postawić na jednej scenie – to już  na wstępie zasługuje na uznanie. Panowie tworzą jedną całość, zespół. Trudno tu mówić o jakiś gwiazdach. Chociaż ja mam swoich faworytów, zdradzać nie będę.

Jakiego rodzaju charakterki pokazuje twórca?  Mamy przewodniczącego, Michała Kocurka, który raz rozhisteryzowany, raz powściągliwy nawołuje do głosowania. Przysięgły numer 8 – Mateusz Ławrynowicz, który jako pierwszy „rzuca kamień” i poddaje wątpliwości co do efektów jednomyślnego głosowania. A może on jednak jest NIEWINNY?  Jąkający się przez co przezabawny ławnik numer 5 Mariusz Zaniewski  oraz reszta gwardii, doskonałej co podkreślam – Grzegorz Gołaszewski, Tomasz Nosiński, Zbigniew Grochal. Mariusz Puchalski, Tadeusz Drzewiecki, Wojciech Deneka, Andrzej Lajborek, Janusz Andrzejewski i na końcu moim zdaniem perełka spektaklu Cezary Łukaszewicz, który swoją ciszą przez pół godziny spektaklu, nawet nie drgnie, żeby po chwili przypierniczyć z całej epy z wielką pompą. Szapoba! Podobało mnie się, mimo iż Cezary stał prawie na końcu łańcucha „nowoteatrowych” przystojniaczków co utrudniało mi głęboką analizę postaci.

Moim  zdaniem efekt został osiągnięty. Spektakl nie nuży, co jest już wielkim sukcesem J Mimo, iż przeszkadzało mi czasami jego zbytnie tempo i chaos, w którym na szczęście się odnalazłam, to tak żywego spektaklu z tyloma facetami i to ba, jakimi facetami, dawno nie widziałam. W tej małej przestrzeni teatralnej, gdzie na scenie nie ma właściwie wielu rekwizytów czuje się emocje.  Ławnik numer 2 Grzegorz Gołaszewski ma swojego misia, przysięgły numer 4 Zbigniew Grochol przygrywa okularami. Reszta panów ma krzesła, z których rzadko korzysta oraz mikrofony, które moim zdaniem są iście trafionym w dziesiątkę strzałem reżysera. Tutaj liczy się ekspresja, gra aktorska oraz MUZYKA Michała Lisa- uważam, że  prze-doskonała. To ona jest tym „ukrytym bohaterem” , która A- sprawia, że aktorzy są nakręceni, B- staje się dopełnieniem emocji dwunastu gniewnych panów.

 

Uważam, że jest to dobry teatr, który należy obejrzeć, ale nie nastawiać się na wielkie rewolucje, bo tak wielu widzów wychodzi wtedy niepotrzebnie zawiedzionych. To dobra sztuka, która broni się przede wszystkim reżyserią oraz aktorstwem. Z całego serca pozdrawiam kolegów i całą obsadę gniewnych ludzi oraz dziękuję za spektakl i towarzyszące przy nim emocje.

 

Zainteresowanych jak zawsze odsyłam do recenzji :

 


http://www.gloswielkopolski.pl/artykul/525445,recenzja-dwunastu-gniewnych-ludzi-w-teatrze-nowym-w,id,t.html

 


http://wiadomosci.onet.pl/regionalne/poznan/dwunastu-gniewnych-ludzi-w-teatrze-nowym,1,5042313,wiadomosc.html

Znajdziesz nas też:

http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Do czego jesteśmy zdolni, kiedy kochamy?

26 sty

Julia Rybicka

Francuski film wielkiego mistrza Hanekiego pt. ‘Miłość’ został nominowany do Oskara. Czy kogoś to dziwi? Wielki twórca filmów takich jak ‘Biała wstążka’ znowu uderza. Przytoczę cytat  Malwiny Grochowskiej z portalu Filmweb:

„.Gdy Michael Haneke tytułuje swój obraz „Miłość„, od razu nabieram podejrzeń, że będzie to film od początku do końca przesiąknięty cynizmem. Nic bardziej błędnego”.

 

Trudno się z  panią Malwiną nie zgodzić. Podobnie pomyślałam, kiedy zajęłam się analizą tego filmu. Analiza to może nie jest odpowiednie słowo, bo film, jeśli chodzi o fabułę, nie jest skomplikowany. Ale taki właśnie ma być. Porusza podstawowy problem człowieka – egzystencję.

 

Czy w tym życiowym pędzie, w poszukiwaniu lepszego “bytu” i wiecznym przepracowaniu mamy czas zastanowić się skąd przychodzimy, dokąd zmierzamy? Czym jest miłość? Jaką jednostką można by ją określić? Czy da się jej dotknąć, zważyć, powąchać? Film Hanekiego sprawia, że w całym tym zamieszaniu zatrzymujemy się na chwilę i zastanawiamy się nad sensem naszego życia.

 

“Miłość” to historia dwojga ludzi, starszego małżeństwa, które zostało wystawione na próbę. Pewnego dnia Anne, podczas rozmowy z mężem  Georges’em, milknie. Jak się okazuje dostaje udaru, trafia do szpitala, przechodzi skomplikowaną operację, która się nie udaje. Wie, że umrze. Nie chce jednak robić tego w szpitalu. Prosi zatem męża, żeby mogła odejść w swoim domu.

 

Już w pierwszej scenie, reżyser pokazuje nam, jak się ta historia skończy. Pomimo tego, nie czujemy się znużeni podczas oglądania filmu. Przecież nie o to chodzi. Tutaj nie ma jakichś rewolucyjnych, zaskakujących zwrotów akcji.

Ważną informacją, drogi widzu, jest to, że oboje są emerytowanymi muzykami. Muzyka będzie towarzyszyć bohaterom od pierwszych minut filmu, do samego jego końca. Mistrz Haneke przywiązuje uwagę do szczegółów. Słychać dosłownie wszystko: oddech umierającej bohaterki, to co dzieje się za oknem, zbliżającą się na schodach sąsiadkę. Drugoplanową rolę jednak zajmuje muzyka.

Anne nie chce, żeby ją ktokolwiek odwiedzał. Nawet własna córka. Mąż szanuje decyzję żony i pomaga jej jak może godnie odejść.

 

Jean-Louis Trintignant świetnie wczuwa się w role kochającego, troskliwego męża. Zapewnia żonie wszystko czego jej potrzeba. Warto tutaj zwrócić uwagę na genialne aktorstwo wielkiego aktora, który wraca na duży ekran po dłuższej przerwie. Każdy gest, każde zaszklenie oczu, każdy oddech czujne oko operatora rejestruje. Emmanuelle Riva, wielka diva francuskiego kina, ze starszej, pięknej nauczycielki muzyki, zamienia się w przerażoną, zmęczona, schorowaną kobietę. Dosłownie ze sceny w scenę, aktorka “starzeje się” o 10 lat. Wszystko to jest zasługą pewnych technik, oraz świetnego warsztatu aktorskiego genialnej, według mnie, aktorki.

Operator bawi się światłem. Z łatwością pokazuje pory dnia i nocy. Świetne zdjęcia! Minimalne środki. Troje bohaterów. Przewijający się sąsiedzi, opiekunka. Przestrzeń? Mieszkanie w starej kamienicy, dość przestrzenne. Niewiele, ale wystarczy. Tutaj aktorstwo jest sztuką najwyższą. Przecież nawet dialogi nie są tak istotne, jak sama więź między bohaterami.

 

Do czego jesteśmy zdolni, kiedy kochamy? Dosłownie do wszystkiego. Co jest naszą siłą? Dobro drugiej osoby. Czym jest miłość? Odpowiedzi szukajcie właśnie w “Miłości”. Co tu dużo gadać – zachęcam do oglądania. To trudne kino. Kino smutne, intymne, metafizyczne. Warte tej amerykańskiej statuetki, a przede wszystkim pełne symbolizmu i zmuszające do myślenia. Polecam. Poniżej odsyłam do recenzji:

 


http://www.plasterlodzki.pl/fillm/recenzje-filmow/6061-mio-recenzja

 


http://www.filmweb.pl/reviews/Miłość+ponad+wszystko-12843

 


http://kino.dlastudenta.pl/artykul/W_zdrowiu_i_w_chorobie_(Milosc_recenzja),87385.html

Znajdziesz nas też:

http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film

 

Żywot owada poćciwego

23 sty

Julia Rybicka

(…)„Patrzcie i słuchajcie, wy, którzyście tu przyszli dla zabawy i dla śmiechu. Oto przesunie się przed wami całe życie człowieka, ze swoim mrocznym początkiem i mrocznym końcem” (…). Tak oto tymi słowami rozpoczyna się sztuka w reżyserii Cezarego Studniaka , którą można obejrzeć w Teatrze Nowym pt. “Imperium”.

Nie byłabym sobą, gdybym nie opowiedziała paru słów dotyczących przybycia na sztukę. Zaproszona przez koleżankę do teatru, na bliżej nie określony spektakl nie wahałam się, ażeby się zgodzić. Tym bardziej z mojej ogromnej miłości do teatru. Kiedy dowiedziałam się, że sztuka “X” odbywać się będzie w Teatrze Nowym naszły mnie pewne wątpliwości. Z całym szacunkiem dla ex p.dyrektora Wiśniewskiego, za jego kadencji TN po prostu mnie męczył. Trudno też było mi się przekonać do nowego dyrektora i wprowadzonych przezeń innowacji. Widziałam “jednym okiem” sztukę,  której kompletnie nie  pamiętam (o czymś to świadczy). Nastawiona więc sceptycznie i tak się zgodziłam towarzyszyć koleżance. W dniu samego spektaklu na stronie TN przeczytałam mniej więcej o czym jest sztuka i kto gra. Ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłam, że występuje Michał Kocurek, którego fanką talentu aktorskiego i wokalnego jestem. Fanką Anny Mierzwy stałam się po “Imperium”.

Jestem w teatrze. “Na” scenie nowej. Malutka przestrzeń, w zaułku Krystyny Feldman. Klimat. Ciemno. Wokół mnóstwo dymu. Totalnie odjechana przestrzeń. Pomieszanie z poplątaniem. Niby pokój, a jednak przestrzeń otwarta. Wgnieciony w ścianę samochód, przed nim góra drewna, która z kontekstu sztuki staje się mrowiskiem, w pokoju dwoje ludzi - facet z gitarą, w czarnym długim, skórzanym płaszczu , subtelnie ubrana kobieta z wiolonczelą, na stole mały, stary telewizorek. I wreszcie…

 

…. ONI- Michał i Anna główni aktorzy. On siedzi w “wychodku” <wiecie, takim jak na wsi –wc>, który moim zdaniem zostaje genialnie wykorzystany w całej sztuce w różny sposób. Siedzi – w  wielkich czarnych buciorach, t-shircie, długim, czarnym płaszczu, ze spuszczonymi spodniami( z racji czynności jaką wykonuje ). Ona- przeciwieństwo- biała sukienka, białe rajstopy, na “czworaka” tuż obok bohatera z wychodka. Zaczęło się. Przypominam : (…)„Patrzcie i słuchajcie, wy, którzyście tu przyszli dla zabawy i dla śmiechu. Oto przesunie się przed wami całe życie człowieka, ze swoim mrocznym początkiem i mrocznym końcem”(…)

 

Zaczyna się mrocznie i ciężko. Ania (kobieta) wygłaszająca wyżej wymienione słowa jest człowiekiem- zwierzęciem. [Scenariusz powstał bowiem pod wpływem inspiracji takimi dziełami jak “Życie człowieka” Leonida Andriejewa, powieściami Wiktora Pielewina “Życie owadów” i “Święta księga wilkołaka” ].

I to nie byle jakim zwierzęciem, a najwierniejszym człowiekowi- psem. W swoim monologu z perspektywy psa – bohaterka mówi dosłownie wszystko o początku i końcu człowieka. Kolejno bohaterowie przeobrażają się w ćmy. Bohater opowiada o tym, że trudno jest podejmować słuszne decyzje, że tak naprawdę nie wiadomo czy one są w ogóle słuszne. Mówi, że w jest w nim kilka głosów, które kłócą się ze sobą, co powoduje w nim samym dezorientację i przyrównując człowieka do ćmy- prowadzi monolog o światłach, do których lecimy. I nie trzeba być do tego ćmą, żeby dać się nabrać i sparzyć. Ja jednak mam dwie ukochane sceny nazwijmy to w tym “secie”. Mianowicie- kiedy bohaterowie  w wychodku, które zmieniło się teraz w miejsce,  gdzie schroniły się ćmy,  tłumaczą dziewczynie czym jest prawda i jak bardzo można znaleźć się dosłownie “w dupie”. Posiłkują się publicznością, która najpierw staje się przyjacielem człowieka, a później wrogiem. Ta scena sprawia, że dochodzi do zamiany ról, sami bohaterowie nie wiedzą już kim są. Czy są psami, ćmami czy ludźmi. Doszło do totalnego przemieszania. Moim zdaniem, jest to sygnał do tego, żeby zastanowić się czym właściwie różnimy się od zwierząt? Kim tak naprawdę jesteśmy?

Kolejna scena z moich “top10” to ta, w której dwójka aktorów przeobrażona w postacie ćmy- w “wychodku”, który wcześniej służył jako dosłownie “wychodek”, później będzie służył jako miejsce kopulacji, schadzek, ale także jako “ołtarz” tudzieź konfesjonał, staje się teraz na chwilę bezpiecznym miejscem chroniącym od światła małe owady. Kapitalnie rozegrany motyw, który sprawia, że odnoszę wrażenie jakbym oglądała filmik przyrodniczy (brakuje mi tylko głosu z ofu Krystyny Czubównej). Dodatkowo popis kunsztu aktorskiego Kocurka i Mierzwy-szapoba! Nie chcę streszczać całej sztuki i takich smaczków, ale nawet jeśli bym to zrobiła to i tak uważam, że należałoby to obejrzeć.

Jeśli chodzi o scenariusz. Zacytuję co autor miał na myśli, kiedy miał na myśli

“Spektakl składa się z abstrakcyjnie rozrzuconych impresji dotyczących mentalnej kondycji współczesnego Rosjanina. Są to wyłącznie refleksje wynikające z wypowiedzi, moim zdaniem mądrych i błyskotliwych twórców rosyjskich. Można by powiedzieć, że tego rodzaju przemyślenia, w dużej mierze mogą dotyczyć wszystkich narodów i ich myślenia o życiu. Oczywiście jest to prawdą. Jednak to są przemyślenia właśnie rosyjskich twórców, sprowokowane niewątpliwie ich narodową rzeczywistością, która zresztą ujawnia się w wielu wątkach poszczególnych scen. Bardzo mi zależy aby te wątki dostrzegalne były wyłącznie przez tych, którzy chcą je koniecznie uchwycić. Tak czy siak są one nierozerwalne z następującą po nich przyjętą postawą, wrażliwością i duchowością Rosjan w ogóle”.

Luźno wypływające refkleksje na temat życia człowieka poparte tekstami filozofów i pisarzy rosyjskich. Mowa tu o miłości, samotności, strachu, lęku, słabościach, a wszystko to balansuje na linie między światem ludzkim, a światem zwierząt- tak naprawdę niewiele się od siebie różniących.

Jeśli chodzi o Rosję, nie jestem specjalną fanką czy nawet znawczynią tego mocarstwa. Nie dowiedziałam się natomiast ze spektaklu niczego, czego bym wcześniej nie wiedziała, ale co najważniejsze nie zburzyło to mojego obrazu Rosji. Nie uważam też cytując Stefana Drajewskiego “Cezary Studniak przegrał z materią literacką, nie zapanował nad nią, chciał powiedzieć za wiele i wpadł w karuzelę stereotypów, nowych klisz, pokazujących Rosjan jako tych, którzy nadal lubią wypić, porządzić i nawet, jeśli nie godzą się z władzą, to mają poczucie imperialnej wielkości, dumni są ze swojej Cerkwi… “

 

Cała recenzja dostępna  na: http://www.gloswielkopolski.pl/artykul/716455,teatr-nowy-premiera-imperium-po-godzinie-nudzi-po-dwoch,id,t.htm”

 

Powiem tak, jest tego sporo jak na jeden raz. Trudne może być do ogarnięcia i chaotyczne dla widzów lubiących odetchnąć i tych, którzy kochają porządek i umiar. JA do takowych nie należę dlatego mnie się to bardzo dobrze oglądało w takim pędzie i przesadzie. Powiedziane rzeczy dosłownie wprost mnie nie raziły. Scena, kiedy bohaterowie odtwarzający żuki gnojowniki bawiący się gównem i przyrównujący świat do gówna, mimo mojego i widzów śmiechu może budzić obrzydzenie. Ale nie musi. We mnie wzbudziła smutek, prawdziwość wypowiedzianych słów. Nie ma w tym przesady. Paulo Coelho mówi wprost, a czytelników ma sporo . Ja Broń Boże nie porównuję. Szydzę, ironizuję, bronię tekstu, który jest tekstem bardzo prawdziwym, smutnym, niekiedy zabawnym, a na pewno szczerym aż do bólu. Reżyserowi, który “kleił” scenariusz – gratuluję. Pomyśl na sztukę uważam za nietuzinkowy. Osobne laury dla piosenek, które przeplatają całość tekstu. Na sztuce byłam 2 razy i na pewno nie ostatni. Pojawia się bodajże 13 utworów różnorakich. Od poważnych, po “kościelne” oraz disco. Wszystkie przepięknie zaśpiewane przez aktorów z niesamowitą precyzją językową, akcentem oraz wielkim zaangażowaniem i przede wszystkim wczuwaniem się, czyli graniem.

 

Jeśli już mowa o grze, nie wiem czy byłabym w stanie powiedzieć, zaryzykować które z aktorów grało lepiej. Uważam, że obydwoje staneli na wysokości zadania i widać, że nie prześcigają się na scenie, nie walczą o własne “ja” tylko w duecie ,przy pomocy dwóch (niech to będzie tajemnicą dla państwa) aktorów-muzyków, tworzą spójną całość co składa się na efekt tak świetnie zagranej sztuki.

Szacun koledzy, koleżanki! Stworzyliście team i widać, że kochacie teatr w sobie, a nie siebie w teatrze.

 

I na koniec chciałam nadmienić, że sztuka ma różne recenzje  50/50! To  w sumie dobry wynik. Tutaj można spektakl albo polubić, albo nie. Nie ma szarości, odcieni. To ma także swój urok. Reżyser nie jest może celebrytą, ale warto pójść na te sztukę, nawet jeśli wyda wam się (jak podsłyszane przeze mnie opinie) – sztuką kontrowersyjną, nudną, przesadną, obrzydliwą. Chyba poza nudą, to właśnie taka jest. Wydaje mi się, że taka miała być. Dość mamy już “porządnych” sztuk, wałkowania wciąż tego samego nudnego repertuaru i gwiazdeczek w rolach głównych. Osobiście wróżę wielką przyszłość teatralną obu aktorom. Nadmienię, że aktorka jak się później okazało była chora, ale na scenie żaden nawet największy krytyk niebyłby w stanie się zorientować. O czymś to świadczy. Idąc myślą, która usłyszałam i z którą się zgadzam- nie chadzajmy na spektakle dla nazwisk i tego co piszą” ważne pisemka” . To my- widzowie decydujemy czy warto czy nie warto i dzięki poczcie pantoflowej zachęcamy do udziału w duchowych refleksjach i uciesze.

Nie wiem dlaczego recenzenci wymyślili, że sztuka miała być, czy próbuje być naśladownictwem, może “adaptacją” Kapuścińskiego, bo według mnie nie to było zamiarem.

 

To chyba tak naprawdę historia kraju (nie ważne jakiego), człowieka (nie ważne jakiego)- to po prostu coś uniwersalnego, do czego można się dopasować.

Jak człowiek zachowuje się wobec zwierzęcia…jak zwierzę wobec zwierzęcia, jak facet wobec kobiety…jak kobieta, która staje się matką “dziczeje” . Jak ciało kobiety jest często wystawiane na sprzedaż, jak piosenkarze nie wiedzą o czym śpiewają, a ludzie bawią się w dyskotekach nie wiedzieć czemu przy piosenkach, które się nawet nie podobają. Jak facet lubi sobie “golnąć” (czy tylko Rusek pije? ) itd…a przede wszystkim dla mnie- to sztuka o samotności.

Powstaje klamra kompozycyjna, gdzie człowiek  zaczyna w “wychodku” i umiera w wychodku, jak zawsze sam …

 

“ ona: On zaraz umrze. Urządźmy bal! Tak dawno nie tańczyłam. Wyobraź sobie, że to pałac, nad wszelki wyraz piękniejszy pałac! Zawołać muzyków. Muzyków! Czy pamiętasz? Jak bogato! Jak wspaniale! Jak świetliście! Czy pamiętasz? Zaraz umrzesz. Czy pamiętasz? Czy pamiętasz? Zaraz umrzesz? Czy pamiętasz? Jak słodko! Jak dobrze! czy pamiętasz? Zaraz umrzesz, zaraz umrzesz… Czy pamiętasz?

on nagle się zrywa ze sracza i krzyczy niespodziewanie głośno, głosem pełnym bólu, gniewu i żenady

- on: Gdzie mój giermek? gdzie mój miecz? gdzie moja tarcza? Jestem rozbrojony? Prędzej do mnie! Prędzej! – Bądź przeklę…..

 

ona: Cicho… człowiek umarł…

Odsyłam:


http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/news.html?co=print&id=57208&instance=1200&lang=&parent=&category=9&


http://www.gloswielkopolski.pl/artykul/714245,poznan-nowy-dramat-rosyjski-w-teatrze-nowym,id,t.html

 

 

Zatem zapraszam bardzo serdecznie do teatru.

Znajdziesz nas także na :

http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Okruchy życia z łzami De Niro

22 sty

Julia Rybicka

Aż trudno uwierzyć, że „Poradnik pozytywnego myślenia” nominowany został do Oskara aż w 8 kategoriach. Jednakże jest to film, obok którego przejść obojętnie nie można, to fakt. Jest adaptacją literackiego dzieła Matthew Quicka ‘Silver Lining Playbook’.

 

Dawid O. Russel znany najbardziej z „Fightera” nie mówi wprost ,o rzeczach z pozoru prostych. Sposób w jaki napisany został scenariusz sprawia, że ani na chwilę nie tracimy czujności i nie czujemy się znudzeni. Dzieje się tak za  sprawą przede wszystkim doskonale napisanego scenariusza, ale także świetnej gry aktorskiej bohaterów filmu, do których jeszcze wrócimy.

 

O czym jest ‘poradnik’? O żądzy, zazdrości, miłości, samotności, nieumiejętnym radzeniu sobie ze sobą, o bliskości dwojga ludzi…właśnie o tym. ‘Panowie piszący’ stawiają tezy, że doszukać można się w nim momentami porównania do „Lotu nad kukułczym gniazdem” gdzie? Się grzecznie pytam.

Owszem, reżyser swoim inteligentnym dowcipem, przemyca podczas projekcji absurdalne metody leczenia w szpitalach psychiatrycznych, ale nie rzucajmy się na aż tak głęboką wodę z tym ‘lotem’.

Historia dwójki ludzi –kobiety i mężczyzny, którzy (każdy na swój sposób) traci miłość. On- przyłapując żonę na zdradzie, dotkliwie pobije kochanka, sam trafi do szpitala psychiatrycznego, Jej- los odbiera męża policjanta na służbie. Łączy ich więcej niż z pozoru im się wydaje. Ta dwójka, która ‘coś’ w postaci ‘kogoś’ straciła pozna inny rodzaj miłości, więzi i nauczy się żyć na nowo.

 

To piękna opowieść o tym, jacy jesteśmy słabi, kiedy zostajemy sami. Ale też o tym, jak utrata miłości nas zmienia, jak waleczni i pełni nadziei potrafimy być próbując te miłość odzyskać. Dużo w tym filmie metaforycznych wątków, np. zaraz na początku sfrustrowany bohater wyrzuca powieść Hemingwaya przed okno.

Film jednak mimo, że nie jest zwykłą, tkliwą historyjką o miłości w stylu amerykańskim poprzez klimat jaki wprowadza Russel, zatrzymujesz się, bo daje Ci do myślenia i niesamowicie wzrusza. Postać kobiety, odtwarzana przez Jennifer Lawrence sprawia, że dużo w tym obrazku spokoju i chaosu jednocześnie. Wielkiego romantyzmu, lekkości – bo tak nazwałabym granie tej jakże utalentowanej aktorki. Z wielką subtelnością i eterycznością hipnotyzuje widza do samego końca. Uważam, że należy się Oskar dla tej aktorki za subtelność i szaleństwo, które swym warsztatem pokazała przez swoją postać.

 

Jeśli chodzi o głównego bohatera, mojego ukochanego przystojniaczka- Bradleya Coopera, to panowie nie myślcie sobie , że zobaczycie bohatera „Kac Vegas”. Daleko mu do niego. Pat to facet, który żył dzięki miłości do żony. Kiedy ta jednak go zdradza, na głowę wali mu się cały świat. Cierpi na na zaburzenia afektywne dwubiegunowe, ale robi wszystko, żeby zachować zdrową i pozytywną kondycję psychiczną. Biega, czyta, a nawet zaczyna tańczyć. Cooper został nominowany jako najlepszy aktor pierwszoplanowy i mimo, iż miłość moja do pana Bradleya nie zna końca- nie zgodzę się, że powinien statuetkę dostać. Chociaż w świetle nominowanych w tym roku filmów…. Czemu nie <lekko z przekąsem >.

 

Jednakże postać, która zasługuje na szczególne wyróżnienie to ojciec Pata- sam Robert De Niro. Facet przysięgam jest jak wino, in starszy tym lepszy. W ogóle rola starego teteryka, uzależnionego od meczy swojej ukochanej drużyny Footbolowej, nie odbiera Robertowi męskości, czaru, urody, wdzięku, a  przede wszystkim talentu aktorskiego. Wszystko to sprawia, że kochamy go jeszcze bardziej. Scena, w której aktor płacze przejdzie chyba do scen kultowych w jego dorobku artystycznym.Powiem tak- film został zrobiony bardzo poprawnie. Zdjęcia, – bez większych zastrzeżeń, genialna muzyka,

Odysłam :

 


http://www.soundtracks.pl/reviews.php?op=show&ID=1066

 

Świetne role aktorskie, doskonały scenariusz i reżyseria, która niesamowicie rozwija, etapami emocje. A to ważne. Pomimo końcówki …

Nie napiszę o nim więcej, bo dla mnie film był wyjątkowo wzruszający,  chwycił mnie za serce i trzyma do teraz, dlatego trudno mi pisać o emocjach wypływających z ekranu i z wnętrza mnie. Myślę, że każdy powinien zobaczyć film i stworzyć sobie swój “poradnik pozytywnego myślenia”. Tak naprawdę traumy przeżywamy codziennie i każdy z nas stracił w życiu kogoś kogo kochał. Nie każdy jednak potrafi sobie z tym radzić, albo radzimy sobie każdy na swój sposób. Russel zachęca do tego, by się na chwilę zatrzymać i pomyśleć…czego Wam życzę po obejrzeniu.

 

Odsyłam do recenzji :

 


http://www.filmweb.pl/user/Madame_Rose/reviews/Miłość+według+Davida+O.+Russella-13734

 


http://www.stopklatka.pl/film/film.asp?fi=56656&sekcja=recenzja&ri=9302

 

(tutaj bardzo trafnie napisane-  „Film czaruje swoimi słodko-gorzko-kwaśnymi smakami, barwnymi bohaterami, niesie optymistyczne przesłanie i nastraja – wedle tytułu i motta Pata – pozytywnie.” )

 

 

Pozdrawiam

Znajdziesz nas też:

http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film

 

Samotnie, czy w kinie?

21 sty

 

Julia Rybicka

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam trailer „Impossible” przekonana byłam, że film jest produkcji Amerykańskiej, a główne rolę powierzono Brytyjczykom. Tymczasem okazało się, że film zrobiony został przez ekipę Hiszpanów. Co mnie bardzo zaskoczyło i ucieszyło.

 

Juan Antonio Bayona, reżyser  i Sergio G. Sánchez scenarzysta stworzyli doskonały, filmowy duet. Ich twórczość przyrównana została do Amerykańskich superprodukcji, tymczasem jak widać Europejskie kino potrafi zrobić też coś po swojemu i od serca.

 

Fabuła oparta na faktach, opowiadająca historię pewnej rodziny, która przeżyła tsunami w Tajlandii w 2004 roku.

 

Czym ten film różni się od innych filmów katastroficznych jak np. “Titanic” ?

Otóż odpowiadam drogi widzu- z pozoru niczym- patrząc głębiej- wszystkim. Do tej pory najlepszymi twórcami tego rodzaju kina- melodramat, thriller, katastroficzny- byli Amerykanie. Cameron ze swoim “Titanicem” , Bay z “Armagedonem”, Emmerich z “Dniem niepodległości” i wielu wielu innych. Najgle w zajawkach pojawiają się znani aktorzy- znani z AMERYKAŃSKIEGO- kina- Naomi Watts (znana mn. z ‘Mullholland Drive’ czy ‘The Ring, oraz Ewan McGregor filmy tj. ‘Gwiezdne wojny’ czy ‘Moulin Rouge’ ). Aktorzy jednak pochodzą z Wielkiej Brytanii, co po pierwszych minutach filmu od razu da się odczuć/usłyszeć.

To właśnie Amerykanie są mistrzami robienia tego rodzaju dramatów, “jarają się” wszelkiego rodzaju katastrofami i uwielbiają pokazywać ludzki dramat i cierpienie “po amrykańsku”, nawet jeśli to nie jest zgodne z prawdą bądź historią- prawie zawsze z happy endem. Tymczasem hiszpańska produkcja z ‘brytolami’ na pokładzie nabiera innego odbioru niż te dobrze nam już znane.

Przede wszystkim film został doskonale zobrazowany. Zdjęcia są po prostu prze przecudowne. Poczynąc od tych z lotu ptaka, gdzie Azja Południowo- Wschodnia znika pod powierzchnię wody- po takie, które wywarły na mnie piorunujące wrażenie. Mam takie trzy ulubione sceny, które pozostaną we mnie na długo. Pierwszą sceną jest moment, kiedy tuż po uderzeniu pierwszej fali tsunami, drzewa palmiaste uspokajają się, żeby po chwili targane przez wiatr rozbujać się na nowo. Operator najpierw pokazuje nam poruszające się palmy, żeby po chwili przenieść nas w do zbliżenia na małego, egzotycznego owada, który przeżył. A wszystko to dzieje się na liściu, na którym widać wyraźnie krople wody. Efekt niczym w 3D. Jeszcze długo myślałam, że mam tego robala na nogach. Kolejne dwie sceny to już praktycznie finał filmu. Motyw szarpania się pod wodą, walczącej z żywiole, połamanymi gałęziami, luźno unoszącymi się z mega prędkością żelaznymi przedmiotami – głównej bohaterki- Marii. Miałam wrażenie, jakbym to ja sama walczyła. I moja ostatnia top scena- właściwie sekwencja, kończąca te scene- zatrzymanie,w totalnym bezruchu owej kobiety- „miszcz”.

Gdzieś po drodze, sami zobaczycie, mistrzowsko zagrane oraz doskonale sfilmowane zbliżenie twarzy i oczu cierpiącej i zmęczonej kobiety.

 

Sama tragedia jest już dramatem w skali międzynarodowej, światowej! Ginie dziesiątki tysięcy ludzi.Ci, którzy przeżyją stracili wiele, niektórzy wszystko: rodziny, domy, zdrowie, nadzieje. A nawet jeśli przeżyli- z trauma będą się borykać do końca życia. Twórcy powracają do podstawowych wartości ludzkich. Przypominają co w życiu jest tak naprawdę ważne- życie samo w sobie. O czym nie powinniśmy zapominać, a przede wszystkim szanować, doceniać i cieszyć się z każdej chwili, bo nigdy nie wiadomo, kiedy możemy to stracić…

Reżyser potrafi szokować- prócz tragedii samej w sobie, jest mistrzem budowania napięcia. Odpowiednio dzieli emocje na następujące po sobie sceny.

Widz cały czas czuje się zaskakiwany, przerażony. Magia kolorów- prawie turkusowa  woda na początku filmu, zamienia się w zgnitą, zieloną, zabójczą wodę. Piękne zielone palmy, stają się zgniłymi,ciemno- brązowymi narzędziami zbrodni. Przeważająca jednak jest ilość żółci- która można potraktować jako metaforę tego- co my ludzie,mamy tak naprawdę w środku. Dodatkowo wszystkie rany głownej bohaterki, ale także ludzi poszkodownych w szpitalach, dzieci zwłaszcza są zasługą świetnej, chociaż szokującej i odrażającej – charakteryzacji. Wielki ukłon dla twórów scenografii. Operatora czuje oko sprawia, że nawet zawinięte trupy w worki foliowe sprawiają niekiedy odruchy wymiotne. Warto zwrócić także uwagę na muzykę. Jak w każdym filmie katastroficznym buduje ona napięcie, ale nie jest najważniejszym jego elementem- co zasługuje na wyróżnienie. I na koniec- doskonała gra aktorów. Przede wszystkim pięknej Naomi Watts, ale także Ewana McGregora- krystaliczna gra aktorska i bezwarunkowo widoczny wyrafinowany, imponujący warsztat aktorski. Co mnie jednak najbardziej szokowało i wzruszyło to wyśmienita i powalająca gra jednego z chłopców, synów bohaterów Lusaca, odwatrzanego przez Toma Hollanda również Brytyjczyka. Anglikom gratuluję takich diamentów, a Hiszpanom- perełek filmowych! Moje filmowe oko, po 2 sekundach na ekranie dostrzegło epizodyczną rolę Geraldine Chaplin. Ale to już uwaga, do tych zajawkowiczów-kinomanów.

 

Nie wiem, drogie panie czy tego rodzaju melodramat powinnyśmy oglądać samotnie czy w kinie? Na pewno, zwłaszcza te wrażliwe będą potrzebowały zapas chusteczek. Przyznam, że użyłam ich sporo, ale film obejrzałam w samotności, czego nie żałuję. Panom, którzy chcą wyjść na romantyków i wrażliwych polecam zaprosić dziewczynę na randkę, zapewne urośniecie w jej oczach. Sami zaś nie krytykujcie filmu zbyt mocno, bo to raczej pod “babskie” kino podchodzi, przynajmniej emocjonalnie.

Film w Polskich kinach od 25.01 dlatego za dużo o panach piszących dziś nie było, trochę ich uprzedziłam. FilmWeb i Michał Walkiewicz jak zawsze jednak ogarnęli temat :


http://www.filmweb.pl/reviews/Pokonamy+falę-13718

 

a tu z Angielskiego :


http://www.imdb.com/title/tt1649419/

 

 

Polecam!

Znajdziesz nas także na:

http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film

 

Czego pragną faceci ?- przepis na ojcostwo

20 sty

Julia Rybicka

Nominowany do Złotych Lwów na Festiwalu w Gdyni, dobra zapowiedź kolejnego polskiego hitu ostatnich lat? A może po prostu- świetne „męskie kino” nie tylko dla mężczyzn?

 

Sceptycznie nastawiona byłam do tego filmu. Trailer zawiera, jak się później okazało wszystko co najważniejsze i to Boże broń, nie jest zarzut. Absolutnie. Artur Żmijewskim dobrym aktorem jest, bez wątpienia. Nie należę jednak do jego fanek. Uważam, że gra trochę zawsze tak samo. Lata 90- te jednak lata świetnych filmów naszego Ojca Mateusza, takich jak ‘Ucieczka z kina wolność’, ‘Psy’, ‘Daleko od siebie’, ‘Ekstradycja’. Większość ról, które trafiały się Doktorowi Burskiemu z Leśnej Góry – (poza moimi uszczypliwościami, serialowe dobre dusze) to głównie surowi policjanci, czarne charakterki etc. I nagle spada na niego ‘Mój rower’. Kreacja aktorska, która we mnie wzbudziła szacunek do całego warsztatu aktora i przeprosiłam go w duchu za bluźnierstwa w jego stronę o braku talentu. Być może to zasługa świetnie, moim zdaniem napisanego scenariusza przez duet Wojciecha Lepianki i Piotra Trzaskalskiego, reżysera tego jakże wzruszającego filmu. Jeśli chodzi o aktorstwo to zaletą dzieła jest także pozostała dwójka aktorów: kompletni naturszczycy, wielki muzyk Michał Urbaniak oraz reprezentujący najmłodsze pokolenie Krzysztof Chodorowski.

 

Historia z pozoru banalna. Trzy pokolenia, trzech mężczyzn. Każdy na innym etapie życia, każdy z nich ‘jest’ inny i każdy jest ojcem. Od Włodka (M.Urbaniak) chorego na cukrzycę odchodzi żona. Na pomoc wkracza wnuk Maciek (K.Chodorwski) oraz syn Paweł (A.Żmijewski). Odbędą oni sentymentalną podróż, która odmieni ich życie.

 

Trzaskalski nie owija w bawełnę. Nie opowiada o bzdurach i bzdureczkach. Dotykają go tak zwane ‘trudne sprawy’, ważne, o których widz nie do końca chce usłyszeć. Nie chciałabym żadnego „typu” widza urazić, ale ludzie w większości chodzą do kina, żeby się rozerwać, oderwać od swoich codziennych spraw i zobaczyć coś pięknego, hollywoodzkiego, nierealnego. Pomarzyć, pośmiać się, odetchnąć. Nikt z nas nie lubi oglądać cierpienia i smutku. A właśnie o tym jest „Mój rower”. To nie jest kino w stylu: piątkowy wieczór przed imprezka, wezmę swoją „dziunię” i pokaże jej świat, zaimponuję, że ambitne kino i to, a potem pójdziemy na imprezkę. Nie koniecznie jest to film wart obejrzenia w kinie, a już na pewno nie w multiplexie. Aczkolwiek mimo, iż jestem fanką oglądania takich rzeczy w samotności, to nie tak naprawdę można go obejrzeć gdziekolwiek, bo wart jest tego z pewnością.

 

Reżyser jest mistrzem opowiadania o męskich relacjach. W „Moim rowerze” pokusił się o relację syn- ojciec, ojciec-syn. Najstarszy- Włodek, człowiek dość mocno pozamykany, z przeszłością, żyjący w tak zwanym „swoim świecie”, Paweł- muzyk wysokiej klasy, filantrop, zadufany w sobie, niezbyt dobry ojciec, Maciek- zamknięty w sobie, szczery aż do bólu, pozbawiony ojcowskiego wsparcia, zrozumienia i okazywania miłości. Trzaskalski w 90 minut sprawia, że relacje między panami ewoluują, zmieniają się, panowie dorastają, zaczynają się słuchać, rozumieć, uczyć, obserwować siebie, ufać.

 

Twórca ma dodatkowy atut, a mianowicie podczas, gdy film owiany jest nostalgią, potrafi się do widza uśmiechnąć, na chwilę go rozbawić, daje odetchnąć. ‘Mój rower’ to film o relacjach, o nabieraniu doświadczenia. Wzruszający i metaforyczny. Pojawiają się zarzuty przez ‘panów piszących’, iż metafora roweru jest spłycona, nad wymiar przesadna i bez sensu. Osobiście uważam, że poruszający jest właśnie ten obrazek- przekazywanie z pokolenia na pokolenie zwyczajnego roweru. No, ale może ja się nie znam…Albo po prostu jestem sentymentalną babką. Czytam także, że faceci tak ze sobą nie rozmawiają, że relacje są mocno przerysowane. Zarzucano też filmowi, że bywa groteskowy, a w recenzji Joanny Ostrowskiej, na Filmwebie czytamy”

“W tym baśniowym obrazeczku drażni przede wszystkim sielskość i anielskość. Męski rytuał inicjacyjny plus żartobliwe dialogi dziadziusia z za dużym brzuszkiem, odprawiane przy szklaneczce bimberku trącą biesiadą”

 

Oczywiście jest to osobiste zdanie pani Joanny, ale cytując Annę Dymną” a nie można tego jakoś inteligentniej, ładniej napisać, trzeba od razu tak mocno? “.

Zdania jak zawsze są podzielone. Oczywiście, że są niedociągnięcia. Film momentami płynie zbyt wolno, za dużo jest pazu, nie pojawiają się prawie w ogóle kobiety (nie, nie jestem feministką), a w tych obrazkach naprawdę zgadzam się z ‘panami piszacymi’ czasem jednak tej babskiej ręki brakuje. Muzyce np nie mam nic do zarzucenia, a finałowa scena, gdzie przeczytałam ilu brało udział autentycznych muzyków 30 muzyków, 400 statystów,( kręcona była w Filharmonii Łódzkiej ) trochę amerykańska, ale bardzo przystępnie zrobiona moim zdaniem. Cytując Dominika Nykiela “(…)Tym piękniejsze jest to przyglądanie się owym relacjom (co podkreślają zdjęcia płynnej i spokojnej kamery Piotra Śliskowskiego; swoją drogą bardzo podobne do tych, których autorem był Krzysztof Ptak w „Edim”) (…)” którego to recezję polecam :


http://www.kina.resinet.pl/recenzje/recenzja-moj-rower.html

 

Poniżej recenzje ‘panow piszacych’

 


http://film.wp.pl/id,29276,title,Moj-rower,film_szczegoly.html>/span>


http://www.filmweb.pl/reviews/Męskie+trio+rodzinne-12794


http://wyborcza.pl/1,75475,12858013,_Moj_rower____historia_prosta_jak__Edi_.html

 

Film, który zapadnie mi w pamięć…!

Znajdziecie nas także na :

http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film

 

Tesco, Real, Kaufland zło w postaci kabanosa

19 sty

Julia Rybicka

Wciąż narzekamy, że Polskie kino jest mało ambitne, że gubimy się między gatunkami, nie wychodzi nam naśladownictwo. Aż tu nagle pojawia się „Supermarket”. Trudno jednoznacznie sklasyfikować do jakiego gatunku go wrzucić. Nazwałabym to thrillerem, dramatem, kinem mocno zaangażowanym społecznie. Reżyserem filmu jest Maciej Żak. Ukończył reżyserię na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Był drugim reżyserem filmu Juliusza Machulskiego „Pieniądze to nie wszystko”. Wszyscy najbardziej pamiętamy jego świetny debiut “Ławeczka”. I oto po latach pojawia się “Supermarket”.

Zwiastun zapowiadał się całkiem interesująco. Wstrząsnął mną trochę, że tak powiem: poczułam się jak martini Jamesa Bonda. Na szczęscie nie mieszane. Doskonale przedstawiony. Myslę, że nie popłynę za bardzo stwierdzając, iż iście Amerykański.

Odsyłam do trailera :

W przysłowiowych “dwóch zdaniach” o czym jest film. Dzięki doskonale rozwijającemu się scenariuszowi, widz ani na chwilę nie przestaje myśleć. A to w naszym rodzimym kinie rzadkość. Jest ostatni dzień roku. Przypadkowy bohater jedzie z żoną do domu, ale ponieważ jest zima, która zaskakuje drogowców i samą zimę – pada akumulator. Zmuszony jest kupić go w pobliskim supermarkecie. I tutaj zaczyna się cała historia – ten everyman – znika wśród kabanosów i szampanów…

Przede wszystkim twórcy pokazują stereotypowych “typków”. Mamy tutaj przypadkowego bohatera, który po prostu chciał kupić akumulator. W tej roli nieoceniony, a co najgorsze niedoceniony przez naszych widzów i ‘panów piszących’ Tomasz Sapryk. Kolejno – młody, niedoświadczony, trochę pozamykany, wrażliwy muzyk – bohater całego zjawiska – Michał Roznerski. Moje osobiste odkrycie świetnego aktorstwa. Jego dwaj “koledzy” z branży, równie zdolni Wojciech Zieliński, Mateusz Janicki, typowe cwaniaczki. Kierownik sklepu – zadufany buc – Przemyśław Bluszcz. Roztargniona i zrozpaczona żona “przypadkowego bohatera”- Iza Kuna.
No i na końcu, bo zasługuje na specjalne wyróżnienie - człowiek, który swoim aktorstwem “zamiata” najwet najzdolniejszą młodzież. Marian Dziędziel – jako szef ochrony, bezwzględny tyran lawirujący pomiędzy przeszłością, a teraźniejszością. Aktor, z nazwijmy to “ historyczną przeszłością” podjął się stworzenia tak wspaniałej kreacji. Tymbardziej, panie Marianie, szapo ba.

Kilka słów o muzyce. Silver Rocket, to zespół który w moim sercu i guście muzycznym ma szczególne miejsce. Uważam, że nie tylko jest dobry, ale także idealnie wpasowuje się w historię wyżej opisywanego dzieła. Daleko nam do Zachodniego kina, ale powoli zaczynamy kumać co zrobić, żeby ten dystans zmniejszyć i nie oddalać się od zachodnich kolegów, a przybliżać. Twórcą muzyki jest Mariusz Szypura, którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam.

Zdjęcia zostały wykonane z iście niesamowitą precyzją. Długie ujęcia, bardzo przyjazna widzowi kamera, która sprawia, że czujemy się świadkami całego zdarzenia. Przestrzeń, w której odbywa się “proces” trudna jest do ogarnięcia, a jednak twórcom udało się. Długie korytarze, klaustrofobiczne pomieszczenia przypominające te prl-owskie pokoje przesłuchań.

‘Panowie piszący’ rozprawiają się na temat tego, że film przypomina Kafkowy proces. Coś w tym jest… jednakże w naszej podświadomości to film “historyczny”, o polskości. Pokoje przesłuchań, podsłuchy, kamery w sklepie, sposób traktowania pracowników przez szefa, szefa przez pracowników oraz szefa i pracowników –potencjalnego klienta. Nic się nie zmieniło, czasy tylko są inne.

Trochę zalatuje momentami Bareją. Mięso na wystawce musi wyglądać na świeże. Klient w krawacie jest mniej awanturujący się. Z okazji braku okazji, to wymyślmy sobie okazję, dla naszych klientów- występ polskiej gwiazdy klasy D,E,F? Totalny absurd.

Co mnie jednak najbardziej cieszy to to, że potrafimy zrobić dobre kino, ze wspaniałym scenariuszem, świetną muzyką, doskonałym aktorstwem. Nie mamy się czego wstydzić. I tu, ku memu zaskoczeniu, większość “panów piszących”zyskała odrobinę sympatii u mnie. Film z całego serca polecam. Dla mnie ma on szczególne znaczenie i na pewno chętnie jeszcze do niego wrócę. Poniżej jak zwykle odsyłam do recenzji:


http://film.interia.pl/recenzje/news/supermarket-kafka-w-piwnicy,1794994,6290


http://www.stopklatka.pl/film/film.asp?fi=68793&sekcja=recenzja&ri=9309


http://film.onet.pl/filmy/katalog/supermarket,182557,film.html

A tutaj coś dla ucha:


https://itunes.apple.com/pl/album/supermarket/id592208129

Oglądajcie! Ściskam

Znajdziecie nas także na:

http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film

 

Jaka rzeczywistość, takie laleczki

16 sty

Julia Rybicka

Długo czekałam (no może nie aż tak długo – 3 lata od premiery „Galerianek”). Doczekałam się – kolejne dzieło Kasi Rosłaniec jest w kinach!  Pewnego razu, przed seansem X pojawiły się reklamy i trailery – i w końcu długo wyczekiwana przeze mnie zajawka nowego filmu Kasi! Trailer dość wstrząsający, mocny, brutalny, balansujący pomiędzy szarymi, a dość odważnymi kolorami. Muzyka aż dudniła mi w uszach po wyjściu z kina. Już nawet zapomniałam na jakim to ja filmie byłam?  No ok, to czekamy na premierę.

Nadszedł dzień sądu – BEJBI BLUES! Idę, zajarana, szczęśliwa, że jest w końcu jest film Rosłaniec! Trochę się boję. „Galerianki” epatowały mega wulgarnym językiem, którego sama nadużywam, ale w kinie jakoś mi to przeszkadzało. Jednak problem, który poruszały, natury rzecz jasna strikte społecznej (a dokładnie młodzieżowej – też społeczność, jakby nie było), pokazany został sprawnie i dość odważnie. Stałam się fanką. Dobrego, zaangażowanego i „hipsterskiego” kina polskiego! W końcu kuźdę ktoś krzyczy i pokazuje co się w tym kraju wyprawia. No dobra, kontygentując. Jestem na premierze. W poznańskim kinie (nazywana przez złośliwców królową hipsterów) jestem! I już mi się chce rzygać! Banda gówniarzy. Kurdę nie. No mam siostrę w ich wieku. No to grupa dość rozwydrzonej młodzieży zaatakowała stoiska z popcornami i nachos. Ja w dodatku na diecie. Na sam widok mam ochotę ich zjeść, ich głowy zamieniają mi się w kurczaki z rożna. I te kurczaki zaczynają do siebie „gaworzyć”? nie no gaworzą dzieci. „Pieprzą” przeżuwając Orbit, czy inne świństwo (przypomnę, że w dietach nie wolno używać także gum do żucia, bo powodują uwalnianie soków trawiennych). Zatem – wyobraźcie sobie mój stan furii. Ale ok – udało się, kupuję wodę i udaje się z koleżanką na salę. Spóźnione, bo dzieciaki musiały zamówić tysiące nachos. Ciemno, ale nie na tyle, żeby nie zobaczyć, że średnia wieku publiczności nie przekracza 20! Boże kochany – ja mam dopiero 27 lat, ale przy nich czuję się staro. No ok.  Zasiadam w powiedzmy sobie multiplexowy, „wygodny” fotel. I chcę uciekać,  daleko, schować się, obejrzeć nielegalnie w internecie? Ściągnąć? Poczekać aż wyjdzie na dvd? Nie wiem cokolwiek, ale uciec jak najdalej stąd! Widzowie okazują się bananowymi dziećmi, które w piątkowy wieczór wybrały się dla „szpanu” do kina ziooommm! Zwymiotuje zaraz jednemu do wiadra z popcornem, Bóg mi świadkiem. Siedzą wokół mnie galerianki. Zawód – Syn!. Co robisz na co dzień? Studiuje na ASP, jeżdżę fiatem 500, ubieram się u Prady, a moja mama jada obiady z Louis Vuitton. Niedobrze mi, przysięgam.

Seans  zaczyna  się. Banda rozwydrzonych dzieciaków śmieje się, w momentach kiedy mi i ludziom mi podobnym, wrażliwym i uważnym widzom, chce się płakać. Z seansu wychodzę rozwalona od środka. I już nawet nie mam siły komentować fali debilizmu, salw śmiechu i gówniarskiego zachowania tych bananowców wychodzących ze mną z kina. Coś we mnie pękło. Kurde, czy my też, jak mieliśmy 17 lat, tak lekceważyliśmy wartości? Nie było w nas wrażliwości, był cynizm? Może jestem hipokrytką, jeśli był to przepraszam za swoje pokolenie również. Czuję się zniesmaczona. Już w piątek do kina nie pójdę (i tak poszłam tydzień później na kolejną premierę, o czym w kolejnym felietonie).

 

Chyba trochę mało o filmie napisałam? Hehe. Nie zrobię tego co zrobili internauci na jednym z forum, które pojawiło się zaraz po premierze – wchodząc na nie widziałeś jak skończy się film. Mimo, iż w połowie domyśliłam się dramatycznej końcówki, to jednak internauci sprawili, że ponad połowa moich znajomych na film już nie pójdzie. Koledzy internauci – szapo ba!

Fabuła. 17 letnia, niedowartościowana dziewczyna z ubogiej rodziny zachodzi, jak wynika z filmu, celowo w ciążę. Ciąża to coś, co każdy hipster „mieć” powinien. Nastała nowa era. Nie wyrzucamy z kocyków małych Madź, tylko płodzimy, rodzimy i lansujemy się w okolicznych markowych sklepach, no i lumpach, jak na hipsterów przystało.

Kolorowa „laleczka z saskiej porcelany”, w ramach powstającego trendu posiadania dziecka, zdolna jest do wszystkiego, by tylko być modną. Jak w każdym filmie tego typu-  pojawia się chłopak, który (posługując się słownictwem z „Galerianek”)  nie wierzy w miłość, bo jej nie ma. Robi zatem melanż. Jak większość ‘panów piszących’ napisała- „Galerianki” zaatakowały nas (w  pozytywnym znaczeniu tego słowa) językiem.  O „Bejbi blues” panowie piszący mówią, że szokuje nas obrazem. Ja nie wiem, ‘panowie piszący’, na czym (tak w jednym, jak i w drugim przypadku) ów szok, atak, czy jakkolwiek to nazywacie, polega. Szokiem kulturowym zjawiska hipseriady szerzącej się coraz szybciej, jak i wielu aspektów (język, obraz, postaci, muzyka etc .) filmów Kasi Rosłaniec bym nie nazwała. Jest to dobre, POLSKIE (co należy podkreślić) kino! Nieco awangardowe, trochę offowe, a trochę komercyjne. Paradoks twórczości Kasi Rosłaniec. Wzbudza wiele kontrowersji. Zdjęcia zrobione z wyjątkową czujnością, sprawnością i niemal czasami efekciarstwem. Wszystko jednak zachowane w granicach tak zwanej „normy”. Widać warsztat wszystkich twórców. Co mnie jednak najbardziej kręci w filmach pani Kasi to aktorzy. W większości naturszczycy, z których Kasia potrafi wyciągnąć wszystko co najlepsze. Szapo ba dla Magdaleny Berus, oraz Nikodema Boruckiego. Nie przejmujcie się ‘panami piszącymi’, że brak Wam talentu, oraz suche dialogi uniemożliwiały Wam pracę (kto to pisze?). Mniej, niestety, zauważalne role 2 planowe. Kasia Figura w roli ekscentrycznej sąsiadki, wspaniała Danuta Stenka w roli matki chłopaka bohaterki, Magdalena Boczarska w roli matki dziewczyny i coś czego prawie nikt nie zauważył – cudowna rola nieocenionego Jana Frycza – mistrza drugich planów. Facet pojawia się 2 może 3 x na ekranie. Nie odzywa się słowem. Mimiką i gestami wygrywa odcinek – utkwił w mej pamięci pomimo, iż rola jego jest w całym dziele niewielka. Miło też było wrócić wspomnieniami do dzieciństwa, gdzie z ekranu począwszy od przewijających się trailerów, aż po sam film wybrzmiewa, w zupełnie nowym aranżu, zapomniana, smutna piosenka Majki Jeżowskiej „Laleczka z saskiem porcelany”.

 

Panowie piszący – muszę Was na chwilę przeprosić. Tutaj troszkę do pań piszących się odniosę. Przeczytałam te „Wypociny” kur domowych, matek polek, świętości nad świętościami – które w bardzo ładnym, poetyckim języku opowiedziały się (rzecz jasna na NIE) za Bejbi Blues. Hmm… sfrustrowanym ‘paniom piszącym’ polecam jogę, jak robią to nasze zachodnie koleżanki, albo taniec z gwiazdami/na lodzie, gotuj z okrasą, czy tam magdą g , ale błagam nie bierzcie się za wypisywanie tak gorzkich recenzji. To jest – powtarzam (jak cała idea tego blogu), POLSKIE kino! Jakie by nie było, powinniśmy je wspierać, szukać plusów, a nie narzekać. A poza tym to, że Ty jesteś, droga ‘pani pisząca’, tak wspaniałą i idealną  Matką (czego nie rozumiem, ale szanuję i Ci nie odbieram,  jak Boga kocham), nie oznacza, że wszystkie kobiety pójdą Twoim śladem kiedy bezkarnie krytykujesz mi tu Kasie R.  Możesz się z tematyką nie zgodzić, ale nic nie poradzisz,  że być może nie w Twoim środowisku, ale w naszym kraju tak właśnie wygląda rzeczywistość…zwłaszcza ta hipsterska. Plus dodam – troszkę dystansu i zrozumienia, przymrużenia oka- to tylko kino- iluzja… chyba…

 

Mimo, iż nie jestem wielką fanką, to czasem się im zdarzy coś fajnego napisać:


http://www.filmweb.pl/film/Bejbi+blues-2012-606190
polecam!

Natomast tu
http://www.dziennikbaltycki.pl/artykul/734823,bejbi-blues-w-kinach-nastoletnie-kielbie-we-lbie-recenzja,id,t.html?cookie=1#czytaj_dalej

Trochę mnie rozbawił Henryk Tronowicz. Zwlaszcza doszukiwaniem się pokolenia JP II


http://film.org.pl/r/recenzje/bejbi-blues-21324/
a tu się nie zgadzam, ale Jakuba Koiszy jest po prostu tak hipsterski, że warto przeczytać.


http://www.stopklatka.pl/film/film.asp?fi=57220&sekcja=recenzja&ri=9316
Adriana Prodeus

Fora omijajcie. Tam czają się matki takich bohaterek jak Natalia

Pozdrawiam i obejrzyjcie!

Znajdziesz nas także na :

http://www.facebook.com/pages/fit-steriablogpl/396547017105659

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film