RSS
 

A teraz idziemy na jednego

08 lut

foto:https://www.google.pl/search?q=pod+mocnym+anio%C5%82em&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ei=g2j1Uvq-OtCBhAeyxYCICg&ved=0CAoQ_AUoAg&biw=1217&bih=603#facrc=_&imgdii=_&imgrc=xLkiRNAUJbESWM%253A%3BMyDgzkDk-rJouM%3Bhttp%253A%252F%252Fi1.ytimg.com%252Fvi%252FbT6k_1ej92A%252Fmaxresdefault.jpg%3Bhttp%253A%252F%252Fwww.youtube.com%252Fwatch%253Fv%253DbT6k_1ej92A%3B2048%3B858

Julia Rybicka

Na początku chciałam przeprosić swoich czytelników, a także hejterów za tak długą ciszę. Po pierwsze w naszych teatrach poznańskich  póki co niewiele się dzieje. Także „sory taki mamy klimat”. Z niecierpliwością czekam na „Dziady” Rychicka w Teatrze Nowym, ale to dopiero w Marcu.

Podczas przypadkowej rozmowy z zupełnie nieznajomą osobą na facebook’u apropo najnowszego filmu Smarzowskiego postanowiłam się wypowiedzieć głośno-czyli tutaj. Wraz z grupą przyjaciół kilka dni po premierze, wybraliśmy się do małego kina Muza w Poznaniu. Dobry losie spraw, żeby te małe kina przetrwały jak najdłużej. Sala oczywiście pełna młodych ludzi, przede mną parka z piwem w ręku. Trudno się dziwić, nie potępiam, nie oceniam, gdzież bym śmiała. Ale dziś nie o tym…

Kiedy pomyślę jak odpowiedzieć na pytanie jakie jest kino Smarzowskiego przychodzą mi do głowy takie słowa: mocne, dobitne, szare, nieobliczalne, dosadne etc. Poetyka jego filmów (co często funkcjonuje jako zarzut) jest wciąż taka sama. I nie ma on szczęścia do krytyków.Warto przypomnieć, że Smarzowski długo czekał na swój debiut. Ukończył wydział operatorski w łódzkiej Filmówce, studiował filmoznawstwo na krakowskim UJ. Zaczynał od teledysków i reklam… aż zrobił swój pierwszy film „Małżownia”, w którym to postanowił zaryzykować i zaangażował większość debiutantów. Ma oko i nos pan reżyser…

„Wesele”, „Dom zły”, „Drogówka”, „Roża” to wielkie filmy, przez duże W. O każdym z nich można mówić bez końca. Dziś jednak mowa o najnowszym dziele „Pod mocnym aniołem”.Nikogo, kto choć trochę zna kino Smarzowskiego nie zdziwił zwiastun (chociaż część myślała, że pójdzie na komedię). Te same ruchy kamery, te same cięcia montażowe, ten sam sposób narracji no i ci sami aktorzy. „Jego” aktorzy. Dla jednych skaza, dla drugich szacunek. Więckiewicz, Braciak, Grabowski, Dorociński, Jakubik, Lubos…

I teraz tak. Czytam, że nudne kino. Zarzuty padają ogromne i niesprawiedliwe: że to już wszystko było, że przesadził, że się powtarza, że za mocno, że jednak nie jest dobrym reżyserem, albo że się psuje…To właśnie kino Smarzowskiego- kontrowersyjne, niespójne zdania krytyków i widzów. Dla mnie rewelacyjne, bo o nim się mówi, nie wychodzi się obojętnie.

Alkoholizm- problem XXI wieku czy problem stuleci? Problem w Polsce czy problem na świecie? Problem wśród młodych czy wśród starych? Problem czy nałóg? Potrzeba czy sposób życia?

Smarzowski porusza temat, który przewija się od dawna  i nie mówi nam o nim nic, czego byśmy nie wiedzieli. Alkoholizm dopada różnego rodzaju środowiska społeczne. Nie zawsze są to degeneraci. Reżyser zaś pokazuje nam patologie społeczne, literatów, pisarzy, artystów, bezdomnych i zwykłych ludzi, którzy borykając się ze swoimi problemami pogubili się i zasiedli do kieliszka z wódką. Do tego wstrząsające jak dla mnie sceny odwyku, detoksu, a przede wszystkim nie utrzymywania higieny oraz niekontrolowania potrzeb fizjologicznych, które mogą obrzydzać. Tylko, że reżyser łamie tabu i chociaż jednym wydaje się to przesadą, mnie wydaje się wielką odwagą. Dla aktorów odtwarzających te sceny zwłaszcza.

Film powstał na podstawie opowiadania Pilcha, do czego także się doczepiono. Że Pilch to lepiej opisuje, że Smarzowski nie oddał tego klimatu, albo że przeniósł jeden do jeden na ekran. „No ludzie no”  ( że tak zacytuje Demirskiego z programu „tak jest” ) <
http://www.tvn24.pl/tak-jest,39,m/przemiany-po-okraglym-stole-w-ocenie-ludzi-kultury,395526.html
>

Jeśli chodzi o aktorów..no proszę państwa. Tylko Smarzowski może uzbierać taką ekipę wspaniałych rzemieślników i artystów w naszym kinie. Robert Więckiewicz to dla mnie rola Oskarowa, a że żyjemy w Polsce to może ktoś kliknie „lubię to”. Każda rola jest dla mnie perełką. Wspaniała Kinga Preis, Jacek Braciak, Andrzej Grabowski, Julia Kijowska, Marcin Dorociński, Izabela Kuna, Arkadiusz Jakubik, Marian Dziędziel : mistrzowie dziękuję za role. Jednak aktorka,  którą uważam za odkrycie to Iwona Wszałkówna, dotąd znana mi z debilistycznych seriali… za co przepraszam z tego miejsca.

Na jednym z portali kilka dni temu ponoć pojawił się taki nagłówek: „Wódka drożeje! Polacy piją gorzołe! A chloć trzeba”.Jak świat światem długi i szeroki to niestety tak zostanie. I nie wiem czy na celu miał Smarzowski przestraszyć, czy po prostu uświadomić. Bo jeden po tym filmie wyszedł i się „nachloł”, a drugi się przestraszył… Sam wiesz, w której grupie jesteś. Cokolwiek mówią, film wart obejrzenia dlatego państwa gorąco namawiam.

Na zdrowie!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film

 

Kobra przedstawia: Wspólniczka

13 sty

zdjęcie: archiwum teatru tv

Julia Rybicka

Jak bardzo się cieszę, że żyję w czasach kiedy technika poszła tak do przodu, że dzięki „internetom” mogę częściowo wczuć się w klimat minionych lat i nadrobić zaległości z teatru telewizji.

W latach 50 i 60 powstał cykl teatru telewizji pt. Kobra. Szybko stał się najpopularniejszym emitowanym programem. Z początku nadawany na żywo ( z przyczyn technicznych), później nagrywany i odtwarzany po Dzienniku Telewizyjnym . Jakże przykro mi, że nie żyłam w tamtych czasach…

Postanowiłam przypomnieć państwu i sobie stare, dobre spektakle tamtych lat. Na widelcu jako pierwszą sztukę wybrałam „Wspólniczkę”. Francuska, czarna komedia kryminalna autorów: Jacques Remy i Louis’a C. Thomas’ a została zaadaptowana przez Janusza Majewskiego i wyemitowana w ‘73 roku.

Historii takich ja ta, znamy wiele. Pewien literat ( Roman Wilhelmi) postanawia zamordować żonę. Nie robi tego jednak sam, angażuje wspólniczkę (Małgorzata Niemirska). I tu co ciekawe. O dokonanym morderstwie dowiadujemy się już na samym początku. Hitchcock zawsze powtarzał, że ‚prawdziwy film powinien zacząć się od trzęsienia ziemi, by później rosły emocje’. Odnoszę wrażenie, że dzięki świetnie dramaturgii i niesamowicie precyzyjnie budowanej roli przez wybitnego Wilhelmiego, tak stało się w przypadku „Wspólniczki”.

Literat, żeby zapewnić sobie alibi zaprasza do domu przyjaciółkę żony wraz z mężem. Co ciekawe widz dowiaduje się, że zainteresowany miał kiedyś z tą kobietą romans. W tej roli piękna i zmysłowa Ewa Wiśniewska. Ku jego zaskoczeniu do domu przybywa jednak tylko ona. Męża niestety coś zatrzymało. Podczas zalotnych flirtów z piękną przyjaciółką zjawia się inspektor ( Tadeusz Bartosik) z informacją o wypadku żony głównego bohatera. Jej zwłoki znalezione zostały w rozbitym samochodzie. Dość dociekliwy inspektor pojawi się jeszcze w życiu naszego bohatera i nękać swoimi podejrzeniami będzie go nie raz, nie dwa…

I jeśli myślicie, że to koniec tej historii to koniecznie musicie zobaczyć ten spektakl. Co najważniejsze istotna rolą tej konkretnej sztuki, są świetne kreacje aktorskie. Wilhelmi niczym kameleon kreuje swojego mordercę. Na początku speszony, później niczym młodzieniec uprawiający zaloty do damy, aż na końcu furiat niepełny rozumu. Jego morderca to w pełni przemyślana postać, przypominająca momentami Raskolnikowa Dostojewskiego. Do tego znany jako Anioł w „Alternatywach” czy ponadczasowy już Dyzma, swoją „gębą błazna” zachowuje absolutną powagę, co przyprawia czasami o dreszcze. Napięcie, które buduje przez godzinę spektaklu nie spada ani na chwileczkę. Nic dziwnego, partnerują mu świetni aktorzy. Wiśniewska jako dama zakochana w nim od lat, która poświęcić może nade wszystko. W jej mowie słychać jeszcze pozostałości po słynnym ‘l’ przedniojęzykowo- zębowym (tak dobrze znanym nam z kina powojennego). Tutaj jednak trąci tylko z lekka i nadaje aktorce wyrazu.

Postać jednak, która bawi najbardziej to mąż byłej przyjaciółki zamordowanej żony, który w furii zazdrości wpada do mieszkania mordercy w celu ostrzeżenia go przed romansem z jego żoną. Absolutnie wyrwana z rzeczywistości, ubrana jak muszkieter, przypominająca księcia Draculę z dwoma kłami na przodzie uzębienia , mnie osobiście kojarzy się ze Szpiegiem z Krainy Deszczowców. W tej roli Maciej Englert.

Cały spektakl trzyma widza za tak zwaną „mordę” i majstersztykowe aktorstwo nie daje nam oderwać się od ekranu ani na chwilę. Ach co to była za sztuka 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Kobra przedstawia

 

Cywińskiej wiśniowy sad ci on

15 gru

zdjęcie: https://www.google.pl/search?q=wi%C5%9Bniowy+sad+pozna%C5%84&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ei=IZStUvSqCIexhAeI9oGoBQ&ved=0CAkQ_AUoAQ&biw=1254&bih=633#q=wi%C5%9Bniowy+sad+teatr+nowy+poznan&tbm=isch&facrc=_&imgdii=_&imgrc=OnHoONckGEccKM%3A%3ButA0r1yhOL3rYM%3Bhttp%253A%252F%252Fkultura.poznan.pl%252Fmim%252Fkultura%252Fpictures%252Fa%252Cpic1%252C1200%252C66297%252C88727%252Cshow2.jpg%3Bhttp%253A%252F%252Fkultura.poznan.pl%252Fmim%252Fkultura%252Fnews%252Fspektakle%252Cc%252C4%252Fsad-ktory-warto-ocalic%252C66297.html%3B493%3B329

 

Julia Rybicka

Jak świat światem długi inscenizacji „Wiśniowego sadu”, wspaniałej sztuki Czechowa było już sporo w historii teatru. Jednakże tak pięknego tekstu, wzruszającego i trafiającego do wielkiego grona odbiorców „wszelkiej maści i jakości” nie można pomijać na scenie. Zwłaszcza, gdy oddaje się go w klasycznej wersji pod rozwagę i zadumę widzów.

Teatr Nowy w Poznaniu obchodzi jubileusz. Do tego 12 premiera w tym roku, odznaczenia dla aktorów, dla teatru …tylko gratulować. Ze swojej strony jednak dziękuję Panu dyrektorowi Kruszczyńskiemu, który zaprosił Izabelę Cywińską, divę polskiego teatru, ikonę, legendę wręcz tak ważną dla Poznania. I ta oto Pani dyrektor wyreżyserowała „Wiśniowy sad”… , który czaruje, wzrusza i daje nadzieje, że ktoś jeszcze pamięta o tym czym jest teatr…w teatrze.

Podczas gdy golasy biegają po scenie, a narządy płciowy, przekleństwa etc stały się normą, na scenie w Poznaniu powraca klasyka. W pełnym tego słowa znaczeniu. Dumna jestem z twórców i aktorów tego dzieła. ARCYdzieła moim zdaniem. Zarzucono mi zaraz po krótkiej notce na facebooku, że spektakl był poprawny, ale nie aż tak emocjonalny. Czyżby? Drogi czytelniku, zapewniam cię, że emocjonalność w teatrze (takim teatrze) to przeżytek. Moje teksty są emocjonalne tak samo jak to co widzę ostatnio na scenie. A przyznać należy( z szacunkiem dla twórców ), iż w naszym prowincjonalnym „teatrzyku” dobrze się dzieje. Ludzie nie lubią złych wiadomości, to raz, a dwa mam napisać, że było słabo, kiedy to nie było? Zaprzestanę jednak swoim rozważaniom wracając do sedna sprawy i oddając należyty szacunek spektaklowi.

Dramat Czechowa powstały w 1904 roku uważam za wybitny. Wdowa Lubow Raniewska (Antonina Choroszy ), jej brat Leonid Gajew (Tadeusz Drzewiecki) to trzonowe postaci dramatu. Otóż wokół nich rozgrywać będzie się sprawa. Wdowa po śmierci syna wyjeżdża z kraju do Paryża z kochankiem oszustem jak się okazuje. Wraca ze swoją córką Anią (Anna Mierzwa). W wiśniowym sadzie przylegającym do domu rezyduje i zarządza brat Leonid. Niestety majątek jest zadłużony i jedynym wyjściem jest jego sprzedaż. Nie podoba się to Raniewskiej, ale to nie ona ma tutaj coś do powiedzenia. Summa summarum majątek zostaje wystawiony na licytację i wszyscy muszą opuścić niegdyś zamieszkiwane salony.

Czechow ostrzega cywilizację (pozornie tylko Rosjan) przed upadkiem, przed tym co nie uniknione- zatraceniem. Trudno określić gatunek samego tekstu. Ktoś kiedyś słusznie określił „Wiśniowy sad”: „”Śmiech i łzy, satyra i rzeczywistość — zdawałoby się czyż można wyobrazić sobie gorszą kombinację?“ Bo przyznaje uśmiechnęłam się z kilku (jak dla mnie) paradoksów, ale czy sama historia jest tak naprawdę zabawna?

To  ostatni przecież tekst Czechowa przed jego śmiercią. Można by powiedzieć, że podtytuł „komedia“ to zabawa autora z czytelnikiem, skłaniająca do myślenia (tego ponad intelektualnego, wyższego). To właśnie Czechow, składnia do refleksji i wynurza z nas rzeczy, o których nie mieliśmy pojęcia. Już na studiach czułam, że będę jeszcze mieć z nim do czynienia. I dzięki pani Izabeli Cywińskiej udało się.

Trudno dziś o dobry teatr…ten klasyczny, z kostiumami, z dobrze „zrobionymi“, przemyślanymi rolami. A jednak nie aż tak trudno jak się okazuje…

Wspaniałe role, które zasługują na wyróżnienie to Lubow Raniewskiej – pani Antonina Choroszy, która od samego początku do samego końca tak owinęła mnie wokół palca, że nie spuściłam wzroku z niej ani na chwilę. Gajew – brat Raniewskiej- pan Tadeusz Drzewiecki niczym Napoleon w jednej ze scen uwodzi, czaruje i sprawia, że chce się go słuchać, oglądać. Postać, która jednak ujęła moje serce i absolutnie mnie kupiła to postać Firsa- lokaja, przyjaciela domu. W tej roli niezastąpiony, nieoceniony pan Michał Grudziński, któremu z całego serca dziękuję za rolę. Tak zwana „stara gwardia“ jak zwykle nie zawiodła, dodała wręcz przedstawieniu świeżości i polotu. Z młodych wymienię Michała Kocurka jako Jaszę, którego (przyznać się muszę ) nie wyobrażałam sobie w tej roli, a który bardzo sprytnie, bardzo subtelnie, w małych gestach i mimice przekonał mnie (i mam wrażenie, że publiczność),  że wybór pani Cywińskiej jego jako Jaszy był trafionym w dziesiątkę. I mimo, iż zarzucać mi będziecie państwo sympatyzowanie z aktorem, to zanim mnie ocenicie, zobaczcie co robi młody aktor na scenie. Zabawna Agnieszka Różańska (Duniasza) wzruszona na oklaskach, (Anna, córka wdowy) Anna Mierzwa jako dzierlatka, Gabriela Frycz niezwykle poważna druga córka Raniewskiej, siostra Anny, Filip Frątczak, Grzegorz Gołaszewski, Sebastian Grek, Bożena Borowska- Kropielnicka, Janusz Andrzejewski stanowicie już historię, której nie da się cofnąć ani odwrócić, a która w pamięci widzów zostanie na zawsze.

Niezwykle cieszę się, że będziecie to mogli państwo zobaczyć w telewizji, bo spektakl Izabeli Cywińskiej to po prostu miód dla uszu, oczu i wszystkich zmysłów. I może zrobiło się słodko i zbiera się co poniektórym na wymioty, ale życzyłabym wszystkim studentom szkół teatralnych, żeby uczono takiego teatru i takiej wrażliwości, która w czasach ipadów i hipsteriady zanika gdzieś za kulisami i przemyka po foyer. Na koniec dodam, że aktorzy i reżyser to jedno, a scenografia Katarzyny Adamczyk, a zwłaszcza reżyseria świateł  Prota Jarnuszkiewicza zasługują na oddzielne brawa.

Zdaje sobie sprawę, że to nie bajka dla każdego. Zwłaszcza, kiedy odchodzi się od tak zwanego tradycyjnego teatru. Każdemu jednak życzę i polecam zobaczenie Cywińskiego sadu, bo to taki teatr, który bez względu na gusta i guściki zobaczyć się powinno.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Z pamiętnika blogerki

30 lis

Julia Rybicka

Nic nie rozumiem co się dzieje w tym kraju. W teatrze. Wśród widzów. Nic, a nic.

Reakcja publiczność (ustawionej) w Teatrze Starym, nagonka na dyrektora, postulaty, listy publiczności, aktorów zachowania. Świat zwariował?

Nie odbiegajmy zatem tak daleko. W naszym prowincjonalnym mieście Poznaniu (tak PROWINCJONALNYM, a jestem urodzoną poznanianką i kocham to miasto) też już niczego nie rozumiem.

„Sen nocy letniej”  Kościelniaka w Teatrze Nowym  to doskonała wariacja na temat. Do tego cała zaśpiewana, wytańczona. Kiedy Michał Kocurek śpiewa o prawdziwej miłości, leci mi łza..…A to przyjaciel w dodatku i  nie powinnam tak pisać. Recenzent nie powinien pić kawy, wódki, jeść z nimi tatara i rozmawiać w palarni do białego świtu, bo nie wypada. Bo to konflikt interesów, bo nie wolno. Bo koleżanki i koledzy (ich,nie moi) zawistni będą psioczyć po kątach, albo nawet powiedzą prosto w twarz (im, nie mi),że sypiają ze mną za dobre recenzję.

Chciałam temat przemilczeć, ale skoro tak prowokujecie i nadarzyła się okazja to dlaczego nie?

Nie rozumiem Was moi drodzy doprawdy. Nigdy nie zadowolę wszystkich i nie jestem w stanie być w 100% obiektywna. Nie zaniecham też pewnych przyjaźni z racji waszej zawiści. I nie zrozumiem dlaczego zostaje zdjęty spektakl „Sen nocy letniej” po prostu tego nie rozumiem. Lekko, z dowcipem, muzycznie, ruchliwie, wyraziście zrobiony Szekspir. W końcu! O strażnicy poety, wieszcza, angielskiej poezji szkoda, że tego nie zobaczycie. Jutro ostatni spektakl. Ja się pytam dlaczego? Pełna widownia, wśród nich szkoły „gimbaza”, ale także koneserzy prawdziwej sztuki. Magia. Zespół gościnnych aktorów powala mnie na kolana. Adrian Wiśniewski, Krzysztof Żabka, Łukasz Mazurek- panowie wielkie wielkie brawa. Widownia podnosi się na oklaskach. Wszyscy wstają. Aktorzy wzruszeni, widać, że kochają grać ten spektakl. Tytuł schodzi w niedziele… trochę szkoda. Mam jednak nadzieje, że przyjdzie coś nowego i lepszego, a  przynajmniej równie dobrego.

I  nie będzie z tego recenzji poświęconej spektaklowi, bo właśnie ją powyżej w kilku słowach napisałam. A z 2 strony po co mam pisać, żeby „koleżanki” miały kolejny powód do atakowania ? Posądzania mnie o konszachty? Doprawdy dzieciniada i cyrkowi bliższe niż teatrowi zachowanie.

Głęboko wierzę, że w poznańskich teatrach zaczynają dziać się dobre rzeczy i zmiany, które proponuje dyrekcja nie dobije się wielką czkawką na nas-widzach.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

ROZKWAŚ POLAKA

21 lis

Julia Rybicka

ROZKWAŚ POLAKA

14.12.2013 godz 20:00

Monodram „Rozkwaś Polaka” POZNAŃSKA PREMIERA
Przez tę moją pracę coraz bardziej upodabniam się do statystycznego Polaka, robię się coraz bardziej średni i przeciętny. Jestem Polakiem. ROZKWAŚ POLAKA! Komediowy monodram wg tekstu Wojtka Miłoszewskiego w reżyserii Marty Ogrodzińskiej-Miłoszewskiej. W roli głównej, tytułowej i jedynej: Marcin Kwaśny.
PO SPEKTAKLU ODBĘDZIE SIĘ SPOTKANIE Z AKTOREM. Spotkanie poprowadzi Julia Rybicka www.fit-steria.blog.pl

Bilety na stronie: http://bilety24.pl/events/view/id/8950/PRZEDSTAWIENIE_ROZKWAS_POLAKA

oraz pod numerem tel: 504 498 335
Cena: 55 zł
GDZIE? Za Cytadelą, róg Brandstaettera, 61-659 Poznan

O Aktorze:

Dla przyjaciół słodki, dla wrogów gorzki. Wbrew nazwisku jest życiowym optymistą. Pochodzi z jednego z najcieplejszych miast w Polsce – Tarnowa.
Pierwsze kroki na scenie stawiał w wieku lat 15 grając główną rolę w sztuce Jerzego Zawieyskiego „Rozdroże Miłości”. Dwa lata później zagrał Cypriana Norwida w Teatrze Młodego Widza u boku profesjonalnych aktorów.
Jest absolwentem Warszawskiej Akademii Teatralnej i aktorem stołecznego Teatru Kwadrat.. Występuję także gościnnie w Teatrze Miejskim w Gdyni.

Widziałam, polecam i zachęcam. Marcin zrobił na mnie ogromne wrażenie już przy naszym pierwszym spotkaniu. Na scenie jest profesjonalistą, na życie optymistą. Zabawna, czasem wprawiająca w zadumę historia nas Polaków, który swoje przywary ukrywamy pod płaszczami codzienności. „Rozkwaś Polaka” to naprawdę świetny monodram. Dlatego wraz z przyjaciółmi zaprosiliśmy Kwaśnego do Poznania. Poniżej link do recenzji zaprzyjaźnionego Miernika:

http://miernikteatru.blogspot.com/2013/04/rozkwas-polaka-rez-marta-ogrodzinska.html

Na FiT-sterii także recenzja doskonałego filmu z udziałem Marcina „Rezerwat”

http://fit-steria.blog.pl/2013/05/14/warszawski-paryz/

ZAPRASZAM DO ZAKUPU BILETÓW JAK NAJSZYBCIEJ. MIEJSCA OGRANICZONE

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Podniosła się kurtyna milczenia

17 lis

Foto: https://www.google.pl/search?q=gor%C4%85czka+czerwcowej+nocy&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ei=vsaIUu7PLsTh4QSFt4Eo&ved=0CAcQ_AUoAQ&biw=1254&bih=582#facrc=_&imgdii=_&imgrc=1s0IwHfY-nBSpM%3A%3BY_4WC4eR9BEHdM%3Bhttp%253A%252F%252Fb.lepszypoznan.pl%252Fwp-content%252Fuploads%252F2013%252F11%252FGoraczka-czerwcowej-nocy-2-800×533.jpg%3Bhttp%253A%252F%252Fwww.lepszypoznan.pl%252F2013%252F11%252F14%252Fpoznan-w-nowym.html%3B800%3B533

Julia Rybicka

28 czerwca 1956 roku w Poznaniu na ulicę wyszli robotnicy Zakładów Przemysłu Metalowego Hipolita Cegielskiego. Niezadowoleni ze swojego bytu w zakładzie, który nie zastosował się do ich postulatów o godne i sprawiedliwe traktowanie oraz należyte wynagrodzenie. Nie zjawili się na stanowiskach pracy i  w absolutnym milczeniu wyszli z wysoko uniesionymi głowami ku centrum miasta Poznań. Nie trudno się domyślić dokąd zmierzali- do „najważniejszej jednostki społecznej” czyli  władzy-tyranów, którzy czynili z nich niewolników (Miejska Rada Narodowa i Komitet Wojewódzki Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej).Początkowo w ciszy, z hasłami wypisanymi na prześcieradłach walczyli o lepsze życie, lepszy Poznań, lepszą Polskę. Hasła takie jak: „Jesteśmy głodni”, „Precz z wyzyskiem świata pracy!”, „Chcemy wolnej Polski”, „Wolności”, „Precz z bolszewizmem” „My chcemy Boga”, „Żądamy religii w szkołach!” są nam wszystkim dobrze znane właśnie z tamtych wydarzeń. Te sądne dni nazwano wypadkami czerwocwymi, czarnym czwartkiem, to zdarzenie, którego nie powinno  mieć miejsca. Wybrzmiewające pieśni religijne, hymny, wykrzykiwane hasła propagandowe, wylane łzy przez kobiety- tyle cierpienia.

UB wkracza do akcji. Władze postanawiają pozbyć się ludu, stłumić ten tłum. Dochodzi do ostrzeliwań. Giną ludzie… Następnie dochodzi o aresztowań, przesłuchań (katuje się aresztowanych).Krew, ból, niesprawiedliwość, cierpienie. W imię  zasady ówczesnego Prezesa Ministrów Józefa Cytrankiewicza i jego słynnych słów: „każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie”.

Legendą i ikoną staje się bohaterska, ale prawdopodobnie przypadkowa śmierć najmłodszego uczestnika marszu poznańskiego czerwca Romka Strzałkowskiego lat 13.

Historia, która długo jeszcze będzie w pamięci i sercach poznaniaków, a o której przypomniało nam dwóch wspaniałych twórców współczesnego teatru Tomasz Śpiewak i Remigiusz Brzyk. Mowa oczywiście o najnowszej premierze Teatru Nowego „Gorączka czerwcowej nocy“, która miała miejsce wczoraj.

W 1981 roku, kiedy usiłowano spuścić „kotarę milczenia“ (którą zawiesiła ówczesna władza i trwała do 89) powstaje spektakl „Oskarżony : Czerwiec 56‘ “ o tym, czego nie można było powiedzieć, o tym czego nie można było pokazać. A ludziom się to należy. Pamięć! I tak Izabela Cywińska (ówczesna dyrektorka Teatru Nowego) wraz z Januszem Michałowskim postanowili odtworzyć ku pamięci wydarzenia tamtych dni. Scenariusz napisał dziennikarz Włodzimierz Braniecki wraz z panią dyrektor. Spisanie świadków, prokuratorów, sędziów, którzy w tamtych latach jeszcze żyli, pomagali aktorom wcielić się w ich postaci, zaglądali w publiczność tworząc nowy teatr, nową teatralną rzeczywistość i budując w ten sposób historię Teatru Nowego. Spektakl zagrano 99 razy i ani razu nie został zarejestrowany! Dlaczego? Setny spektakl miał odbyć się 13.12.1981, ale do tego już nie doszło…

I tak wczorajszego wieczoru do sprawy podeszli twórcy „Gorączki czerwcowej nocy“. Kiedy weszłam do teatru nie mogłam się odnaleźć.  Spokój, cisza, większość publiczności zasiadła już na widowni. Pan Dyrektor Kruszczyński jak zawsze elegancki i szarmancki wita swoich gości, ale jest zachowana absolutna cisza, bo tego wymaga w końcu powaga sytuacji. Znajduję się na sali, która mnie oczarowuje. Nagle to my- widzowie zasiadamy w miejscu sceny, podczas gdy widownia się w nią zamienia. Istna rewolucja. Rozglądam się po sali i widzę władze miasta, sam marszałek przybył, zasiada także historia tego teatru Pani Izabela Cywińska. Toszto dla nas wielkie wydarzenie, przeżycie. Mam wrażenie, że jestem świadkiem czegoś historycznego. I jestem. I dumna żem z Poznania tej.

Po bokach „nowej“ sceny zawisły hasła wcześniej wspominane jak „Chcemy chleba“ etc. Pod sufitem zawisła biała płachta, która służyć będzie jako ekran. Kamery postawione w teatrze na wprost wejścia do niego dodają tajemnicy i współczesności. Na scenie pojawia się Zbigniew Grochol i Andrzej Lajborek dwóch aktorów, którzy zagrają samych siebie. Służyć będę też jako narratorzy. Opowiadają jak to było 32 lata temu, kiedy na tej scenie obaj zagrali w premierowym spektaklu „Cywy“ o poznańskim Czerwcu 56‘. Ogromne instalacje z hasłami propagandowymi zamieniają się teraz w zdjęcia wspominanych aktorów, którzy zagrali w tym wielkim dziele sprzed lat.

Okienka, które znajdują się na tyłach widowni służą na co dzień obsłudze technicznej- dzwiękowcom, oświetleniowcom etc. Dziś zamieniają się w portiernię, te sprzed lat, w której częściowo dziać będzie się przedstawienie. Portierka to stróż teatru, w dzień i w noc. Wie wszystko i o wszystkim, dlatego jest w teatrze najważniejsza. To od niej zależy czy delikwent wejdzie do teatru czy nie. Należy się wpisać do zeszytu, bo inaczej goni po całym budynku aż nie znajdzie artysty, co to zapomina o obowiązku pokwitowania przybycia do pracy. W te rolę wcieliła się Małgorzata Łodej-Stachowiak, która bawi publikę.

Ale hola hola, pani portierka pijąc kawę w szklance z koszyczkiem ma w swojej dziupli pewnego dziennikarza. Tak tak, to ten sam Włodzimierz Braniecki (współscenarzysta „Oskarżonego (…)“. Opowie nam jak to się stało, że się przyczynił do powstania dzieła, jak nad nim pracował, kogo spotkał na swojej drodze i ile było zamieszania, łez i radości podczas prób do spektaklu. Niezawodny jak zawsze Mariusz Zaniewski, który oczarowuje swoim urokiem, inteligencją i niesamowitą energią, aż zaraża nią widownię. Jego przyjaciela poetę zagrał natomiast Andrzej Niemyt, którego do tej pory nie doceniałam w swoich tekstach, a którego w tym spektaklu należy nagrodzić brawami.

Pierwsza częśc spektaklu opowiada głównie o powstaniu sztuki w 81 roku, nie zapominając o tym co działo się na ulicach. Hołd oddaje autor budowie pominika dwóch krzyży, który znajduje się na placu Mickiewicza. Rzeźbiarza, któremu początkowo nie uznano projektu,postać  Adama Graczyka świetnie przedstawia aktor Nikodem Kasprowicz, który podnosi dramaturgię w scenach z jego udziałem. Wiele możnaby pisać i uznanie należy się każdemu z aktorów i każdej z postaci, które pojawiają się na scenie. Aleksander Machalica jako jeden z robotników, Martyna Zaremba jako autorka książki o zdarzeniach czyli Zofia Trojanowiczowa, Dorota Abbe jako Teofila Kowal i pozostali: Paweł Binkowski, Janusz Grenda, Paweł Hadyński, Ildefons Stachowiak.

Świetnym zabiegiem w spektaklu jest postać Kory, Persefony odegranje przez Martę Szumiel, która sporadycznie pojawia się przed kamerą ustawioną w sródku teatru nie mówiąc ani słowa usiluje do niego wejść. Kiedy na końcu jej się to uda, otworzy się w końcu puszczka Pandory…

Poza (moim zdaniem) świetnym Mariuszem Zaniewskim jest jeszcze wyjątkowa rola fenomenalnej aktorki Danieli Popławskiej, która wciela się w rolę matki zabitego Romka Strzałkowskiego. Tak wruszająca, prawdziwa i przyprawiająca o gęsią skórkę rola zasługuje na szczególne wyróżnienie i wielkie podziękowania. Przez jej monolog, (który rozpoczyna jakby drugą część spektaklu),  po zabawnych tekstach jak np. „To jest z zagranicy. Znacz się z Warszawy“ i sprytnych rymowankach napisanych przez Śpiewaka, człowiek nabiera dystansu i pokory wobec śmierci, która przychodzi tak niesprawiedliwie. Wobec bólu i cierpienia matki, której zabito syna. Wobec historii, która przemija, a która powinniśmy czcić jak zrobili to autorzy poznańskiego teatru.

Wiele „smaczków“ posiada „Gorączka czerwcowej nocy“ i wyobrażam sobie jaki chaos wprowadziłam w swojej wypowiedzi. To są emocje pisane dnia następnego, a które do tej pory utrzymują się we mnie i wiem, że w pozostałych widzach także. Oddany został hołd wielu zabitym i cierpiącym, nie sposób ich teraz wymienić, ale wszyscy wiemy kim on i byli.

Wzruszająca chwila kiedy przemawiała pani Izabela Cywińska („To był piękny i mądry spektakl”) oraz kiedy wśród publiczności zostali wymienienie przez dyrektora Kruszczyńskiego świadkowie tamtej premiery i zdarzeń. Łzy aktorów na scenie, publiczności, nieustające brawa na stojąco- to był historyczny dzień w moim życiu i w życiu obecnych na premierze gości.

Na koniec zabawnie zorganizowany bankiet premierowy:  pajdy chleba z pasztetową zawinięte w szary papier, szneka z glancą, „strzalik” wódki żytniej i oranżada… jak za dawnych lat (tak mówili starsi koledzy).

Niezwłocznie zapraszam do teatru!

 

 

 

 

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nie takie kwaśne to mleko

13 lis

fot by Joanna Siercha

 

Julia Rybicka

„Czy ktoś z Państwa zastanawiał się kiedyś nad początkiem świata? Tak? Naprawdę?! Och, to miło, to bardzo miło“ tymi słowami Teresa Kwiatkowska rozpoczyna spektakl „Kwaśne mleko“, a mnie porywa w fenomenalną podróż.

Incydent, który parę dni temu miał miejsce w Warszawie opisywany jest we wszystkich możliwych portalach, pokazywany w wiadomościach, roztrząsany etc. Mowa oczywiście o płonącej tęczy. W żadnym wypadku nie mam zamiaru porównywać tego wandalizmu do pewnej historii, którą zna cała Polska. Mam na myśli historię małej Madzi z Sosnowca. Świat zwariował do tego stopnia, że co chwilę powstające kwejki są z każdym dniem coraz bardziej żenujące. Temat dość poważny, zabójstwo małego dziecka. Niestety przez nas- zwykłych ludzi zbagatelizowany, wyśmiany i po prostu słaby. Niemniej jednak absolutnie utalentowana Malina Prześluga (mistrzyni słowa) postanowiła przedstawić nam swój punkt widzenia całej tej przykrej sytuacji.

I punkt jest bardzo prosty i przejrzysty. Jesteśmy nietolerancyjnym społeczeństwem. Jedyne co potrafimy to się awanturować, oceniać, wykrzykiwać obrażające hasła. Czy chociaż przez chwilę ktoś się zastanowił co kieruje kobietą, która dopuszcza do zabicia własnego dziecka? Nie? No to przykre.

Oczywiście to przede wszystkim historia kobiety, która nie chciała mieć dziecka, a musiała. Inspirowana tamtym wydarzeniem, pokazana jest też z perspektywy mamy mamy dziecka i jej mamy czyli potencjalnie rzecz ujmując babci dziecka.

Jakimi matkami my kobiety jesteśmy? Jaki dramat odbywa się w głowach kobiet, które zachodzą w niechciane ciąże? To i wiele innych pytań stawia autorka spektaklu.

W tej opowieści przeplatają się także ważne postaci jak : Pierwsza komórka, postać kluczowa, która staje się narratorem opowieści snutej w poznańskiej malarnii. Genialna Teresa Kwiatkowska bawi do łez. Mama Aliny to mistrzowska rola Ewy Szumskiej, która wbiła mnie w fotel swoim talentem. Na wyróżnienie zasługuje także Andrzej Szubski jako Podstawowa Komórka Społeczna, przy którym uśmiechnęłam się kilkakrotnie. Światłość, które zagrał Mariusz Adamski rysuje się bardzo wyraźnie od początku do końca. Mama mamy Małgorzata Peczyńska sprawdziła się, zaś rolę Matki Boskiej Marceli Stańko uważam za kompletnie nietrafną wręcz fatalną. I w końcu świetna rola Aliny  (Doroty Kuduk). A wszystko to za sprawą Uli Kijak reżyserki, która w innowacyjny sposób, bawiąc się słowem, światłem, kostiumem, muzyką (piorunująca, mocna, groźna) wprowadziła mnie w magiczną podróż, gdzie można się uśmiechnąć, ale także zadumać. Nie mam co tu dumać dalej, zachęcam do teatru. A hejterów tej sztuki widać gołym okiem, oraz moim nadwrażliwym uchem „długo tego nie pograją“, „ jak można taki temat pokazywać w teatrze, w świątyni?“. Sprawę należy zbadać osobście, do czego państwa mocno namawiam. „”Wystarczy dać człowiekowi pistolet. Ryzyko, że zabije, wzrasta sześciokrotnie. Wystarczy zabrać człowiekowi miłość. Wystarczy dać mu strach. Albo odebrać mu strach. Wystarczy, że na chwilę zasłabnie. Wystarczy, że poczuje siłę. Starczy zostawić go samego. Albo wpuścić go w tłum“.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Pan tu nie stał- rzecz o Barańczaku

26 paź

 

foto źródło: http://www.teatrnowy.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=202:mister-baranczak&catid=17:spektakle-aktualne&Itemid=221&lang=pl

 

Julia Rybicka

Mister Barańczak to kolejna premiera Teatru Nowego w Poznaniu. Zabawna, przewrotna historia, która ubawiła poznańską publiczność w piątkowy wieczór. Nie wiem co ja mam państwu napisać, że mi się podobało? Że takiego teatru w tym mieście potrzeba? To słowa, które padały z ust widzów po spektaklu. Jeśli chodzi o moje odczucia, to trochę są one inne.  Rzecz się ma o Barańczaku. Wielkim pisarzu, tłumaczu, krytyku literackim no i przede wszystkim POZNANIAKU.  Och jak my lubimy kiedy możemy się w świecie kimś pochwalić.

Jerzy Satanowski postanowił w ten sposób oddać hołd autorowi. „Muzyczno-liryczne” opowieści przykładowego dnia  z życia artysty, zamieniły scenę w mini kabaret. Jeżeli ktoś lubi takie formy to powinien w tym momencie rezerwować sobie bilet i biec do teatru. Pomijam fakt, że panu reżyserowi słoń nadepnął na ucho i pojawiają się przypadki, gdy aktorka nie trafia w dźwięki i spłaszcza samogłoski, ale te kwestię zostawiam już muzykologom.

Ania Mierzwa po raz kolejny daje świetny popis wokalny przez co zjada swoich kolegów i koleżanki. Odkryciem był dla mnie Mateusz Ławrynowicz, który nie tylko potrafi  świetnie zbudować postać, ale także „po męsku”, z charyzmą, ikrą jakąś zaśpiewać. Tytułowa rola przypadła Mariuszowi Puchalskiemu, który poradził sobie z zadaniem chociaż czasem niestety nie był słyszalny. Żonę zagrała Marysia Rybarczyk.  Perła, która przytrafiła się Oksanie Hamerskiej na koniec spektaklu zasługuje na ogromne brawa. Tak wrócić na scenę (po małej przerwie) można sobie tylko wymarzyć. Jednak to Ania Mierzwa i  Mariusz Puchalski (jak dla mnie) mają najpiękniejszą scenę spektaklu. Mierzwa, która wbija publiczność w krzesła tembrem swojego głosu, tutaj półszeptem prawie, ubrana w białą sukienkę przysiada obok Puchalskiego i jakby do ucha śpiewa mu kołysankę. Ogromną siłę ma ta scena. Do tego stopnia, że zapomniałam już że mnie wkurzał czasem ten kabaret. Zbyt dużo dosłowności, teatralności w teatrze (lustra, przesuwana scena, nie wiedzieć po co komu ten dym na początku sztuki itd.). Kilka świetnych pomysłów reżysera jak przedstawienie różnych narodowości (w tym Niemki odegranej 1:1 przez Mierzwę)  i zabawa językiem poety. „Klub alkoholików” odśpiewany przez Łukaszewską, Mierzwę, Rybakowską, Hamerską z pomocą Ławrynowicza i Elisa mnie osobiście bardzo rozbawił. Prawie niezauważalną postać zagrana przez Waldemara Szczepaniaka zostawiam do przemyślenia reżyserowi.

Poezja Barańczaka sprytnie przemycona. Aktorzy nawet jakby się pomylili, to my tego nie zauważymy. Język Barańczaka jest dość hmm… specyficzny. Można go sobie połamać. Niezła lekcja dykcji dla występujących.

Wielkie brawa dla muzyków, którzy grali na żywo podczas spektaklu. Są nieodłącznym elementem tego żywego wydarzenia i na pewno zasługują na wyróżnienie.

To nie jest mój teatr, ale uśmiechnęłam się kilkakrotnie. Nie należy się jednak nastawiać tylko na zabawę. Tak zwany mądry widz wyjdzie z refleksją na ustach, a nie uśmiechem.

Poznaniacy (i nie tylko) zweryfikujcie to sami idąc do teatru. I nie przynoście cukierków do teatru, bo zęby od nich bolą, a po 18 –stej niezdrowo jeść. Pozdrawiam panie, które siedziały za mną.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Iłła- ałła!

19 paź

foto źródło: internet

Julia Rybicka

Kiedy Barak kultury zaprosił mnie na spektakl „Ćma” czułam się wyróżniona. Zupełnie niepotrzebnie. Dawno się tak w teatrze nie wynudziłam. Na szczęście zabrano mi tylko godzinę z życia.

Już tylko czekam na ataki z różnych stron na powyższe zdania. Nieczuła, gówniara, nie zrozumiała etc. Zatem odpowiadam: czuła, przed trzydziestką, no nie zrozumiałam kompletnie idei.

Teatr Bara-ku, który powstał w 2009 roku cytuję: „z potrzeby poszerzenia działalności Fundacji Barak Kultury o aktywności z dziedziny sztuk performatywnych” z pomocą miasta i dobrych ludzi, jakoś na poznańskim podwórku teatralnym funkcjonuje. Niestety nie mogę się wypowiadać o ich twórczości, poza spektaklem “Ćma”, którego świadkiem byłam w minion czwartek. Barak Kultury, który bardzo bądź co bądź szanuję za wszelkiego rodzaju, ‘perdormatywne’ działalności w naszym (smutnym kulturalnie mieście)  wymyślił mini festiwal na cześć Kazimiery Iłłakowiczówny. Pomysł świetny! Polska poetka, dramaturg, tłumaczka, która do ostatnich chwil zamieszkiwała w legendarnym już 36metrowym mieszkaniu na ulicy Gajowej w Poznaniu. Ach jak  my Poznaniacy kochamy takie historie! Lubimy słuchać o naszych wieszczach, artystach cierpiących w tym samym mieście, w którym poruszamy się do dziś. Gdzie w kamienicach starych ulic drzemie jeszcze duch poetów… Istna poezja!

Spektakl zrealizowany przez Przemysława Prasnowskiego (głównego założyciela teatru Bara-ku) powstał przy pomocy scenariusza Moniki Chudy, Doroty Słomczyńskiej i jego samego. No i teraz tak. Nie wiem czy problem polega na zaangażowaniu kiepskich aktorek i nijakiej reżyserii, czy może jednak w tekście czegoś zabrakło?

W sumie jeśli ktoś przyszedł na spektakl i nie miał pojęcia kim była Kazimiera Iłlakowiczówna, to się sporo o niej dowiedział. Mianowicie: że pisarka, nieślubna córka Barbary Iłłakowiczównej i Klemensa Zana, studowała w Oksfordzie, na Uniwerystecie Jagielońskim, sanitariuszka armii rosyjskiej, sekretarka Piłsudskiego, ale przede wszystkim wielka, podkreślam WIELKA poetka i artystka. Ale sama historia niestety to za mało.

Prosta, skromna scenografia, która skrupulatnie dobrana została do tamtej epoki. Telefon, stare biurko,szafa, łóżko, maszyna do pisania… aż zamarzyłam o maszynie do pisania i przeniosłam się wstecz…aż tu nagle Kazimiera Iłłakowiczówna (Małgorzata Walas-Antoniello) mówi “wyłączyć telefony. Nie dotykać, nie przestawiać, zachowywać się jakby was tu w ogóle nie było”. Tego niestety nie mogła wymagać od TEJ publiczności poznańskiej, gdyż telefony dzwoniły od początku aż do końca spektaklu co jakiś czas. To przecież tylko teatr…

Dziewczyna (Aleksandra Marzec-Hubka ) odczytuje nam regulamin korzystania z toalety gwarantując, że na pewno nam się przyda. Ten sam regulamin każdy z widzów miał na swoim krześle. Zrozumiałam dlaczego może mi się przydać. Chciałam ucieć do toalety przeczekać resztę spektaklu, ale usadzono mnie tak, że wyjścia nie miałam. To przykre, ale czułam się jak w pułapce.

Ale wracając do …Pisarka z wiekiem traci wzrok. Wiadomym jest, że będzie skazana na pomoc. Stąd wieczna obecność dziewczyny. Czasy poszły na przód, a ona nadal stoi w swoim pokoju, gdzie świat się zatrzymał. Dziewczyna przybrana we współczesne gadżety: słuchawki, telefon kommórkowy.

Mamy retrospekcję i piękny motyw bardzo teatralny, chociaż mnie kojarzy się z pewnym filmem Bugajewskiego. Przesłuchiwanie Iłły. Te scene mogę wymienić jako wielki I chyba jedyny atut tej sztuki. A już całkowitą paranoją I obrazą widza jest oślepianie widowni reflektorem. Ani to było madre, ani plastyczne. Tandeta!

Co mnie jednak wzruszyło to fakt, że na widowni zasiadało starsze małżeństwo. Mężczyzna był niewidomy (jak nasza pisarka), a żona tłumaczyła mu na ucho to czego nie dało się usłyszeć…

Na koniec pan reżyser stwierdził, że osoby, którym zadzwonił telefon podczas sztuki przeproszą aktorki…Szkoda, że mi nic nie zadzwoniło i nie mogłam wyjść,przepraszając siebie i wszystkich dookoła za te ciosy na duszy, które dane mi było przyjąć tamtego jesiennego wieczoru…

Jak pisała Kazimiera Iłłakowiczówna:

Niech się wszystko odnowi, odmieni…
O jesieni, jesieni, jesieni…
Niech się nocą do głębi przezroczą
 nowe gwiazdy urodzą czy stoczą,
niech się spełni, co się nieodstanie,
choćby krzywda, choćby ból bez miary,
niesłychane dla serca ofiary,
gniew czy miłość, życie czy skonanie,
niech się tylko coś prędko odmieni.
O jesieni!… jesieni!… jesieni…

Ja chcę burzy, żeby we mnie z siłą 
znowu serce gorzało i biło,
żeby życie uniosło mnie całą
 i jak trzcinę w objęciu łamało!
 Nie trzymajcie, nie wchodźcie mi w drogę,
już się tyle rozprysło wędzideł…
Ja chcę szczęścia i bólu, i skrzydeł
i tak dłużej nie mogę, nie mogę! 
Niech się wszystko odnowi, odmieni!…
O jesieni!… jesieni!… jesieni!

 

 

 

 

 

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr

 

Recenzje zabijają prawdziwego ducha teatru

09 paź

zdjęcie: www.teatrkwadrat.pl

Julia Rybicka

„Recenzje zabijają prawdziwego ducha teatru” pada zdanie w spektaklu „To tylko sztuka” . Jak tu pisząc mam się do tego odnieść?

Zaproszona przez jednego z aktorów Teatru Kwadrat przyjechałam do Warszawy na spektakl, który miał premierę w czerwcu. Pomyślałam, że to dobrze, bo już trochę czasu minęło i aktorzy czują się zapewne swobodniej i pewnie.  Przemiło przywitana przez ekipę techniczną i całą obsługę teatru zasiadłam wygodnie w pierwszych rzędach. I powinno być tak jak na Broadwayu- po południu premiera, wieczorem recenzja…

Sztuka opowiada o sztuce, najprościej rzecz ujmując. Producentka Julia Budder (Ewa Wencel) wyprodukowała sztukę „Złote jaja” , która nie odniosła sukcesu. Napisana przez zapomnianego już dramaturga Petera Austin’a (Grzegorz Wons), wyreżyserowana przez prawdziwego artystę Fanka Finger’a (Andrzej Andrzejewski)  czeka na recenzję. Kiedy w końcu się pojawiają chciałoby się powiedzieć, że lepiej byłoby sprawę przemilczeć.

Wszystko dzieje się w realiach Stanów Zjednoczonych czyli piękni i bogaci obywatele świata w szołbiznesie. Tekst odczytywany może być dość uniwersalnie, ale w polskich realiach bałabym się to umieszczać. Reżyser Bartłomiej Wyszomirski dzięki opatrzności tego nie zrobił. Niestety dla Polaków ten tekst jest nie tyle co nie zrozumiały, co pewne schematy i „teksty” same w sobie nie wybrzmiewają jak powinny. Dlatego śmiałam się w innych momentach niż publiczność. Zapewne dla ludzi z branży, albo pasjonatów teatru gra słów, która ma miejsce w tekście i odnoszenia do typowego słownika, żargonu wręcz teatralnego są wychwytywane. Po publiczności, która zjawiła się w teatrze, nie do końca. Standardowy już zabieg, o którym pisałam wielokrotnie, który bawi naszą widownię to przekleństwa. A Andrzej Nejman przetłumaczył sztukę tak, że dość często padają słowa „Kurwa, spierdalaj, ja pierdole”. No i ok, jest to wytłumaczalne, ale żeby od razu pękać ze śmiechu?

Nie jestem fanką tak zwanego „tekturowego” teatru, gdzie (jeśli chodzi o Teatr Kwadrat to świetnie zazwyczaj zbudowana scenografia).

Ścianka, kanapa, drzwi, lampa wio to jest tekturowy teatr.  I teraz na tej przestrzeni kilku aktorów przyjdzie i będzie odgrywało role. Jednakże nie mówię, że ten teatr potępiam, bo miejsce w teatrze znajdzie się dla każdego rodzaju publiczności. Po ciężkiej podróży chętnie zasiadłam na komedyjkę w warszawskim teatrze. Niestety śmieszyło mnie co innego niż pozostałą część widowni.

Już nawet pomijając to, że mieszkałam w Stanach, z literatury i filmów wiem dokładnie jak funkcjonuje świat teatru w Nowym Yorku i jak wielką moc mają słowa recenzenta. Jeżeli pan piszący po odbiorze sztuki napisze, że sztuka była zła, to tytuł jeszcze tego samego dnia schodzi z afisza. Trudno więc dziwić się producentom teatralnym, że tak wielką wagę przywiązują do recenzji np. Z New York Timesa. W Polsce recenzja znaczy tyle co nic. Ja to dziś napiszę, kilka godzin popełza to po sieci, a później zginie gdzieś wśród miliona innych recenzji. Pisanie dla pisania, l’arte per l’arte. Dla mnie była to niesamowita lekcja. Po raz kolejny utwierdziłam się w tym, że zawód krytyka literackiego w Polsce znaczy tyle co nic, zaś na Zachodzie to krytyk jest najważniejszy.

W spektaklu padają słowa „krytycy do piwnicy” albo teoria, że  „ teatr to eleganckie miejsce, gdzie eleganccy ludzie mówią elegancko”, „w teatrze wszyscy są ważni, wszyscy są równi”. Kiedy się tego słucha to ma się wrażenie, że to jakaś modlitwa albo życzenia składane do Św. Mikołaja, bo tak NIE jest. Na całym świecie nie ma równości w teatrze, a co do elegancji to ostatnio daleko nam do niej…

Nie chcę, żebyście się państwo zniechęcali, bo sztuka momentami bawi do łez. Przekomiczna postać aktorki Virgini Noyes (genialna Ewa Kasprzyk) przeklina, ćpa i rzuca hasła w stylu “Słodzik to gówno, może człowieka zabić” naprawdę mnie rozbawiły. Nie wspomnę, że pani Ewa uroczo myląc się w tekście ( “za młoda na kochankę, za stara na matkę”) rozbawiła siebie i cała widownię.

Mała rola, ale naprawdę bardzo zabawna przypadła Marcinowi Kwaśnemu, który zagrał aktora poszukującego roli na wielkiej scenie. Kwaśny mimo, iż zjawiał się na chwilę na scenie,  powodował uśmiechy nie tylko wśród kobiet. Na pewno miał „perełki” w tekście, które gdzieś ubiły mi się z tyłu głowy. Z małych ról warto docenić panią taksówkarkę, w tej roli równie zabawna Lucyna Malec. Paweł Wawrzecki czyli James Wicker, który zrezygnował ze spektaklu “brodłejowskiego”, żeby zagrać w serialu, to postać która pojawia się od początku i zostaje z nami do końca. I mimo, iż cenię pana Pawła za niezwykły talent aktorski i zwalał niekiedy z nóg, to jego rola przerodziła się w istną groteskę, co spowodowało, że przeginał momentami. Zabawni oczywiście bywali (nie byli, bywali )Grzegorz Wons i Andrzej Szopa, ale bywanie to za mało.

Ewa Wencel to moja faworytka. Jako pani producent stworzyła rolę na miarę Amerykanów.

Ogromny talent i warsztat świetnych polskich aktorów to niestety za mało. Mimo ogromnej pracy, ilości tekstów etc znowu czegoś mi w teatrze zabrakło. I nie chodzi o to, że spodziewałam się “Szalonych nożyczek” czy “Mayday’a” , bo ten rodzaj humoru różni się od tak zwanych popularnych sztuk komediowych. Być może jest to kwestia tego, że cały “bajer” polegał w samym tekście, a tutaj został on momentami przegadany i przegrany.Tłumaczenie tekstu też nie jest 1:1, bo to byłoby niemożliwe i dla polskiej publiczności niezrozumiałe. Może jakbym zobaczyła te sztukę na Broadwayu to wyszłabym pełna podziwu. Tymczasem wyszłam uśmiechnięta, ale nie rozbawiona i trochę zawiedziona, bo chyba nie tego się spodziewałam.

No,ale dziś jest nowy dzień. W końcu to była “tylko sztuka”… Sami sprawdźcie czy zabawna.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Teatr